Zakochany grzeczny piesTekst

Z serii: To lubię
Z serii: Grzeczny pies #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przyszła wiosna. Dni były coraz dłuższe, słońce przygrzewało mocniej, trawa z dnia na dzień robiła się bardziej zielona a ptaki panoszyły się w koronach drzew.

Uwielbiam wiosnę, ale jak miałbym wybierać, to moją ulubioną porą roku jest oczywiście zima. Jestem w końcu polarnym psem z Alaski, moi przodkowie ciągnęli sanie w zaprzęgach, przemierzali tysiące kilometrów przez mroźne pustkowia i mieszkali w domkach z lodu – słyszałem, jak kiedyś Henryk opowiadał o tym Alkowi. Wydaje mi się, że też bym dał radę robić takie rzeczy (szczególnie podobają mi się te domki z lodu), ale nie urodziłem się na Alasce i mam zupełnie inne sprawy na głowie. Muszę pilnować swojego stada, które ostatnio trochę się rozrosło, utrzymywać porządek na podwórku, mieć oko na różne obce psy, które mają ochotę obsikać nasze ogrodzenie, a także na okoliczne koty, próbujące dostać się na nasz teren, żeby się tu panoszyć (co koty potrafią najlepiej).

Rudemu wytłumaczyłem już dawno, kto w tym domu rządzi. Oczywiście zdarza mu się zajrzeć do mojej miski, ale przymykam na to oko – w końcu nikt nie jest doskonały. Kot Marian jak zwykle chadza swoimi ścieżkami i prowadzi tajemnicze nocne kocie życie, więc na ogół nie wchodzimy sobie w drogę.

Z ludźmi bywa różnie, ale nad Henrykiem cały czas pracuję i już trochę go wychowałem, Hanka na ogół nie sprawia problemów (no, chyba że ma zły humor), a Alek i Julka są naprawdę w porządku. Jest też chomik, który niedawno dołączył do naszego stada.

Któregoś dnia Julia przyniosła do domu małe, czarno-białe zwierzątko z bezczelnym pyszczkiem. Zwierzątko było trochę większe od myszy i cały czas nerwowo ruszało cienkimi, białymi wąsikami. Okazało się, że to chomik i nazywa się Popkorn. Julia dostała go od kolegi. Po gwałtownej wymianie zdań między Hanką i Henrykiem (Henryk oświadczył, że nie zgadza się na obecność gryzonia w domu i głośno protestował, że jego dom to nie zoo) – Julia się rozpłakała i chomik zamieszkał z nami.

Marian – jak tylko zobaczył Popkorna – wpadł w bojowy nastrój. Najpierw cały się zjeżył, a potem zaczął skakać w kółko i wymachiwać łapkami, wydając dziwne odgłosy. Chomik też się zjeżył i znieruchomiał – wyglądał jak czarno-biała, futrzasta piłka z wytrzeszczonymi, czarnymi oczkami. Przez chwilę, przyczajony, obserwował akrobacje Mariana, jednak w pewnym momencie niespodziewanie odbił się od podłogi tylnymi łapkami, skacząc desperacko wprost na kota. Marian wykonał dziki taniec, próbując uwolnić się od napastnika, ale chomik był zawzięty i nie puszczał.

Henryk z Hanką, jak już udało im się oderwać ząbki Popkorna od kociego pyszczka, zawieźli Mariana do weterynarza. Wrócił z opatrunkiem. Od tego czasu stosunki Mariana z Popkornem są chłodne i obaj wyraźnie się unikają. Jeśli chodzi o mnie – nie mam nic do chomików, jednak Popkorn nie ma zbyt łatwego charakteru i zachowuje się w irytujący sposób. Jest nerwowy, nienaturalnie podekscytowany (szczególnie w nocy), robi w klatce mnóstwo hałasu, rozrzuca dookoła trociny, kilka razy próbował ugryźć mnie w nos i ma w zwyczaju uciekać i chować się w różnych dziwnych i nieoczekiwanych miejscach.

