Dziewczyna która przepadłaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zespół

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© M.M./Shutterstock

© Eugene Sergeev/Shutterstock

© Alexey Lysenko/Shutterstock

© by Katarzyna Misiołek

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0421-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA – Dziewczyna, która przepadła…

1.

CZĘŚĆ DRUGA – Plama czerwieni pośród zadymki

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

CZĘŚĆ TRZECIA – Obce twarze, obce dłonie

12.

CZĘŚĆ CZWARTA – Kobieta w złotej klatce

13.

14.

15.

16.

17.

18.

CZĘŚĆ PIĄTA – Siostry

19.

20.

21.


CZĘŚĆ PIERWSZA Dziewczyna, która przepadła…

1.

Dzień, w którym zaginęłam, był mroźny i ponury. Sinogranatowe chmury, wróżące rychłe opady śniegu, wisiały nad miastem, lodowaty wiatr przenikał do szpiku kości.

Przed nasz blok dotarłam około szesnastej; wchodząc do klatki, niemal zderzyłam się z sąsiadką, która jak zwykle o tej porze wyprowadzała na szybki spacer wściekle ujadającego jamnika. W mieszkaniu było cicho i nadal lekko pachniało upieczonym przeze mnie rano piernikiem. Tego dnia specjalnie wstałam znacznie wcześniej, żeby zdążyć z deserami. Lubiłam ten aromat, kojarzył mi się z babcią i z zapamiętanymi z dzieciństwa świętami. W czasach, kiedy jeszcze wierzyłam, że to Święty Mikołaj wsuwa mi pod poduszkę zabawki i czekoladki, wszystko było prostsze. Ściągając kozaki, pomyślałam o siostrze. Co chciałaby dostać na urodziny? Czemu ostatnimi czasy tak rzadko ze sobą rozmawiamy? – zastanawiałam się. Owszem, wpadając na siebie u rodziców, wymieniałyśmy z Magdą jakieś zdawkowe uwagi o przeczytanych niedawno książkach czy obejrzanych filmach, ale, szczerze mówiąc, nie miałam nawet pojęcia, co tak naprawdę u niej słychać, jak sobie radzi na studiach, czy jest zadowolona ze swojego faceta… Niedawno z nim zamieszkała, ale jeszcze nie miałam okazji, żeby ją odwiedzić, nie znałam nawet adresu. Jakoś nie mogłyśmy się umówić, zresztą od dłuższego czasu absorbowały mnie głównie moje własne problemy, własne lęki i koszmary… Może wpadnę do niej po sylwestrze? – pomyślałam, wieszając kurtkę na pełnym mężowskich bluz i wiatrówek przeciążonym wieszaku. Na widok stojących obok niego różowych kaloszy w zielone groszki leciutko się uśmiechnęłam. Planowaliśmy wiosenny wyjazd do Wenecji i Kuba kupił mi je dla żartu. „Znając nasze szczęście, pewnie będzie lało” – powiedział, wręczając mi prezent. Włochy… Wiele bym dała, żeby już tam być. Potrzebowałam odpoczynku. Chciałam spędzać dnie na niczym, a wieczorami z mapą w dłoni błądzić po urokliwych, wąskich uliczkach. We Włoszech zawsze wszystko wygląda inaczej. Lepiej, bardziej pomyślnie, obiecująco. Tylko czy aby na pewno marzę o tym, żeby lecieć do Wenecji z mężem? – przeszła mi przez głowę niepokojąca myśl, którą zaraz odpędziłam. Oczywiście, że chcę lecieć z nim! Nawet jeśli ostatnio nie było między nami tak sielankowo, jak kiedyś, nadal chcę dzielić z nim życie – wmawiałam sobie, przeczesując włosy, które zmierzwiły mi się pod czapką. Weszłam do kuchni, żeby się napić, nie mając pojęcia, że wiszący nad marmurowym blatem zegar bezlitośnie odmierza minuty do mojej śmierci.

Bo tamtego dnia w pewien sposób umarłam.

