Wakacje grzecznego psaTekst

Z serii: To lubię
Z serii: Grzeczny pies #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Cześć, jestem Winter! Bardzo grzeczny, mądry i rozsądny pies! Moi przodkowie pochodzą z dalekiej, zimnej Alaski, gdzie jest mnóstwo śniegu i po lasach spacerują ogromne niedźwiedzie. Chciałbym kiedyś tam pojechać, chociaż za niedźwiedziami (podobnie jak za dzikami) raczej nie przepadam.

Za to uwielbiam chodzić na spacery, biegać po łące, gonić wiewiórki, tarzać się w śniegu, ryć nosem w ziemi, wpadać na trop leśnej zwierzyny, dostawać smakołyki i… mnóstwo innych rzeczy. Zima jest moją ulubioną porą roku, ale uwielbiam też wakacje, bo zawsze wyjeżdżamy w jakieś fajne miejsce z całym moim stadem – to znaczy Hanką, Henrykiem, Julią, Alkiem i Rudym. Mam z nimi co prawda drobne problemy wychowawcze, ale za bardzo się tym nie przejmuję, bo przekonałem się nie raz, że do ludzi (i do Rudego, który ma charakterek) trzeba mieć cierpliwość.

Właśnie zaczęło się lato. Był leniwy, lekko nudnawy poranek – wiał łagodny wiaterek, który przyjemnie łaskotał mnie w uszy. Ptaki plotkowały w zaroślach, a zza chmur przeświecały delikatne promienie słońca, grzejąc mnie w nos. Błogo rozleniwiony, wylegiwałem się na tarasie i sen owijał mnie rozkoszną, różową mgiełką, gdy nagle usłyszałem, jak Henryk z Hanką rozmawiają o wakacjach. Zerwałem się na cztery łapy i zastrzygłem uszami. Wakacje są fajne – to zapach ogniska, kiełbaski pieczone na ruszcie, długie spacery, gonitwy po plaży, leśne rajdy, taplanie się w wodzie, tropienie ciekawych zapachów, nowe znajomości i inne pasjonujące sprawy. Nudzą mnie co prawda długie podróże w bagażniku kombi Henryka (który, między nami mówiąc, jest fatalnym kierowcą) – ale jak już przyjedziemy na miejsce, to szybko zapominam o tym dyskomforcie. Ciekawe, gdzie pojedziemy tym razem? Byłem już właściwie wszędzie – na wsi, nad morzem, nad jeziorami i w górach. I powiem wam, że wszędzie mi się podobało.

Pokłusowałem radośnie do domu, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Wpadłem w sam środek awantury. Na środku salonu stał Henryk i groźnie wywijał gazetą. Henrykowi wydaje się, że jest głową rodziny i jest najważniejszy, ale chyba nie ma racji… (zgadnijcie sami, kto w naszym stadzie jest szefem).


– Tysiąc, milion razy mówiłem, że chcę jechać w góry! – wykrzykiwał Henryk do Hanki. – Ale jak wy chcecie nad jeziora, to proszę bardzo. Jedźcie sobie! Ja mogę nawet zostać w domu! Przynajmniej zrobię porządek w szafach i nadrobię zaległe lektury.

– Czy ja dobrze słyszę? – prychnęła złośliwie Hanka. – Ty i… porządek w szafie?

– Wyobraź sobie, że mam dość bałaganu. – Henryk zrobił się czerwony i oczy prawie wyszły mu na wierzch.

Podbiegłem do Henryka i przyjacielsko trąciłem go nosem, ale widocznie ten bałagan w szafach tak go zdenerwował, że nawet na mnie nie spojrzał.

– Obiecałam już dzieciom, że pojedziemy nad jeziora. Pamiętasz, że Alek miał się w tym roku uczyć pływać na desce? A Julia chciała się zapisać do szkółki żeglarskiej.

– Tak, oczywiście! Doskonale rozumiem, że ja się w tym domu zupełnie nie liczę. Czy ktoś mnie w ogóle pytał o zdanie? – zdenerwował się Henryk i usiadł w swoim fotelu z nosem w gazecie.

