O Stephenie Hawkingu, czarnej dziurze i myszach podłogowychTekst

Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Piotrkowi, dzieciom z Osiedla, które już nie są dziećmi, Januszowi, który zainteresował mnie fizyką i wszystkim, którzy się w tej historii rozpoznają.

Polecają:


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

JEDEN


Czy wiecie, kim jest Stephen Hawking?

To bardzo mądry gość, choć na pierwszy rzut oka nie dalibyście za niego trzech groszy.

Kiedy byłem młodszy, myślałem, że to on wymyślił Czarną Dziurę, ale mój brat wyjaśnił mi wszystko i wcale się ze mnie nie śmiał.

Ba, pokazał mi nawet, gdzie znajduje się Czarna Dziura.

Od tamtej chwili często zastanawiałem się, kiedy Stephen Hawking znalazł czas, aby odwiedzić mojego brata i odkryć tę Czarną Dziurę, ale mój brat był bardzo zajęty, bo uczył się do egzaminu.

A kiedy się uczył, wywieszał na drzwiach swojego pokoju kartkę, na której było napisane: „Wstęp wzbroniony”, a pod napisem widniała trupia czaszka i skrzyżowane piszczele.

Wtedy wiedziałem, że to nie są żarty i jedyną osobą, jaka mogła wchodzić do pokoju brata, była nasza mama.

Zresztą było to konieczne, bo bez niej brat umarłby z głodu.

Mama wchodziła do pokoju kilka razy dziennie, pchając przed sobą stolik na kółkach, a potem zabierała puste naczynia do kuchni.

Żałowałem, że nie mogłem tego robić ja, ale mama uważała, że jestem za mały. Podejrzewam, że gdybym porozmawiał z nią o Czarnej Dziurze i Hawkingu, zmieniłaby zdanie, ale mamę zawsze bardziej interesowały moje wyniki w nauce niż moje poglądy. Kiedy jeden jedyny raz odważyłem się napomknąć coś na temat Czarnej Dziury, zaraz zapytała, przez jakie „u” pisze się „dziura”.

Odpowiedziałem, moim zdaniem dość dowcipnie, że przez takie „u”, w które można wpaść równie łatwo jak w dziurę, i mama trochę się zdenerwowała.

I skończyłoby się na jakimś dyktandzie z ortografii, gdyby nie wstawił się za mną mój brat.

Wytłumaczył mamie, że posiadam rzadkie jak na swój wiek poczucie humoru i że poczucie absurdu cechuje ludzi, którzy w przyszłości mogą stać się geniuszami.

Ale oczywiście nic na to nie wskazywało, przynajmniej jeśli chodziło o mnie. Moja wychowawczyni twierdziła, że jestem umysłowo ociężały, chociaż jako jedyny w klasie przyszedłem do szkoły, umiejąc czytać, dodawać, odejmować, mnożyć i dzielić do stu.

– Przyszli geniusze mają prawo być ekscentryczni – bronił mnie brat, kiedy odmówiłem udziału w przyjęciu urodzinowym mojego kolegi. Kolega oczywiście nie zrozumiał, że naprawdę nie lubiłem McDonalda i to nie ze względu na jedzenie, ale na klauna, który uśmiechał się z reklam.

Zupełnie nie wiadomo, dlaczego akurat wtedy bałem się klaunów i pajaców, ale miałem prawo mieć swoje fobie. Tak przynajmniej wytłumaczył mi to mój brat.

– Kiedy byłem w twoim wieku, bałem się Myszy Podpodłogowych – powiedział – chociaż nigdy żadnej nie widziałem.

Zapytany dlaczego, wyjaśnił, że Myszy Podpodłogowe są jeszcze gorsze niż termity, bo żyją w naszym klimacie i potrafią poradzić sobie z żelbetonem, a nawet jeśli jest uzbrojony, też mają na niego swoje sposoby.

Opowieść brata zrobiła na mnie takie wrażenie, że od razu przestałem bać się pajaców, za to cały tydzień zrywałem się w nocy z krzykiem, bo pod moim łóżkiem coś skrobało i chrobotało. Oczywiście nie pisnąłem ani słowa, kiedy mama wpadała do pokoju, żeby zapalić nocną lampkę.