Nie można przecież nazwać życiem tego, przez co musiałam przejść w rękach zwyrodnialca. Siedem lat, dziewięć miesięcy i kilka dni – tyle czasu odebrał mi bydlak, który postanowił zawładnąć moim losem, uczynić ze mnie swoją własność. Poniżyć, odczłowieczyć, sponiewierać ciało i ukraść duszę. Ale przecież tego jeszcze wtedy nie wiedziałam…

„Kup puszkę ananasów do sałatki” – powiedziałam mężowi tamtego popołudnia, dzwoniąc na jego komórkę. „Kupię” – powiedział i obiecał, że wróci za jakąś godzinę. Jakub. Mężczyzna, z którym miałam zostać, dopóki śmierć nas nie rozłączy. Śmierć nadeszła jednak zbyt szybko, chociaż nie taka, jakiej można by się spodziewać. Rozłączyłam się pośpiesznie, bez pożegnania. Gdybym wtedy wiedziała, jak banalne będą te moje ostatnie słowa. Ananasy w puszce, hasło feralnego dnia. Z drugiej jednak strony, jak mogłabym to przewidzieć? Dopijając resztkę truskawkowego jogurtu, zerknęłam na zegarek. Szesnasta osiem, jeszcze zdążę, pomyślałam. Torebkę rzuciłam na stół, nie lubiłam kłaść jej na podłodze. Babcia zawsze powtarzała, że z tak rzuconej torebki uciekają pieniądze. Portfel, klucze, płaszcz, kozaki. Wychodząc z mieszkania, pomyślałam o mężu, ale była to jedynie ulotna, nic nieznacząca myśl. Bo ostatnimi czasy to nie mąż zaprzątał moją głowę…

Miał czekać w zatoczce, przy drodze na Warszawę. Szymon, mężczyzna, którego nigdy nie powinnam była wpuszczać do mojego życia. „O siedemnastej, tam gdzie zawsze” – powiedział kilka dni wcześniej, kiedy się żegnaliśmy. Wyszłam więc przed klatkę i szybkim krokiem ruszyłam w stronę wysadzanej kasztanowcami szosy na Warszawę. Mijałam stację paliw, kiedy zaczęło prószyć; drobny śnieg osiadał mi na włosach, dodawał magii ponuremu grudniowemu popołudniu. Moja siostra nie przepadała za zimą, ale pod wieloma względami byłyśmy przecież z Magdą takie różne…

Wysoki jasnowłosy facet w szarym płaszczu uśmiechnął się do mnie, wysiadając ze szpanerskiego terenowego mercedesa. Odwzajemniłam uśmiech, nie mając pojęcia, że jego wzrok będzie ostatnim życzliwym spojrzeniem, jakie zobaczę przez następne lata. Nagle zachciało mi się czegoś słodkiego. Gość z terenówki był tuż przede mną; pamiętam, jak szarmancko przepuścił mnie w oszklonych drzwiach. Czekoladę Wedla znalazłam przy kasie, kupon Lotto kupiłam pod wpływem impulsu.

Kilka minut później ruszyłam wzdłuż drogi. Ruch był znaczny, ale nie aż tak duży, jak można by się spodziewać w sylwestrowe popołudnie. Szłam szybko, wciągając w płuca mroźne zimowe powietrze. Zjechał na pobocze, kiedy byłam kilkanaście metrów od „naszej” zatoczki. Jeden z tych niewielkich, nierzucających się w oczy wozów. Granatowy, lekko wgnieciony z tyłu, niepozorny. Kiedy go mijałam, kierowca uchylił szybę w drzwiach od strony pasażera i zaczął coś mówić. Przeciętny facet, zupełnie zwyczajny. Pięćdziesięciokilkuletni, może nieco starszy. Nie dosłyszałam, czego chciał. Pewnie pyta o drogę – uznałam. Dopiero kiedy przystanęłam i nachyliłam się, zaglądając do wnętrza wozu, zrozumiałam, że coś mu jest. „Proszę wezwać karetkę” – powtórzył kilka razy, łapiąc się za serce. Rozejrzałam się, rozpaczliwie starając się odszukać wzrokiem kogoś, kto mógłby pomóc, ale szosą przejeżdżał akurat jeden jedyny samochód, który szybko zniknął za pobliskim zakrętem. „Chyba mam zawał, niech się pani pośpieszy!” – krzyknął siedzący za kierownicą granatowego wozu mężczyzna. Powiedziałam, że nie mam przy sobie telefonu. Zostawiłam go przecież w domu, żeby w razie jakichkolwiek pytań ze strony Jakuba wmówić mężowi, że zeszłam tylko na dół, do sklepu… Kiedy dziś o tym myślę, wiem, że to były sekundy, góra minuta, dwie. Wtedy jednak tamta scena rozciągała się w czasie niemal w nieskończoność. Mężczyzna spazmatycznie łapał powietrze; skulony nad kierownicą, śmiertelnie przerażony. Obiecałam mu, że wszystko będzie dobrze i wsiadłam do jego auta, pytając, czy ma komórkę. Naiwna idiotka, ufna niczym dziecko! Ale przecież to nie był żaden napakowany sterydami cwaniaczek w sportowym wozie. Gość miał siwe skronie i rękę na sercu, które ponoć szwankowało. „W schowku! – powiedział. – Telefon jest w schowku!” Drżał mu głos, oddech miał ciężki, chrapliwy. Nie miałam jednak pojęcia, że to tylko marne aktorstwo, cyrk odegrany po to, żebym dała się nabrać. Sięgnęłam do schowka, zupełnie tracąc czujność. Zresztą szczupły mężczyzna po mojej lewej wydawał mi się ostatnią osobą, ze strony której mogłabym się spodziewać jakiegokolwiek zagrożenia. Wtedy rąbnął mnie pięścią w skroń i zapadła ciemność.