– Od kilku miesięcy marudzisz, że jesteś zmęczony i potrzebujesz urlopu, a teraz nagle nie chcesz jechać? To kompletnie niepoważne! – podniosła głos Hanka. – Przypominam ci, że dzieci zaczynają wakacje już za tydzień, a my nie mamy żadnego planu.

– Owszem, mamy – mruknął Henryk zza gazety. – Znam świetny pensjonat w górach.

Wtedy z kolei Hanka zrobiła się czerwona i znów zaczęła się bardzo głośna dyskusja. Zupełnie nie miałem ochoty słuchać tych krzyków, więc wróciłem do ogrodu i dokładnie sprawdziłem teren wokół ogrodzenia. Nic podejrzanego się nie działo, wokół panowała cisza, tylko z okien naszego domu dobiegały podniesione głosy Henryka i Hanki. Położyłem się w cieniu, pod jabłonką. Ciekawe, gdzie w końcu pojedziemy na te wakacje? Bo jeśli o mnie chodzi, to nie wybrzydzam i zgadzam się na wszystko, ponieważ (jak już wiecie), jestem bardzo grzecznym i rozsądnym psem.

Bestia atakuje

Przez kilka następnych dni atmosfera w domu była napięta, trwały ożywione dyskusje, a ja nie mogłem się połapać – jedziemy w góry czy nad jeziora? Nie po raz pierwszy ludzie zaskakiwali mnie swoim dziwnym zachowaniem… no bo co to za problem? Przecież można pojechać nad jeziora, a potem w góry. Albo najpierw w góry, a potem nad jeziora. Albo po prostu nad morze. Chętnie bym się z nimi podzielił swoją mądrością, ale jak zwykle nikt mnie nie spytał o zdanie. No i zamiast się cieszyć (co potrafi każdy normalny pies) – wszyscy chodzili podenerwowani i skwaszeni. Ja na przykład zawsze jestem zadowolony (oczywiście pod warunkiem, że moja miska jest pełna i trafi mi się jakiś długi, porządny spacerek). Uwierzcie mi, że też mam swoje powody do narzekania, bo z ludźmi bywa czasem naprawdę ciężko. Ale jakoś daję radę… Zwykle mam dobry humor i nie kręcę nosem na drobne niedogodności.

Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień wyjazdu. Umknęło mojej uwadze, dokąd w końcu jedziemy, bo ostatnio byłem dość zajęty – kilka, albo kilkanaście razy dziennie musiałem sprawdzać, czy nikt niepowołany nie obsikał naszego ogrodzenia, dyscyplinowałem Rudego, który od pewnego czasu mocno się rozzuchwalił – wszędzie się pchał, właził mi pod łapy i jazgotał nad uchem… Poza tym pilnowałem swojej miski, czy nie pojawiło się w niej nic ciekawego, prowadziłem długie dyskusje z psami, a szczególnie jednym bernardynem z sąsiedztwa, słowem – miałem łapy pełne roboty.


Od samego rana w domu panował nieopisany wprost rozgardiasz. Wszyscy nerwowo biegali tam i z powrotem, szukając różnych niezbędnych do wyjazdu rzeczy. Ja spokojnie leżałem na środku salonu, czekając na poranny spacer. Tak, do ludzi trzeba mieć cierpliwość, mnóstwo cierpliwości. W pewnym momencie przez salon przekłusował Henryk – zerwałem się i pomachałem zachęcająco ogonem, żeby mu przypomnieć o spacerze, ale wyminął mnie zgrabnie, krzycząc rozdzierającym głosem:

– Gdzie są leżaki? Czy ktoś nie widział leżaków?!

– Po co ci leżaki? – zdziwiła się Hanka. – Na pewno będą na miejscu.

– A jak nie będą? – zmartwił się Henryk.

– To będziesz leżał na kocu na trawie.

Henryk mruknął coś niezrozumiale pod nosem i pogalopował do garażu. Potem przez salon przeleciał Alek, który szukał jakichś płetw, a z kolei Julia narzekała, że nie może znaleźć kostiumu kąpielowego. W salonie powoli piętrzył się stos rzeczy do zapakowania. Miałem poważne wątpliwości, czy to wszystko da się upchnąć do kombi Henryka, ale… to w końcu nie mój problem.

