Philo kot w drodzeTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Serce i kraciasty koc


Jest mi wstyd.

Gdybym był człowiekiem, wyjechałbym na koniec świata i zmienił tożsamość. Albo zrobiłbym sobie operację plastyczną. Ale nie jestem.

Mówią, że jestem bardzo mądry, nawet za bardzo. Pewnie dlatego dali mi na imię Philo. Czyta się „filo”, ale pisze się przez „ph” jak philosophus.

Gdyby pisało się normalnie, przez „f”, moglibyście pomylić mnie z Filonkiem. Filonkiem Bezogonkiem, tym z książki dla dzieci.

Ja na szczęście mam ogon – podobno najwspanialszy na świecie, rude, gęste futro i zielone oczy.

Całkiem niedawno odkryłem, że jestem kotem Dziadka. I wcale nie dlatego, że to on nadał mi imię, ale dlatego, że Dziadek zawsze miał czas. Nawet kiedy siedział przy komputerze albo z książką na kolanach, nigdy nie wołał: „Psssssssssik!”, tylko delikatnie zdejmował mnie i stawiał na podłodze.

A mnie się wydawało, że jestem kotem Wnuka!

Oczywiście kiedy byłem mały, to Wnuk organizował najdziksze zabawy i gonitwy po całym domu. Wyskakiwaliśmy na siebie z dobrze zamaskowanych kryjówek i trwało to tak długo, jak długo trwało moje dzieciństwo.

Nie wiem, kto pierwszy przestał być dzieckiem – ja czy Wnuk. Faktem jest, że coraz częściej przesiadywałem na kolanach Dziadka albo wylegiwałem się na stosach książek piętrzących się na jego biurku.

Gabinet Dziadka pachniał trochę kurzem, od którego kręciło w nosie, trochę lawendową wodą po goleniu, a trochę fajkowym tytoniem. Ten fajkowy zapach nie za bardzo mi odpowiadał, pomimo że Dziadek, zapalając fajkę i pykając z niej miarowo, zwykł powtarzać pewien śmieszny wierszyk, którego uczył Wnuka, gdy ten był małym chłopcem:


– Opowiem ci bajkę, jak kot palił fajkę…

Na ścianie honorowe miejsce zajmował portret Babci, która odeszła dawno, dawno temu, gdy jeszcze ani Wnuka, ani mnie nie było na świecie.

Kiedy zapadał zmierzch, Dziadek zapalał fajkę i długo wpatrywał się w portret.

– Tak, tak… – Puszczał niebieskie kółka, które bezskutecznie usiłowałem złapać. – Tempus fugit1.

Tempus fugit – to po łacinie, i znaczy tyle, że czas mija. Jako kot nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, czym jest czas – po prostu dzień płynął za dniem, jeden słoneczny, drugi deszczowy, ten ciepły, tamten chłodny, mijały pory roku – opadały liście, zakwitały kwiaty, odlatywały ptaki, motyle przysiadały na oknie.

A ja miałem coraz mniej chęci na gonitwy po domu i skoki za myszką.

I znaczyło to – że się starzeję.

Coraz więcej przyjemności sprawiało mi zwyczajne leżenie w słońcu na parapecie w gabinecie Dziadka, kiedy aksamitne promienie przenikały przez gęste futro, a miłe ciepło rozpływało się po całym ciele – od czubków uszu do koniuszków łap.

Podobnie musiał czuć Dziadek, bo często siadywał na tarasie, opierał na kolanach dłonie i wysuwał z kapci bose stopy.

A kiedy słońce już dostatecznie nas wygrzało, szliśmy do kuchni – Dziadek na kubek kawy z mlekiem, a ja – na porcję ryby albo kleksik śmietanki.

I takie były nasze drobne przyjemności.

Oczywiście nie siedzieliśmy cały czas w domu – Dziadek wychodził na partię szachów do Pana Ramola z sąsiedniego domu, a ja… cóż, jak każdy kot miałem swoje ścieżki.

Kiedy znikałem między zielonymi łodygami pysznogłówki, Dziadek uśmiechał się do Pana Ramola i mówił, że idę na patrol.

Oczywiście żadne patrole nie były mi w głowie – po prostu miałem parę specjalnych mysich dziur, ukrytych w kącie ogrodu, i tyle.

