IskraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Iskra
Iskra
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,89  53,51 
Iskra
Iskra
Audiobook
Czyta Małgorzata Gołota
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Katarzyna Tkaczyk

Iskra


ISBN 978-83-8203-087-7


Prawa autorskie © Katarzyna Tkaczyk 2021

Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadzący Tomasz Zysk Redakcja Anna Seweryn Projekt typograficzny i łamanie Jarosław Szumski Ilustracja na okładce Michał Krawczyk Skład okładki Joanna Wasilewska Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Święty Marcin 77 lok. 8, 61-717 Poznań telefon 881 000 125 www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonał Jarosław Szumski.

Prolog

Zielarz Brunon z ciężkim westchnieniem zaczął sprzątać ze stołu zakrwawione szmaty. Ledwie chwilę wcześniej z uwagą zszywał nieprzyjemnie rozcięte przedramię jednego z mieszkańców wioski. Rana nie była poważna, jednak aby ręka miała szansę wrócić do pełnej sprawności, mężczyzna powinien przez kilka dni odpoczywać. Brunon powtórzył mu to trzy razy, podkreślając, jak delikatne są właśnie założone szwy, ale zdawał sobie sprawę, że to wszystko pójdzie na marne. Skoro rana była zabezpieczona, a krew nie tryskała, można było wracać do pracy. Trzeba było wracać do pracy. Zielarz westchnął ponownie i popatrzył za okno.

Mieszkał w Rotenn, maleńkiej wsi w zapomnianym zakątku Wybrzeża, już blisko dziesięć lat, ale tutejsze warunki wciąż potrafiły go zaskoczyć. Może mieszkańcy bogatszych portowych miast mogli sobie pozwolić na dni błogiego odpoczynku, ale w takich miejscach jak to, do którego go wysłano, skrajna bieda i ciężka praca towarzyszyły ludziom od kołyski aż po grób. Kto chciał jeść groch, powinien o niego zadbać; kto potrzebował jajek, musiał wyhodować kurę. W doglądaniu inwentarza liczył się każdy dzień, a odrobina nieuwagi mogła kosztować niezwykle drogo.

„Bieda to najgorszy morderca tego świata”, sentencjonalnie pomyślał mężczyzna. W Akademii Zielarzy ostrzegano go, że zachodnie Wybrzeże to trudny teren, ale Brunon nie bał się wyzwań, dlatego zgodził się tu zamieszkać. Czasem tylko zastanawiał się, czy kiedy skończy czterdzieści, pięćdziesiąt i sześćdziesiąt lat, nadal będzie miał tyle siły i uporu co teraz.

Zielarz oderwał wzrok od okna i rozejrzał się. Wszystkie narzędzia były już na swoich miejscach, a w izbie na powrót zapanował ład. Póki nikt nie pukał do drzwi, mógł wrócić do porządkowania ziół, porozkładanych na stoliku pod oknem. Uwielbiał to zajęcie. Upajający zapach leczniczych roślin zawsze działał na niego kojąco i utwierdzał w przekonaniu, że zajmuje się tym, czego od zawsze pragnął. Co więcej, sortowanie czy wiązanie kwiatów oraz pędów w niewielkie pęczki pomagało się skupić. Przy tej pracy zawsze najlepiej mu się myślało, a codziennych trosk i wielkich planów miał niemało.

W pewnym momencie ciszę przerwało łomotanie do drzwi. Zielarz zerwał się z miejsca i w kilku dużych krokach przemierzył izbę. Gdy otworzył drzwi, ujrzał zziajanego mieszkańca wsi.

— Szybko… — wydyszał mężczyzna. — Olav…

Brunon nie potrzebował nic więcej. Złapał leżącą w pobliżu torbę z najpotrzebniejszymi medykamentami i nie oglądając się za siebie, popędził w stronę młyna.

Olav był synem miejscowego młynarza, Ralpha, z którym mieszkał samotnie w starym, solidnym młynie tuż za wioską. Matka chłopca opuściła swoją rodzinę już niemal osiem lat temu — któregoś dnia po prostu zniknęła bez słowa, zostawiając męża i niespełna roczne dziecko samym sobie. Od tego dnia zaczęły się trudności.