Zajrzałem na wszelki wypadek do swojej miski, ale wciąż pozostawała pusta. Byłem lekko oburzony, więc trąciłem ją kilka razy nosem, robiąc przy tym sporo hałasu.

– Winterku, przestań, głowa mi pęka – mruknęła Hanka i podrapała mnie za uchem. – Henryku, czy jesteś spakowany?

– Phi! – prychnął Henryk. – Co to za pytanie? Jak byłem w harcerstwie, to pakowałem się w siedem minut i trzydzieści sekund.

– Siedem minut? – Hanka spojrzała na Henryka jakoś tak dziwnie. – Jak jesteś spakowany, to idź z Winterem na spacer.

– Ale… – zaczął Henryk i nie dokończył.

Poszliśmy na spacer bez Rudego. Rudy, jak przed każdym wyjazdem – od rana siedział w bagażniku (zawsze się boi, że o nim zapomną) i żadna siła nie była w stanie go stamtąd ruszyć. To się chyba nazywa nerwica, czy jakoś podobnie – słyszałem, jak Hanka rozmawiała o tym z weterynarzem.

Snuliśmy się z Henrykiem po parku, gdzie było pełno nęcących zapachów, gdy nagle z krzaków wyskoczył z przeraźliwym warkotem jakiś pinczer wielkości notebooka. Spojrzałem na niego zdumiony, ponieważ ta imitacja psa wyraźnie szykowała się do ataku. Rozejrzałem się dookoła – byłem ciekaw, kogo ten wściekły pinczerek ma zamiar ugryźć. Ale nikogo w pobliżu nie było. Chyba nie chce się rzucić na Henryka?

Moje rozmyślania przerwał gwałtowny ryk, a raczej pisk – brzmiało to tak, jakby ktoś włączył wiertarkę chorą na anginę i poczułem, jak ktoś wbija szpilki w mój… no wiecie. To, na czym siadam. Odwróciłem się i zobaczyłem pinczerka wczepionego ostrymi jak igły ząbkami w mój zad. Ze zdumienia zaparło mi dech, ale tylko na chwilę. Zaraz potem zaryczałem z takim oburzeniem, że Henrykowi spadły z nosa okulary słoneczne, po czym pacnąłem pinczera łapą. Pokoziołkował w krzaki.

Jak spod ziemi wyrósł przed nami niewysoki pan w kolorowej czapeczce i z parasolem słonecznym.

– Co tu się dzieje?! – zaczął się wydzierać pan z parasolem. – Gdzie mój piesek? Bestia, Bestia!

– Jaka bestia? To mój malamut, bardzo spokojny i zrównoważony pies. – Urażony Henryk wyprostował się z godnością. – Winter rzeczywiście jest bardzo duży, ale nazywanie go bestią…

– Bestia to imię mojego pieska – przerwał Henrykowi pan z parasolem. – To trzykrotny zwycięzca okręgowej wystawy w klasie weteranów. Czy pan zdaje sobie sprawę, jakie mój pies ma pochodzenie? – nadął się pan z parasolem.

– Nie. A jakie, jeśli można spytać? – zdziwił się Henryk.

 

Pan z parasolem rozejrzał się nerwowo dookoła, potem podszedł do Henryka i wyszeptał mu coś do ucha.

– Nie, niemożliwe. Naprawdę? – wydukał Henryk, kompletnie skołowany. – Pan chyba żartuje?

– Ja nigdy nie żartuję! – obraził się pan z parasolem.

Z krzaków dobiegł złowrogi warkot i po chwili wyłonił się z nich pinczerek z błyskiem w oku i myszką w pysku.

– Brawo! Moja Bestyjka znowu coś upolowała? To pies myśliwski, poluje jak szalony – oświadczył z dumą pan z parasolem.

Zjeżyłem się trochę, bo ten przylizany pinczerek dziwnie działał mi na nerwy. Właściciel Bestii łypnął na mnie pogardliwie.

– Co ten pana misiaczek taki nerwowy? – rzucił do Henryka. – Chyba nie przestraszył się mojego pieska? Spokojnie, nic mu nie grozi. Jego zadek jest bezpieczny, hi, hi – zarechotał skrzekliwie.

Henryk zrobił się czerwony i głośno przełknął ślinę, ale nic nie powiedział. Nagle myszka wyskoczyła z pyska Bestii i zniknęła w trawie. Pinczerek wściekł się i zaczął biegać w kółko, robiąc przy tym potworny jazgot.