Jak to dobrze, że chociaż ja jestem w tym domu mądry i odpowiedzialny!


Rude tornado

Od paru miesięcy dom na sąsiedniej działce stał pusty. Zrobiliśmy z Rudym dziurę w siatce i często buszowaliśmy po zarośniętym, dzikim ogrodzie. Pewnego dnia, gdy kopaliśmy dołek pod krzakiem porzeczki, usłyszałem od strony ulicy warkot silnika i jakieś hałasy. Potem rozległo się nawoływanie Henryka.

– Winter! Rudy! Winteeer!!!

Rudy, ten lizus, oczywiście natychmiast zniknął. Ja, ponieważ lubię kończyć to, co zacząłem – nadal pracowałem nad pogłębianiem jamy. Wyglądała obiecująco, więc zdwoiłem wysiłki i już byłem bliski sukcesu, kiedy nagle usłyszałem skrzypnięcie furtki, podniesione głosy i ogłuszający jazgot.

Zanim zdążyłem się zastanowić, co to lub kto to – hałas nasilił się i coś na mnie wpadło z wielkim impetem, dosłownie zmiatając mnie do wykopanej przed chwilą dziury. Wokół mnie, nade mną, nie wiadomo jak i gdzie, krążyła nawałnica, rude, futrzane tornado, wydając złowrogie ryki niczym ranny niedźwiedź, wkurzony żubr albo stado wściekłych szerszeni. Nic nie widziałem, bo miałem oczy pełne piasku, więc na wszelki wypadek pokazałem kły i głucho warknąłem.

Przez moment zapanowała cisza, a potem, bez żadnego ostrzeżenia – poczułem bolesne ukąszenie zębów w miejscu pod ogonem, na którym zwykle siadam. Tego już było za wiele! Otrzepałem się z piasku, zaryczałem jak lew i stanąłem na dwóch łapach gotów do walki. Już miałem zaatakować, kiedy zobaczyłem wpatrzone we mnie brązowe, wielkie oczy pod jasną, rozwianą grzywką. To była niewielka cocker-spanielka z długimi, puszystymi uszami. Gapiłem się na nią oszołomiony. Nagle rude uszy gwałtownie zafalowały, usłyszałem głuchy warkot i zanim zdążyłem uskoczyć – białe, ostre ząbki ukąsiły mnie boleśnie w szyję.


Walka ze słabszymi osobnikami jest poniżej mojej godności, ale ta cocker-spanielka naprawdę mnie wkurzyła. Co ona sobie w ogóle wyobraża? Zaryczałem trochę, żeby sobie nie myślała. Natychmiast poczułem ugryzienie, tym razem w przednią łapę. Teraz już naprawdę się wkurzyłem. Zaraz pokażę tej… przerośniętej wiewiórce, kto tu rządzi!

– Nindża, zachowuj się! – młoda, rudowłosa kobieta złapała cocker-spanielkę za obrożę.

Po chwili nadbiegł zdyszany Henryk.

– Winter, co ty tu robisz? – wysapał.

Jak to co? Pracuję! Kopię dołek pod krzakiem porzeczki, gdzie ten Henryk ma oczy?

– Bardzo panią przepraszam, nie mam pojęcia, jak mój pies znalazł się w państwa ogrodzie – zaczerwienił się Henryk.

– Nic nie szkodzi, mam nadzieję, że nasza Nineczka nie zrobiła mu krzywdy – uśmiechnęła się kobieta. – Nazywamy ją Nindżą, bo ma dość ekspresyjny charakter.

– Bez obaw, Winterek sobie poradzi w każdej sytuacji – machnął ręką Henryk, po czym przypiął mi smycz i pociągnął za sobą.

– Miło mi, że będziemy sąsiadami – powiedziała jeszcze ruda pani, trzymając mocno Ninę, czy też Nindżę, która cały czas próbowała się wyrwać i rzucić na mnie.

