Śreżoga

Tekst
Z serii: Lipowo #12
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śreżoga
Śreżoga
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,80  63,04 
Śreżoga
Audio
Śreżoga
Audiobook
Czyta Laura Breszka
42,90  31,32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się:

MOTYLEK

WIĘCEJ CZERWIENI

TRZYDZIESTA PIERWSZA

Z JEDNYM WYJĄTKIEM

UTOPCE

ŁASKUN

DOM CZWARTY

CZARNE NARCYZY

NORA

RODZANICE

POKRZYK


Copyright © Katarzyna Puzyńska, 2020

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce

© mcherevan/Shutterstock

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83–8234-567-4

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Krzyśka

Forgive me

I have but two faces

One for the world

One for God

Save me

The Poet and the Pendulum

Tuomas Holopainen,

Nightwish

Z NOTATEK MŁODSZEJ ASPIRANT

EMILII STRZAŁKOWSKIEJ

W SPRAWIE ŚMIERCI JULII SZYMAŃSKIEJ

Julia Szymańska – śmierć 6 lutego 2018

firma 1 – Dąbrowscy (Szymańscy)

Jakub Dąbrowski

Zofia Dąbrowska

Paweł Krupa

Julia Szymańska

(Tomasz Szymański)


firma 3 – Kwiatkowscy

Sławomir Kwiatkowski

Hanna Kwiatkowska

Beniamin Kwiatkowski

Malwina Górska ???


firma 2 + zajazd Sadowskiego

Franciszek Sadowski

Robert Janik

Izabela Pietrzak

Ryszard Pietrzak


agencja modelek Oliwiera

Oliwier Pietrzak

Kalina Pietrzak

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

* * *

2020

Działka Trawińskiego w Kuligach.

Niedziela, 23 lutego 2020. Godzina 20.00.

Sierżant sztabowy Radosław Trawiński


Sierżant sztabowy Radosław Trawiński nacisnął guzik pilota. Brama nie zaskoczyła od razu. Otworzyła się dopiero po kolejnej próbie. Zaklął cicho pod nosem. Będzie trzeba coś z tym zrobić. Tym bardziej że wyglądało na to, że trochę posiedzi na działce. Kłótnia z żoną przeciągała się. Maja nie rozumiała, że on miał dość. Nie jej oczywiście. Tylko tego, co robił. Ale ona chciała więcej i więcej. Była nienasycona. Nie pytała, skąd Trawiński bierze pieniądze. A przecież musiała wiedzieć, że nie z pensji policjanta. Musiała. Nie wierzył, że nie.

W końcu porozmawiał z nią wprost. Myślał, że znajdzie w niej sprzymierzeńca. Przecież oboje obiecywali sobie, że będą zawsze stali ramię w ramię. Nieważne, jakie przeciwności przyniesie życie. Bez względu na wszystko. Tymczasem Maja wybuchnęła. Krzyczała, że nie będzie żyła w biedzie. Potem nakręcała się coraz bardziej. Mówiła, że zawsze jest wyjście. Tylko wyjście proponowane przez nią wcale mu nie odpowiadało. W końcu Trawiński nie wytrzymał i wyszedł z mieszkania. Czuł, że jeżeli tego nie zrobi, to wybuchnie. A nie chciał, żeby dzieci na to patrzyły. Nie były niczemu winne.

Całe szczęście kupili jakiś czas temu tę działkę. Tu miał być ich wymarzony dom. Po remoncie oczywiście. Na razie to była tylko ruina. Ruina obok ruiny. Działka mieściła się w Kuligach. Tuż obok opuszczonego starego dworu, który teraz majaczył mu w ciemności we wstecznym lusterku. Obok był jeszcze zniszczony pegeer. Powybijane szyby i dziurawe dachy straszyły w ciągu dnia. Teraz ukryła je czerń nocy.

– Kurwa – mruknął Trawiński i jeszcze raz nacisnął guzik pilota.

Brama zaczęła się zamykać, zamiast otwierać. Powinien był zamówić elektryka, żeby to zamontował. Ale nie, uparł się, że zrobi to sam. A praktycznie w ogóle nie znał się na elektryczności. No i proszę. Teraz są efekty.

W końcu brama się otworzyła i policjant wjechał na teren działki. Zakupy rzucone niedbale na tylne siedzenie pobrzękiwały. Niedługo spodziewał się gościa. Nie oczekiwał niczego dobrego po tym spotkaniu. Niestety nie umiał odmówić. Za długo się na wszystko zgadzał, żeby teraz to zrobić.

A zgadzał się na wszystko. Zabił nawet człowieka. I to koleżankę z pracy. Trawińskiego zalała gorzka fala rozpaczy, kiedy przypomniał sobie, jak celował Emilii Strzałkowskiej w głowę.

Jak głucho zabrzmiał wystrzał.