Bo gdybym pisnął chociaż słówko, myszy z zemsty mogłyby zacząć od podłogi mojego pokoju…

– Musisz oswoić swój strach – powiedział brat.

Sięgnął po kartkę papieru i pisak i kazał mi narysować Mysz Podpodłogową. Na widok potwora uzbrojonego w piłę motorową – a przynajmniej czegoś, co miało ją przypominać – mama pobladła i wręczyła mi kolorowankę, którą przysłała ciocia z Ameryki.

W kolorowance było dużo śmiesznych rysunków, których bohaterami, jak na ironię, były myszy, postanowiłem więc posunąć się o krok dalej – tym samym pisakiem, którym narysowałem Mysz Podpodłogową, dorysowałem w kolorowance straszliwe, wyposażone w ostre metalowe zęby pułapki i krwiożercze koty.

I kiedy poczułem, że mój strach został odrobinę oswojony, wepchnąłem kolorowankę głęboko pod łóżko.

Najwyraźniej Myszom Podpodłogowym nie spodobał się sposób, w jaki je potraktowałem, bo kolorowanka znikła…

Od tej pory nie pozostało mi nic innego, jak oczekiwanie na straszliwą zemstę moich prześladowców, ale Myszy Podpodłogowe wybrały najbardziej wyrafinowaną z możliwych tortur – niepewność.

– Nie sądzę, aby to Myszy Podpodłogowe zabrały tę kolorowankę – powiedział mój brat. – Gdyby tak było, pocięłyby ją na strzępy.

Fakt, pod łóżkiem nie znalazłem nawet najmniejszego kawałeczka papieru.

– A nie mówiłem? – zapytał brat, kiedy podzieliłem się z nim tym odkryciem. – W pewnym sensie masz szczęście.

– Dlaczego „w pewnym sensie”? – zdziwiłem się.

Brat wzruszył ramionami.

– Bo to oznaczać może tylko jedno.

Poczułem, jak po plecach przebiega mi zimny dreszcz. Mój brat popatrzył na mnie poważnie i westchnął. Wiedziałem, że nie wróży to niczego dobrego.

Spojrzałem na brata pytająco.

– Sam nie wiem, czy powinienem ci o tym powiedzieć…

Pomimo że letni wieczór był upalny, moje ręce i łydki pokryły się gęsią skórką.

– Czarna Dziura – powiedział ponuro.

Odruchowo spojrzałem na podłogę.

– Jest pod twoim łóżkiem – wyjaśnił. – Oczywiście, że nie musiałem ci tego mówić, ale… Jestem twoim starszym bratem i to poniekąd mój obowiązek.

– A… – zacząłem, ale brat sięgnął po kartkę papieru i pisak.

– To jest właśnie Czarna Dziura – powiedział, podsuwając mi kartkę. – Czarna Dziura działa w taki sposób – dodał, dorysowując drobne przedmioty wpadające w czarną otchłań i znikające bez wieści.

Spojrzałem na rysunek i wzdrygnąłem się.

Tego wieczoru robiłem wszystko, aby nie zasnąć we własnym łóżku. Oczywiście nie mogłem zostać w pokoju brata, bo skoro Czarna Dziura została zdefiniowana, oznaczało to, że strach został oswojony. Nie mogłem też położyć się na wersalce obok mamy, bo byłem już na to za duży, więc zwinąłem się w fotelu w pokoju dziadka jak kot i zacząłem udawać, że twardo śpię, żeby mama nie mogła przenieść mnie do mojego pokoju.

Po paru próbach dobudzenia mnie, mama zrezygnowała i dopiero wtedy zasnąłem naprawdę. Nad ranem przyśniło mi się, że Myszy Podpodłogowe odgryzły mi duży palec u nogi, ale kiedy obudziłem się, okazało się, że po prostu ścierpła mi noga.

Roztarłem stopę i pokuśtykałem do kuchni. Nalałem sobie szklankę soku pomarańczowego i kiedy do końca odzyskałem czucie w nodze, udałem się na palcach do swojego pokoju. Mijając schowek, zwany przez mojego brata „kanciapą”, zdjąłem z haczyka kij od miotły i tak uzbrojony wszedłem do siebie.

Kucnąłem na podłodze w takiej odległości, jaka wydała mi się bezpieczna i końcem kija uniosłem brzeg narzuty.