– Mnie również bardzo miło – uśmiechnął się Henryk, holując mnie do furtki.

Wyszliśmy. Odprowadzało nas głośne ujadanie Niny. Odszczeknąłem jej parę razy basem.

Wieczorem Hanka i Henryk popijali herbatę na tarasie, rozmawiając o czymś półgłosem. Rudy leżał pod fotelem Hanki i cichutko pochrapywał. Przy wielkiej donicy rozłożył się Marian, leniwie mrucząc. Leżałem nieopodal, pilnując talerza z ciastem, który stał na stoliku obok Henryka, ale po chwili też zaczęła dopadać mnie senność. Nagle znalazłem się na pięknej, rozległej łące. Goniłem wyjątkowo zwinną i szybką wiewiórkę, która skakała wśród zielonej, bujnej trawy. Gdy wiewiórka stanęła i odwróciła się, zobaczyłem, że ma duże, brązowe oczy, blond grzywkę i długie, rude, puszyste uszy… Obudził mnie brzęk tłuczonego szkła i okrzyk Henryka.

– No coś podobnego! Poszedł pies!

Zerwałem się czujnie i zobaczyłem Henryka zbierającego z tarasu skorupy po talerzu. Potem zauważyłem długie falujące uszy… przez nasz ogród galopowała Nindża, trzymając w pysku wielki kawał ciasta (na który miałem ogromną ochotę). Spanielka leciała ze swoją zdobyczą prosto do MOJEJ (a właściwie naszej z Rudym) dziury w siatce. Marian gdzieś zniknął. A Rudy też właśnie się obudził – ziewał i rozglądał się zdziwiony, jakby zobaczył UFO.

– Ty widziałeś? – wyszeptała Hanka. – Niezły numer z tej Niny.

– Nic dziwnego, że wołają na nią Nindża – stwierdził kwaśno Henryk i powlókł się naprawić dziurę w ogrodzeniu.

Nie wiem, co to znaczy Nindża, ale myślę, że to coś podejrzanego.

Gdzie jest popkorn?

Następnego dnia przez nasz dom przetoczyło się kolejne tornado. Od rana Julia postawiła cały dom na nogi.

– Mamo, tato, Aleeek! Ratunku! Popkorn zniknął!

Wszyscy zbiegli się do pokoju Julii. Klatka rzeczywiście była pusta, a drzwiczki otwarte na oścież. W pokoju pobojowisko – wszędzie walały się trociny, marchewka, kukurydza i inne chomikowe przysmaki. Tylko amatora przysmaków nigdzie nie było widać.

– Kto otworzył drzwiczki? – spytał surowo Henryk i powiódł wokół podejrzliwym spojrzeniem, ale nikt się nie przyznał.

Wszyscy zaczęli pełzać po podłodze, zaglądając w każdy kąt. Zabawa mi się spodobała i wziąłem w niej aktywny udział. Wczołgałem się pod łóżko, gdzie oprócz trocin i bobków znalazłem kawałek zeschniętego ciasta. Smakowało nieźle.

Rozglądałem się za czymś interesującym, kiedy usłyszałem przeciągłe miauknięcie i okrzyk Julii.

– Marian?!

W progu pokoju stał Marian. Wyglądał na mocno znudzonego – rozejrzał się leniwie, przeciągnął, usiadł, po czym powoli, z wyraźną przyjemnością się oblizał.

– Zobaczcie – szepnęła Julia ze zgrozą. – On ma krew na pyszczku.

Spojrzeliśmy na Mariana – rzeczywiście, końcówki wąsów i futerko na pyszczku miał intensywnie czerwone.

Hanka zbladła. Henryk dostał nerwowej zadyszki. Marian znów się oblizał. Wydawało mi się, że nawet się uśmiechnął.

 

– To na pewno on – zaczęła płakać Julia i rzuciła się na łóżko.

