Wyspa mojej siostryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Kochana Pippi, moja starsza-młodsza siostro!

Moja kochana siostro, zanurzona w niebieskim oceanie, oddalona o ścianę milczenia, grube, nieporadne dłonie, wielkie, jakby ulepione z plasteliny palce…

Piszę do Ciebie i spoglądam w szybę – nadchodzi jesień i na parkowych alejkach leżą, niby wielkie dłonie, liście kasztanowca, które zawsze przypominały mi Twoje ręce. Ręce, które nigdy nie objęły nikogo – ani mnie, ani taty, ani naszego starego grubego psa, z którego pewnie została już tylko garstka kości pod starą sosną, daleko za miastem. Słońce wyzłaca korony drzew w parku, dzieci brodzą w liściach jak w płytkiej wodzie i zbierają kasztany.

Dzisiaj mam wolne. Spałabym pewnie dłużej, gdyby nie Nilsson, nasz nowy pies. Kiedy tylko usłyszy, że się budzę (nie mam pojęcia, skąd to wie), wpada do pokoju i zaczyna obgryzać mi uszy. Widzisz, gdyby to było dzisiaj, na pewno pokonałabyś niewidzialną ścianę dzielącą Cię od reszty świata.

Dzisiaj… Dzisiaj pomagają w tym psy. To się nazywa dogoterapia i gdyby nasz młody pies był wystarczająco opanowany… Czasami odnoszę wrażenie, że ma ADHD. Pewnie nie wiesz, co to jest. Chyba nie potrafiłabym Ci tego wytłumaczyć. W każdym razie to nie jest niebieskie, ani nie boi się dotyku. To jest coś, co każe naszemu psu kręcić się w kółko za własnym ogonem i przebierać łapami nawet przez sen. Wiem to wszystko, nauczyłam się tego, szukając odpowiedzi na pytanie DLACZEGO.

Czy ją znalazłam? Chyba nie… Albo może jeszcze nie. I coraz bardziej jestem pewna, że nie znajdzie jej nikt, przynajmniej w stopniu, który pozwoliłby od razu odpowiedzieć na pytanie CO DALEJ…

Nie umiem Ci wytłumaczyć, co to jest DNA, ani jak wygląda ludzki mózg. Chociaż… Pamiętasz, jak siedząc w kuchni, rozgniatałaś orzechy? Wygląda mniej więcej tak jak połówka orzecha włoskiego wyjętego ze skorupki. Na pewno pamiętasz. Pomyśl chwilę, przypomnij sobie całe kosze orzechów, które przywoziliśmy od babci, zielone łupinki brudzące palce i ten ostry zapach unoszący się nad koszykiem…

Koszyk… Twoje koszyki były naprawdę piękne, szczególnie ten pierwszy, z błękitną wstążką zawiązaną na pałąku.

Moja kochana starsza-młodsza siostrzyczko, chciałabym podziękować Ci za wszystko. Za ten pierwszy koszyk, który od razu pogryzł nasz nowy pies, i za to, że dzięki Tobie nauczyłam się żyć, zapinać guziki, myć zęby i sikać do nocnika…

Nie wiem, jak o tym opowiedzieć, żeby wszyscy, którzy boją się przybijać do brzegów nieznanych wysp, uwierzyli, że nie ma na nich ludożerców, dzikusów ani potworów – tylko ludzie. Może trochę inni, ale zdolni do miłości, czułości, tęsknoty… Tacy sami jak Ty, moja duża, gruba siostrzyczko, po której została mi tylko niebieska wstążka.

Twoja Myśka

Ten kawałek materiału… Dalej połyskliwy, błękitny, ale już dużo bledszy niż wtedy. Przesuwam go w palcach, jest chłodny jak woda. Kiedy przytulam go do twarzy, czuję (albo wydaje mi się, że czuję) zapach świeżo umytych włosów. Rumiankowy szampon, mydło o zapachu poziomek…

– Pippi… – mówię w przestrzeń.

Zaciskam powieki tak mocno, że przed oczami pojawiają mi się świetliste koła. Z tych kół, najpierw daleka, a potem coraz bliższa wyłania się okrągła, piegowata twarz, dwa sterczące na boki warkoczyki.

Pippi, moja siostra.