 

Niczego więcej nie pamiętam z początku drogi, w którą zabrał mnie ten kompletnie pozbawiony ludzkich uczuć szaleniec.


CZĘŚĆ DRUGA Plama czerwieni pośród zadymki

2.

Nie wyglądasz mi na Monikę. Mogłabyś być Agatą, Dorotą, może Agnieszką, ale na pewno nie Moniką – powiedział.

Głos miał spokojny, niemal balsamiczny; nie wyczuwało się w nim szaleństwa.

Ocknęłam się dosłownie chwilę wcześniej – skulona na rzuconym na podłogę materacu, zmarznięta, z przyprawiającym o mdłości bólem głowy. W ustach czułam kwaśny posmak wymiocin, pamięć wracała powoli, fazami falującymi niczym wzburzone morze. Ciemność. Ciasne, klaustrofobiczne miejsce, miarowy pomruk silnika. Jakiś czas później porywacz musiał zjechać z głównej drogi i załadować mnie do bagażnika. Bezwładną niczym worek ziemniaków, wciąż otumanioną silnym ciosem w głowę. Zwymiotowałam na śnieg, kiedy pomógł mi się wygramolić z auta i postawił na nogi. W nieprzeniknionej ciemności zimowego wieczoru, na obcym podwórzu, gdzieś daleko od miejsca, które zwykłam nazywać domem… Stałam schylona, targana torsjami, podczas gdy on, radośnie pogwizdując, wyjmował z samochodu sfatygowane plastikowe reklamówki. Kiedy się odwrócił i na moment spuścił mnie z oczu, zaczęłam biec. Podjazd był wylany betonem, zdradliwie śliski, oblodzony. Potykałam się, ślizgałam, rozpaczliwie machałam rękoma, ale biegłam. Nie miałam pojęcia dokąd. Wiedziałam tylko, że muszę uciekać, że muszę się ratować.

Mokry, gęsty śnieg zaklejał mi powieki, osiadał we włosach, wirował, potęgując zawroty głowy. Upadłam w świeży śnieg, ale zaraz zerwałam się na nogi z ochrypłym krzykiem rozpaczy. Porywacz dopadł mnie kilka chwil później, złapał za włosy.

– Stój, głupia! – warknął, wymierzając kolejny cios.

Pociemniało mi w oczach i runęłam na ziemię, boleśnie rozcinając sobie wargę.

A teraz siedział przede mną i przyglądał mi się wzrokiem człowieka, który pierwszy raz w życiu ma przed sobą egzotyczny okaz motyla. Jak udało mu się tu mnie przywlec? Kim był i czego chciał? Dlaczego akurat mnie to spotkało? Co to za nora i czemu wszystko mnie boli? – myśli płynęły wolno, nieskładnie, jakby w mojej pulsującej od jego ciosów głowie nie było miejsca na nic innego, oprócz bólu.

Porywacz powiedział, że ma na imię Józef i od teraz muszę robić wszystko, co mi każe. Jego imię brzmiało dostojnie i biblijnie, niosło ze sobą nadzieję. Przynajmniej jeszcze wtedy naiwnie w to wierzyłam…

– Mówię do ciebie! – warknął.