– Kochanie, poczekaj, jeszcze nic nie jest przesądzone – zaczął ostrożnie Henryk. – Nie wydaje mi się, żeby nasz Maniuś był zdolny do czegoś takiego.

– Ale przecież jest kotem, tak czy nie? – popłakiwała Julia.

– No jest – bąknął Henryk.

– I ma czerwone wąsy?

Henryk pochylił się nad Marianem ze skupioną miną i zmarszczonymi brwiami. Pokiwał smętnie głową.

– Czerwone. Tak jakby.

Podszedłem do płaczącej Julii i polizałem ją delikatnie po policzku. Julia mocno objęła mnie za szyję i wtuliła się w moje futro.

– Jesteś kochany, Winterku, tylko ty jeden mnie rozumiesz – szepnęła.

Nie lubię, jak Julia jest smutna, więc trąciłem ją delikatnie nosem, aż się w końcu uśmiechnęła.

– Słuchajcie, nie możemy się teraz poddać – w Henryka wstąpiło nowe życie. – Mam przeczucie, że Popkorn gdzieś tu jest. Szukamy dalej!


Mnie tymczasem zaintrygował Marian, który wyraźnie się ożywił. Oczy błysnęły mu dziwnym blaskiem i wpił wzrok w coś nad oknem. Spojrzałem w tym kierunku. Na karniszu przyczaił się chomik i ruszał nerwowo wąsikami. Pierwszy zareagował kocur. Prychnął, syknął i skoczył na firankę, wpijając się w nią pazurami. Rozległ się gwałtowny huk – to karnisz spadł i wylądował na kocie. Popkorn natomiast wylądował… no, jak myślicie, na czyjej głowie?

A potem, zanim kocisko wyplątało się spod fałdów firanki, chomik zbiegł na podłogę po oniemiałym Henryku i ruszył szybkim truchcikiem do swojej klatki. Julia przytomnie zatrzasnęła za nim drzwiczki.

Po kilku sekundach obok pojawił się bezszelestnie Marian. Ale Popkorn biegał już w swoim kołowrotku i miał gdzieś kota i resztę świata. Wtedy wszyscy zaczęli sobie gratulować jakiegoś sukcesu i w ogóle. Nie mogłem zrozumieć, co to za sukces, ale chyba chodziło o to, że jak Popkorn spadł na głowę Henryka, to cudem nie wybił mu oka. Przynajmniej Henryk tak twierdził. Bardzo się ucieszyłem, bo lubię sukcesy i bohaterska postawa Henryka też zrobiła na mnie duże wrażenie.

Hanka przykleiła bohaterowi dwa plastry na czubku głowy, w tym miejscu między uszami, gdzie malamuty mają owłosienie. U ludzi jak zwykle bywa różnie – na przykład u Henryka w tym miejscu włosów zdecydowanie brakuje.

Z kolei Marian się obraził, jakby ktoś mu zepsuł świetną zabawę. Nigdy nie zrozumiem kotów. Co prawda nie rozumiem jeszcze paru innych rzeczy, ale poza zachowaniem ludzi, kotów i dziwnym blaskiem księżyca, reszta jest do ogarnięcia, nawet to, że Rudy przespał całe to interesujące wydarzenie.

Wieczorkiem poszliśmy z Henrykiem na spacer, chociaż wykręcał się, jak mógł. Chciał koniecznie gdzieś jechać na zastrzyk, bo twierdził, że może być zarażony wścieklizną. Narzekał, że mu słabo, że czuje się nieswojo i może nawet dostać gangreny. Widocznie bohaterstwo to coś, co osłabia ludzi i powoduje jakieś zaćmienie. Co do mnie, to wolę nie być bohaterem, bo muszę być czujny i zachować jasność umysłu, aby pilnować swojej miski i opiekować się moim stadem, a szczególnie Henrykiem.

W końcu Hanka powiedziała, że zaraz ona dostanie wścieklizny, jak Henryk nie przestanie histeryzować, bo zachowuje się jak po amputacji mózgu, a ma tylko lekkie zadrapanie.