Ale pod łóżkiem było tak ciemno, że niczego nie zauważyłem.

Dziś, kiedy od tamtego dnia minęło już trochę czasu, wydaje mi się to śmieszne i dziecinne, ale… tajemniczo i naprawdę strasznie zrobiło się wtedy, kiedy zacząłem uczyć się angielskiego.

Zrozumiałem, że Czarna Dziura i Myszy Podpodłogowe, i wszystkie inne rzeczy, które działy się w naszym domu, nie miały innego wyjścia, jak po prostu się wydarzyć.

Wiem, że brzmi to bardzo niejasno i zawile, ale postaram się wam wszystko wytłumaczyć.

Oczywiście, że zrozumielibyście to już na samym początku, ale zapomniałem o najważniejszym.

Gdybym od razu się wam przedstawił, wszystko stałoby się prostsze. Otóż – nazywam się Piotrek Jastrzębski.

Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego, bo każdy jakoś się nazywa. Mój brat to na przykład Stefan Jastrzębski.

Powinienem jeszcze powiedzieć, że mój brat zawsze nazywa mnie Bratkiem, bo jestem młodszy i tak się do tego przyzwyczaiłem, że kiedyś, kiedy nazwał mnie Piotrkiem, rozejrzałem się wokół, żeby sprawdzić, kto jeszcze oprócz mnie jest w pokoju.

Kiedy pochwaliłem się bratu pierwszą piątką z angielskiego (oczywiście, że była to taka niedopiątka, bo dostałem ją za rysunek), brat tylko wzruszył ramionami i od niechcenia zapytał, czy wiem, co to takiego jest „determinizm”.

Głupio było mi przyznać się, że nie wiem, więc pobiegłem do swojego pokoju, żeby wyguglać – to znaczy, żeby zajrzeć do Google – ale tak zawsze mówił mój brat.

Dowiedziałem się, że to pogląd głoszący, że fakt, moment i miejsce zajścia każdego zdarzenia oraz jego przebieg określone są jednoznacznie przez zdarzenia, które je poprzedziły w czasie i które z nimi współwystępują.

Usiadłem na parapecie i w końcu przełożyłem to sobie na swój język. Oznaczało to mniej więcej, że jeżeli coś ma się wydarzyć, to się wydarzy, ale w żaden sposób nie mogłem sobie tego skojarzyć z moją niedopiątką z angielskiego…

 

Oczywiście miałem pewne wątpliwości, bo Google nie było wszechwiedzące, o czym przekonałem się sam, wpisując hasło „myszy podpodłogowe” i okazało się, że nie było na ich temat nawet najmniejszej wzmianki. Było za to sporo o myszach komputerowych i panelach podłogowych.

– Naprawdę, wstyd mi za ciebie – ofuknął mnie brat. – To tak, jakbyś chciał znaleźć w internecie przepis na produkcję bomby atomowej.

Więc najwyraźniej Myszy Podpodłogowe były czymś znacznie bardziej niebezpiecznym.

Dałem więc spokój poszukiwaniom, tym bardziej że brat zapytał mnie, czy dowiedziałem się, co to takiego determinizm.

Powiedziałem mu to po swojemu i brat poważnie pokiwał głową.

Wziął do ręki kartkę papieru i narysował na niej Czarną Dziurę.

A potem napisał dużymi, wyraźnymi literami: „Stefan”.

– Powiedz mi teraz, Bratku, jak to będzie po angielsku?

– Stephen – odpowiedziałem. To było akurat proste, bo na pierwszej lekcji pani powiedziała nam, jak brzmią nasze imiona po angielsku, a ze Stefanem akurat siedziałem w jednej ławce.

– Ano właśnie. – Brat odwrócił się i wyjął z półki Słownik polsko-angielski. – A teraz poszukaj słowa „jastrząb”.

– Hawk – powiedziałem po chwili poszukiwań.

– Ha! – zawołał triumfująco mój brat. – Więc Jastrzębski…? I jak, Bratku?

– Hawking? – zapytałem i aż mnie zamurowało. No tak, w jednej chwili pojąłem wszystko.

To było zupełnie tak, jakby ktoś zdzielił mnie w głowę.