Początkowo Ralph naprawdę starał się być dobrym ojcem, robiąc wszystko, by zapomnieć o kobiecie, która tak okrutnie zakpiła z jego uczuć. Bez jej wsparcia szybko wróciły jednak jego silne skłonności do alkoholu. Z roku na rok młynarz pił coraz więcej, często wdawał się w awantury i miał problem z utrzymaniem nerwów na wodzy, co sprawiało, że mimo intratnego fachu w ręku zaczynała dotykać go prawdziwa bieda. Odziedziczony po ojcu i wuju młyn stopniowo podupadał i Ralphowi coraz trudniej było się utrzymać, więc zrobił jedyną rzecz, jaka mu pozostała — zaciągnął syna do pracy. Olav nie mógł jednak sprostać takim wymaganiom. Przede wszystkim od urodzenia był zbyt drobny na młynarza; szczupły i niski, a do tego chorowity i zwyczajnie słaby. Wściekły i rozgoryczony Ralph karał go niezwykle surowo. Nie było dnia, by chłopiec nie dostał w skórę za to czy inne przewinienie, a krzyki świadczące o awanturach często było słychać nawet na drodze. Kary cielesne były w tych stronach normalnością, ale z czasem Brunon zaczął przypuszczać, że w starym młynie dzieje się coś naprawdę złego, gorszego niż wygląda to na pierwszy rzut oka. Był niemal pewien, że młynarz znęca się nad synem, i próbował przemówić mu do rozsądku, ale wszelkie jego interwencje spełzły na niczym, a nawet wywołały kolejne agresywne reakcje. Ralph był czuły na punkcie swojego domu. Uważał, że nikt nie ma prawa go nachodzić, a tym bardziej prawić mu kazań, więc gdy ktoś usiłował go napominać, zachowywał się, jakby był ofiarą napaści słownej i ruszał do walki. Jakby nie był katem, a ofiarą.

Brunon spędził niejedną noc, zastanawiając się, jak rozwiązać tę sytuację. Nie bez racji obawiał się, że silniejszymi naciskami może pogorszyć sytuację chłopca, co też podpowiedział mu sołtys, u którego po cichu szukał pomocy. Nie mając wyboru, zielarz po prostu czekał, starając się trzymać rękę na pulsie. Wyglądało jednak na to, że nie wszystko dało się przewidzieć, a nawet największa czujność nie powstrzymała katastrofy.

Dobiegając do młyna, Brunon zobaczył żonę i dzieci mężczyzny, który go wezwał. Chociaż cisnęli się oni blisko wejścia i wyciągali ciekawie szyje, nikt nie odważył się nawet stanąć na progu. Wszyscy wiedzieli, że Ralph nie lubił gości, zwłaszcza gdy był pijany. Tyle wystarczyło zielarzowi, by zrozumieć, co mogło się wydarzyć, ale i tak zaskoczyło go to, co zobaczył w środku.

U podnóża zaniedbanych, wypaczonych schodów leżał Olav — nieruchomy i z zakrwawioną twarzą. Tuż obok niego klęczał Ralph i głosem zmienionym przez powstrzymywany płacz cicho prosił syna, by się obudził. Choć sprawiał wrażenie pogrążonego we własnym świecie, musiał zdawać sobie sprawę, że ktoś pobiegł po zielarza, bo gdy usłyszał skrzypienie desek, podniósł głowę. Na widok jego oblicza Brunona przeszły ciarki. Niegdyś przystojna twarz mężczyzny teraz była zmęczona i opuchnięta od nadmiaru alkoholu, a do tego pokrywał ją gęsty, splątany zarost. Zaczerwienione oczy szkliły się od łez.

— Ja nie… — odezwał się, gdy Brunon uklęknął obok niego.

— Później.

Zielarz złapał Olava za nadgarstek i modląc się, by nie było za późno, użył swojej mocy, by go zbadać. Los okazał się dla nich łaskawy — dziecko nadal żyło i walczyło, chociaż jego stan był poważny. Nie było czasu do stracenia.

— Zabieram go — stanowczo oświadczył Brunon, rozglądając się za czymś, co mogłoby służyć za prowizoryczne nosze.

W pomieszczeniu na lewo od nich dostrzegł duże żarna, a obok nich kawałek płachty do przykrywania zboża. Nie zwlekając, przyciągnął ją, ułożył chłopca najdelikatniej jak potrafił, i zawołał do pomocy drwala, który czaił się przy drzwiach. Dopiero wtedy otępiały młynarz się ocknął.

— Ja go zaniosę, to mój syn — mruknął, próbując wstać.

— Ralph, ledwo trzymasz się na nogach. Zostań tu i odpocznij. Ted, idziemy.

Po tych słowach zielarz złapał za dwa końce płachty i dał znak stojącemu niepewnie drwalowi, by zrobił to samo. Gdy wyszli na zewnątrz, rozległy się okrzyki. Gapie, których tymczasem przybyło, kręcili się niespokojnie, próbując zobaczyć, co się stało.

— Kiedy Ralph trochę przetrzeźwieje, powiedzcie mu, żeby do mnie przyszedł — powiedział na odchodnym Brunon i bez wyjaśnień ruszył w stronę swojej chaty, uważając, by nie bujać noszami.