Wlekliśmy się w kierunku parku. Różne myśli przelatywały mi przez głowę. Na przykład: co to jest mózg? Albo amputacja? Tyle zagadek jednego dnia. Zaraz potem zza zakrętu wyłonił się nasz nowy sąsiad Karol z Nindżą. Oczywiście suczka skoczyła na mnie przednimi łapami i udawała przyjaciółkę, ale nie miałem ochoty na zabawy po tych jej wszystkich wybrykach. Końcówki uszu Nindży były zabarwione czymś czerwonym.

– Dobry wieczór – przywitał się Henryk. – Mój Winter też ma zapaćkane na czerwono uszy, a nawet nasz kot…

– No tak, zabawna sytuacja. Dziś od rana malowałem w plenerze i gdy ustawiłem już sztalugi w ogrodzie i mieszałem farby, szukając właściwej czerwieni, nagle po palecie przeleciał wasz kot, a zaraz za nim Winter z Niną – powiedział ze śmiechem Karol.

– Ha, ha, ha… – zaczął Henryk, ale zaraz się opanował i stwierdził, że bardzo mu przykro i jutro naprawi dziurę w ogrodzeniu. Już ją co prawda raz załatał, ale widocznie to nie wystarczyło, a co do kota, to za niego odpowiedzialna jest jego dzika natura, ale tym też się zajmie, bo ma duże doświadczenie treserskie.

– Proszę się nie przejmować – rzucił na pożegnanie Karol.

Nie wierzyłem własnym uszom! Znałem ogromne doświadczenie Henryka, nie wiedziałem tylko, że jest ono treserskie. Zawsze myślałem, że dotyczy oglądania telewizji i czytania gazet. Co do tej farby, to faktycznie trochę się ganialiśmy po ogrodzie sąsiadów z Marianem i niechcący przebiegliśmy po czymś lepkim.

Gdy po powrocie Henryk opowiedział całą historię przy kolacji, wszyscy długo się śmiali. Tylko Marian był nadal obrażony albo zaspany, albo jedno i drugie. Julia musiała go drapać za uszami i przepraszać za te niesłuszne podejrzenia, aż w końcu kocisko zaczęło mruczeć po swojemu. A wtedy ja się obraziłem i wszyscy mnie drapali za uszami i pod brodą, tak jak lubię. A potem obudził się Rudy i też go drapali, ale nie wiem dlaczego, bo nie był obrażony.

Gdy zjadłem zawartość swojej miski, poszedłem na górę, gdzie w kołowrotku szalał Popkorn, a Julia z Alkiem podsuwali mu pod nos różne przysmaki. Trochę mnie to zastanowiło. Niedługo żeby dostać coś dobrego, trzeba będzie włazić na karnisz.

Wiecie co? Wkurza mnie ten Popkorn!

Podwieczorek

W niedzielę przyszli do nas na podwieczorek nowi sąsiedzi – Karol z Karoliną. Karol przyniósł swój obraz w prezencie. Na obrazie było mnóstwo pasków we wściekłych kolorach.

– Dziękujemy, jest przepiękny… – rozmarzyła się Hanka. – Taki dynamiczny. Henryku, powiesimy go nad telewizorem, dobrze?

– Dobrze kochanie, oczywiście – uśmiechnął się posłusznie Henryk, ale słyszałem, jak syknął potem do Hanki: – Wygląda zupełnie jak ten obrus, co go przywiozłaś z Łowicza.

– Nie widzisz, że to wiosenna łąka? – oburzyła się szeptem Hanka.

Uważam, że paski zdecydowanie nie przypominały łąki, może prędzej kabanosy, które wpadły do puszek z farbą, a potem ktoś je rozjechał. Ale kto by jadł kabanosy w takim dzikim kolorze?