Z trudem podniosłam głowę, starając się nie myśleć o mdłościach. Pokój przez moment gwałtownie zafalował, w końcu udało mi się skupić wzrok na siedzącym naprzeciwko mężczyźnie. Nie licząc przeznaczonego dla mnie materaca, krzesło, na którym siedział mój porywacz, było jedynym sprzętem w niewielkim wytapetowanym na zielono pokoju. Zieleń to ponoć kolor nadziei, ale ta miejscami odłażąca ze ścian tapeta wydawała mi się szczególnie paskudna. Przypominające algi mazaje przeplatane brązowymi esami-floresami, kojarzyły mi się z podwodnym światem napuchniętych topielców. Było w nich coś psychodelicznego, zasysającego wzrok, każącego oczom koncentrować się nie na tym, na czym by chciały.

Prześladowca nachylił się w moją stronę, patrząc na mnie uważnie, niczym ciekawski dzieciak przygląda się jadowitemu wężowi. Z dystansem, ale i sporym zaciekawieniem.

– Niedobrze mi – szepnęłam.

– Jeśli zarzygasz materac, będziesz na zarzyganym spała – powiedział ze stoickim spokojem.

Zauważyłam leżący na podłodze fioletowy portfel, który rok wcześniej dostałam od męża i mój dowód osobisty. Uświadomiłam sobie, że jestem w rękach człowieka, który z nieznanych mi powodów postanowił zwabić mnie do samochodu i wywieźć w nieznane.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytałam cicho.

Uśmiechnął się, jednak był to uśmiech gada.

– Wszystkiego – powiedział.

Zaczęłam krzyczeć.

Nadal mi się przyglądał mi się, siedząc na krześle, w końcu wstał i ruszył w moją stronę. Skuliłam się pod ścianą, głos uwiązł mi w gardle.

– Lubię, kiedy zaczynacie tracić nad sobą panowanie – wycedził.

– Wypuść mnie stąd! – krzyknęłam.

Nie odpowiedział.

Jeszcze przez chwilę cieszył wzrok moim przerażeniem, wdychając odór mojego strachu, sycąc swój chory umysł widokiem skulonej na materacu kobiety. Później odwrócił się na pięcie i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

Zgrzytnęła zasuwka.

Zamknęłam oczy, walcząc z kolejną falą mdłości, w końcu udało mi się wstać. Krzesło stało pod ścianą – stare, brzydkie, z brązowego drewna, z oparciem wygiętym w kształt serca, na którego widok wybuchłam histerycznym śmiechem. Serce…

Za oknem było ciemno choć oko wykol. Czerń atramentowa, nieprzenikniona, absolutna. Żadna uliczna latarnia nie rozświetlała kątów ogrodu, dom musiał stać na wsi, na kompletnym odludziu… Podniosłam z podłogi portfel, w którym znalazłam jedynie kartę biblioteczną, nieaktualną legitymację szkoły językowej, którą dawno temu powinnam wyrzucić, i trochę bilonu. Mój dowód osobisty porywacz wziął ze sobą, wychodząc z pokoju. Przepadły też grubsze pieniądze, kupon Lotto, który tam upchnęłam, i rachunek ze stacji benzynowej. Stanęłam przy drzwiach i przyłożyłam do nich ucho.

Cisza.

Dokąd mnie wywiózł? Czego chce ten człowiek?! „Wszystkiego” – przypomniałam sobie jego odpowiedź i starając się nie poddawać panice, zaczęłam rozglądać się dookoła. Po zewnętrznej stronie okna była wyglądająca na solidną metalowa krata. Drzwi również sprawiały wrażenie masywnych i niełatwych do sforsowania. Goła żarówka pod sufitem dawała niewiele światła, jednak byłam za nią wdzięczna. Gdyby oprawca zostawił mnie w całkowitej ciemności, chyba bym oszalała… Podeszłam do okna, usiłując je uchylić, ale powbijane w drewniane ramy gwoździe skutecznie mi to uniemożliwiły. Chciałam podważyć paznokciem jeden z nich, ale rozwaliłam sobie palec do krwi, a gwóźdź ani drgnął. Spodobał mi się za to pulsujący ból; pozwalał na moment oderwać myśli od koszmaru, w którego środku się znalazłam.