Uparty młynarz nie miał zamiaru czekać bezczynnie. Chwiejnym krokiem ruszył za mężczyznami, a gdy zorientował się, że ich nie dogoni, zaczął niewyraźnie pokrzykiwać. Choć brzmiało to jak pogróżki, zielarz całkowicie go zignorował, skupiając się na tym, do czego go szkolono — ratowaniu ludzkiego życia.

Już w domu, gdy wszystkie opatrunki były założone, a Olav oddychał spokojnie i miarowo, Brunon postanowił porozmawiać z Ralphem, który cały czas kręcił się po obejściu. Kiedy otworzył drzwi, młynarz próbował przepchnąć się do środka, ale zabrakło mu sił.

— Wpuść mnie — warknął wojowniczo, śmierdząc wypitym alkoholem. — Tam jest mój syn!

Brunon z trudem powstrzymał emocje. Gdy walczył o życie chłopca, był skupiony tylko na nim i nie myślał o gniewie. Teraz uczucie wróciło jednak ze zdwojoną siłą.

— A tak, twój syn. Ten sam, którego zrzuciłeś ze schodów, draniu.

Młynarz cofnął się o pół kroku, wyraźnie zaskoczony. Zaraz potem poczerwieniał na twarzy.

— Ja? Zrzuciłem ze schodów?

— Nie udawaj idioty. Sądziłeś, że nie domyślę się, co się stało? Jestem zielarzem, psiakrew. Wiem, jak wyglądają obrażenia po upadku z wysokości. Widzę też, że jesteś pijany, co zresztą nie jest nowością. Umiem dodać dwa do dwóch.

— Ja… bzdury gadasz! Miałbym zrobić krzywdę własnemu synowi? To… to był wypadek.

Zielarz popatrzył na niego z uwagą, próbując panować nad emocjami.

 

— Wypadek — powtórzył spokojnie. — Tylko wypadek. A powiesz mi to prosto w oczy? No, dalej, przecież nie miałeś z tym nic wspólnego. Czekam.

Młynarz milczał, patrząc na swoje buty.

— Czyli kłamiesz, tak myślałem. Ale przynajmniej nie łżesz mi prosto w twarz. Chociaż tyle zostało w tobie z dobrego człowieka, którego poznałem.

— Jak śmiesz…!

— Jak śmiem? Zaraz ci powiem jak. Od jakiegoś czasu prawie nie trzeźwiejesz, a swojego dziewięcioletniego syna bijesz tak, że musi szukać pomocy u zielarza. Widuję go częściej niż kogokolwiek z Rotenn. Dzisiaj po pijaku pobiłeś go i zrzuciłeś ze schodów, nieomal zabijając. Rozumiesz? Omal nie zabiłeś własnego syna! Po co dałeś mu życie? Żeby je teraz odebrać?

Dopiero po tych słowach młynarz na dłużej popatrzył na zielarza. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie — zupełnie jakby dopiero teraz dotarło do niego, co zrobił.

— Ja… ja nie chciałem tak… — wydusił, nim głos mu się załamał. Zaraz po tym ukrył twarz w dłoniach, a ramiona mu zadrżały.

Brunon niespodziewanie dla siebie poczuł, jak żarzący się w nim gniew powoli zastępowany jest przez litość. Sprawa była o wiele bardziej skomplikowana, niż sądził. Odetchnął głębiej i potarł policzek.

— Wierzę, że nie chciałeś — powiedział. — Mimo wszystko wierzę, bo wiem, że nie jesteś złym człowiekiem. Ale zrozum, nie mogę patrzeć spokojnie na to, co się dzieje. Nie będę dłużej stał z boku i pozwalał ci krzywdzić niewinne dziecko. Muszę wkroczyć pomiędzy was. Dla dobra Olava.

Młynarz znieruchomiał i wytrzeszczył oczy.

— Znaczy, że co?

— Dobrze wiesz, co mam na myśli.

— Chcesz mi zabrać syna?!

— Nie, bardzo tego nie chcę. Dlatego proszę cię, byś mnie do tego nie zmuszał — odparł poważnie i zerknął przez ramię, dając znak, że się spieszy. — Posłuchaj, Olav jest ranny na tyle poważnie, że musi u mnie zostać przynajmniej przez kilka dni. Potrzebuje spokoju, aby wyzdrowieć. Mam nadzieję, że rozumiesz.

— Ale…

— Muszę wracać do twojego syna — uciął Brunon. — A ty wracaj do domu, Ralph, bo robi się ciemno. Wracaj i przemyśl sobie, czy rzeczywiście takiego życia chcesz dla siebie i swojego jedynego potomka.