Pamiętam. Pamiętam to wszystko tak dobrze…

Nasze miejskie mieszkanie, które było za małe na mnie, na tatę i na moją starszą siostrę. Nasze podwórko, które pewnego dnia także stało się za małe… A przecież przedtem wszyscy – to znaczy Pippi i ja, i dzieci z podwórka – mieściliśmy się w jednej piaskownicy. Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy świat zaczął się kurczyć.

Pamiętam niebieską sukienkę mojej siostry, niebieską plamę na tle żółtego piasku, zupełnie jakby oderwał się kawałek nieba i upadł prosto na nasze podwórko. Piasek był złoty, ciepły jak ten znad morza, trafiały się w nim drobne kamyki, okruchy krzemienia. Kiedy uderzyło się jednym kawałkiem o drugi, w powietrzu dało się wyczuć zapach spalenizny, taki jak wtedy, kiedy Pippi spaliła koszulę taty, bo chciała zastąpić nam mamę…

Gdzie teraz jesteś, Pippi w niebieskiej sukience? Wierzę, że żeglujesz po ciepłych morzach, łóżko zamienia się w statek i wszyscy piraci od razu uciekają na swoje wyspy, chowają skrzynie ze złotem…

Pippi, a pamiętasz nasze złoto? Małe szare kamyki z połyskującymi drobinami, kamyki, których pełno było w naszej piaskownicy… Zanurzam rękę głęboko w piasek, aż tam, gdzie zaczyna się chłód i piasek nie jest już sypki, i kiedy wyciągam ją na powierzchnię, mam w niej parę kamyków, na które mówimy „złote”. Umiem wyszukiwać złote. Już tak mam. Jestem w tym lepsza od Pawła i dlatego Paweł zachodzi mnie od tyłu, podbija moją rękę i kamyki rozsypują się dokoła.

– Artek, zbieraj, zbieraj! – woła Paweł, ale nagle na piasek pada cień.

Cień jest duży, ciemny i groźny jak burzowa chmura, sztywno splecione warkoczyki sterczą na boki.

– Nie, Pippi, nie! – wołam, ale jest już za późno.

Krew spływa z nosa na brodę Artka, skapuje małymi kropelkami i szybko wsiąka w piasek.

Chwytam rękę mojej siostry, dużą, ciepłą, silną rękę.

– Pippi, chodźmy do domu – proszę, ale moja siostra wyrywa mi rękę i prycha jak rozzłoszczony kot.

Z balkonu wychyla się matka Artka, trzaskają drzwi, ciężkie męskie kroki na schodach.

– Znowu nikt nie pilnuje tej wariatki! – słyszę i czuję, jak zaczynają mi drżeć kolana.

Tu nie ma żadnej wariatki – odpowiadam w myśli. – To przecież moja siostra, to Pippi, moja starsza-młodsza siostra, która tak naprawdę opiekuje się mną i tatą.

– Pippi, chodźmy do domu – powtarzam, ale Pippi dalej stoi w miejscu i mruczy, i dopiero kiedy pojawia się tata, Pippi uśmiecha się i pozwala, aby zaprowadził ją do domu.

Idę za nimi jak psiak, nie odwracam się, bo wiem, że Paweł stroi głupie miny, a mama Artka kuca obok syna i wyciera mu twarz.

– Już dobrze – mówi łagodnie tata, a Pippi się uśmiecha.

– O-biad – mówi i jakby nigdy nic idzie do kuchni.

Dopiero wtedy zaczynam płakać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. A w kuchni już skwierczy patelnia i rumienią się domowej roboty sznycle.

To tata nauczył Pippi gotować i ona robi to naprawdę wspaniale. Ogląda wszystkie programy kulinarne w telewizji, i chociaż nie umie pisać, dokładnie zapamiętuje każdy przepis – zupełnie jakby miała w głowie komputer. Kiedy zapytać ją, jak się robi tiramisu, Pippi zamyka oczy i zastanawia się chwilę, a ja prawie widzę, jak na ekranie tego komputera przesuwają się kolejne kolorowe kartki. Po chwili otwiera oczy i zaczyna recytować przepis – ile kubeczków czego, ile łyżek czego i w ogóle. Bo Pippi ma pamięć fotograficzną.