Jakby dochodził z daleka, a nie z jego zabezpieczonej rękawiczką dłoni. Jakby nie dotyczył jego i Strzałkowskiej. Jakby to się działo gdzie indziej. A jednak. Policjantka upadła na ziemię i było po wszystkim.

A właściwie nie, nie było po wszystkim. Minęły dwa lata, a Trawiński nie potrafił zapomnieć. To, że codziennie w robocie widział Daniela Podgórskiego, pogarszało jeszcze jego samopoczucie. Doskonale pamiętał rozpacz kolegi nad ciałem kochanki. Czegoś takiego się nie zapomina. Dobrze, że Podgórski nigdy nie dowie się prawdy. Już Trawiński o to zadbał. On i ludzie, dla których pracował. Śmierć Emilii uznano za samobójstwo i tak zostanie. Prawdziwy przebieg zdarzeń pozostanie na zawsze tajemnicą.

Trawiński wziął pilota i nacisnął guzik, żeby zamknąć bramę. O dziwo, od razu zaczęła się zamykać. Już się ucieszył, ale w pewnym momencie coś zgrzytnęło i znów się otworzyła.

– Kurwa – rzucił Trawiński, naciskając jeszcze raz guzik na pilocie.

Sytuacja się powtórzyła. W bramie był czujnik, żeby nie zamknęła się, kiedy na przykład pies albo dziecko wbiegnie nagle pomiędzy jej skrzydła. Może jakiś zbłąkany kot się tu zapuścił. Najbliższe zabudowania były co prawda dobry kawałek dalej, ale po polach często wędrowały zwierzaki. Te dzikie też. Może lis przyszedł w poszukiwaniu jedzenia. Trawiński widywał tu kilka. Nawet trochę je dokarmiał.

Policjant nacisnął znów guzik pilota. Światło czujnika zamigało w ciemności, ale brama się nie zamknęła. Uparcie trwała otwarta. Trawiński spojrzał w lusterko. Na tle majaczącego w ciemności opuszczonego dworu zobaczył jakiś ruch. Na pewno nie był to lis. To musiał być człowiek. I to wysoki.

Trawiński wysiadł z samochodu i odwrócił się powoli.

– Daniel? – zapytał zaskoczony.

Ostrze siekiery połyskiwało w świetle księżyca.

* * *

CZĘŚĆ 1

2020

ROZDZIAŁ 1

Droga wzdłuż jeziora Strażym.

Piątek, 21 lutego 2020. Godzina 12.00.

Weronika Podgórska

Weronika Podgórska patrzyła, jak Klementyna przedziera się pomiędzy gałęziami. Emerytowana komisarz szła ścieżką tuż przed nią i mruczała coś pod nosem. Zapewne coś bardzo niepochlebnego. Klementynie niezbyt się podobało, że wybrały ścieżkę wzdłuż jeziora, ale Weronika bardzo chciała porozmawiać z nią sam na sam. Latem na tej ścieżce aż roiło się od turystów. Zimą miejsce pustoszało i można było co najwyżej spotkać najbardziej zapalonych biegaczy albo leśniczego, który doglądał swoich włości wokół jeziora Strażym. Podgórska czuła, że będą tu mogły pomówić spokojnie.

– Zaraz wyjdziemy na taką dziką polankę – poinformowała, żeby złagodzić choć trochę irytację Kopp.

Klementyna zatrzymała się i powoli odwróciła się do Weroniki. Ogolona głowa i zmarszczki na twarzy dodawały jej wyglądowi surowości. Stare wyblakłe tatuaże, skórzana kurtka z przykrótkimi rękawami, bojówki i wojskowe buty dopełniały obrazu. Kto by zobaczył Klementynę po raz pierwszy, myślałby pewnie, że twarda z niej kobieta. Nie pomyliłby się. Ale Weronika wiedziała swoje. Za groźnym wyglądem kryły się też uczucia. A przede wszystkim wielka przyjaźń, którą darzyła Daniela. A właśnie o byłego męża Weroniki tu chodziło.

– Spoko. Ale! Już od dłuższego czasu czołgam się po tych krzakach. A ty niezbyt chcesz gadać – irytowała się Kopp. – Bo o czymś chcesz gadać, co? Księżyca teraz nie odkrywam. Raczej nie wybieramy się codziennie na takie urocze wspólne przechadzki.

Weronika nie zaprzeczyła. Faktycznie chciała gadać. Nawet bardzo chciała. Tylko że ciężko było się do tego zabrać. A przede wszystkim odpowiednio ubrać to w słowa. Odkąd zmarła Wiera, Podgórska nie miała tu takiej prawdziwej przyjaciółki od serca. Rozpaczliwie potrzebowała po prostu z kimś pomówić. Nie tylko o Danielu, ale też o tym wszystkim, co sama przechodziła.