Po tych słowach zielarz cofnął się i znów zamknął drzwi na skobel, aż drżąc od nadmiaru emocji. Upewnił się, że z Olavem wszystko jest w porządku, po czym podszedł do malutkiego okna obok drzwi i zerknął, co dzieje się na zewnątrz. Ku jego zdumieniu Ralph wciąż stał przed chatą, pustym wzrokiem patrząc przed siebie, jakby go zamrożono. W końcu nerwowym ruchem przetarł twarz, pociągnął nosem i powoli ruszył w stronę młyna. Brunon, widząc to, westchnął ciężko i przymknął powieki.

— Quarionie, Panie Mądrości, proszę, pozwól, by ten człowiek zrozumiał swoje błędy — wyszeptał.

Niedługo potem ciszę przerwał cichy jęk. Zielarz odwrócił się i usiadł na łóżku obok Olava, uważnie obserwując jego twarz. Nie było wątpliwości — chłopiec powoli się budził. Choć osłabiony i otępiony bólem oraz czarem, musiał naprawdę się przestraszyć, bo szarpnął się słabo, jakby miał zamiar uciec. Mężczyzna przytrzymał go łagodnie.

— Spokojnie, to ja, Brunon — powiedział. — Słyszysz mnie?

— Tak — cicho bąknął Olav i rozejrzał się dookoła.

— Jesteś teraz w moim domu, poznajesz? Przyniosłem cię tutaj z młyna.

— Czemu?

Zielarz zawahał się. Zdawał sobie sprawę, że po takim upadku chłopiec może nie pamiętać dokładnie, co się stało. Czy powinien się o tym dowiedzieć? Nim mężczyzna zdążył się zdecydować, na twarzy Olava pojawiło się zrozumienie.

— Ojciec — powiedział tylko. — Był zły. Pił.

A więc pamiętał. Zielarz pogłaskał chłopca po drżącym z wysiłku i emocji ramieniu.

— Nie myśl o tym.

Olav milczał, spłoszony jak wystraszone zwierzę.

— To co teraz będzie? — zapytał w końcu.

— Zaopiekuję się tobą. Przez kilka dni zostaniesz u mnie, bo chcę cię mieć na oku, kiedy będziesz dochodził do siebie.

— A potem?

— Potem będziemy się zastanawiać. Ale nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję.

Przez kolejne dwa dni zielarz dbał o chłopca najlepiej, jak tylko potrafił — karmił go, zmieniał mu opatrunki i pilnował, by się wysypiał, a także zabawiał rozmową, choć nie było to łatwe. Olav bał się odzywać, nawet po zachęceniu i nawet gdy coś wyraźnie go interesowało. Obserwując jego nerwowe reakcje, Brunon mógł tylko bezsilnie zaciskać pięści, tłumiąc w sobie złość na młynarza, który pozwolił, by jego własny syn żył w takim strachu. Właśnie wtedy postanowił, że bez względu na wszystko spróbuje ocalić to dziecko, nawet jeśli miałby narazić się na kłopoty. Te jednak nie nadchodziły, bo wbrew wcześniejszym obawom Ralph nie pojawił się w chacie. Przez kilka dni po wypadku nikt go nie widział, nikomu też nie otwierał i nie odpowiadał na zawołania. O tym, że wciąż żyje, wiadomo było tylko dzięki słabemu dymowi unoszącemu się z komina i ochronnym ogniskom, które każdego wieczora zapalał przed młynem, by ustrzec się przed atakami nocnych bestii.

Wreszcie jednak nadszedł dzień, gdy przyszedł odwiedzić syna. Gdy zapukał do drzwi, zielarz wyjrzał przez szparę i popatrzył na wyraźnie przerażonego Olava.

— To twój ojciec. Mam go wpuścić?

Nim chłopiec zdobył się na odpowiedź, z drugiej strony rozległo się chrząknięcie.

— Olav… wiem, że Brunon mnie nie wpuści, jeżeli ty nie będziesz tego chciał — stwierdził Ralph. — A mam ci coś ważnego do powiedzenia.

Po chwili dodał jakby niepewnie:

— Proszę, synu. Ja… muszę cię zobaczyć.

Chłopiec przeniósł wzrok na zielarza. Choć w jego oczach wciąż widać było strach, sprawiał wrażenie, jakby się wahał.

— Mogę kazać mu odejść — szepnął Brunon. — Ale jeśli się zdecydujesz, pamiętaj, że nie jesteś sam. Obronię cię w razie czego. Nikt cię już nie skrzywdzi.