Rzecz jasna, nigdy nie byłem na tyle głodny, aby pożywiać się myszami, ale oczekiwania, aż w norze pojawi się wąsaty pyszczek lokatorki, nie dało się porównać z niczym innym.

Adrenalina. Właśnie tego słowa ostatnio Wnuk używał najczęściej, opowiadając o wyprawach na ryby.

Dzięki niemu zrozumiałem, że cała przyjemność z polowania to ten moment, kiedy dostrzeże się zwierzynę…

Pewnie gdybym był piwnicznym albo bezdomnym kotem, nigdy nie poznałbym tego uczucia… ale miałem szczęście trafić z rodzinnego gniazda wprost do domu Dziadka i Wnuka jako zupełnie małe, nieporadne kocię i od dziecka uczyłem się świata ludzi.

Często nie mogłem pojąć, dlaczego tak bardzo komplikują sobie życie, ale widać taka już była ich natura i, prawdę powiedziawszy, w najmniejszym stopniu nie czułem się powołany, aby cokolwiek w niej zmieniać.

Zresztą – kto z ludzi byłby na tyle szalony, aby wdawać się w filozoficzne dysputy z kotem? Może tylko Dziadek.

Ale Dziadek był profesorem filozofii i podobno, zanim pojawiłem się w jego domu, prowadził długie dysputy sam ze sobą, więc kiedy się zjawiłem – mógł dyskutować dalej zupełnie śmiało, bez obaw, że ktoś uzna go za szaleńca.

Podobnie Pan Trotel, który razem z Dziadkiem w parne, letnie popołudnia czytywał Wergiliusza w oryginale, prowadził niekończące się dysputy ze swoim psem.

Jakoś nie za bardzo to sobie wyobrażam, bo psy nie potrafią usiedzieć ani chwili spokojnie w jednym miejscu, a jeżeli już, to cały czas poświęcają na iskanie się zębami, a nie na słuchanie.

Oprócz tego, że tempus fugit, dowiedziałem się od Dziadka, że mam serce. Na początku nie bardzo rozumiałem, czym ono jest, ale kiedy pękło na tysiąc kawałków i cały świat, w którym wiodłem beztroskie i leniwe życie, rozpadł się w pył – zrozumiałem.

Jak już mówiłem, nie bardzo odpowiadał mi zapach fajkowego dymu, za to krople, po które od czasu do czasu sięgał Dziadek, były… no, nie dało się ich z niczym porównać! Od ich zapachu słodko kręciło się w głowie, świat robił się tak samo bajkowy i beztroski jak za dawnych lat i – uwierzcie – chciało mi się brykać i wywracać koziołki, zupełnie jakbym był kocięciem.

Pewnego dnia buteleczka wypadła z rąk Dziadka i wszystko wylało się na podłogę – zanim Dziadek powrócił ze ściereczką, zdążyłem już krople polizać i na dodatek porządnie się w nich wytarzać.


Przyznaję, niewiele pamiętam z tego wydarzenia, może tyle tylko, że Dziadek śmiał się tak głośno jak Święty Mikołaj i trzymał się ręką za lewy bok. A potem – chyba ten śmiech go tak zmęczył – musiał usiąść w fotelu. A ja poczułem nagle senność nie do przezwyciężenia i ostatkiem sił dobrnąłem do wyścielanego krzesła, na którym lubiłem ucinać sobie drzemkę.

Niestety, łapy odmówiły mi posłuszeństwa, zrobiły się dziwnie miękkie i zasnąłem tam, gdzie stałem, to znaczy obok mojego ukochanego krzesła, na podłodze, jak byle koci chłystek zgoniony po zabawie myszką. Wstyd się przyznać, ale za to szaleństwo zapłaciłem bólem głowy i suchością w pyszczku…

Zdziwiło mnie jedno – nie widziałem, aby po zażyciu owych kropli Dziadek robił jakieś dziwne rzeczy – wręcz przeciwnie. Z jego twarzy ustępowała bladość, na policzki powracał lekki rumieniec, paznokcie z niebieskawych robiły się całkiem zwyczajne, a lewa ręka przestawała przyciskać bok.

Widocznie różnic pomiędzy ludźmi a kotami było więcej, niż mi się zdawało.