„Lubię, kiedy zaczynacie tracić nad sobą panowanie” – przypomniałam sobie jego słowa.

Więc nie byłam pierwsza? Nie mnie jedną tu przetrzymywał, nie tylko mnie porwał? – zastanawiałam się, krążąc po moim tonącym w zgniłych zieleniach więzieniu. Dziesięć kroków od drzwi do okna, osiem wzdłuż przeciwległej ściany. Wsunęłam palec do ust, zlizałam krew. Czy od tak niewielkiej rany może się wdać zakażenie? – przestraszyłam się. Cisza panująca w domu doprowadzała mnie do szału. Przycupnęłam na krześle, nasłuchując. Wyobrażałam sobie, jak on czai się w ciemnościach, obmyślając perfidne tortury. Nerwy miałam napięte do granic możliwości, serce szarpało się w piersi nierówno, niepewne jutra. Zaczęłam krzyczeć. Ochryple, przeraźliwie, bez końca. Zerwałam się z krzesła i kopałam w drzwi. Waliłam w nie pięściami, napierałam ramieniem, szarpałam za klamkę, ale nawet nie drgnęły. Kiedy straciłam głos, ze szlochem opadłam na materac. Boże, spraw, żeby to był tylko koszmarny sen – powtarzałam szeptem, ale Bóg musiał być zajęty czymś innym, bo chyba mnie wtedy nie słyszał…

Nie wiem, ile czasu minęło, zanim porywacz znowu się pojawił. Godzina? Dwie? Cztery? Przyniósł niewielką emaliową miskę z wodą, butelkę mineralnej i szorstki, frotowy ręcznik w różowo-błękitne pasy.

– Muszę do łazienki – powiedziałam.

– Więc idź – Józef uśmiechnął się krzywo, parodiując gest dawnych arystokratów, lekko się ukłonił i wskazał dłonią uchylone drzwi. – Idź, tylko nie siedź tam zbyt długo. Kiedy szukam towarzystwa, nie lubię być porzucany – dodał.

Spojrzałam na niego, nie wiedząc, czy mnie podpuszcza, ale on cofnął się pod ścianę i powiedział, że to naprzeciwko. Ruszyłam przez pokój, starając się iść prosto i pewnie. Skaleczony palec bolał, przed oczami latały mi mroczki. Łazienka była mała i pozbawiona okna. Muszla, niewielka umywalka, brzydka i odrapana szafka na ręczniki. Lustra nie było, nie było również niczego, czego mogłabym użyć, żeby jakoś się stąd wydostać.

– Nie zamykaj drzwi – usłyszałam jego głos.

Rozpięłam dżinsy i starając się nie myśleć o nasłuchującym zapewne każdego odgłosu porywaczu, ulżyłam pęcherzowi. Twarz przemyłam chwilę później, nie znalazłam jednak mydła. Czekający w pokoju Józef burknął, żebym się pośpieszyła; drewniana podłoga złowrogo zaskrzypiała pod jego stopami. Zerknęłam w stronę prowadzących na parter schodów i wyobraziłam sobie, jak zbiegam w dół i po omacku szukając frontowych drzwi, wrzeszczę, błagając o pomoc. Wiedziałam jednak, że taki nierozważny ruch jedynie pogorszyłby moją sytuację. Muszę działać rozsądnie, nie dawać się omamić panice. Postarać się wyczuć jego motywy, poznać otoczenie, uśpić czujność tego bydlaka! Niech uwierzy, że zdołał mnie ujarzmić, niech myśli, że jestem słaba – powiedziałam sobie.

Czekał na krześle, które przesunął tak, żeby lepiej widzieć drzwi. Weszłam do pokoju i niczym podchodząca do ważnego egzaminu studentka, posłałam mu niepewne spojrzenie.

– Jeśli mamy się dogadać, powinnaś poznać zasady – powiedział Józef tym swoim łagodnym, niemal aksamitnym głosem.

Przystanęłam, zagryzając wargi.

– Zasad jest niewiele, ale każda jest dla mnie istotna – kontynuował. – Pierwsza mówi, że zawsze, bez względu na wszystko, robisz to, co ci każę. Zawsze, zrozumiałaś?! – krzyknął, gwałtownie zrywając się z krzesła, którego oparcie uderzyło o ścianę.