Tylko od czego by tu zacząć? Od tego, że ciągle zostawiała swoją maleńką córeczkę pod opieką pierwszego byłego męża i drugiej byłej teściowej? Bo mimo że tak bardzo oczekiwała dziecka, okazało się, że po porodzie coś było nie tak i nie potrafiła odnaleźć w sobie satysfakcji i szczęścia, których tak pragnęła. Myślała, że z czasem będzie lepiej. Ale wszystko było takie skomplikowane. Ułoży się, słyszała.

Tylko że nic nie było lepiej. Córeczka miała już rok i prawie cztery miesiące, a niewiele się zmieniło. Weronika nie potrafiła odnaleźć radości z macierzyństwa, którego tak pragnęła. Wyrzuty sumienia, że jest złą matką, zupełnie ją wyniszczały. Gdyby nie Mariusz i Maria, pewnie by sobie nie poradziła.

Mogłaby mówić o tym, i to bardzo długo. Ale mogła też wspomnieć, jak bardzo winiła się za śmierć Emilii Strzałkowskiej. Zadręczanie się śmiercią kochanki drugiego męża, właściwie teraz już eksmęża, zatrącało co najmniej o melodramat, ale Weronika nie potrafiła tego powstrzymać. Przecież to ona doprowadziła do tego, że Daniel zerwał z Emilią, w wyniku czego policjantka popełniła samobójstwo.

Może dlatego Weronika w jakimś geście rozpaczy nazwała swoją maleńką córeczkę imieniem rywalki. Z jakiegoś powodu czuła, że jest to Strzałkowskiej winna. Może myślała, że zagłuszy wyrzuty sumienia. Maleńka Emilka urodziła się pierwszego listopada dwa tysiące osiemnastego roku. Dokładnie w dzień Wszystkich Świętych. Mniej więcej osiem miesięcy po tym, jak Strzałkowska popełniła samobójstwo.

Podgórski był w tamtym czasie pogrążony w zupełnym stuporze. Zaakceptował imię. Weronika nie była jednak pewna, czy dlatego że faktycznie chciał, żeby ich córka tak się nazywała. Być może uznał, że po rozwodzie i tak nie ma prawa do decydowania. A może jego żal był zbyt wielki, żeby cokolwiek go to obchodziło.

 

– O czym chcesz gadać, co? – zapytała Kopp, przerywając potok myśli Podgórskiej.

Weronika chciała rozmawiać o Danielu. Niedługo po samobójstwie Emilii wzięli rozwód, mimo że Weronika była w zaawansowanej ciąży. Policjant powiedział jej szczerze, że nie da rady. Że kocha Emilię i tak zostanie. Mimo że ona nie żyła.

Głos mu wyraźnie drżał, kiedy to mówił. Twarz miał wprawdzie spokojną, ale Weronika czuła, że buzują w nim emocje. Była mu wdzięczna za tę szczerość. Nie chciała żyć w kłamstwie i uznała, że mimo iż spodziewa się jego dziecka, lepiej będzie dla nich wszystkich, jeżeli faktycznie się rozstaną.

Wtedy niespodziewanie pomógł jej Mariusz. Jej pierwszy były mąż z nieoczekiwaną radością zaczął zajmować się cudzym dzieckiem i nią. Nawet kiedy byli małżeństwem, nigdy nie okazywał jej tyle czułości. Może dopiero teraz do tego dojrzał.

Po zakończeniu śledztwa dotyczącego Pokrzyku Mariusz miał trochę kłopotów. Założył nielegalny podsłuch i musiał to wyjaśnić. Ostatecznie się wybronił. Artykuł 267 paragraf 3 kodeksu karnego głosił, że bezprawne uzyskiwanie informacji podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch. Ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego. Ale osoby pokrzywdzone nie żyły. I w ten sposób Mariusz wylądował u Weroniki w dworku w Lipowie. Zamiast Daniela. A Podgórski wrócił do sutereny domu swojej matki. Czyli tam, gdzie mieszkał, kiedy go poznała. Życie bywa przewrotne.

– Jak chcesz – mruknęła Kopp i ruszyła dalej przez krzaki, nie czekając, aż Weronika zdecyduje się odezwać.

– Myślałam, że łatwiej będzie tędy przejść – przyznała z westchnieniem.

Wiosną i latem faktycznie było tu gęsto od liści. Teraz drzewa i krzaki miały łyse gałęzie. Mimo to jakby próbowały je zatrzymać. Jakby nie chciały dopuścić, żeby Weronika i Klementyna dotarły do polanki nad jeziorem.