Ale nie tylko. Zna na pamięć wszystkie wierszyki, jakich się uczę, potrafi mi powiedzieć, jakie lekcje mam w danym dniu, więc nie jest mi potrzebny żaden plan lekcji – wszystko pamięta Pippi. To całkiem fajna sprawa, ale nie mówiłam o tym nigdy żadnej koleżance. Zresztą one najczęściej szepczą ze sobą w swoich ławkach i nie zwracają uwagi na nic dookoła.

A ja – siedzę sama. Nie dlatego, że nikt nie chciał ze mną siedzieć. Po prostu miejsce obok to jest miejsce Pippi. Dlaczego na nim nie siedzi? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę zacząć od początku i wszystko dokładnie wyjaśnić. A to wcale nie jest proste.

Moja siostra wcale nie ma na imię Pippi, choć prawdę powiedziawszy, muszę długo się zastanawiać, żeby przypomnieć sobie jej prawdziwe imię… Pippi jest duża i gruba – każda jej noga jest dwa razy taka jak moja i każda jej ręka jest dwa razy taka jak moja. I jest bardzo silna. Potrafi podnieść fotel, który stoi w pokoju taty, i to jedną ręką, zupełnie jak Fizia Pończoszanka na obrazku w książce, gdzie uśmiechnięta unosi w górę konia.

Na początku Pippi miała na imię Fizia. Bo moja siostra jest ruda jak Fizia z książki i swoje sztywne, gęste włosy zaplata w warkoczyki, które śmiesznie sterczą jej na boki. Jeżeli ich nie zaplecie, włosy plączą się, wklejają się w nie landrynki i kryształki cukru i wieczorem trzeba je myć. A rozczesanie takich włosów wcale nie jest łatwe, bo Pippi ma ich dwa razy więcej niż ja. Jej ulubiony kolor to niebieski, więc wszystkie sukienki, koszulki i spódniczki ma niebieskie. Niebieskie są nawet jej oczy. To znaczy bardzo jasnoniebieskie, takie jak szkło, prawie przezroczyste. I tego niebieskiego na początek trudno się w nich dopatrzyć, ale kiedy już raz się go dostrzeże, wtedy można powiedzieć, że Pippi ma niebieskie oczy.

Kiedy Pippi biega po łące, przychodzi mi na myśl wielka niebieska chmura, ale gdyby Pippi była chmurą, to na pewno byłaby niebieską chmurą burzową. Bo moja siostra łatwo się gniewa. To znaczy nigdy nie gniewa się na mnie, na tatę i na babcię, ale niech no tylko ktoś spróbuje zrobić mi krzywdę…

Ale o tym za chwilę, bo jeszcze nie powiedziałam, dlaczego Pippi to Pippi, a nie Fizia. Tak naprawdę to wolałabym Fizię od Pippi, bo „pipi” kojarzy mi się z sikaniem – tak właśnie mówiła do mnie moja siostra, kiedy byłam mała: „Mysia, chcesz pipi?”. Oczywiście Mysia to nie jest moje prawdziwe imię. Mam na imię Marysia, ale Pippi mówi trochę niewyraźnie i dlatego od zawsze jestem „Mysia”. Ta „Mysia” nawet do mnie pasuje, bo mam takie szarobure, mysie włosy i śmieszny ostry jak u myszy nos. Ale wróćmy do Pippi.

 

Kiedy tata przeczytał mi opowieść o Fizi Pończoszance, wiedziałam, że to książka o mojej siostrze. Wprawdzie ta Fizia z książki była drobna i chuda, ale poza tym zgadzało się wszystko – piegi, rude włosy i to, że moja siostra, gdyby tylko chciała, na pewno podniosłaby konia jedną ręką. Ale dzieci na podwórku chyba nie znały tej historii, bo kiedy usłyszały, że na moją siostrę mówimy „Fizia”, zaczęły od razu wołać: „Fizia ma hyzia! Fizia ma hyzia!”. A ona nic z tego nie rozumiała, bo klaskała w dłonie i wołała razem z nimi. I tak bardzo się cieszyła, że dzieci z podwórka wreszcie chcą się z nią bawić, że nie mogłam zaciągnąć jej do domu i dopiero tacie się to udało.

I tak Fizia dostała nowe imię, imię, które od razu polubiła. Na szczęście nikt nie mógł się już do niego przyczepić i chyba nikomu prócz mnie nie kojarzyło się z sikaniem, więc mogłam bezpiecznie nazywać ją jej nowym imieniem.

– Kiedy będę duża – opowiadałam mojej siostrze – kupimy sobie małpkę.