– Serce – stwierdził pewnego dnia Dziadek, napotkawszy mój pytający wzrok. A kiedy wskoczyłem mu na kolana, przyłożył mój łepek do lewego boku i usłyszałem, jak pod kraciastą koszulą coś stuka.

Kiedy wieczorem ułożyłem się do snu, usłyszałem bicie mojego własnego serca. Tłukło się jak mysz przyduszona łapą do ziemi i słuchałem jego bicia tak długo, dopóki nie zasnąłem.

1 Kot Philo, jako kot należący do filologa klasycznego, siłą rzeczy do swojego słownika włącza kilka najczęściej używanych sentencji (z wyjątkiem cytatu z Plutarcha, który po prostu wpadł mu w ucho i przydał się zupełnie niespodzianie – patrz strona 136) z tego prostego powodu, iż koty, jako stworzenia niesłychanie inteligentne, mają zwyczaj trafnego a krótkiego komentowania otaczającej je rzeczywistości… Wziąwszy pod uwagę, że nie każdy musi być filologiem klasycznym lub kotem filologa klasycznego, zamieszczam ich tłumaczenie i, jako że od dziecka mam zaszczyt mieszkać pod jednym dachem z kotami, pozwoliłam sobie na dodanie niezbędnych komentarzy – autorka.

Tempus fugit (z łac. ‘czas ucieka’) – tu akurat nie ma co komentować… jeśli spóźnisz się na śniadanie, zawsze znajdzie się jakiś obżartuch, który najpierw sprawdzi, co zawiera twoja miska…

Na ratunek


Fakt, że podobnie jak Dziadek mam serce, sprawił, że poczułem się kotem Dziadka. Od tamtego dnia nabrałem zwyczaju wskakiwania na dziadkowe kolana i przytulania głowy do jego lewego boku, tuż obok kieszonki, w której trzymał zdjęcie Babci. Wtedy Dziadek żartobliwie nazywał mnie „panem doktorem” i drapał za uszami, a ja, jak mały kociak, wywracałem się na grzbiet.

 

Rzecz jasna, nie pozwalałem zbyt długo głaskać się po brzuchu, ale pilnowałem, żeby moje pazury jak najdłużej zostały schowane, i zeskakiwałem z kolan dopiero wtedy, gdy zaczynały tracić cierpliwość.

Czasami do Dziadka przychodził prawdziwy Pan Doktor. Parkował swój duży, czarny samochód tuż przed bramą naszego domu ku uciesze Parkowego Gangu. Trzy bure kocury żyjące w okolicy od niepamiętnych czasów wybiegały spomiędzy szpaleru tawułek i z uniesionymi ogonami biegły w stronę samochodu, gdzie…

Starczy powiedzieć, że podwozie samochodu Pana Doktora miało, zdaniem ludzi, niezbyt przyjemny zapach.

Działo się tak za sprawą pewnej syjamskiej kotki, która dzieliła dom z Panem Doktorem, ale szczerze wątpię, by choć raz pofatygowała się, aby odczytać pozostawione dla niej wiadomości.

Noblesse oblige2 – mawiał wtedy Pan Doktor, który, podobnie jak Dziadek, był Dwunożnym Wykształconym, a znaczyło to mniej więcej tyle, że szlachetnie urodzeni nie wąchają podwozia czy coś w tym sensie.

Pan Doktor był szkolnym kolegą Dziadka i dlatego odwiedzał go po godzinach. Był chudy i wysoki, nie palił fajki, ba, nawet odradzał to Dziadkowi, ale ten twierdził, że niewiele przyjemności już mu pozostało i fajka dalej leżała na swoim miejscu na biurku.

Czasami Pan Doktor zostawał na partię szachów i wtedy Dziadek musiał sięgnąć po fajkę, gdyż, jak twierdził, pomaga ona w myśleniu. Wtedy Pan Doktor ostentacyjnie otwierał okno, a ja, korzystając ze sposobności, wyskakiwałem do ogrodu. Zwykle był to wieczór, więc mogłem do woli wsłuchiwać się we wszystkie tajemnicze odgłosy – tupot drobnych łapek w trawie, cykanie koników polnych, popiskiwanie świerszcza ukrytego w stosie drewna do kominka.

Czasami w parku pohukiwała sowa albo do moich uszu dolatywały wrzaski Parkowego Gangu, na którego teren wkraczała Banda z Mleczarni.