Przedzierały się dalej w milczeniu. Weronika zastanawiała się, od czego zacząć. Chciała powiedzieć, że Daniel przychodzi odwiedzać córeczkę. Że bawi się z nią, że nawet się uśmiecha. Ale ten uśmiech nie jest prawdziwy. Jego oczy zawsze są smutne. Podgórska była bardzo czuła na takie rzeczy. Może dlatego, że była psychologiem.

Wiedziała też, że ona sama nie jest odpowiednią osobą, żeby z Danielem o tym wszystkim pomówić. Za dużo nagromadziło się między nimi niewypowiedzianych słów, żeby teraz jej się zwierzał. Z matką też nie chciał rozmawiać, chociaż Weronika była pewna, że Maria chętnie by go wysłuchała. Pozostawała więc tylko Klementyna.

Weronika patrzyła, jak pod ciężkimi butami emerytowanej komisarz łamią się gałązki na ścieżce. Ziemia nie była zamarznięta. Temperatury tej zimy praktycznie nie spadały poniżej zera. Teraz było prawie dziesięć stopni, choć zdawało się zimniej. Chłodny wiatr sprawiał, że raz po raz przebiegały jej po plecach dreszcze. Wilgoć w powietrzu potęgowała chłód. Może niedługo będzie padać śnieg z deszczem. To nie była zwykła zima. Czuło się, że rok dwa tysiące dwadzieścia zaczyna się dziwnie. Ciekawe, co jeszcze może się zdarzyć.

– Chcesz pogadać o Danielu, co? – rzuciła Kopp. Tym razem się nie odwróciła. – Tak przynajmniej zasugerowałaś, kiedy wychodziłyśmy. To może już przejdziesz do rzeczy, co? Czy będziemy tak wędrować w milczeniu, co? Pije znów czy jak?

Klementyna jak zwykle wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Póki się człowiek nie przyzwyczaił, trudno ją było zrozumieć.

– Nie.

Weronika chciała powiedzieć, że po prostu się o niego martwi. Nie wrócił co prawda do nałogu. Z tego, co wiedziała, przestał nawet palić. Całe dnie spędzał w pracy. Wydawało jej się, że to była forma ucieczki. Chciała mu pomóc, ale wiedziała, że były mąż by sobie nie życzył, żeby o nim rozmawiała. Nawet z Kopp. Może Weronika wyolbrzymiała problem. Czy miała w ogóle prawo ingerować w jego sprawy? Po tym wszystkim, co się stało?

– Chodzi o Malwinę Górską – powiedziała więc, porzucając temat Daniela.

Może jeszcze przyjdzie czas, że pomówi o nim z Klementyną. Teraz miała jeszcze jedną sprawę do obgadania. Obiecała.

– Czyli? – odparła Kopp. – Nie kojarzę kobiety.

– To pisarka. Niedawno wprowadziła się do tego drewnianego domu koło mnie – wyjaśniła Weronika.

Podgórska przeprowadziła się z Warszawy do Lipowa prawie dokładnie siedem lat temu. Po rozwodzie z Mariuszem. Kupiła wtedy stary dworek pod lasem. Przez bardzo długi czas za jedynych sąsiadów miała z jednej strony drzewa, a z drugiej pola. Zabudowania Lipowa znajdowały się nieco dalej. Dwa lata temu jeden z rolników sprzedał część swojego terenu. Kupiła go pisarka z Warszawy i wybudowała drewniany dom. Trochę to trwało, ale teraz roboty dobiegły końca i Malwina Górska w końcu się wprowadziła.

Początkowo Weronice wydawało się, że znalazły wspólny język. Może dlatego, że Podgórska była tak bardzo spragniona wychodzenia z domu. A może dlatego, że Górska też chciała z kimś nawiązać kontakt. Najwyraźniej potrzebowała otworzyć się przed kimś, bo opowiadała Weronice o sobie i wielu innych rzeczach. Również o tych, których ta wcale nie chciałaby słuchać.

Podgórska westchnęła. Po prostu pewien fakt z życia Malwiny od razu sprawił, że Weronika pożałowała znajomości z nią.

– Co z tą pisarką, co? – zapytała Kopp.

– Obiecałam jej, że pomówię o jej problemie z kimś, kto jest z policji albo zna się na policyjnej robocie.

– W domu masz eksmężusia byłego policjanta i drugiego eksmęża policjanta, to po co ci ja, co?

– Ta Malwina Górska twierdzi, że ktoś ją chyba śledzi – powiedziała Weronika, ignorując pytanie Klementyny. – I ona nie wie, co zrobić. Boi się, bo…

– Czekaj. Stop! – Kopp zatrzymała się nagle.

– Co? – zdziwiła się Weronika.

Były już prawie na polance, do której zmierzały na tym niezbyt udanym spacerze. Znajdowała się mniej więcej pośrodku jeziora Strażym. Na wysokości ośrodka wypoczynkowego Na Wzgórzu, tylko po drugiej stronie.

– Słyszysz to, co? – zapytała Klementyna.