Stefan Jastrzębski. Stephen Hawking. Wszystko stało się proste. Zatem oprócz mojego brata i choroby o dziwnej nazwie, dzięki której praktycznie nie opuszczał łóżka, istniał jeszcze Stephen Hawking i Czarna Dziura w moim pokoju. Nagle zrobiło się naprawdę strasznie.

Chciałem jeszcze pogadać o tym z bratem, ale zaczęła go boleć głowa, więc musiałem poprosić mamę, aby przyniosła mu tabletkę. Zasłoniłem okno i poszedłem do swojego pokoju.

Usiadłem w fotelu w pewnej odległości od łóżka i zacząłem myśleć.

– Musisz myśleć – powiedział jakiś czas temu brat. – Myślenie odróżnia nas od zwierząt.

Nie do końca się z tym wtedy zgodziłem, bo Einstein, szczur mojego brata, potrafi odnaleźć ukryty pod nakrętką od Kubusia migdał i trafić na właściwą nakrętkę już za pierwszy razem, ale brat wygłosił obszerny wykład na temat różnic pomiędzy ludzką a zwierzęcą inteligencją.

Trudno było mi uwierzyć, że Einstein jest po prostu wyuczony… I chociaż nie powiedziałem tego głośno, pomyślałem: „Nieprawda!” i w ten sposób nieświadomie podzieliłem los Galileusza.

Siedziałem w fotelu i myślałem, a pod moim łóżkiem działy się dziwne rzeczy.

DWA


Myślałem tak chyba z godzinę, aż w końcu doznałem olśnienia.

Otóż zacząłem wiązać z Czarną Dziurą pewne nadzieje.

Jeżeli rzeczywiście – a nie miałem podstaw, by nie wierzyć bratu – wszystko, co tylko w nią wpadło, znikało bez wieści, przy jej pomocy mogłem poradzić sobie z Myszami Podpodłogowymi.

Brat, kiedy mu o tym powiedziałem, spojrzał na mnie spode łba i poradził, abym nie wspominał o tym nikomu, bo gdyby myszy dowiedziały się o spisku, nie minęłaby mnie straszliwa zemsta.

Oburzyłem się trochę, bo nie byłem aż tak głupi, żeby chlapać na prawo i lewo o tym, jak to chcę wykończyć myszy, ale brat wytłumaczył mi, że nadmiar ostrożności z pewnością nie zawadzi.

Tak więc postanowiłem, że będę hodował Czarną Dziurę, chociaż za bardzo nie wiedziałem jak.

Pomyślałem, że najlepiej będzie, jeżeli potraktuję ją jak zwierzątko domowe – miałem w tym trochę wprawy, bo gdy brat na parę dni szedł do szpitala, zlecał mi opiekę nad Einsteinem.

To było bardzo proste – należało tylko dbać o to, aby miseczka nie była pusta i aby w poidełku znajdowała się woda. Czasami zawieszałem na prętach klatki taką śmieszną pałeczkę, całą obklejoną różnymi ziarenkami, i mogłem długo przyglądać się, jak Einstein wydłubuje po jednym ziarnku, a potem łapką pakuje je do pyszczka.

Kiedy indziej zabierałem Einsteina na spacer. Właził wtedy do kaptura mojej bluzy albo do kieszeni i zasypiał.

A czasami wyłaził mi na ramię i najczęściej działo się to w sklepie. Ludzie stojący obok mnie zaczynali krzyczeć, a jedna pani wskoczyła na stojak z koszykami i piszczała jeszcze długo po tym, jak wyszedłem (a raczej, jak zostałem wyproszony) ze sklepu.

Tyle że, jak już wiecie, Einstein jest szczurkiem.

No i to wszystko, co jest możliwe z Einsteinem, nie byłoby możliwe z Czarną Dziurą. Wyjąłem z szuflady biurka niezapisany zeszyt w kratkę i zanotowałem, co następuje:

1. Problem jedzenia. Czarna Dziura najprawdopodobniej je wszystko. Rozwiązanie problemu: wszystko, co tylko się da.

2. Problem pojenia. Problem wylewania wody na podłogę – mama. Rozwiązanie problemu: jeżeli Czarna Dziura pochłania wszystko, może pochłonąć wodę w butelce.