– Bierz, poluj! Łapaj myszę! Aport! – zapiszczał pan z parasolem.

Ale pinczerek, zamiast gonić za myszą – nagle stracił animusz. Stanął na rozstawionych łapach i spojrzał na pana zdezorientowany.

– Gdzie twoja ambicja? – oburzył się właściciel Bestii. – Bierz, poluj!

– Nie szkoda tej małej myszki? – wtrącił nieśmiało Henryk.

– Co proszę? – zdziwił się pan z parasolem. – To zew natury, kodeks dżungli. Silniejszy przetrwa, silniejszy! W świecie przyrody nie rządzą sentymenty, tylko kły, proszę pana!

Pinczerek szczeknął krótko, a pan z parasolem ryknął piskliwie.

– Bierz! Poluj! Łapaj myszę!

Pinczerek, zdezorientowany, rozejrzał się wokół (najwyraźniej szukając obiektu do upolowania), a potem nagle, bez ostrzeżenia, rzucił się w moim kierunku, szczerząc te swoje kiełki. Ciekawe skąd ten pomysł? Chyba nie przypominam wyglądem myszy? Tym razem nie czekałem, aż Bestia wbije zęby w mój zadek albo gdzie indziej. Ostrzegawczo ryknąłem i lekko pacnąłem go łapą. Pinczerek poleciał w krzaki i zaczął skowytać tak, jakby co najmniej obdzierali go ze skóry.

– Taki duży atakuje takiego małego? – krzyknął z oburzeniem właściciel Bestii i ruszył na mnie z parasolem. – Co za paskudne bydlę!

– Wydaje mi się, że to pana piesek zaatakował mojego, a mój się tylko bronił – tłumaczył zakłopotany Henryk. – Poza tym nic się nikomu nie stało. To tylko prawo dżungli, o którym pan wspomniał.

Pan z parasolem zrobił się czerwony i naskoczył na Henryka.

– To się tak nie skończy! Ja pana zaskarżę, zażądam odszkodowania! Trzeba uśpić tego agresywnego kundla! – wrzasnął i pokazał na mnie. – Dzwonię po policję!

Henryk próbował przekrzyczeć pana z parasolem, ale ten nie dopuszczał go do głosu. Ziewnąłem szeroko, bo zaczynało się robić nudno. To ma być spacer? Szarpnąłem smyczą.

– Miło się rozmawiało i mam nadzieję, że się więcej nie spotkamy – wymamrotał Henryk do właściciela Bestii, który gorączkowo szukał telefonu po kieszeniach.

Ruszyliśmy dalej i wtedy zobaczyłem patrol straży miejskiej prowadzony przez jakąś panią z rozczochranym golden retrieverem na smyczy. Pani tłumaczyła coś strażnikom, pokazując na nas. Szli szybko w naszym kierunku.

– Dzień dobry, co tu się dzieje? – spytał jeden ze strażników.

– W samą porę panowie przyszli – oświadczył właściciel Bestii. – Przed chwilą doszło do napaści i to jest sprawca! – triumfalnie wycelował we mnie parasolem.

Wszyscy spojrzeli na mnie, więc na wszelki wypadek przyjacielsko pomachałem do nich ogonem.

– A tamten typ – pokazał na Henryka – chciał uciec z miejsca przestępstwa.


Wszyscy odwrócili głowy w stronę Henryka, który zbladł i lekko się przygarbił.

– To jakieś nieporozumienie… – zaczął zakłopotany Henryk, ale w tym momencie właścicielka golden retrievera zauważyła przycupniętego w krzakach pinczerka i wzdrygnęła się nerwowo.

– O, tam jest ten potwór! – krzyknęła. – Przegryzł ucho mojemu pieskowi!

– Ten w krzakach? Jest pani pewna? – zdziwił się strażnik.

– Na sto procent! – oświadczyła pani. – Zresztą poznaję też jego właściciela. Wyjątkowo niesympatyczny osobnik!

Strażnik podszedł do pana z parasolką, odchrząknął i spytał oficjalnym tonem:

– Czy przyznaje się pan, że pana pies ugryzł tamtego w ucho? – pokazał na goldena.

