Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wielką sztuką jest zawsze dostawać to, czego chcesz, ale jeszcze większą – nie sięgać po to, czego dostać nie możesz.



Copyright O Katarzyna Michalak, 2019


Redakcja:

Maryla Błońska


Korekta:

Maryla Błońska, Beata Sawicka


Projekt okładki i stron tytułowych:

Katarzyna Michalak


Opracowanie graficzne okładki:

PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN


Fotografia na okładce:

Victor Habbick/arcangel.com


Materiały graficzne:

fotolia.com, istock.com


Skład i łamanie:

Piotr Kuliga

www.kuligadtp.netgaleria.pl


ISBN 978-83-951992-7-1


Wydanie I


Publikację elektroniczną przygotował:


PROLOG


Będę miała własny dom, choćby maleńki, ale własny. Z ogrodem. I różami w tym ogrodzie. I nikt mi tego domu nie odbierze. Nikt mnie z niego nie wyrzuci.

I nigdy już nie będę chodziła głodna. Nigdy! Będę miała codziennie świeży chleb na śniadanie. Pachnący i świeży. Z masłem i powidłami. Albo z serem i pomidorem. Zawsze będzie mnie stać na gorący posiłek. Będę codziennie gotować sobie pyszny rosół. Albo pomidorową. I do tej pomidorowej sama zrobię makaron. I ulepię mnóstwo pierogów. Mnóstwo! Z pieczarkami. I z mięsem z tego rosołu. A w lecie z jagodami i gęstą, pyszną śmietaną. I z cukrem. Dużo cukru. Będzie mnie stać na dobrą herbatę earl grey z cukrem. Pięknie pachnącą. I na czekoladę. Tak. Na czekoladę też.

Będę miała pracę, która będzie moją pasją, wspaniałą pasją. Będę ją uwielbiała. Będę budziła się rano z radością, że mogę zająć się tym, co kocham. I nigdy nie będzie mi tego dosyć. Wspaniałego zajęcia, które przyniesie mi godny zarobek. Tak właśnie. Godne pieniądze. Będę szanowana za to, co robię. Po prostu szanowana.

Będę zdrowa. Już nigdy nie zabiorą mnie do szpitala. Nie zamkną na sali ścisłej obserwacji. Nie nafaszerują prochami, od których w środku po prostu umieram. Nie będą mi potrzebne żadne prochy. Na sen też nie. Będę zasypiała spokojna i szczęśliwa, wiedząc, że jutro będzie nowy dzień. Że dla mnie też wzejdzie słońce. I nie skrzywdzę siebie w żaden sposób, a już na pewno nie w ten sposób. Już nigdy. Przyrzekam.

I wreszcie… będę miała kogoś – nie coś!, nie chomika, psa czy węża, ale kogoś – kto będzie mnie kochał. Bezgranicznie i bezwarunkowo. Całym sercem. Tak jak ja będę kochała jego. I nigdy więcej nie będę sama. Nigdy więcej…


Ewa zamknęła z trzaskiem notes oprawiony w czarną imitację skóry. Tani i wytarty. Trzymała go przez chwilę w dłoniach złożonych jak do modlitwy, walcząc z uczuciem przemożnego smutku. Och, pamiętała noc, w którą pisała te słowa. Głodna i tak wściekła na siebie i świat – nie nieszczęśliwa, ale wściekła! – że pomóc mogło tylko jedno: żyletka i krwawa pręga na skórze.

Głupia ja… Głupia tamta kobieta…

Trzymała czarny notes między dłońmi i oprócz smutku czuła… podziw. Dla samej siebie, że potrafiła się odbić od takiego dna. Ile siły tkwi w nas, kobietach! Ile trzeba starań, by nas złamać! A i tak powstaniemy z kolan, wypełzniemy z bagna i spróbujemy na powrót żyć…

Po chwili przyszło jej do głowy coś jeszcze: jak to się stało, że młoda kobieta, bo pisząc tamte słowa, Ewa dobiegała trzydziestki, mogła się na takim dnie w ogóle znaleźć? Początek dwudziestego pierwszego wieku, a ona marzy o talerzu ciepłej zupy?!

Tak jednak było…

Ewa wrzuciła notes do kartonowego pudła, które przez ładnych parę lat stało w najdalszym kącie stryszku „budki na narzędzia”, jak mówiła o swoim maleńkim domku nad Liwcem. Ostrożnie zeszła po drabinie, ściągnęła z kanapy koc, owinęła się nim, usiadła na schodkach ganku i zapatrzyła w rozgwieżdżone nocne niebo.

„Czy dostrzegasz piękno gwiazd?” – pamięć podsunęła jedno z pytań testu, które Ewą-sprzed-piętnastu-lat po prostu wstrząsnęło. Do dziś właściwie nie wie, dlaczego. Był to test na depresję. Pytań było ze sto, może więcej, ale to jedno wryło się w pamięć kobiety na zawsze. „Czy dostrzegasz piękno gwiazd?”. Wtedy też wyszła przed budynek sanatorium dla depresjantów i nerwicowców, zadarła głowę i zaczęła wpatrywać się w gwiazdy. Były tam. Jasne płomyki w oceanie czerni. Świeciły, jak gdyby nigdy nic, ślepe na nasze małe dramaty, rozpacze i umierania. Jak tamtej nocy, jednej z najczarniejszych w całym życiu Ewy Kotowskiej, jeszcze wtedy Weroniki Nocyk…

– To co, wracamy do pisania? – wyszeptała do siebie, żegnając z żalem niebo pełne gwiazd. Westchnęła z głębi duszy i wróciła do domku.