Podgórska w tym momencie też to usłyszała. Oprócz plusku wody w jeziorze dało się rozróżnić jakiś dziwny dźwięk. Coś jakby szum połączony z delikatnymi uderzeniami? Nie wiedziała, co to mogło być ani dlaczego twarz Kopp przybrała szczególny wyraz.

– Tam – oznajmiła emerytowana komisarz. – A miałam się już nie pakować w takie rzeczy.

Weronika zadrżała, kiedy zobaczyła, co wskazuje Klementyna. A właściwie kogo. To był młody mężczyzna z długimi czarnymi włosami. Pewnie farbowanymi, bo kolor był na tyle głęboki, że nie mógł być chyba dziełem natury. Mężczyzna leżał tuż przy stercie kamieni, które wyglądały, jakby były jego stosem pogrzebowym. Gdyby nie to, że były częściowo zarośnięte zeszłoroczną trawą i mchem, można by pomyśleć, że stanowiły część inscenizacji.

Bo całość zdecydowanie przypominała Weronice jakąś inscenizację. Ciało młodego mężczyzny było zmasakrowane. Tułów, nogi i ręce pokrywały głębokie rany. Tylko twarz pozostała nietknięta. Zastygła w grymasie ni to strachu, ni to zaskoczenia.

A dłonie i stopy…

Dłoni i stóp nie było. Zostały zastąpione groteskowymi ptasimi łapkami. Podgórska widziała takie kiedyś w sklepie dla zwierząt, kiedy szukała psich ciasteczek dla Bajki. Nigdy by nie kupiła takich smakołyków. Nie wyobrażała sobie, żeby jej suczka latała po domu z czymś takim w pysku.

– Może nie powinnaś… – krzyknęła, kiedy Kopp przykucnęła, żeby zbadać puls leżącego.

Klementyna nawet na nią nie spojrzała. Dotknęła ostrożnie szyi młodego mężczyzny, mimo że od razu widać było, że jest martwy.

– Świeży – mruknęła. – Zrobiono z niego trupka całkiem niedawno. Ciało jest jeszcze ciepłe.

Weronika rozejrzała się nerwowo. Jeżeli do morderstwa faktycznie doszło przed chwilą, to sprawca mógł tu jeszcze być. Rozejrzała się nerwowo. Dopiero teraz zauważyła aparat fotograficzny, który stał na statywie kawałek dalej. Obiektyw skierowany był prosto na zbezczeszczone ciało.

– A ten dźwięk? – zapytała.

Na poranionej piersi zamordowanego mężczyzny leżał niewielki dyktafon. To z niego dobywał się dźwięk, który usłyszały, kiedy tu szły. Urządzenie nadal odgrywało swoje nagranie. Szum i stukot.

– Nie mam pojęcia – mruknęła Kopp.

– No i ten aparat fotograficzny…

– Wiem. Widzę – odparła Klementyna z krzywym uśmieszkiem. – Też mam oczy.

– Ktoś mu robił zdjęcia?

– A tego to akurat nie wiem. Jeszcze.

– Chyba musimy zadzwonić na poli… – zaczęła mówić Podgórska, kiedy zauważyła poruszenie. Z drugiej strony polanki też prowadziła droga. Ktoś tam był.

ROZDZIAŁ 2

Zajazd Sadowskiego.

Piątek, 21 lutego 2020. Godzina 12.00.

Aspirant Daniel Podgórski

Aspirant Daniel Podgórski spojrzał na ciało zamordowanej kobiety. Leżała na plecach i martwymi oczami patrzyła w sufit. Lewa ręka ułożona była wzdłuż ciała, a prawa zgięta i uniesiona wnętrzem dłoni do góry. Wyglądało to tak, jakby kobieta komuś machała.

– Ktoś chyba specjalnie ją tak ułożył – zastanawiał się głośno doktor Koterski.

Medyk sądowy wstał z kolan i zdjął rękawiczki. Uśmiechnął się do Podgórskiego szeroko. W żadnej mierze nie przypominał stereotypowego przedstawiciela swojego zawodu. Miał nieco pucołowatą twarz, kasztanowe loki i wyglądał niczym cherubinek. Trudno byłoby odgadnąć, ile ma lat.

– Krwi jest dość mało jak na takie obrażenia – zauważył Ziółkowski. – Na moje oko ktoś tu posprzątał. Ale luminol nam pomoże. Przekonamy się, czy tu była krew. Zaraz się tym zajmę.

Natomiast szef techników kryminalnych praktycznie nigdy się nie uśmiechał. Jego twarz wykrzywiona była w wiecznym grymasie, jakby życie nie sprawiało mu ani odrobiny radości. Nawet ślub, który wziął niedawno, tego nie zmienił. A może dlatego, zaśmiał się w duchu Daniel.