– Chyba pan żartuje! – oburzył się pan z parasolką. – Moja Bestia, to znaczy, mój malutki piesek, nigdy by tego nie zrobił. Niech pan na niego spojrzy, jaki milusi. Łagodny jak myszka.

Strażnik spojrzał na Bestię podejrzliwie – zjeżony pinczerek powarkiwał wściekle, szczerząc kiełki i szykując się do ataku.

– Mówi pan, że spokojny jak myszka? Mamy tu inne zeznania – oświadczył surowo strażnik.

– Czy pan wie, z kim ma do czynienia? – prychnął pogardliwie pan z parasolką. – Jakie mój pies ma w ogóle pochodzenie?

Strażnik nie wiedział, więc pan z parasolem szepnął mu coś do ucha.

– Co mi pan tu za bzdury opowiada? – obruszył się strażnik. – Poproszę dokumenty i świadectwo szczepienia psa przeciw wściekliźnie.

– Słucham? – zaperzył się pan z parasolem.

– Mam powtórzyć w jakimś innym języku? – zdenerwował się strażnik.

– Ale po co? Dlaczego? – oburzył się właściciel Bestii.

– Widzę, że szuka pan kłopotów – do rozmowy włączył się drugi strażnik.

Gdy wróciliśmy do domu, w progu czekała na nas zdenerwowana Hanka.

– Gdzie byliście tak długo? I dlaczego nie wziąłeś telefonu? – gderała. – Można z wami zwariować, przecież mieliśmy dzisiaj jechać.

– Wintera zaatakował pies – oświadczył Henryk.

– Jest pogryziony, ranny? – przestraszyła się Hanka.

– Nie, bo to była miniaturka psa, ale wiesz, dziwna sprawa, bo podobno… – zaplątał się Henryk.

– Co podobno?

– No podobno ten pies pochodzi w prostej linii od… – urwał Henryk i zrobił dziwną minę.

– Od kogo? Powiesz wreszcie?

– Od… – Henryk się zawahał, a potem dokończył niepewnie – …od kota faraona Tutenchamona.

Hanka spojrzała na Henryka, a potem zaczęła chichotać i tarzać się ze śmiechu.

– Większej bzdury dawno nie słyszałam – wykrztusiła z trudem. – Chyba w to nie wierzysz?

– Oczywiście, że nie wierzę… powiedziałem to jako ciekawostkę – wzruszył ramionami Henryk.

A potem rozpadał się deszcz i Henryk zarządził, że wyjedziemy następnego dnia o świcie. Poszedłem do kącika pod schodami i uciąłem sobie drzemkę.

Jak to mają być wakacje, to ja dziękuję!


Jak naprawiłem samochód

Przyjechaliśmy na miejsce późnym wieczorem. Henryk z Hanką weszli do hotelu, a my z Julią i Alkiem pobiegliśmy nad jezioro. Weszliśmy na długi drewniany pomost – wokół nas, jak okiem sięgnąć, rozciągała się wielka woda. Wiał silny wiatr, a fale z hałasem rozbijały się o brzeg.

– Wow! Tu jest prawie jak nad morzem! – krzyknęła Julia. – Nie widać drugiego brzegu.

– Wiesz, że Śniardwy to największe jezioro w Polsce?

– Pewnie! – prychnęła Julia. – Uczyłam się na geografii.

– Świetna pogoda na deskę! Jutro z samego rana wypożyczę sprzęt do pływania – uśmiechnął się Alek.

– A ja zapiszę się do szkółki żeglarskiej – postanowiła Julia.

Galopem wróciliśmy do hotelu i już z daleka usłyszałem donośny głos Henryka.

– Cztery osoby i dwa psy?! Jak pan to sobie wyobraża? Miały być dwa pokoje. DWA! A nie jedna klitka wielkości celi więziennej.

– Nic nie poradzę, była awaria, zalało nam kilka pokoi – tłumaczył się pan w recepcji. – Jakoś państwa upchnę, zrobimy dostawki.

– Słyszałaś? Jakoś nas upchnie! – syknął Henryk do Hanki.