A Pippi klaskała w dłonie i drapała się w czubek głowy zupełnie jak małpka, i śmiałyśmy się obie tak bardzo, że aż bolały nas brzuchy. Po każdym takim śmiechu Pippi musiała zmieniać majtki (które oczywiście też musiały być niebieskie, bo jak już wiecie, to był ulubiony kolor Pippi). Bo Pippi była trochę inna niż reszta dzieci, nawet inna niż ja, ale nigdy mi to nie przeszkadzało.

Tak naprawdę to Pippi była starsza ode mnie i w świecie, w którym żył tata, mogłaby już wybierać prezydenta i pójść do więzienia, gdyby zrobiła coś naprawdę złego. Mogłaby jeździć samochodem i robić mnóstwo rzeczy, które wolno tylko dorosłym, ale jak powiedział pan doktor, umysłowo była młodsza ode mnie. Dlatego Pippi nie wybierała prezydenta ani całej reszty tych, którzy zawsze obiecują ludziom to, czego by ludzie chcieli, a potem o tych obietnicach szybko zapominają.

Kiedy myślę o tym, jak żyje Pippi, przychodzi mi na myśl ocean. Taki ocean, po którym żeglował ojciec Fizi, zanim nie został murzyńskim królem. Na powierzchni tego życia Pippi jest dorosłą kobietą, która raz w miesiącu kupuje sobie w sklepie kolorowe paczuszki, a w głębi jest małą dziewczynką, taką samą jak ja.

Dlatego zawsze wszędzie chodziłyśmy razem i dlatego kiedy skończyłam siedem lat, nie chciałam pójść do pierwszej klasy bez Pippi. Tata długo naradzał się z panem doktorem, czy pozwolić, aby Pippi poszła do szkoły razem ze mną. Tłumaczył mi, że Pippi nie może pójść do takiej zupełnie zwyczajnej szkoły, chociaż podobnie jak ja jest małą dziewczynką. Na początku jakoś nie mogło mi się to pomieścić w głowie, ale skoro tak powiedział tata, to musiało tak być. I dodał, że kiedyś to zrozumiem.

Kiedyś… Tata zawsze tak mówił, gdy chciał powiedzieć, że zrozumiem, kiedy będę dorosła, to znaczy kiedy zacznę kupować kolorowe paczuszki i wybierać prezydenta. Ale myślę, że dorosła stałam się już wtedy, kiedy razem z Pippi poszłam do szkoły.

Nie wiem, co powiedział tacie pan doktor. W każdym razie pierwszego września tata pomógł zapiąć Pippi jasnoniebieską bluzkę, bo guziki były zbyt małe dla jej dużych, grubych palców, i wyszliśmy z domu we troje – tata do pracy, a ja i Pippi do szkoły. Tata nie musiał się oczywiście obawiać, że nie trafimy, bo Pippi miała w swoim komputerze plan całego miasta i wiedziała, co mówi każdy znak drogowy. Wiedziała, bo kiedy tata zabierał nas na soboty i niedziele do babci, mówił nam głośno, co każdy z nich oznacza.


Gdyby ktoś nie znał Pippi, mógłby sobie pomyśleć, że to starsza siostra odprowadza młodszą, co w istocie było prawdą, i że ta siostra może jest trochę duża i trochę gruba, bo przecież w tym oceanie są różni ludzie, jedni chudzi, drudzy grubi, jedni mali, a drudzy wysocy i przecież nikogo to nie powinno dziwić… A jednak kiedy pojawiłam się w szatni razem z Pippi, dzieci z podwórka od razu zaczęły chichotać. Pippi wesoło pomachała im swoją dużą, silną ręką i razem poszłyśmy pod drzwi klasy.

Pani przywitała się z Pippi, ale uśmiechała się trochę dziwnie, zupełnie jakby miała w ustach plasterek cytryny, a kiedy podała jej rękę, zaraz dyskretnie wytarła dłoń o spódnicę. To akurat wcale nie było dla mnie dziwne, bo Pippi cały czas miała spocone ręce, a kiedy miała zrobić coś bardzo ważnego, na jej bluzce pod pachami pojawiały się duże, mokre półksiężyce. Jeżeli chodzi o mnie, to byłam przyzwyczajona do ostrego zapachu, jaki wtedy zaczynał unosić się wokół Pippi, ale rozumiałam, że innym ludziom może to przeszkadzać, więc usiadłyśmy w rzędzie pod oknem. Pippi zawsze lubiła wyglądać przez okno.