– Przyjrzę się temu dokładniej podczas sekcji, ale widzę też ranę z tyłu głowy – kontynuował Koterski. – Zobaczymy, co to jest. Na pewno użyto innego narzędzia zbrodni niż na reszcie ciała. Ale na oko, chociaż na oko to dziadek zmarł, jak to niektórzy mówią… ale na oko większość ran została zadana nożem. Oprócz tej tłuczonej z tyłu głowy. Tam stawiałbym na jakieś tępe narzędzie.

Daniel popatrzył na rozbitą butelkę wódki, która leżała nieopodal. Nie pił już długo, ale za każdym razem gdzieś głęboko czuł, że kilka łyków by mu pomogło. Kiedyś liczył dni trzeźwości. Teraz tylko te, które minęły od śmierci Emilii. Siedemset trzydzieści. Dziś mijały dokładnie dwa lata bez niej.

– Tego nie użyto? – zapytał, wskazując rozbitą butelkę. – Taki tulipan może być naprawdę śmiercionośnym narzędziem. Nie raz tak bywało.

– Wypowiem się po sekcji – powtórzył Koterski. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– Znamy tożsamość ofiary? – zapytała Laura Fijałkowska.

Zastępczyni naczelnika co chwilę poprawiała nerwowym ruchem ciemne włosy. Daniel i tak się dziwił, że się tu zjawiła. Wszyscy wiedzieli, że nienawidzi nieboszczyków. Bała się ich. Unikała jeżdżenia na zdarzenia związane ze śmiercią, nawet kiedy służyła w prewencji. Potem w wydziale kryminalnym pozostawała wierna tej tradycji.

Dziś chciała chyba się pokazać, bo sama zaproponowała pomoc, kiedy partner Daniela spóźnił się do pracy. Podgórski podejrzewał, że chciała się popisać przed naczelnikiem Urbańskim, żeby utrzymać swoją pozycję. Różne plotki chodziły po jednostce.

– Ofiara nazywała się Izabela Pietrzak i była pracownicą tego zajazdu – powiedział sierżant sztabowy Radosław Trawiński.

Daniel ostatnio często pracował z Trawińskim. Zaprzyjaźnili się po śmierci Emilii. Radek był na miejscu, kiedy Strzałkowska strzeliła sobie w głowę. Sama ta myśl… Podgórski odetchnął głębiej. Starał się nie myśleć o tym, że nigdy już nie usłyszy głosu Emilii ani nie zobaczy, jak wywraca oczami i mówi, że nie powinien tyle palić. Nie mógł znieść myśli, że jej nie będzie. A Trawiński zdawał się jedyną osobą, która go rozumie. Może dlatego, że ostatni widział ją żywą.

Od śmierci Emilii naczelnik Urbański często przydzielał im służby razem. Daniel był z tego zadowolony, rozumieli się z Radkiem bez słów. Dobrze było móc komuś zaufać. Niektórzy żartowali nawet na komendzie, że Podgórski i Trawiński zaczynają się do siebie upodabniać. Obaj wysocy, z długą brodą i nieco zbyt wystającym brzuchem. Wyglądali trochę jak bracia.

– Sorry, że się spóźniłem – szepnął kolega. – Pożarliśmy się z żoną i teraz mieszkam na działce w Kuligach. Dobrze, że ją kupiliśmy, przynajmniej mam gdzie się zatrzymać. Mówię ci, stary…

– A co, aż tak źle? – zapytał Podgórski.

– No tak średnio – przyznał kolega, wzruszając ramionami lekceważąco. Widać było jednak, że jest przejęty. – Jakoś to będzie.

 

Daniel skinął głową. Życie potrafiło dać człowiekowi w kość jeszcze bardziej niż niejeden trup.

– Zjawa zamierza przyjechać? – zapytał.

Prokurator Bastian Krajewski nazywany był Zjawą ze względu na swój charakterystyczny wygląd. Białe włosy i blada skóra albinosa nadawały mu złowrogi wygląd. Przypominał ducha.

– Chyba żartujesz – zaśmiał się Trawiński. – Przecież wiesz, jaki on jest.

Daniel uśmiechnął się pod nosem. Stwierdzenie, że prokurator prowadzi sprawę, oznaczało ni mniej, ni więcej, że policja ma wykonać wszystkie czynności, a Krajewski będzie tylko dzwonił i wszystkich popędzał. Zjawa nie budził zbyt ciepłych uczuć i wyglądało na to, że bardzo dba, żeby to się nie zmieniło.

– Zostawcie prokuratora w spokoju – obruszyła się Fijałkowska, jakby i Zjawie chciała się podlizać, mimo że go tu nie było.– To poradzicie sobie teraz beze mnie? Skoro jesteście już we dwóch?

W głosie zastępczyni naczelnika słychać było nadzieję.