Na wszelki wypadek zostawiłem pod spodem miejsce na nowe pomysły, zamknąłem zeszyt i udałem się do kuchni. W koszu na śmieci była jeszcze plastikowa butelka po wodzie mineralnej. Napełniłem ją kranówką i wziąłem ze stołu herbatnik.

A potem ustawiłem wszystko na plastikowej tacce i wróciłem do pokoju. Końcem kija od szczotki uniosłem brzeg narzuty, jednym ruchem wsunąłem tackę pod łóżko i wybiegłem z pokoju. Kiedy zatrzaskiwałem za sobą drzwi, gotów byłem przysiąc, że pod łóżkiem coś głośno mlasnęło…

– Bratek! – dobiegł mnie głos zza zamkniętych drzwi. – Jeśli jeszcze raz trzaśniesz drzwiami, zamorduję cię!

Otworzyłem drzwi pokoju brata najciszej, jak się tylko dało. Bez słowa położyłem na łóżku zeszyt, a brat spojrzał na moje notatki i zmarszczył brwi.

– Nieźle, nieźle – zamruczał, a potem sięgnął po leżącą obok łóżka książkę. Zawsze dziwiło mnie to, jak zmyślnie urządził swój pokój – wszystko miał pod ręką i wszystko zaprojektował sam.

Czasami podejrzewałem, że nauczył mnie czytać tylko dlatego, żeby móc dalej uczyć się, kiedy miał problem z oczami.

A było to tak.

Na kilka dni przed moimi piątymi urodzinami brat zawołał mnie do pokoju.

– Co to jest? – zapytałem, patrząc na kolorowe kartoniki poukładane na kołdrze.

– Wiedza – odpowiedział.

Usiadłem po turecku w nogach łóżka, a brat pokazywał mi po kolei kolorowe kartoniki.

– To jest litera „o” – powiedział. – A to jest „s”.

W ten sposób nauczyłem się, jak przeczytać słowo OSIOŁ.

– To jest pierwsze słowo, jakiego nauczą cię w szkole – powiedział poważnie.

Kiedy poszedłem do szkoły i wziąłem do rąk prawdziwy elementarz, zdziwiłem się bardzo, bo nigdzie nie było słowa OSIOŁ.

– Hm. – Brat zmarszczył brwi i wysłuchał mnie cierpliwie. – Widocznie wprowadzili nowe metody.

Na lekcji dodawania (kiedy opanowałem sztukę składania liter, mój brat zabrał się za uczenie mnie matematyki) nudziłem się ogromnie, więc przeczytałem cały elementarz.

Pani najwidoczniej zauważyła, że zajmuję się czymś innym – podejrzewam, że pomyślała, że oglądam obrazki – i zawołała mnie do tablicy. Wyrwany niespodziewanie nie wiedziałem, o co chodzi, i przyniosłem do domu uwagę.

Następnego dnia przejrzałem całe ćwiczenia do matematyki i nie potrafiłem znaleźć w elementarzu zdania o tym, jak to Ala ma Asa. I znowu powróciłem do domu z kolejną uwagą.

– Myślę, że Piotruś za wcześnie poszedł do szkoły – powiedziała pani wychowawczyni, fałszywie głaszcząc mnie po głowie.

Napisałem „fałszywie”, bo gdyby naprawdę chciała mnie pogłaskać (choć oczywiście byłem już stanowczo za duży na głaskanie), nie robiłaby tego pod włos. Oczywiście mogła nie wiedzieć, że ten wicherek, który mam na czubku głowy, nie lubi takiego głaskania, ale powinno było jej wystarczyć to, że próbowałem się od niej odsunąć jak najdalej.

– Syn bardzo jest związany ze starszym bratem – powiedziała mama moim zdaniem zupełnie od rzeczy.

Co może być dziwnego w tym, że mój brat jest moim najlepszym przyjacielem?

Kiedy wróciliśmy do domu (nie pozwoliłem, aby mama niosła mój plecak, tak jak robiły to mamy moich kolegów), przebrałem się, zjadłem i schowałem się do szafy.

Szafa jest ogromna. Podobno kiedyś, dawno, dawno temu stało w niej łóżko mojej babci. Oczywiście że nie była wtedy jeszcze moją babcią, ale zwyczajną małą dziewczynką, która bała się żab i chrabąszczy jak wszystkie dziewczyny.