Sąsiedzi przyprowadzili oczywiście Nindżę, która z impetem wpadła na nasz teren i zaczęła bez żenady myszkować po ogrodzie i tarasie. Rudy na jej widok uciekł, gdzie pieprz rośnie. Marian też gdzieś zniknął. Ja musiałem pełnić honory domu. Pełniłem je jak zwykle bardzo odpowiedzialnie, siedząc przy stole, bo właśnie podano kawę i ciasto. Oczywiście chyba nie myślicie, że byłem zainteresowany kawą. Nindża co pewien czas wpadała do domu przez otwarte drzwi na tarasie, robiła rundkę dookoła stołu i wybiegała do ogrodu. Udawaliśmy, że się nie widzimy. Zresztą ja nie musiałem udawać, bo byłem wpatrzony w ciasto.

– Nasze psy już się chyba zaprzyjaźniły – zaczęła rozmowę Hanka.

– Ależ oczywiście, Nineczka jest taka towarzyska – uśmiechnęła się Karolina.

Nastawiłem uszy i straciłem trochę koncentrację, ciasto zaczęło mi się rozmazywać w oczach i przypomniałem sobie, jak Nindża mnie ugryzła w… no wiecie, to, na czym się siada.

– Nasz Winter jest zachwycony Niną – kontynuował Henryk – to się rzuca w oczy.

Co ten Henryk bredzi? Może rzeczywiście powinien pojechać na zastrzyk, po tym jak mu Popkorn skoczył na mózg?

Jak to z ludźmi bywa, rozmawiali o mało istotnych sprawach, które wcale nie miały miejsca, i ogólnie zrobiło się sennie.

Gdy się po pewnym czasie obudziłem – na stole nie było już prawie ciasta, co mnie jeszcze bardziej zdekoncentrowało, więc jako pełniący honory domu postanowiłem sprawdzić, co się dzieje w okolicach mojej miski. Gdy lekko rozespany wszedłem do kuchni, usłyszałem chrupanie, a potem zobaczyłem mrożący krew w żyłach obrazek. Nindża, ta zjadliwa kupka złotego futra (trzeba przyznać, że oczy ma piękne), posilała się właśnie zawartością mojej całkowicie prywatnej miski, do której nikt, ale to NIKT nie ma dostępu, nawet Henryk. Sam nie wiem, jak i kiedy z gardła wydobył mi się charkot i pokazałem kły.


Nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia, chrupała sobie spokojnie i tylko zamachała leniwie ogonem. Zaryczałem głośniej i szykowałem się do interwencji, gdy do kuchni wpadła Hanka.

– Winter!!! – krzyknęła. – Winter!!!

Potem przyleciał Henryk i widać było, że jeszcze całkiem nie wyzdrowiał (po tej przygodzie z Popkornem), bo palnął mi przemowę o gościnności i o grzecznym psie. Ciekawe, czy byłby taki gościnny, gdyby to jemu ktoś wyjadał obiad z miski? Na koniec Hanka powiedziała, że wstydzi się za mnie. Gdy do kuchni przyszli Karol z Karoliną – zapanował gwar i wzajemne zapewnienia, że nic się nie stało i tak dalej. Jak to nic się nie stało? Postanowiłem, że ostatni raz pełnię honory domu, wolę pilnować swojej miski.

Na koniec tego nieudanego popołudnia okazało się, że jak wróciliśmy do stołu, to reszta ciasta zniknęła, a Nindża leżała sobie na tarasie z bezczelną miną i się oblizywała.

Wszystkie te wydarzenia bardzo zabolały moje malamucie serce. Zrozumiałem, że czeka mnie teraz naprawdę dużo pracy, aby zaprowadzić porządek w swoim stadzie. Z tego wszystkiego przed snem wysikałem się w ogrodzie i odmówiłem wieczornego spacerku. To był mój najbardziej heroiczny czyn w życiu i byłem z siebie dumny.

Tuż przed zaśnięciem postanowiłem całkowicie zerwać znajomość z Nindżą.