– Jasne – powiedział Daniel. – Możesz wracać do bazy.

Fijałkowskiej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Daniel widział, że Trawiński uśmiecha się pod nosem. Doktor Koterski też wyglądał na rozbawionego tą niezbyt subtelną rejteradą.

– Chodźmy pogadać z tą pisarką – powiedział Daniel do kolegi.

Wyszli z kuchni na korytarz. Zajazd Sadowskiego zbudowany był z bali. Wszędzie pachniało drewnem. Z kuchni prowadziły drzwi na klatkę schodową. W wolnej przestrzeni pod schodami ulokowano palarnię. Właśnie tam stała Malwina Górska oparta niedbale o ścianę. Jej farbowane na różowo włosy stanowiły mocny kontrast z dość bladą skórą. Duże kolczyki i koła bransoletek na nadgarstkach brzęczały przy każdym jej ruchu. Minispódnica i ciężkie buty sprawiały, że przypominała Danielowi młodszą wersję Klementyny Kopp. Tylko bez tatuaży.

Obok niej przycupnął młody mężczyzna. Palił nerwowo papierosa. Przez twarz przebiegała mu wyraźnie widoczna blizna. Napinała się za każdym razem, kiedy mężczyzna się zaciągał. To był Robert Janik. Jeszcze jeden pracownik zajazdu.

– I co? – zapytał Robert. Malutki piesek, którego trzymał na rękach, nie pasował do jego wyglądu rapera z blokowiska. – Ja pierdolę, to jakaś masakra. Przepraszam za słownictwo, ale nie wiem dosłownie, co powiedzieć.

Malwina Górska wzruszyła tylko ramionami. Kolczyki i bransoletki znów zadźwięczały. Niedawno wprowadziła się do domu w Lipowie. Daniel kojarzył ją jednak nie tylko ze swojej rodzinnej wsi. Pisała kryminały, ale także książki z wywiadami z policjantami. Wielu ją znało w policyjnym środowisku. Kilka razy usłyszał nawet od kolegów żartem, jak bardzo podobne są ich nazwiska.

– Słyszeliśmy, że panowie rozmawiają o ranie tłuczonej. Drzwi są uchylone – powiedziała tonem wyjaśnienia Malwina i pokazała głową w stronę kuchni. Widać było, jak Koterski przygotowuje ciało do zabrania. – Izabela miała taki młotek, prawda?

Pisarka odwróciła się do chłopaka z blizną.

– Jo – potwierdził Robert Janik. – Piec czasem nie działał i Izabela w niego waliła. Jak weszliśmy do kuchni, to młotka nie było. Więc może to ten.

Ciało zamordowanej kobiety znalazła właśnie ta dwójka. Daniel zdążył już z nimi porozmawiać, zanim przyjechał Trawiński, ale rozmów nigdy dość. Nawet powtarzania tego samego. Czasem okazywało się bowiem, że świadek za drugim razem mówił coś zupełnie innego.

– Pani przyjechała tu po rzeczy, tak? – upewnił się więc Podgórski. Trzeba było powoli uporządkować informacje.

– Tak. Mieszkałam tu w pokoju numer jeden. Od początku lutego – uściśliła Malwina. – Bo musiałam sprzedać dom w Warszawie. A pan Sadowski i jego ekipa dopiero kończyli budować mi dom w Lipowie. Sam pan wie.

Podgórski potwierdził.

– No i teraz przewożę rzeczy. Właściwie przewiozłam, bo wczoraj rano przeprowadziłam się tam ostatecznie – wyjaśniła. Miała niski, nieco zachrypnięty głos. – Ale trochę drobiazgów zostało w pokoju, więc przyjechałam. Nikogo nie było w recepcji, postanowiłam więc, że zajrzę do kuchni. Myślałam, że może ktoś tam będzie i się przywitam. Izabela czasem tam przesiadywała, jak nie było gości. Głupio mi było tak po prostu pójść do jedynki. Nie byłam pewna, czy jakiś nowy klient nie zajął pokoju.

– Oczywiście – powiedział Daniel, chociaż nie wyglądało na to, żeby byli tu jacyś klienci. Zajazd był zupełnie pusty. Nie licząc ekipy z policji i tej dwójki.

Policjant zapamiętał to miejsce nieco inaczej. Byli tu kiedyś z Emilią. To było dwa lata temu. Zanim wszystko się stało. Pojechali na jakieś zdarzenie i wracając, po prostu tu zajechali. To nie było zaplanowane. Po prostu się stało. I to w okresie, kiedy na jakiś czas przestali się potajemnie spotykać. No a potem… dwa tygodnie później Emilia popełniła samobójstwo…

Teraz miejsce wyglądało na zaniedbane. Jakby przez te dwa lata, kiedy Daniela tu nie było, nastąpił zupełny upadek. Mimo to stanęły mu przed oczami tamte chwile. Zmierzwione blond włosy i zaczerwienione policzki Strzałkowskiej. Miał wrażenie, że Emilia zaraz wyjdzie z pokoju numer jeden, który wtedy dostali. Najwyraźniej tego samego, który ostatnio zajmowała pisarka.