Nasz pokój był wielkości znaczka pocztowego. Dwa łóżka, plus dwa materace na podłodze, a w kącie stos bagaży. Rudy natychmiast zajął miejscówkę pod łóżkiem. Położyłem się na materacu, ale było tam stanowczo za ciepło, a na dodatek łapy zapadały mi się w miękką gąbkę. Wszyscy patrzyli na mnie w ponurym milczeniu.

– Potraktujmy to jak przygodę – zaproponowała Hanka. – Jutro na pewno znajdziemy coś lepszego. A teraz idźcie z Winterem na spacer.

Po spacerze stanowczo odmówiłem powrotu do pensjonatu. Zaparłem się przy wejściu i Henryk bezradnie szarpał za smycz.

– No chodź, Winter! Nie bądź taki uparty.

Nie jestem uparty, ale nie mam zamiaru się tłoczyć w jakiejś dusznej komórce. Henryk z Alkiem jeszcze długo próbowali mnie przekonać, żebym wrócił z nimi do pensjonatu, ale byłem twardy i nieustępliwy jak skała. W końcu Henryk z westchnieniem otworzył samochód. Wskoczyłem do bagażnika i zwinąłem się w kłębek, a po chwili chrapałem w najlepsze.

Było już jasno, kiedy coś mnie obudziło. Zerwałem się gwałtownie na cztery łapy. Nie bardzo wiedziałem, gdzie jestem… dopiero gdy jakaś syrena alarmowa głośno zawyła mi nad uchem, zorientowałem się, że siedzę w bagażniku kombi. Chciałem wyjść na świeże powietrze, więc trąciłem łapą klapę bagażnika, ale okazało się, że jest zamknięta. Syrena znów przeraźliwie zawyła.


Przez tylną szybę obserwowałem, jak w pensjonacie otwierają się kolejne okna i pojawiają się w nich rozczochrane głowy i zaspane twarze. W końcu wycie ucichło i zrobiło się nudno, więc wstałem i przeciągnąłem się, żeby trochę rozprostować kości. Nie wiem dlaczego, syrena odezwała się ponownie. Jakiś pan w czerwonej pidżamie wyskoczył z pensjonatu, podbiegł do samochodu i przyjrzał mi się uważnie z ponurą miną. Dawałem mu znaki, żeby mnie wypuścił na zewnątrz, ale się nie doczekałem. Żadnego zrozumienia dla psów… nie po raz pierwszy zauważyłem, że ludzie myślą tylko o sobie. Energicznie pacnąłem łapą w tylną klapę, ale bagażnik się nie otworzył, tylko syrena znów zawyła. Tym razem ja też zawyłem, ile sił w płucach, usiłując zagłuszyć syrenę.

Facet w pidżamie skrzywił się i machając rękami jak wiatrak, pobiegł z powrotem do budynku. Syrena nagle przestała wyć i zrobiło się przeraźliwie cicho i pusto. Co za poranek! Teraz z kolei ja zawyłem z oburzenia i jeszcze mocniej pacnąłem w klapę bagażnika. Po chwili Czerwona Pidżama pojawiła się ponownie – za właścicielem pidżamy szedł zaspany Henryk.

– To skandal! Można zbzikować! Niech pan wreszcie zrobi coś z tym psem i z tym alarmem, ludzie chcą pospać na urlopie! – gorączkował się pan w pidżamie.

– Spokojnie, zaraz opanujemy sytuację, niech się pan tak nie denerwuje – burknął Henryk i zaczął nerwowo szukać czegoś w kieszeni.

Grzebał po kieszeniach dość długo – najpierw lewą, potem prawą ręką i miał coraz bardziej niewyraźną minę. Właściciel pidżamy przyglądał mu się podejrzliwie.

– Dziwne, musiałem zostawić kluczyki w pokoju – wybąkał Henryk i zniknął w pensjonacie.

Zaraz, a co ze mną? Już nie mogłem dłużej wytrzymać w tym zamknięciu – znowu zawyłem głośniej niż syrena. Przed pensjonatem pojawiło się kilka nowych osób – rozprawiali o czymś gorączkowo, pokazując mnie sobie palcami. Dlaczego się tak gapią? Poczułem się zupełnie jak w zoo.

Po chwili przy samochodzie wyrósł jak spod ziemi zaaferowany Henryk. Towarzyszył mu Alek. Teraz obaj szukali czegoś po kieszeniach.