Słysząc to, Olav odetchnął głębiej i nieśmiało skinął głową. Dopiero wtedy zielarz otworzył drzwi. Ralph wszedł powoli i usiadł na łóżku obok syna. Przez pewien czas patrzył na niego w milczeniu, aż w końcu powiedział tylko jedno słowo:

— Przepraszam.

Chłopiec wytrzeszczył oczy, ale milczał. Brunon posłał mu krzepiący uśmiech i wrócił do porządkowania szafki z lekami, nie tracąc ani odrobiny czujności.

— Ja… nie przychodziłem tutaj, bo posprzątałem dom, wiesz? — mówił dalej młynarz. — Cały dom posprzątałem. Sam. Od piwnicy po strych. Musiałem. Nie mogłem sobie miejsca znaleźć, kiedy cię nie było.

Po tych słowach urwał i przetarł twarz dłonią. Zerknął przelotnie na Brunona i znowu całą uwagę skupił na synu.

— Posprzątałem młyn, ale chyba też posprzątałem sobie w głowie. I dotarło do mnie, jakim skończonym draniem byłem dla ciebie. A przecież ty… ty jesteś jedynym, co mam. Jesteś moim synem. I to wszystko nie może tak być.

Ralph znowu zamilkł, tym razem na dłużej, i co jakiś czas przecierał dłonią oczy. W końcu jednak opanował się na tyle, by znowu mówić.

— Przepraszam, Olav — szepnął. — Ja… naprawdę przepraszam. Gdy wrócisz do domu, obiecuję, że już będzie dobrze. Nie będę pił. To, co się szykowało, już przygotowałem na sprzedaż, a resztę wylałem. Jak zarobię, kupimy sobie wreszcie kury, będziesz się nimi opiekował, bo przecież lubisz zwierzaki. A może potem nawet krowę? Na pewno sobie poradzisz. Ja zajmę się pracą w młynie i wrócę do stolarki, tobie też poszukamy jakiegoś fachu, który ci się będzie podobał. I obiecuję, że… że już nigdy nie stanie się to, co się stało. Już będzie dobrze, Olav. Obiecuję… nie, przysięgam, niech mnie nocne bestie porwą. Już będzie dobrze.

Po tych słowach mężczyzna po raz ostatni otarł gromadzące się w oczach łzy, wziął syna za rękę i nieśmiało się do niego uśmiechnął. Chłopiec po krótkim wahaniu odwzajemnił uśmiech.

***

Brunon oparł się o nowy płot wokół młyna. Choć kosz, pełen ziół i grzybów, mu ciążył, w sercu czuł zachwycającą lekkość.

Olav siedział na rozbitej beczce, tuż przy domu, i pogwizdując wesoło, rzucał ziarna czterem całkiem dorodnym kurom, dumnie spacerującym po podwórku. Gdy tylko dostrzegł zielarza, wysypał całe zboże i podszedł bliżej.

W jego życiu dużo się zmieniło — to dało się zauważyć od razu. Miał na sobie czyste, chociaż pocerowane ubranie, ale też był zdrowszy, bardziej rumiany mimo wrodzonej bladości i przede wszystkim nie tak chudy jak jeszcze miesiąc temu, gdy zielarz przyniósł go do swojej chaty. Wyglądało na to, że Ralph dotrzymuje obietnicy i naprawdę zmienił życie swoje i syna. Nie było mu łatwo całkowicie przestać pić, Brunon wiedział o tym doskonale, bo pomagał uporać się z problemem, ale bardzo się starał, a co najważniejsze — ani razu nie podniósł ręki na Olava. Zdawało się, że wszystko zmierza ku dobremu, jednak zielarz wolał po raz kolejny się upewnić.

— Jak się miewacie? — zapytał. — Dawno cię u mnie nie było.

— Nie mam po co przychodzić, skoro jestem zdrowy — odparł chłopiec pogodnie. — No a poza tym jestem zajęty kurami. Cały czas za mną łażą, chyba myślą, że jestem kogutem.

— To dlatego, że dajesz im jeść. Nie są głupie, wiedzą, komu się przypodobać. — Zielarz zaśmiał się, ale szybko spoważniał. — Czyli wszystko w porządku? Z ojcem też?

Olav energicznie pokiwał głową i zerknął za siebie, by sprawdzić, czy nikt ich nie słyszy.

— Lepiej, niż myślałem — wyznał cicho. — Czasem jeszcze się kłócimy, jak to w domu, ale… nie jak wcześniej. Takie tylko sprzeczki o żołędzia czy jak to się tam mówi. A, no i znowu zacząłem pływać! Ojciec się śmieje, że zimą wyrąbie mi przeręblę, bo w wodzie mi lepiej niż na powietrzu. W sumie czasem tak jest.