Kiedy miałem coś ważnego do przemyślenia, szedłem na strych i wchodziłem do szafy.

– Tata Piotrusia, kiedy był małym chłopcem, zawsze zabierał do łóżka gumowego pieska – powiedziała mama, rozmawiając z ciotką. – A Piotruś ma swoją szafę.

Gumowy piesek, też coś. Po prostu szafa jest jedynym miejscem na ziemi, gdzie czuję się bezpieczny i gdzie mam naprawdę święty spokój.

Mój brat ma swoje łóżko, które nieco przypomina centrum dowodzenia lotów kosmicznych, gdzie czuje się dobrze, dlaczego więc zamykanie się w szafie ma być czymś złym?

Co prawda, gdy brat opowiedział mi o kotce Schrödingera, zacząłem bardzo uważać, aby przypadkiem nie znaleźć się gdzie indziej.

– Po co nabijasz mu tym wszystkim głowę? – zapytała kiedyś mama, ale nie dosłyszałem odpowiedzi, bo zamknęła za sobą drzwi.

Babci też nie bardzo się podobało, że nie biegam po podwórku z piłką. Podobno miało mnie to oddalać od rówieśników.

– Zobaczysz, że skończy tak jak jego ojciec. Jeden naukowiec w rodzinie…

Ale to wcale nie była prawda. Koledzy – gdyby im tylko na to pozwolić – najchętniej nie wychodziliby ode mnie.

Zaczynało się od tego, że chcieli obejrzeć łóżko mojego brata, a kończyło się w moim pokoju.

– Ale odlotowe – jęknął rudy Artek, kiedy odwiedził mnie po raz pierwszy. – Gdzie on to kupił?

Artek zawsze myślał, że wszystko można kupić i dlatego nie chciał mi uwierzyć, że łóżko jest dziełem mojego brata. Ale najzabawniejsze, że kiedy już obejrzał wszystko po kolei, przyszło mu do głowy, że mój brat zrobił to dla zabawy.

Bo łóżko mojego brata przypomina kosmiczne laboratorium.

Ma regulowaną wysokość, po prawej coś, co wygląda jak pulpit sterowniczy z całą masą guzików i dźwigni, które zapalają i gaszą światło, włączają i wyłączają telewizor, wysuwają blat z przytwierdzonym do niego laptopem, zapalają i gaszą ekran komputera, ściszają radio i przesyłają różne sygnały do kuchni. Dzięki nim ktoś, kto tam jest, wie, że brat prosi o herbatę albo kanapkę, albo pieczone jabłka, za którymi przepada.

Oprócz tego wszystkiego jest jeszcze cała masa innych rzeczy i sam do końca nie wiem, co jeszcze może się stać po przyciśnięciu kolejnych guzików.

– O rany, też bym takie chciał. – Artek aż otworzył usta z wrażenia, gdy półka z książkami wysunęła się z regału i płynnie zbliżyła się do łóżka.

– Mimo wszystko nie życzyłbym ci tego – mruknął mój brat i zrozumiałem, że wcale, ale to wcale nie polubił Artka.

Po wyjściu z pokoju brata Artkowi nie zamykały się usta.

– Przegość… Ojeju, takie wyro… Czy jakbym zapłacił twojemu bratu, to…

– Nie – powiedziałem, bo tego byłem absolutnie pewien.

– W euro – dodał niczym niezrażony Artek.

– W euro też nie.

– W dolarach.

Najwyraźniej na Artka nie było mocnych.

– W dolarach też nie.

Artek zatrzymał się w drzwiach.

– Słuchaj, a jakby…

– W jakbach też nie – powiedziałem bezlitośnie.

– To ty jakiś nieżyciowy jesteś – powiedział Artek, założył czapkę i wyszedł.

Zamknąłem drzwi i usiadłem w fotelu, w bezpiecznej odległości od łóżka. Ledwie pomyślałem o Czarnej Dziurze, zadzwonił dzwonek.

Przed drzwiami stał Artek.

– Piotrek, zostawiłem kurtkę – wysapał. Bo Artek jest, jak to się teraz mówi, puszysty, i wcale nie dlatego, że jest na coś chory albo ma to – jak powiedział mój brat – w genach, tylko dlatego, że bez przerwy biega do McDonalda.