– Jak to nie wiesz, gdzie są? – gorączkował się Henryk.

– No nie wiem – mruknął Alek.

– Niech pan coś zrobi, na miłość boską! – piekliła się jakaś pani w szlafroku. – Jest czwarta rano, czy pan jest nienormalny?

– Spokojnie, nie ma się co złościć. Poranne wstawanie służy zdrowiu – próbował załagodzić sprawę Henryk. – Jak byłem w harcerstwie…

– Niech mi pan tu nie wyjeżdża z harcerstwem, czego tam pana nauczyli? Chyba nie rozumu? – zabulgotał Szlafrok.

Henryk poczerwieniał, ale zignorował panią i przylepił nos do szyby. Spojrzał na stacyjkę i jęknął.

– Kto ostatni wysiadał? – wysapał do Alka.

 

– Ja. A dlaczego pytasz? – zdziwił się Alek.

– Kluczyki są w środku, a ty zatrzasnąłeś drzwi! Co teraz zrobimy? – rozpaczał Henryk.

– A skąd mogłem wiedzieć, że wysiadłeś i zostawiłeś kluczyki w stacyjce? – zdenerwował się Alek.

– Jak to skąd? Trzeba mieć oczy! – Henryk otarł pot z czoła.

– Czy ja śnię? – włączył się do rozmowy pan w słomkowym kapeluszu. – Zatrzasnął pan kluczyki w samochodzie i włączył alarm? Czy pan ma dobrze w głowie?

– To nie ja, to on! – zaperzył się Henryk i pokazał palcem na Alka. – A alarm, to nie wiem… – zająknął się Henryk. – Może sam się włączył, nie pamiętam, byłem wczoraj skonany i wcześnie poszedłem spać… – dodał bez związku.

– Co mi pan tu o spaniu opowiada, tu nikt nie może spać od godziny! Za grosz odpowiedzialności! – zirytował się Słomkowy Kapelusz.

Nagle wszyscy zamilkli, bo alarm się wyłączył i zapadła cisza. Chwilę stali w milczeniu, patrząc na mnie podejrzliwie – a potem jakoś tak delikatnie, cicho, na paluszkach, skierowali się do budynku. Momencik, a co ze mną? Kto mnie wypuści? Pospiesznie pacnąłem łapą w szybę. Alarm zawył ponownie.

– Proszę pana, ja tego dłużej nie wytrzymam, to ten brytan uruchamia alarm i będzie to robił do końca świata. Chyba że pan w końcu otworzy ten samochód, wypuści psa i wyłączy tę piekielną syrenę! – wrzasnął Słomkowy Kapelusz do Henryka.

– A ja zaraz zadzwonię do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami! Jak można być tak nieludzkim i zamykać psa w samochodzie? – tupnęła nogą pani w szlafroku.

– Właśnie! To się może źle skończyć dla zwierzęcia. Co za barbarzyństwo! – poparła ją pani owinięta plażowym ręcznikiem. – Jak się czujesz, maleństwo? – zaszczebiotała do mnie. – Biedny piesek, żeby tak się nad tobą znęcać… Ten twój pan to skończony okrutnik i brutal!

Wstałem, żeby pomachać ogonem do tej pani i alarm zawył ze zdwojoną siłą.

– Niech pani da psu spokój! – zawołał pan z recepcji. – Jak się nie będzie ruszał, to syrena nie będzie wyła.

– Dobrze już, dobrze… – mruknęła niezadowolona pani w ręczniku. – Trzymaj się, biedactwo. – Cmoknęła jeszcze do mnie, a ja znowu wstałem i pomachałem ogonem.

– Co pan ma zamiar teraz zrobić? – zapytał surowo Henryka pan z recepcji.

– Sam nie wiem – wyjąkał Henryk. – Może zadzwonię po pomoc drogową?

– To kto ma wiedzieć? – stracił cierpliwość Słomkowy Kapelusz. – Odpowiedzialności za grosz! Za grosz!