Uśmiechałem się pod nosem, słuchając tych awantur – ostatecznie byłem kimś innym, kimś, kto wie, że arystokraci nie wąchają szczyn na podwoziu, że tempus fugit i że zarówno koty, jak i ludzie, mają serce.

Ze wszystkich pór dnia najbardziej kochałem wieczory. Oczywiście, że wygrzewania się w słońcu nie da się z niczym porównać, ale wieczór był porą nieskrępowanej swobody. O tej porze cały ogród należał do mnie… Każdy krzaczek, każda kępa trawy, wszystko kryło w sobie tajemnice i trzeba było tylko chwilkę cierpliwie poczekać, aby sekret sam się objawił – polna mysz, żaba, jeż spieszący gdzieś z głośnym tupotem…

A kiedy już nasyciłem się do woli nocą, światłem księżyca rozlewającym się jak woda po tarasie, zawsze mogłem wrócić do domu przez otwarte okno…

I nigdy, ale to nigdy nie przyszło mi do głowy, że kiedyś wyjdę poza bramę ogrodu i przekonam się, że noc nie jest wcale bajkową, bezpieczną porą…

Wszystko zaczęło się w dniu, gdy jak co dzień wskoczyłem Dziadkowi na kolana i przytuliłem głowę do jego piersi.

Serce uderzało jak zwykle, ale w rytmie jego bicia wyczułem coś, co mnie zaniepokoiło. Tak jakby zatrzymywało się na jedną małą chwilkę i z wysiłkiem ruszało dalej.

Zeskoczyłem na podłogę i głośno zamiauczałem, ale Dziadek wcale nie zwrócił na to uwagi, tylko sięgnął po leżącą na biurku książkę.

Sic transit gloria mundi3 – pogłaskał mnie od głowy aż po koniec ogona.

Pomyślałem sobie, że to niemożliwe, żeby wewnętrzny głos nie podpowiedział mu, że coś się zepsuło, i potruchtałem do stolika, w którego szufladzie trzymał krople.

Wspiąłem się na tylne łapy i parę razy drapnąłem w drewnianą nogę.

– Chyba nie uzależniłeś się od waleriany? – zapytał Dziadek.

W odpowiedzi zamiauczałem głośno.

Dziadek odłożył książkę i nagle chwycił się ręką za lewy bok.

– Philo… – jęknął cicho i osunął się na fotel.

Znałem już taki głos.

W piwnicy, gdzie przyszedłem na świat, oprócz mnie byli jeszcze moi bracia i siostry. Ale z całej czwórki przeżyłem tylko ja, chociaż byłem najmniejszy i najsłabszy…

Nie wiem do końca, co się stało, ale pewnego dnia odkryłem przy sobie chłodne, sztywne ciało Dwójki…

Następnego dnia odeszła Trójka – nie opierała się chorobie długo i zgasła cichutko, tak, że nawet matka nie zorientowała się, że odchodzi następne z nas.

Za to Jedynka – być może dlatego, że był największy i najsilniejszy – umierał długo i boleśnie. Już wcześniej wiedziałem, że jest z nim coś nie tak, bo nagle, ni z tego, ni z owego przestał się bawić i cały dzień spędził zwinięty w kłębek.

Sunąc na brzuchu, podkradłem się do brata, żeby capnąć go za ogon, ale w jego oczach dostrzegłem coś takiego, że minąłem go i zacząłem kręcić się za własnym ogonem.

Nagle brat mój wyprężył się, miaucząc boleśnie, a potem znowu zwinął się w kłębek.

Matka polizała jego suchy, matowy nos i zajęła się moją toaletą. Człowieka zapewne zdziwiłaby jej obojętność, ale wewnętrzny głos, który kieruje nami, musiał podpowiedzieć jej, że do piwnicy zakradło się niebezpieczeństwo…

Jedynka nie próbował – a może nie miał siły jej wołać. Leżał z zamkniętymi oczyma i od czasu do czasu drżał, cicho pomiaukując.

Matka podchodziła do niego jeszcze parę razy, ale pozostawiła go tam, gdzie leżał, oddychającego coraz wolniej i jęczącego coraz żałośniej.