Kiedy pani odczytała listę obecności, oczywiście nie było na niej mojej siostry.

– I jeszcze Pippi – powiedziałam, a wszystkie dzieci zaczęły się głośno śmiać.

– I Pippi – powtórzyła trochę niepewnie pani, a wtedy moja siostra wstała i powiedziała głośno:

– Oecna – co oznaczało „obecna” i dzieci po raz drugi zaczęły chichotać.

– Oecna, oecna – pisnął ktoś w ostatniej ławce, a moja siostra zamruczała cichutko.

Pani postukała w biurko linijką i w klasie zapadła cisza, w której słychać było tylko ten pomruk niezadowolenia Pippi. Poszukałam pod ławką wielkiej mokrej dłoni i pomruk ucichł.

Tymczasem pani napisała na tablicy ogromnymi literami „LEKCJA”, a tuż pod tym „WITAJ, SZKOŁO”.

– Tam jest napisane „lekcja” i „witaj, szkoło” – wyszeptałam wprost do ucha Pippi i odgarnęłam kosmyk włosów, który przykleił się do jej mokrego policzka.

– Le-cja – powiedziała głośno Pippi. – Wytaj, koło.

Oczy wszystkich dzieci zwróciły się znowu w naszą stronę, ale pani uprzedziła wybuch śmiechu, stukając w biurko kawałkiem kredy.

– Chyba nie lubię szkoły – szepnęłam cichutko, a Pippi pokiwała głową tak energicznie, że jej warkoczyki podskoczyły jak dwie sprężynki.

Na przerwie pani kazała wszystkim ustawić się w pary i oprowadziła nas po szkole, żebyśmy wiedzieli, gdzie jest ubikacja dla dziewczynek, a gdzie dla chłopców, gdzie jest świetlica, gdzie biblioteka, gdzie sekretariat i pokój pani dyrektor. Pippi wszystkiemu bacznie się przyglądała, a ja wiedziałam, że zapisuje to wszystko w swoim ukrytym komputerze.

– Kretaria dugie dwi – powiedziała, gdy ponownie zajmowałyśmy miejsca w ławce. – Ljoteka pater.

A potem wstała i, wziąwszy w swoje grube palce kawałek kredy, narysowała na tablicy kilka zygzaków.

– Le-cja – powiedziała, uśmiechając się do pani. – Wytaj, koło.

Pani pogłaskała ramię Pippi i wyjaśniła, że na tej lekcji będziemy mówić o czymś zupełnie innym, i wytarła tablicę. Ale Pippi ponownie podeszła do tablicy i po raz drugi narysowała swoje esy-floresy.

– Le-cja – powiedziała stanowczo. – Wytaj, koło.

– Lekcja – poprawiła ją pani i napisała słowo „LEKCJA” dużymi, okrągłymi literami.

– Wytaj, koło – dopowiedziała Pippi i pani musiała dopisać „WITAJ, SZKOŁO” tuż pod „LEKCJA”.

Dopiero wtedy Pippi wróciła na miejsce i zaczęła ssać koniuszek warkoczyka, co zdarzało się jej tylko wtedy, kiedy była bardzo niezadowolona.

Cichutko wstałam z miejsca i podeszłam do pani.

– Do toalety chodzimy na przerwie – powiedziała i ruchem głowy wskazała mi moje miejsce.

– Nie o to chodzi – szepnęłam. – Ja… ja muszę zabrać Pippi do domu.

Pani zmarszczyła cienkie brwi.

– Wróć na miejsce – powiedziała, zupełnie jakby nie dosłyszała, co mówię.

– Proszę pani, muszę zabrać Pippi do domu – powtórzyłam trochę głośniej.

Pani położyła mi rękę na ramieniu. Kątem oka dostrzegłam długie, różowe paznokcie.

– Teraz wrócisz na miejsce – powiedziała – a na przerwie zadzwonię do twojego taty.

– Do naszego taty – sprostowałam, bo przecież była ze mną Pippi, a tata był naszym wspólnym tatą.

– Do taty – rozległo się spod okna i Pippi wstała, przewracając krzesło.

W klasie zapadła cisza.