Pewna, że pragnie odpowiedzi, przytaknęłam, ale on tylko warknął, że nie pozwolił mi się odzywać.

– Zasada druga również jest prosta. Milczysz, kiedy nie pozwalam ci się odzywać, i zabawiasz mnie rozmową, kiedy pragnę towarzystwa.

– Wiesz, że nie możesz mnie tu przetrzymywać w nieskończoność? – szepnęłam.

– Pozwoliłem ci się odezwać?! – zapytał głosem, w którym nie było już nic z balsamicznego brzmienia.

– Mój mąż zrobi wszystko, żeby mnie odnaleźć! Rodzice, Magda… – na dźwięk imienia siostry ugryzłam się w język.

 

Nie powinnam opowiadać mu o bliskich, nie mogę!

Uderzył mnie w twarz.

– Pozwoliłem ci się odezwać?! – warknął.

Spuściłam głowę, zaciskając pięści.

Porywacz stał tuż przy mnie, na twarzy czułam jego obrzydliwy, przesiąknięty zgnilizną oddech.

– Idź spać – powiedział po chwili, a jego głos znowu brzmiał łagodnie.

Na miękkich nogach ruszyłam w stronę materaca, starając się nie wyobrażać sobie, co może mnie czekać za chwilę. Zgwałci mnie? Zrobi coś znacznie gorszego, coś, czego nawet nie potrafię sobie wyobrazić? Zmusi mnie do rzeczy, po których już nigdy nie będę mogła spojrzeć w lustro? – zastanawiałam się. Ale on tylko zerknął na pusty materac, poczekał, aż się położę, i niczym troskliwy ojciec kładący do snu dziecko, zgasił światło w moim pokoju.

Leżąc w całkowitym bezruchu, jeszcze długo nasłuchiwałam, ale wyglądało na to, że poszedł sobie na dobre. W końcu udało mi się zasnąć, ale sen przyniósł same koszmary. Śniłam o porywaczu szarpiącym moje ciało zębami. Krzyczał, że ludzkie mięso zawsze smakowało mu najbardziej, pożerał mnie, rozrywał na strzępy.

Obudziłam się, kiedy do pokoju nieśmiało zaglądał szary zimowy świt. Było mi zimno i chciało mi się pić. Najbardziej jednak przerażała myśl o tym, co mnie czeka pod dachem szaleńca. Przez dłuższą chwilę leżałam, bojąc się nawet drgnąć, w końcu odrzuciłam ciężką cuchnącą stęchlizną kołdrę i podeszłam do okna. Wychodziło na niewielkie podwórze i sad, dalej były pola – ciągnące się w nieskończoność, przyprószone świeżą warstwą śniegu, odludne. Widok, który normalnie mogłabym uznać za niemal sielankowy, teraz przygnębił mnie tak, że zaczęłam płakać. Pierwszy stycznia, Nowy Rok. Świat leczył kaca po nocnej zabawie, a ja z policzkiem przyciśniętym do lodowato zimnej szyby wypatrywałam chociażby nikłego śladu życia, zabłąkanej wśród pól duszy, którą mogłabym wezwać na ratunek. Po kilku minutach dotarło jednak do mnie, że nikogo takiego nie będzie i ze szlochem opadłam na materac.

Józef zjawił się w pokoju niedługo później – gładko ogolony, ubrany w starannie odprasowaną beżową koszulę i ciemnogranatowe dżinsy. Rzednące włosy miał zaczesane do tyłu, na nogach kraciaste, domowe bambosze; schludny pan domu ukrywający swoje drugie mroczne ja za obliczem niepozornego, nierzucającego się w oczy człowieka.

– Ranna z ciebie ptaszyna, księżniczko – powiedział.

Usiadłam na materacu, zastanawiając się, czy powinnam wstać, czy może tkwić bez ruchu, czekając, aż on powie coś więcej.

– Zapowiadali kolejną śnieżycę – dodał. – Teraz powinnaś coś odpowiedzieć! Jeśli mamy żyć w zgodzie, musisz wyczuwać moje nastroje – warknął.

– Lubię, kiedy sypie – szepnęłam.