Jego ostatni jęk, po którym zapadła cisza, obudził mnie ze snu. Mocno zacisnąłem powieki i wsunąłem się pod brzuch matki tak, aby nie docierał do mnie nawet najcichszy dźwięk…

Spojrzałem na Dziadka. Leżał w fotelu tak, jak gdyby spał. Wskoczyłem mu na kolana – jego serce biło słabo i urywanie, ale mimo wszystko biło.

Rzuciłem się do drzwi, zawisłem na klamce i kiedy ustąpiły, pomknąłem do pokoju Wnuka.

Pokój był pusty.

Zbiegłem ze schodów, jeszcze raz wskoczyłem Dziadkowi na kolana, a potem przez uchylone okno wybiegłem do ogrodu.

Mur otaczający ogród na szczęście nie był wysoki – ale dla kota w moim wieku stanowił wyzwanie. Po kilku próbach udało mi się na niego wskoczyć.

Wewnętrzny głos ponaglał mnie, a ja nie bardzo wiedziałem, co mam robić.

Próbowałem głośno miauczeć, wzywając pomocy, ale oprócz chłopaka przechodzącego obok, który zwrócił mi uwagę, że to nie marzec, nie pojawił się nikt inny.

Ulicą przemknął samochód.

Moje serce wykonało jakiś dziwny podskok – do gardła i z powrotem.

Serce – pomyślałem – samochód. Oczywiście, poznałbym to auto na końcu świata, ale nie dlatego, że miałem taki dobry wzrok.

Ciągnął się za nim podpis Parkowego Gangu, co mogło oznaczać tylko jedno – samochód należał do Doktora…

Skoczyłem w dół.

Moje łapy, nienawykłe do chodnikowych płyt, ugięły się pode mną i uderzyłem brzuchem o ziemię. Siedziałem chwilę oszołomiony, ale w końcu pozbierałem się i ruszyłem śladem przeraźliwego zapachu, błogosławiąc absolutny brak dobrych manier trójki z parku.

Samochód zniknął za zakrętem, ale biegłem uparcie jego śladem.

Minęło mnie jakieś auto, trąbiąc głośno. Pęd powietrza nastroszył mi futro na grzbiecie i w normalnej sytuacji na pewno rozpłaszczyłbym się na jezdni, zamykając oczy, ale to nie była normalna sytuacja.

Wewnętrzny głos pchał mnie do przodu. Nie nadążały za nim ani łapy, ani moje własne serce.

Brakowało mi tchu, ale biegłem wciąż dalej i dalej…

2 Noblesse oblige (z fr. ‘szlachectwo zobowiązuje’) – szlachetnie urodzony nie wącha szcz… to znaczy wiadomości pozostawionych na zderzaku samochodu, choćby to był nawet rolls-royce… Szlachetnie urodzony to po prostu wie. Intuicyjnie.

3 Sic transit gloria mundi (z łac. ‘tak przemija chwała świata’) – najwyraźniej Dziadek zdawał sobie sprawę, że za chwilę nastąpi coś, co w zasadniczy sposób odmieni życie kota Philo… Kot Philo nie zdawał sobie sprawy z tego, co pociągną za sobą owe zmiany…


1000 i jeden kawałków


Pomimo że mój profil – jak zauważył to kiedyś Dziadek – jest nieco egzotyczny – z pewnością nie mam nic wspólnego z gepardem.

Prawdę powiedziawszy, dotąd byłem kotem filozofa, statecznym kanapowcem, który od czasu do czasu lubił zabawić się w tygrysa, polując na myszy w swoim ogrodzie, spożywał regularne posiłki i oddawał się wszelkim przyjemnościom, na jakie tylko mógł sobie pozwolić podstarzały sybaryta4.

Bieg za samochodem wyczerpał mnie tak straszliwie, że prawie upadłem przed bramą, do której doprowadził mnie paskudny zapach.

Na szczęście nie było w pobliżu żadnego psa, bowiem stałbym się po wsze czasy pośmiewiskiem zarówno psiego, jak i kociego rodu – po prostu usiadłem z wywieszonym językiem, nie mogąc złapać tchu ani wyrównać oszalałego, nierównego bicia serca.

Kiedy wreszcie udało mi się normalnie odetchnąć, zakręciło mi się w głowie – zawirowały korony drzew rosnących za bramą, chmury nad moją biedną głową i chodnik pod moimi łapami.

Na szczęście ten przykry stan nie trwał długo – stanąłem na cztery łapy i rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiejś dziury, przez którą mógłbym dostać się do środka.