W tym momencie przed pensjonatem pojawiła się Hanka z termosem kawy i atmosfera trochę się rozładowała. Panie usiadły na ławce i zaczęły ożywioną rozmowę, a panowie naradzali się, jak rozwiązać jakiś skomplikowany problem techniczny. Wyglądało na to, że wszyscy o mnie zapomnieli. A mnie nie było do śmiechu – robiłem się coraz bardziej głodny, chciało mi się siku, a bezczynność po prostu mnie dobijała. Na dodatek było mi duszno, bo Henryk zostawił mi w oknie tylko niewielką szparkę.

– Ja to bym przywalił kamulcem w szybę i po krzyku – zaproponował pan w słomkowym kapeluszu. – Później wstawi się nową.

– Jak to SIĘ wstawi? – zaprotestował Henryk. – Jakby to był pana samochód, to nie byłby pan taki prędki do wybijania szyb.

– Moim zdaniem lepiej rozwiercić zamek albo go wyłamać – doradzał pan z recepcji. – Mam w składziku różne narzędzia.

– Panowie, a co potem? Jak ja zamknę samochód? – rozpaczał Henryk.

– Pojedzie pan do warsztatu – wzruszył ramionami Słomkowy Kapelusz.

I tak się naradzali, i prowadzili te swoje długie rozmowy, a ja byłem coraz bardziej głodny i coraz bardziej chciało mi się siku – aż w końcu nie wytrzymałem i mocno naparłem pyskiem na kratę, która oddzielała mnie od kabiny pasażerskiej. Krata była już mocno obluzowana, bo pracowałem nad nią przy każdej podróży (co to za przyjemność, jeździć w klatce?). Nikt nie zwracał na mnie uwagi, więc zdwoiłem wysiłki i po chwili… coś trzasnęło, a krata przechyliła się gwałtownie i opadła z hałasem. Uff, nareszcie! Od razu przeszedłem na tylne siedzenie – jednak nie było tam za wygodnie, bo ta paskudna krata mocno mnie uwierała. Z pewnym trudem przedostałem się na przednie siedzenie, ale tu z kolei było mi trochę za ciasno. Zaklinowałem się na siedzeniu kierowcy i rąbnąłem nosem w kierownicę. Nagle coś ryknęło jeszcze głośniej niż syrena! Wszyscy zamilkli i podeszli do samochodu.

– Moje siedzenia! – jęknął Henryk i złapał się za głowę.

– Niezłe ziółko z tego psa! – zachichotał złośliwie pan w pidżamie.

Było mi coraz bardziej niewygodnie – zacząłem się wiercić i próbowałem zmienić pozycję, ale pazurami zaczepiłem o tapicerkę.

– Winter, nie wolno! – wrzasnął histerycznie Henryk, przekrzykując syrenę.


Miałem tego wszystkiego dość i z całej siły pacnąłem łapą w drzwi. Coś piknęło, pstryknęło i nagle… drzwi się otworzyły. Wyskoczyłem zwinnie na zewnątrz i od razu pogalopowałem w krzaki. Wolność to cudowne uczucie! Wszyscy stali w całkowitej ciszy z rozdziawionymi ustami, a ja z ulgą oddałem się sikaniu.

– No wie pan co… – wykrztusił w końcu pan z recepcji. – Nikt mi nie uwierzy, jak komuś o tym opowiem.

– Co za pies, co za pies… – powtarzał osłupiały pan w słomkowym kapeluszu. – Ile pan za niego chce? – mruknął do Henryka.

A potem poszliśmy z Alkiem na długi spacer nad jezioro. Gdy wróciliśmy po godzinie, Hanka dalej siedziała na ławce z paniami. Piły kawę i prowadziły ożywioną rozmowę. Podbiegłem do nich, żeby się przywitać. Panie aż podskoczyły, zaszokowane.

– Ojej, a ten skąd się tu wziął? – pisnął Szlafrok. – Przecież siedział zamknięty w samochodzie!

– Już chyba nie jest zamknięty – zauważyła pani w ręczniku.

– Ładne rzeczy! Naprawili samochód i nawet nie raczyli nam powiedzieć. To do NICH podobne! – zdenerwowała się pani w szlafroku.

– Ach, ci faceci… – westchnęła jej koleżanka. – Żadnego pomyślunku, tylko głupoty im w głowie.

Trudno się z tym nie zgodzić. Jednak wydaje mi się, że nie dotyczy to tylko facetów.