Zakochany Marian

Mariana nie było całą noc. Rano wszyscy go wołali, szukali, ale się nie pojawił.

Wreszcie Alek z Julią poszli do szkoły, a Hanka pojechała do pracy. Henryk został w domu, bo wziął zwolnienie, żeby szukać Mariana. Zastanawiam się, czy pies też może wziąć zwolnienie? Bo ja bym był chętny.

Pół dnia Henryk ciągał mnie po osiedlu. Lubię spacerki, ale zamiast pójść do parku – on łaził w kółko po tych samych uliczkach, zaglądał do ogrodów i nawoływał monotonnie:

– Marian! Maaarian!

Co za nuda!

Wreszcie wróciliśmy do domu. Mariana wciąż nie było. Henryk przysiadł na kanapie z gazetą i zasnął. Ja też chyba przysnąłem.

Obudziło mnie jakieś bębnienie. Zobaczyłem Mariana – histerycznie walił łapkami w okno drzwi tarasowych i miauczał, jakby go obdzierali ze skóry. Cały Marian.

Próbowałem zasnąć, ale bębnienie nasiliło się. Trąciłem Henryka nosem. Obudził się i rozejrzał nieprzytomnie. Natychmiast zauważył w oknie tego dzikusa.

– Marianek, mój kotek! – rozpromienił się i otworzył szeroko drzwi.

Marian stanął w progu i zamiauczał. Nawet trochę mnie zaskoczył, bo to było zupełnie inne miauczenie niż zwykle – takie prosto z dżungli, długie, przeciągłe i dzikie.

– No chodź, kochany… – zaczął Henryk, ale nagle zamilkł.

Za Marianem do salonu wkroczyła czarno-ruda kotka. Była bardzo pewna siebie i zrelaksowana – przeszła obok Henryka i nawet na niego nie spojrzała. Marian prowadził ją prosto do kuchni, do swojej miski… Zaraz, zaraz, ale tam jest też MOJA miska! Znalazłem się w kuchni pierwszy. Czarno-ruda obrzuciła mnie zimnym spojrzeniem (jak to koty potrafią), skubnęła trochę z miseczki Mariana, po czym wskoczyła na fotel Henryka i zwinęła się w kłębek. Henryk zaniemówił. Zauważyłem, że robi się czerwony i nerwowo drga mu powieka – w takiej sytuacji wiem, że lepiej przeczekać i nie wchodzić mu w drogę.

Tymczasem Marian zaczął swoje popisy – wskoczył na blat w kuchni, wykonał tam kilka szalonych susów, wylizał masło z maselniczki, przeleciał przez pokój galopem, po czym wskoczył na kanapę i rozłożył się na największej poduszce. Czarno-ruda niby spała, ale zauważyłem, jak obserwuje Mariana spod przymkniętych powiek.

Spojrzałem na Henryka i jego widok lekko mnie zaniepokoił. Był pąsowy i wyglądał, jakby za chwilę miał eksplodować. Niespodziewanie głośno klasnął Czarno-rudej nad głową.

– Psiiiik!

Kotka miauknęła wściekle, przekręciła się na drugi bok i zamknęła oczy. Chyba poszła spać. Natomiast Marian wtarabanił się na stół, skąd miał już blisko do Henryka, wygiął grzbiet i wojowniczo fuknął.

 

Usiadłem pod oknem i obserwowałem – zaczynało się robić bardzo ciekawie. Henryk zamachał rękami, nadął się jak balon i krzyknął tubalnym głosem:

– PSIIIIIIIK!!!

Nawet mi zaimponował, to był niezwykły ryk jak na człowieka. Oczywiście daleko mu do moich ryków w chwilach natchnienia. Teraz już byłem pewien, że skok Popkorna na mózg Henryka dokonał pozytywnych zmian w jego osobowości. Przede wszystkim poprawił mu głos. O innych zmianach nie będę wspominał, bo nie jestem złośliwy i nie wiem, czy są pozytywne.