Wpuściłem go do przedpokoju, ale na wieszaku nie było niczego oprócz maminego żakietu i mojego polaru z kapturem.

– Zobacz w pokoju – zaproponowałem.

– Jest! – wrzasnął triumfująco Artek na widok rękawa wyzierającego spod narzuty.

Na szczęście zdołałem go powstrzymać, zanim wsadził łapę pod łóżko.

– Poczekaj – powiedziałem, siląc się na spokój.

Artek spojrzał na mnie oczami wielkimi jak spodki.

 

– Ty się dobrze czujesz? – zapytał.

Nie odpowiedziałem. Położyłem się na podłodze i ostrożnie chwyciłem za koniec rękawa.

– Lepiej się odsuń – powiedziałem.

Artek popukał się w czoło, ale posłusznie odsunął się aż pod same drzwi.

Pociągnąłem za rękaw i kurtka wyjechała na środek pokoju.

– Masz – powiedziałem, otrzepując spodnie.

Artek wziął ode mnie kurtkę i zmarszczył brwi.

– Guzika nie ma – stwierdził.

Poczułem, jak robi mi się zimno.

– To był firmowy guzik. – Artek zmarszczył brwi.

Pokiwałem głową.

– Nie rób tego! – zawołałem, kiedy opadł na czworaka i wysunął rękę.

– Ty chyba naprawdę masz coś nie po kolei – sapnął, ale cofnął rękę. – Co tam masz pod tym łóżkiem?

Wzruszyłem ramionami.

– Nic szczególnego – odparłem, siląc się na swobodę, ale Artek nie dawał za wygraną.

– Piotrek, no powiedz! – Artek przypominał mi teraz czarnego, grubego jamnika mojej babci.

Patrząc na niego, zrozumiałem, że nie odczepi się, zanim mu nie powiem. Gotów zapytać moją mamę i tym razem ona mogłaby znaleźć się w niebezpieczeństwie. Bo mama, jak wszystkie mamy, lubi ład i porządek i na pewno nie przepuściłaby Czarnej Dziurze.

– Dobrze – powiedziałem i wskazałem Artkowi krzesło. – Ale jeżeli piśniesz słówko…

Uszy Artka były czerwone jak płatki tulipanów i zrozumiałem, że zaraz jak tylko wyjdzie na podwórko, wszystko wypaple.

– No…? – Artek umierał z ciekawości.

Zmarszczyłem brwi i podrapałem się w głowę, aby zyskać na czasie. Brat oczywiście znalazłby jakiś sposób, ale żeby go zapytać, musiałbym wyjść z pokoju, a wtedy Artek na pewno wlazłby cały pod łóżko…

Wyobraziłem sobie tatę Artka, jak czerwony ze złości krzyczy na moją mamę, że nie dopilnowała, aby jego synowi nie stało się nic złego, i wyobraziłem sobie samego Artka, jak znika bez śladu w Czarnej Dziurze. Najgorsze zaś ze wszystkiego było to, że miałbym wówczas pod łóżkiem nie tylko Myszy Podpodłogowe i Czarną Dziurę, ale i Artka, co prawda gdzieś w Dziurze, ale bądź co bądź w moim pokoju!!!

Artek sapnął ze zniecierpliwieniem. Spojrzałem na niego z ukosa i przyszło mi do głowy, że jest tak gruby, że być może nie zmieściłby się w Czarnej Dziurze, ale zaraz przypomniał mi się rysunek brata, na którym Czarna Dziura pochłaniała ciężarówkę… Artek, cokolwiek by nie powiedzieć, był znacznie mniejszy…

Rozejrzałem się bezradnie dokoła i nagle…

– Dobrze – powiedziałem, wyjmując z kieszeni scyzoryk.

Artek zerwał się z krzesła.

– Dawaj łapę – syknąłem.

Artek pisnął jak pies mojej babci, kiedy ktoś przypadkowo nastąpi mu na ogon.

– Nie masz się czego bać – wyjaśniłem, zastępując mu drogę. – Musimy zawrzeć braterstwo krwi, inaczej wypaplasz wszystkim na podwórku.