Pręty tworzące bramę były osadzone na tyle rzadko, że wciągnąwszy brzuch, mogłem – choć nie bez wysiłku – wcisnąć się do środka.

Zapach zaprowadził mnie pod drzwi garażu, ale jako że wiedziałem, że ludzie z reguły mieszkają w domach, nie zatrzymałem się tam na dłużej, tylko ciężkim krokiem poszedłem w stronę domu.

Trąciłem łapą nieduże drzwiczki umieszczone tuż przy progu i zupełnie niespodzianie stanąłem – jak by to powiedział człowiek – twarzą w twarz z niebieskooką pięknością, co najmniej o połowę młodszą ode mnie.

Piękność otworzyła pyszczek koloru kawy z mlekiem i wydała z siebie ostrzegawcze syknięcie.

– Kłócić się będziemy później – uściśliłem. – Nie mam czasu na awantury. Muszę…

Urwałem. Kawowa piękność uprzejmie usunęła mi się z drogi. Przebiegłem spory kawałek, sforsowałem bramę, dostałem się do domu i… W jaki sposób miałem powiedzieć, że coś niedobrego stało się z Dziadkiem, skoro byłem TYLKO kotem – kotem filozofa – ale jedynie kotem?

Wbiegłem do przedpokoju, ominąłem buty Doktora i zatrzymałem się z uchylonym pyszczkiem. Spod szpary w drzwiach sączyło się światło i dochodziła muzyka.

Kiedy wszedłem do pokoju, Doktor stał przed stojakiem na nuty i smarował włosie smyczka kalafonią.

Na mój widok kompletnie oniemiał. Zamrugał, potem przeczyścił szkła okularów i w końcu wykrztusił:

– Na miłość boską, Philo, skąd się tutaj wziąłeś?

Tak, jakby nie wiedział, że koty po prostu biorą się nie wiadomo skąd, kiedy mają coś ważnego do zakomunikowania.

A potem schylił się i wziął mnie na ręce. Spojrzałem mu w oczy najintensywniej, jak tylko umiałem, ale w dalszym ciągu niczego nie pojmował.

Myślałem tak bardzo, że aż rozbolała mnie głowa, i nagle…

Oparłem łapę tam, gdzie powinno znajdować się jego serce, i zamiauczałem rozdzierającym głosem, a kiedy dalej nic nie rozumiał, powtórzyłem raz, drugi i trzeci.

Doktor odsunął mnie od siebie, potrząsnął głową i pobladł tak, jakby za chwilę sam miał zemdleć.

A potem podbiegł do telefonu i wykręcił numer.

W słuchawce coś zapiszczało, ale nikt się nie odezwał.

– Karol? – zapytał drżącym głosem Doktor, spoglądając mi prosto w oczy.

A potem chwycił mnie może trochę za mocno i wybiegliśmy z domu do garażu. Doktor rzucił mnie na tylne siedzenie. Ruszył z piskiem opon tak gwałtownie, że uderzyłem o oparcie, ale nie było czasu na protesty. Ważne było jedynie to, że zrozumiał. Liczyliśmy na to, że nie było za późno.

Doktor wcale nie mieszkał tak daleko, ale droga dłużyła mi się niemiłosiernie.

Kiedy wreszcie przybyliśmy na miejsce, wskoczyłem na mur, a Doktor prawie tak zręcznie jak kot przedostał się na drugą stronę i potem wszystko poszło gładko – w mig zrozumiał, że do gabinetu można wejść jedynie przez okno, i bez najmniejszego wahania podążył moim śladem.

Dziadek siedział tam, gdzie go zostawiłem, w fotelu, z odrzuconą do tyłu głową. Wskoczyłem mu na kolana – serce nadal biło, zacinając się jak zepsuty mechanizm, ale jednak uderzało na tyle mocno, że mogłem je wyczuć.

 

A Doktor już krzyczał do czarnej słuchawki, żeby „szybko”, „natychmiast” i „do diabła”, i co rusz przewijało się słowo „zawał”.

Kiedy rozmowa dobiegła końca, Doktor ułożył Dziadka na dywanie i zaczął ugniatać jego pierś dokładnie w taki sposób, w jaki robiłem to podczas popołudniowej sjesty, co niesłychanie mnie zdziwiło, bo okazywanie uczuć w chwili, gdy za oknem połyskiwał łuk Tęczowego Mostu, było zupełnie nie na miejscu.