Po chwili w kuchni niespodziewanie pojawiła się Hanka.

– Dlaczego tak strasznie krzyczysz?

– Już wróciłaś? – zmieszał się Henryk.

Nagle Hanka zobaczyła Czarno-rudą, która otworzyła zielone oczy i zaczęła mruczeć dwa razy głośniej niż Marian.

– Jaka piękna kicia – jęknęła z zachwytem. – Och, Henryku, gdzie znalazłeś to cudo?

– Ja? Znalazłem? To jakaś farsa! To było regularne wtargnięcie… – Henryk znowu gwałtownie zamachał rękami i zbliżył się do kotki.

Tego już było za wiele dla Mariana, który wykonał desperacki skok w kierunku Henryka. Tylko delikatnie machnął łapką, ale i tak zerwał dwa plastry, które Henryk miał przyklejone do czaszki.

Dalej to już się nie da opowiedzieć. Henryk się obraził na wszystkich i poszedł do swojego gabinetu. Rudy się obudził, rozejrzał nieprzytomnie i natychmiast zasnął. Marian, zrelaksowany, lizał sobie łapkę, a Hanka drapała Czarno-rudą pod brodą. Mówię wam, sielanka. Ta zmiana nastroju wprowadziła element senności w moje życie, więc dla ożywienia atmosfery opróżniłem swoją miskę i przy okazji miseczkę Mariana, bo nie lubię, jak się marnuje jedzenie.

Po posiłku, gdy już prawie zasypiałem, Marian nagle podniósł ogon i zeskoczył na podłogę. Czarno-ruda też opuściła fotel Henryka i oboje pomaszerowali na taras.


Odetchnąłem z ulgą i zamknąłem oczy, ale wtedy z kolei do salonu wparował Henryk i wzburzonym głosem opowiadał Hance jakąś okropną historię. Wspomniał o kotach niewdzięcznikach i odgrażał się, że odda Mariana do adopcji, bo wyhodował na własnej piersi węża, który chciał mu wydrapać oczy.

– Nie dramatyzuj. Marian nawet nie wyciągnął pazurków – powiedziała Hanka. – Poza tym myślał, że chcesz zaatakować jego przyjaciółkę.

– Nie obchodzi mnie, co ten niewdzięczny kocur sobie myślał! – zagrzmiał Henryk.

Ziewnąłem głośno na znak, że pora iść na spacer. Henryk zrozumiał doskonale, co przy jego stanie psychicznym było dobrze wróżącym znakiem.

– Teraz ten się domaga! Nie idę na spacer, Winter! Mam dość terroru tych wszystkich zwierzaków w moim domu! – Henryk odwrócił się w kierunku tarasu i ryknął: – I żaden kocur bezapelacyjnie nie ma tu już powrotu!

Usiadł na kanapie i z zawziętą miną zapatrzył się na ścianę. Spojrzałem w tamtym kierunku i zobaczyłem, że nic tam nie ma, a już na pewno telewizora. Hanka wzruszyła ramionami, wzięła smycz i ruszyliśmy na spacer. Było jakoś inaczej niż zwykle. Oboje szliśmy zamyśleni. Nie wiem, o czym myślała Hanka, ale ja myślałem o wielkich rzeczach (w kształcie miski pełnej przysmaków).

Gdy wróciliśmy do domu, prawie nic się nie zmieniło. Rudy spał, a Henryk siedział na kanapie i patrzył w ścianę. Zmieniły się tylko dwa szczegóły. Henryk już nie miał zawziętej miny, a na jego kolanach leżał rozwalony Marian i mruczał jak młynek do kawy.

Wieczorem, gdy szykowałem się do snu, usłyszałem, jak mówi do Hanki:

– Wiesz, jak się tak głębiej zastanowić, to nasz najpiękniejszy zwierzak pokazał wielki charakter. Wystąpił w obronie damy!

Lubię, jak mnie chwalą, tylko nie wiem, co to znaczy dama.