— Dobrze to słyszeć. Ale, Olavie… obiecaj mi, że gdyby się coś zmieniło, to mi powiesz, dobrze?

— Mogę obiecać. Ale na pewno nic się nie zmieni. Jestem pewien!

Zielarz jeszcze przez jakiś czas gawędził z chłopcem, a potem również z Ralphem, który też wyszedł z młyna, zwabiony śmiechami na podwórku. To krótkie spotkanie potwierdziło słowa chłopca, ale po powrocie do domu Brunon wciąż myślał o młynarzu i jego synu. Mimo dobrych wieści, których prawdziwość sam przecież sprawdził, nie mógł pozbyć się irytującego uczucia niepokoju. Przemiana zaszła tak nagle, że wprost trudno było w nią uwierzyć, nawet pomimo najszczerszych chęci.

Wieczorem, już leżąc w łóżku, zielarzowi przyszło do głowy, że Olav był bardzo pewny siebie.

„Zupełnie jakby chciał przekonać mnie, że naprawdę wszystko jest dobrze”, pomyślał. A może chciał przekonać też samego siebie? Brunon westchnął i przekręcił się na drugi bok.

— Obyś tylko nie zapeszył — szepnął do siebie, przymykając oczy. — Obyś nie zapeszył…

CZĘŚĆ I. ROTENN
Rozdział I

— A ty gdzie?

Olav wstrzymał oddech i odwrócił się. Miał nadzieję, że uda mu się wymknąć z młyna niepostrzeżenie, jednak najwyraźniej przecenił to, jak mocno spał ojciec. Trudno powiedzieć, czy młynarz tylko przymknął oczy w upojeniu czy też naprawdę drzemał, ale na tyle płytko, że obudziło go skrzypienie desek. Nie miało to już zresztą znaczenia. Chłopiec zadrżał, widząc podpuchniętą, zaczerwienioną twarz mężczyzny i jego złe spojrzenie. Wiedział, że będzie miał kłopoty.

Od obietnicy złożonej w domu zielarza minęły prawie dwa lata. Olav bardzo dobrze pamiętał tamto wydarzenie, jednak im więcej czasu upływało, tym bardziej gorzko je wspominał. Błogi stan, gdy Ralph naprawdę starał się zapewnić synowi i sobie lepsze życie, trwał niespełna rok. Teraz chłopiec już nawet nie pamiętał, kiedy ojciec znowu zaczął pić i kiedy uderzył go po raz pierwszy. Wydawało mu się, że spokojny okres, gdy zajmowali się kurami, chodzili do lasu po grzyby czy chrust i rozmawiali o napotkanych dzikich ptakach, był tylko pięknym snem. Teraz po zwierzętach został tylko pusty kurnik, a siniaki na ciele były dowodem na to, że dawny koszmar powrócił.

— Ja tylko chciałem… — zaczął Olav nerwowo, nie mając pojęcia, co powiedzieć dalej.

Ralph jednak go nie słuchał, tylko mruknął coś o pracy. Chwiejnie podszedł do stojących w kącie worków z mąką, chwycił jeden z nich i nie bez wysiłku uniósł nieco nad podłogę.

— Trzeba to znieść na dół, pewnie Nils niedługo… — Po tych słowach młynarz urwał, patrząc, jak z trzymanego worka powoli wysypuje się mąka.

Olav poczuł przedziwną mieszaninę wściekłości i strachu. Od dawna powtarzał, że w domu panuje plaga myszy, które przynoszą im straty, ale Ralph, choć klął na gryzonie, ciągle sprzeciwiał się pomysłowi sprowadzenia kota. W takich chwilach chłopiec obiecywał sobie, że w końcu sam przyniesie zwierzę do domu, choćby nawet miał je ukraść, ale zawsze brakowało mu odwagi, by tak sprzeciwić się ojcu. Teraz, patrząc na wysypującą się mąkę, pożałował swojej opieszałości. Na skruchę było jednak za późno.

 

— Co to ma być?! — ryknął Ralph, wściekle rzucając dziurawy worek na ziemię.

Przerażony chłopiec wcisnął się w ścianę i w panice zaczął oceniać odległości. Czy zdąży dobiec do drzwi, zanim ojciec go dopadnie?

— Myszy — bąknął tylko, by przerwać groźną ciszę. — Mówiłem, żeby…

— Więc wiesz, że w domu są myszy, a mimo to nadal nie sprawdzasz worków, idioto?