– Masaż serca – wyjaśnił Doktor, zupełnie jakby rozmawiał z człowiekiem. Na jego czole perliły się kropelki potu i zrozumiałem, że to nie zabawa.

Wnuk i samochód z niebieskim światełkiem na dachu, wyjący jak trzech potępieńców z parku w marcowy wieczór, zjawili się prawie jednocześnie.

W tej samej chwili Dziadek otworzył oczy.

– Zygmunt? – zapytał słabym głosem, ale Doktor ruchem ręki nakazał mu milczenie.

Dziadek spojrzał na Doktora, potem na mnie i przymknął oczy.

I w tej samej chwili poczułem, jak bardzo, ale to bardzo jestem zmęczony.

Zawirował sufit, cztery ściany, witrażowa lampa na biurku, a moją pierś przeszył ból tak dotkliwy, jak gdyby moje serce pękło na tysiąc kawałków.


– Philo, Philo! – jakiś głos eksplodował tuż nad moją głową i stoczyłem się w ciemność.

Po chwili w ciemności pojawił się jasny prostokąt połyskujący niebiesko jak ekran telewizora. Prostokąt zakręcił się, zadrgał jak tafla wody i nagle przed moimi oczyma zaczęły przesuwać się, jak na zwolnionym filmie, sceny z mojego całego życia.

Czołgałem się po podłodze, niezdarnie próbując schwycić ogon mojej pięknej, eleganckiej, czarno-białej matki, uprawiałem zapasy z Dwójką, zanurzałem pyszczek w miseczce pełnej mleka…

Język matki pieścił moje uszy, ociężały po jedzeniu zapadałem w słodki sen. Siano szeleściło pod moim brzuchem, a bicie mojego serca było tak delikatne jak chrobotanie myszy pod podłogą.

Przeżywałem na powrót pierwszą burzę, kiedy rozpłaszczony na ziemi, mrużąc oczy od błękitnego światła błyskawic, śledziłem duże, ciężkie krople deszczu rozpryskujące się tuż przed progiem uchylonych drzwi.

Powracała miękkość futra pierwszej myszy, którą pewnego letniego poranka matka przyniosła do rodzinnego gniazda. Pamiętałem doskonale jej ciałko tracące ciepło, wiotczejące, aż w końcu na podłodze pozostał już tylko strzęp szarego futerka.

Być może tamta mysz była przyczyną śmierci mojego rodzeństwa – jako najmłodszy i najsłabszy zostałem odepchnięty od zdobyczy.

Prostokąt drgał i migotał, i jakaś dziwna siła unosiła mnie do góry, tak jak w czasie, gdy byłem oseskiem, moja matka, uchwyciwszy mnie delikatnie zębami za skórę na karku, przenosiła mnie do drewnianej paczki, z której wypadałem, chcąc zobaczyć, co kryje się na zewnątrz.

Ostrożnie otworzyłem oczy.

Tuż nade mną pochylała się dziwna postać w zielonym fartuchu. Widziałem tylko czarne plamy jej oczu to bliżej, to dalej.

W końcu wszystko nieco się uspokoiło.

Ponad moją głową jaskrawo świeciła lampa, a czyjeś dłonie delikatnie dotykały moich łap, grzbietu, głowy.

– Już dobrze, koteczku… – wyszeptał głos.

Przeszedł mnie zimny dreszcz. Akurat ten ton znałem tak dobrze, że nie pomyliłbym go z żadnym innym, nawet powracając zza Tęczowego Mostu.

I nie myliłem się.

Po chwili zobaczyłem parę rąk w białych rękawiczkach niebezpiecznie blisko mego karku.

Dłonie trzymały strzykawkę wypełnioną jakimś świństwem.

W ułamku sekundy odzyskałem pełnię świadomości.

Primum non nocere5! – wrzasnąłem, ale było już za późno.

Moje ciało zwiotczało i ogarnęła mnie senność…

4 Sybaryta – człowiek lubiący zbytek, wygody i przyjemności życia.

5 Primum non nocere (z łac. ‘przede wszystkim nie szkodzić’) – maksyma lekarzy, którą kot Philo najwyraźniej chciał przypomnieć Zielonemu Fartuchowi.