Słowa z trudem przechodziły mi przez zaciśnięte ze strachu gardło, ale jemu moja odpowiedź wystarczyła. Ba, wyglądał na całkiem zadowolonego z tej wymuszonej porannej wymiany zdań. Usiadł na krześle i posłał mi spojrzenie kogoś, kto cieszy się towarzystwem drugiej osoby.

– Zaczynasz rozumieć, czego od ciebie chcę? – zapytał.

Nerwowo przełknęłam ślinę, z trudem wydobywając z siebie krótkie „tak”. Prawda była jednak taka, że nie miałam pojęcia, czego pragnie ten świr.

– Muszę dziś coś załatwić, zostaniesz sama – powiedział nagle.

– Dobrze – szepnęłam, wyobrażając sobie, jak nadludzkim wysiłkiem wyrywam z okiennych ram gwoździe, otwieram na oścież okno i krzyczę.

Krzyczę tak długo i tak rozpaczliwie, aż w końcu ktoś mnie usłyszy i ruszy mi z pomocą.

Nie przewidziałam tylko jednego – on nie zamierzał zostawiać mi wolnych rąk…

– Wybacz pewne niedogodności. Jeśli chciałabyś iść do łazienki, teraz jest dobra pora – powiedział kilka minut później, zjawiając się w moim pokoju z taśmą klejącą w dłoni.

Była gruba i srebrna, podobną moja mama podklejała od spodu dywany. Równie dobrze mogła jednak służyć do skrępowania mi kończyn, o czym on świetnie przecież wiedział. Poszłam do łazienki, starając się przygotować psychicznie na to, co mnie czeka. Po powrocie do mojej celi, kazał mi usiąść na krześle i nie histeryzować. Najpierw obwiązał mi nogi – każdą osobno ozdobiły srebrne pasy. Później wykręcił mi do tyłu ręce i zaczął je owijać taśmą.

– Nie wytrzymam w takiej pozycji. Nie musisz mnie wiązać. Wystarczy, że zamkniesz drzwi, proszę… Będę cicho, przysięgam! – wpadłam w panikę.

– Oczywiście, że nie muszę cię wiązać. Twój problem polega na tym, że chcę – powiedział.

– Proszę, rozwiąż mnie – szepnęłam.

– Czas leci szybko, kiedy tylko mu się na to pozwoli – rzucił filozoficznym tonem. – Myśl o czymś przyjemnym, a wrócę, zanim się obejrzysz… Droga dziś śliska, nietrudno o wypadek. Miejmy nadzieję, że dotrę w jednym kawałku, bo marny twój los – roześmiał się chrapliwie i otwartą dłonią poklepał mnie po policzku. – Płaczesz? Kobiety…

Kiedy wyszedł, otworzyłam usta do krzyku. Dopiero myśl o kneblu, którym oprawca mógłby mnie uciszyć, sprawiła, że zdusiłam w sobie głos. Kneblem można się udusić, knebla chyba bym nie zniosła.

Cisza…

Stary, piętrowy dom trzeszczał i pojękiwał, ale ciężkie, męskie kroki na schodach dawno zdążyły ucichnąć.

Nie wiem, jak długo go nie było.

Zjawił się nagle, przytknął mi do ust garnuszek z wodą i kazał pić. Później, kuchennym nożem z bordowym trzonkiem, rozciął krępującą mnie taśmę. Wstałam podciągnięta przez niego w górę i niemal od razu runęłam w dół – nogi zbyt mi ścierpły, żeby utrzymać ciężar ciała. Stał nade mną, śmiejąc się ochryple – bezduszny kat, któremu nic nie sprawiało większej przyjemności od widoku udręczonej ofiary. W końcu, na czworakach, dotarłam do materaca, na którym zwinęłam się w kłębek.

– Nie zapytasz, czy udało mi się załatwić to, po co pojechałem? – usłyszałam jego głos.

– Udało ci się załatwić to, po co pojechałeś? – zapytałam cicho.

– Naprawdę tylko na to cię stać?! Trochę więcej entuzjazmu, księżniczko! Pewnie na to samo by wyszło, gdybym trzymał w tej norze twoje pierdolone zwłoki! – warknął.

Wzdrygnęłam się.

– Przepraszam – zaczęłam cicho, ale on stracił już chęć na pogawędkę.