Olav nie czekał na to, co będzie dalej. Zwinnie wyminął pijanego ojca i najszybciej jak potrafił zbiegł po schodach, przeskakując trzy ostatnie stopnie. Lądując na podłodze, źle stanął, ale krótki kłujący ból w kostce nie był w stanie go zatrzymać. Błyskawicznie dopadł do drzwi, wybiegł z młyna i uciekł jak najdalej w las, nie oglądając się za siebie. Przystanął dopiero przy niewielkim jeziorku, w którym niegdyś lubił pływać, i dopiero wtedy sprawdził, czy Ralph go nie goni. Okolica pozostawała jednak spokojna. Olav usiadł na zwalonym pniu, by odsapnąć. W głowie ciągle rozbrzmiewały mu ostatnie słowa ojca:

— Poczekam, aż wrócisz!

Zaklął cicho. Już dawno nie był w takich tarapatach, a co gorsza — nawet nie miał komu o tym powiedzieć. Tylko raz spróbował zawalczyć i podczas jednej z awantur ryknął, że o wszystkim doniesie Brunonowi. W następnej chwili na jego szyi zacisnęły się silne jak imadła dłonie Ralpha i nie puściły, dopóki groźba nie została odwołana. Następnego dnia młynarz szczerze za to przeprosił, ale od tamtej pory często odgrażał się, że zabije chłopaka i zielarza, a na końcu siebie. Dla przerażonego Olava brzmiało to wystarczająco poważnie, by milczeć. Mijały więc miesiące, a on w ciszy łykał łzy i udawał, że wszystko jest w porządku, łudząc się, że kiedyś sytuacja sama się rozwiąże. Nie chodziło nawet o niego samego — bał się, że życie może stracić zielarz, jedyna przychylna mu osoba na świecie; jedyna, którą naprawdę podziwiał i szanował.

Gdy chłopiec nieco uspokoił oddech, powoli zawrócił w stronę wsi. Omijając młyn, tartak i bramę wjazdową, o tej porze szeroko otwartą, skierował się tam, gdzie od początku miał zamiar iść — do domu zielarza, stojącego na skraju lasu. Kilka dni wcześniej Brunon zaprosił go do siebie. Nie powiedział, o co dokładnie chodzi, ale był dosyć poważny i Olav bał się, że mężczyzna zaczyna coś podejrzewać. Po długim namyśle uznał jednak, że woli to po prostu sprawdzić. Ostatecznie zawsze może wszystkiemu zaprzeczyć.

Kiedy stanął przy drzwiach, opanowała go przemożna chęć ucieczki. Ale dokąd mógłby pójść? Wrócić do domu, do wściekłego ojca? A może biec przed siebie, póki starczy mu sił lub dnia? Noc mogła przynieść ze sobą tylko śmierć, ale chociaż w najbliższej okolicy znajdowało się kilka siół podobnych do Rotenn i jakieś niewielkie miasto, chłopiec nie miał do kogo się udać. Nie miał żadnej dalszej rodziny ani krewnych, a zdawał sobie sprawę, że na obcych ludzi też nie powinien liczyć. Nie, gdy czasy były takie ciężkie, a podatki — tak wysokie. Zrezygnowany, westchnął cicho i po prostu zapukał.

— Proszę! — usłyszał z drugiej strony.

Olav nieśmiało zajrzał do środka. Brunon siedział przy stoliku, którego nie było widać spod najdziwniejszych ziół oraz grzybów, i energicznie ucierał coś w kamiennym moździerzu. Chłopiec uśmiechnął się lekko. Od zawsze miał wrażenie, że niski i dosyć mrocznie brzmiący głos zielarza dobrze komponował się z jego sylwetką — potężną i umięśnioną, zupełnie jak u wojownika. To, w połączeniu z kasztanowymi włosami, zawsze spiętymi na karku w krótki kucyk, i nieodłącznym kilkudniowym zarostem, nadawało mu wygląd prawdziwego bandyty. Pomimo dosyć groźnej aparycji mężczyzna miał jednak złote serce i zawsze aż rwał się do pomocy. Właśnie w taki sposób stał się opiekunem trzech okaleczonych, ale sympatycznych kotów i bardzo starego psa, którego z wielkim żalem pochował jesienią, a którego pusta buda służyła teraz za schronienie rodzinie jeży. Poza tym zielarz był świetny w swoim fachu, co potwierdzali nawet przyjezdni — szczególnie dobrze radził sobie z ranami ciętymi od sierpa czy kosy. Chwalono też jego nalewki, mocne i smaczne, którymi zwykle płacił daniny i które czasem sołtys sprzedawał na jarmarkach, dzieląc się zyskami.

Gdy Brunon zobaczył swojego gościa, uśmiechnął się i odłożył moździerz.

— A, Olav, dobrze cię widzieć, siadaj. Jak się miewasz? Wszystko w porządku?