Może nie wszyscy uznaliby Emilię za piękność. Według niego była idealna. Wiele razy przeklinał swoją głupotę i to, jak długo zwlekał, żeby wreszcie wykonać ruch. Jej śmierć to była jego wina. W całości jego wina. Tymczasem on żył już dwa lata, a jej nie było. A przecież powinno być odwrotnie. Nieraz myślał nawet, żeby zrobić to samo co ona. Wtedy kabura przy pasku ciążyła naprawdę mocno.

A najdziwniejsze było to, że świat się nie skończył. Mimo całej rozpaczy Daniela piekarze nadal piekli chleb, złodzieje nadal kradli, dilerzy nadal sprzedawali towar na mieście, a mordercy nadal zabijali. I on też wstawał codziennie, wkładał blachę1 do kieszeni i szedł na służbę. Chociaż codziennie mu się zdawało, że umarł w środku.

– Właściciela zajazdu nie ma? – zapytał Daniel, porzucając ponure rozmyślania. Trzeba skupić się na sprawie. Odwrócił się do Roberta Janika. – Bo pan, zdaje się, jest tylko sekretarzem szefa? Dobrze zrozumiałem?

– Tak – potwierdził Robert Janik. – Jestem sekretarzem… Próbowałem dzwonić do szefa, ale pan Sadowski nie odbiera. Ja dziś miałem wolne. Byłem na działce. Przyjechałem, bo obiecałem usiąść w recepcji. Jak wchodziłem, to pani Malwina stała w drzwiach kuchni. No i można powiedzieć, że razem ją znaleźliśmy… znaczy Izabelę.

Pisarka pokiwała głową. Była wysoka. Wyższa nawet niż Weronika. Wpatrywała się w Daniela nieco zaczepnie. Jakby rzucała mu wyzwanie. Nie potrafił rozszyfrować tego spojrzenia. Wiedziała więcej, niż mówiła?

– Filemon bardzo się zdenerwował – ciągnął Robert Janik, unosząc delikatnie małego pieska.

Daniel miał właśnie powiedzieć, że Filemon to był chyba kot, kiedy na drewnianych schodach rozległy się kroki.

– Panie aspirancie, pozwoli pan na górę.

Podgórski nie musiał nawet odwracać się w tamtą stronę. Sarkastyczny ton głosu nie pozostawiał wątpliwości. Mimo to spojrzał w górę. Łukasz stał u szczytu schodów w granatowym mundurze policjanta prewencji.

Był synem Daniela i Emilii. Podgórski starał się zobaczyć w twarzy młodego mężczyzny rysy Strzałkowskiej, ale widział tam tylko siebie. I spojrzenie pełne nienawiści. Przez minione dwa lata syn ani razu nie dał Podgórskiemu zapomnieć, że to przez niego Strzałkowska popełniła samobójstwo.

– Co się stało? – zapytał syna.

Daniel wcale nie był zadowolony, że Łukasz został policjantem. Ale najwyraźniej to było mu pisane, skoro oboje rodzice tym się właśnie zajmowali. Zresztą ojciec Daniela także nosił niebieski mundur. Mimo to Podgórski najchętniej oszczędziłby synowi widoków takich, jaki zastali tu w kuchni. Dlaczego akurat jego patrol znajdował się niedaleko zajazdu? Nie mogło paść na kogoś innego?

– No raczej się stało – odpowiedział Łukasz cierpko.

Widać było, że stara się zachować zimną krew, ale Daniel doskonale wiedział, ile chłopaka musiało to kosztować. Pierwszego trupa zawsze się zapamiętuje. Zawsze. Chociażby potem było ich tysiące.

– Co jest? – zapytał Trawiński.

Podgórski niemal zapomniał o obecności kolegi. Radek był dziś mocno przygaszony. Pewnie przez kłótnię z żoną. Trzeba będzie z nim potem pogadać. Może jakoś pomóc.

– Kolejny trup – powiedział Łukasz, poprawiając furażerkę. – Jest na górze.

– Kto? – zapytał Robert Janik. – Kto jeszcze nie żyje?!

– Proszę tu zaczekać – poprosił Daniel.

Był trochę zły na Łukasza, że tak po prostu powiedział to przy świadkach. No ale syn dopiero się uczył. Zaczął służbę na początku tego roku. Puste pagony posterunkowego pokazywały, jak mało doświadczenia jeszcze ma i jak długa przed nim droga. Do młodych trzeba dużo spokoju i cierpliwości.