Wyszedł z pokoju i cicho zamknął za sobą drzwi. Dopiero jakiś czas później przyniósł mi coś, co wyglądało na rozdrobniony z jogurtem twaróg.

– Kupiłem awokado – powiedział, podając mi talerzyk ze skrojonym w niewielkie plastry owocem.

Usiadłam na materacu i wzięłam od niego miskę z twarogiem.

– Najpierw to – rzucił nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Nienawidzę awokado – pomyślałam, nie odważyłam się jednak zaprotestować. Było zimne i smakowało jak wyjęte z lodówki masło. Ohydnie tłuste, śliskie, paskudne. Jadłam, walcząc z mdłościami, w końcu oddałam mu pusty talerz.

– Grzeczna dziewczynka.

Sięgnęłam po twarożek, ale Józef był szybszy.

– Wystarczy – powiedział i zrozumiałam, że o serze mogę tylko pomarzyć.

– Dziękuję – szepnęłam.

– Podobasz mi się. Masz w sobie mnóstwo pokory – wycedził.

– Dziękuję – powtórzyłam.

Postawił miskę z twarogiem na parapecie i spojrzał mi prosto w twarz. Spuściłam wzrok, nie potrafiłam dłużej wytrzymać jego spojrzenia. Sięgnął do swojego rozporka i rozpiął spodnie.

– Patrz na mnie! – warknął.

Boże, błagam, tylko nie to! Zniosę wszystko, tylko niech mnie nie gwałci, pomyślałam, podkulając kolana pod brodę. Rozbierał się w ciszy, która brzmiała wręcz nienaturalnie. Na zniszczone, drewniane deski podłogi opadły jego dżinsy, później koszula i biały podkoszulek na ramiączkach, który nosił pod spodem. Starałam się patrzyć na niego, nie okazując odrazy, jednak widok jego porośniętych ciemnymi włosami, szczupłych i krzywych nóg przyprawił mnie o mdłości. Bokserki miał pomarańczowe, zdobione białymi trupimi czaszkami ze skrzyżowanymi piszczelami. Wymowny żart czy promocyjna cena, na którą się skusił? Zsunął spodenki, a te opadły mu do kostek.

– Patrz na mnie! – powtórzył ostro, zaciskając dłoń na swoim penisie, który tylko nieznacznie się powiększył, jakby niezdecydowany, czego właściwie pragnie jego właściciel. – Mógłbym cię teraz zerżnąć – dodał, cedząc słowa.

Skuliłam się pod ścianą, starając się nie odwracać wzroku.

– Mógłbym, ale tego nie zrobię. Mężczyzna musi nad sobą panować. Całe życie walczyłem z własnym ciałem, z jego słabościami. Z samodyscypliną wszystkie rzeczy są możliwe. Bez niej nawet najprostszy cel wydaje się nieosiągalnym marzeniem.

Milczałam.

– Wiesz, kto to powiedział? – zapytał.

– Nie mam pojęcia – szepnęłam.

– Roosevelt. Ale chuj z nim. I bez niego wiem, że jestem człowiekiem, który panuje nad całym swoim życiem. Panuję nad wszystkim, słyszysz?! Patrz na mnie, kurwa! – ryknął.

Pokiwałam głową, starając się okazać jak najwięcej entuzjazmu. Widok jego nagiego wątłego ciała, porośniętej siwą szczeciną klatki piersiowej i szczupłych ramion, był jednocześnie najbardziej groteskowym i obrzydliwym widowiskiem, jakie kiedykolwiek dane mi było zobaczyć. On nie zdawał sobie jednak sprawy z mojego wzburzenia i miętosząc w dłoni swojego penisa, cicho pojękiwał. W końcu doszedł i znieruchomiał, po chwili pozbierał z podłogi swoje rzeczy i wymknął się z pokoju. Schyliłam się pewna, że zwrócę zjedzone przed kilkoma minutami awokado, ale udało mi się uspokoić żołądek. „Kuba na pewno już zawiadomił policję, ktoś musi w końcu wpaść na jakiś ślad!” – powtarzałam sobie w duchu, leżąc na cuchnącym stęchlizną materacu. W końcu zmarzłam tak, że musiałam wstać i się poruszać. Dziesięć kroków w jedną, osiem w drugą stronę – cały świat skurczony do wielkości pokoju, w którym miał nade mną kontrolę kompletnie obłąkany mężczyzna.