— Tak, jest dobrze — skłamał gładko chłopiec, siadając na wolnym krześle. — Dziś nie przydarzyło mi się jeszcze nic złego, tak dla odmiany.

— No, to dobra wieść, niewątpliwie. Czyli przyszedłeś tutaj, bo cię wezwałem, co?

— Ano.

— Hm, szybko. I wcześnie. Ojciec wypuścił cię z domu o tej porze?

Pod czujnym spojrzeniem zielarza Olav poczuł się nieswojo. Nie po raz pierwszy miał wrażenie, że mężczyzna czyta w jego myślach. Zakłopotany, spuścił wzrok i poniewczasie uświadomił sobie, że wybiegając z młyna, nie miał nawet czasu, by włożyć buty. Teraz bose stopy zdawały się świadczyć przeciwko niemu.

— Po prostu ze wszystkim uwinąłem się wcześniej — powiedział, próbując zapanować nad drżącym głosem.

— Na pewno? Jesteś zdenerwowany, widzę przecież.

Olav był przygotowany na taką uwagę.

— Bo w młynie jest pełno myszy. Ciągle gryzą worki. Parszywce robią tyle szkód… ojciec dostaje szału. Ja też.

Brunon nie odpowiedział, wciąż badawczo patrząc na chłopca. Sprawiał wrażenie, jakby ta historia go nie przekonała, ale nawet jeśli tak było, wątpliwości zachował dla siebie.

— Cóż, nie wy jedni macie z tym problem — odparł w końcu, ku uldze Olava zmieniając temat. — Od zeszłego tygodnia już kilka osób było u mnie po radę w tej sprawie… No, ale nie zaprosiłem cię tutaj, żeby rozmawiać o szkodnikach.

Chłopak skinął głową, ciesząc się w duchu, że kłamstwo uszło mu płazem, ale nie odezwał się, czekając na to, co będzie dalej. Nie śpieszył się. Wiedział, że im dłużej jest poza domem, tym większa szansa, że pijany ojciec znów zaśnie.

— Mam nadzieję, że nie przestraszysz się tego, co teraz powiem, ale od jakiegoś czasu mam cię na oku — zaczął Brunon, pochylając się nad stołem. — Nie tylko wtedy, gdy przychodzisz do mnie, by leczyć rany.

Olav poczuł, że wpada w panikę. Nie panując nad swoim ciałem, poruszył się niespokojnie i potarł spocone dłonie. Zielarz wiedział, nie było innej możliwości. Po prostu wiedział. Co z tego wszystkiego wyniknie? Chłopiec z trudem stłumił w sobie odruch ucieczki i rozpaczliwie uczepił się myśli, że jeśli ktoś może go ochronić, to właśnie ten człowiek.

— Nie miałem na myśli nic złego — podjął mężczyzna, wciąż z tym samym poważnym wyrazem twarzy. — Po prostu od zawsze odwiedzałeś mnie częściej niż ktokolwiek z Rotenn, ale dopiero kilka miesięcy temu zacząłem się nad tym zastanawiać. Trochę cię poobserwowałem, trochę popytałem sąsiadów i wiesz, co ci powiem? To wprost niewiarygodne, ile nieszczęśliwych wypadków może mieć jeden chłopiec.

Na to Olav również miał odpowiedź.

— Po prostu jestem ofermą — powiedział smętnie, wpatrując się w swoje brudne stopy. — I niczego nie potrafię zrobić jak trzeba. Ojciec kiedyś tak mówił. To chyba prawda.

— Pozwól, że przemilczę moje zdanie na temat osądów twojego ojca — burknął zielarz. — Może sobie myśleć, co chce, ale niech zachowa to dla siebie. Od interpretacji dziwnych wydarzeń macie mnie. A ja sądzę, że wszystkie twoje wypadki i inne rzeczy, które dzieją się wokół ciebie, są, jakby to rzec, mimowolne. Nie masz na nie wpływu.

— Jak to?

Brunon nie odpowiedział od razu. Sprawiał wrażenie, jakby wahał się, czy w ogóle powinien mówić, co ma na myśli, ale w końcu podjął decyzję.

— Nie tak to powinno przebiegać, ale chyba nie mam wyjścia — westchnął. — Widzisz, Olavie, wciąż nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że przynajmniej część twoich wypadków to emanacje.

Chłopiec zrobił wielkie oczy i wyznał, że nic nie rozumie.

— Emanacje, czyli bezwiedne przejawy mocy magicznej u kogoś, kto jeszcze nie umie nad nią panować — wyjaśnił Brunon. — Kiedy nie wiesz, jak posługiwać się magią, a ona potężnieje w tobie, to… no, narowi, trochę jak młody koń. To samo dzieje się teraz w tobie.