– Do taty! – zawołała znowu i zanim ktokolwiek się zorientował, co się dzieje, podniosła w górę ławkę i rzuciła nią o podłogę tak mocno, że ławka pękła.

Pani pisnęła zupełnie jak nasz pies, kiedy ktoś przypadkowo nadepnie mu na ogon, a Pippi energicznie wzięła mnie za rękę i wyprowadziła z klasy. Szła długimi, szybkimi krokami, tak że nie mogłam za nią nadążyć. Tak bardzo chciałam, aby posadziła mnie sobie na ramieniu, zupełnie jakby była Fizią z książki, a ja jej małpką, panem Nilssonem. Bach-bach-bach – zadudniło echo na pustym korytarzu.

– Domu – powiedziała ponuro, kiedy znalazłyśmy się na szkolnym podwórku.

Dalej wracałyśmy bardzo powoli. Po drodze Pippi kupiła dwa obwarzanki i wstąpiłyśmy do parku, gdzie po małym stawie pływało kilka kaczek. Były różne – dziewczynki miały brązowobure sukienki, a chłopcy kolorowo połyskujące, ale wszystkie kaczki wyglądały tak, jakby się uśmiechały. Zgrabnie łapały każdy rzucony im kawałek obwarzanka, nurkowały, otrzepywały śliskie pióra, a niektóre hałaśliwie przeganiały się nawzajem.

Kiedy skończyły się obwarzanki, poszłyśmy w stronę domu na skróty – przez trawnik, którego nie wolno było deptać i z którego właściciele psów musieli zbierać kupy, jeśli psu to się przytrafiło.

– „Nie deptać trawy” – powiedziałam, wskazując wetkniętą w trawnik tabliczkę.

Pippi wyrwała ją bez wysiłku i rzuciła w krzaki. I chociaż nie powiedziała ani słowa, wiedziałam, o co jej chodzi. Że trawa jest po to, żeby po niej biegać, żeby tarzać się w niej jak psiak, żeby zrywać duże, krągłe głowy koniczyny, wyciągać jeden po drugim rurkowate płatki i wysysać słodki sok. I że zabranianie tego wszystkiego jest głupie, bo na tym wielkim oceanie muszą być przecież jakieś wyspy, choćby taka, na której Pippi i ja jesteśmy po prostu siostrami, z których jedna jest starsza-młodsza, a druga tylko młodsza, ale jest nam ze sobą dobrze.

Tata pojawił się w domu na długo przed nami. Widocznie pani musiała zatelefonować i opowiedzieć mu o wszystkim. Chyba chciał powiedzieć, że jest mu przykro, albo zganić Pippi, że znowu zachowała się źle. Ale kiedy pocałowała go głośno w pachnący wodą kolońską policzek i powiedziała: „Wytaj, koło”, uśmiechnął się i usiadł przy kuchennym stole. Wyjął z kieszonki koszuli paczkę papierosów i zapalił, chociaż dotychczas nigdy nie robił tego przy nas w domu, tylko zawsze wychodził na balkon.

– Chciałam zabrać Pippi do domu – oznajmiłam, kiedy moja siostra nalewała do szklanki wrzątek.

Tata znów się uśmiechnął i posadził mnie sobie na kolanach jak wtedy, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.

– Teraz już wiesz, Mysiu – rzekł, wydmuchując dym wysoko nad moją głową – dlaczego Pippi nie może chodzić razem z tobą do szkoły.

– Wiem – powiedziałam.

I nagle poczułam się starsza. Wstałam, postawiłam na stole przed tatą szklankę herbaty i pomogłam Pippi rozpiąć guziczki w niebieskiej bluzce, która już zupełnie przykleiła się do jej pleców. A potem wrzuciłam bluzkę do plastikowej miedniczki, nasypałam garstkę proszku i nalałam ciepłej wody. Wiedziałam, że za chwilę Pippi wypierze bluzkę i powiesi ją na wieszaku nad wanną, ale zanim to zrobi, starannie rozprostuje wszystkie zagniecenia i wygładzi kołnierzyk.

– Jutro zapłacę za ławkę – powiedział tata i zamieszał cukier.

A ja przypomniałam sobie pisk naszej pani i cichutko się roześmiałam.

– Chciałaś zabrać Pippi do domu – powiedział tata, patrząc na mnie z uśmiechem. – Moja dzielna córeczka. Moja mała-duża dziewczynka.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?