Z laptopem nie rozstawała się nigdy. Stare biurko, z którym wędrowała po wynajmowanych mieszkaniach, tu pod oknem maleńkiego pokoiku znalazło w końcu swoją przystań. Odsunęła wygodne krzesło, to samo od lat, również wierny towarzysz jej przeprowadzek, usiadła przy biurku, dotknęła opuszkami palców klawiatury. Przytulny pokój zaczął znikać, ściany szarzeć, światło gasnąć. Miękka wykładzina dywanowa zmieniła się w zimne kafelki podłogi, lepkie od czarnej, krzepnącej krwi…

*

Odzyskała przytomność nad ranem. Nagle wyszarpnięta z samego dna czarnej, zimnej studni przez wściekły ból, wgryzający się w oba nadgarstki.

„Żyję. Niech mnie szlag. Nawet zabić się nie potrafię”, pomyślała bez zbytnich wzruszeń.

Usiadła. Uniosła ręce do oczu. Przyjrzała się obojętnie krwawym pręgom. Skalpel, którym podcięła sobie wczoraj żyły, zalśnił, całkiem przyjemnie, w mdłym świetle żarówki. Krew, rozlana na podłodze, zalśniła również. Też całkiem ładnie.

Ewa potoczyła dookoła otępiałym spojrzeniem. Umysł miała zupełnie pusty. W środku nie czuła nic. Ani rozpaczy, ani smutku. Nic. Bolały tylko ręce. Bardzo. Siedziała długie minuty, oparta plecami o zimną ścianę i… próbowała myśleć, ale… właściwie po co?

Musi iść. Wstać i iść. Nagle to do niej dotarło.

Podniosła się. Chwilę chwiała się ze zwieszoną głową, walcząc z osłabieniem. Wreszcie rozejrzała się po łazience, sięgnęła do apteczki, wyjęła bandaż i niezdarnie, z trudem, owinęła sobie najpierw jeden nadgarstek, potem drugi. Niewiele to pomogło. Nadal bolały jak nieszczęście, ale Ewa wiedziała, że tak trzeba.

Spojrzała po sobie. Przód błękitnej sukienki był sztywny i czarny od zaschniętej krwi. Wyszła z łazienki, sięgnęła po płaszcz i krzywiąc się z bólu, nałożyła go. Do torby z powrotem włożyła zestaw chirurgiczny, zupełnie nie rozumiejąc, po co to robi. Upchnęła też stary laptop razem z ładowarką i, nie obejrzawszy się już za siebie, wyszła z mieszkania.

Ulice w ten sobotni, zimny i dżdżysty poranek były puste. Nikt nie zwracał uwagi na młodą kobietę, bladą jak śmierć, owiniętą lichym paltkiem, która niczym lunatyk szła przed siebie, nie wiedząc dokąd i po co tak zdąża. Uważny obserwator widziałby smugi krwi na jej gołych nogach, zakrwawioną sukienkę wystającą spod płaszcza również by dostrzegł, ale nikt się Ewie nie przyglądał. Była reszcie świata tak obojętna, jak ten świat był obojętny jej.

Musiała iść. Mniejsza o słabość, która co i rusz ugina nogi, o pragnienie wysuszające coraz bardziej język. O rwące bólem nadgarstki również mniejsza.

Dopiero na moście zaczęło świtać Ewie, co jest celem jej wędrówki. Jedyne miejsce, gdzie chciała się znaleźć. Gdzie jest ktoś, kto jej pomoże. Kto się nią zaopiekuje. Kto opatrzy jej poranione ręce, napoi ją herbatą, a potem otuli kocem i pozwoli zasnąć na kozetce w kanciapce.

Szła do lecznicy, do doktora Kochanowskiego…


Piotr, zapalony wędkarz, wracał wprost znad Zegrza. W białym wiadrze po farbie wiózł łup – trzy spore karpie. Skręcił w drogę do lecznicy i uśmiechnął się na widok znajomej sylwetki czekającej pod bramą. Weronika! Co ona tutaj porabia w ten nieprzyjemny sobotni poranek? Powinna chyba baraszkować w ciepłym łóżku z niedawno poślubionym małżonkiem?…

Kobieta przyglądała się podjeżdżającemu samochodowi tak samo obojętnie, jak każdemu innemu, który mijał ją podczas tej trzygodzinnej wędrówki. Umysł miała nadal przeraźliwie pusty. Wszelkie myśli i uczucia wypierał ból pociętych rąk. Za to skowyt poranionej duszy umilkł. Chociaż tyle.

– Nisia, co ty tu…? – zaczął doktor, wyskakując z samochodu. I umilkł, przyglądając się przyjaciółce z rosnącym niepokojem.

Trupio blada, wychudła twarz, podkrążone oczy, drżące ręce i… uniósł nagle brwi, a potem sam zbladł, widząc plamy krwi na nagich nogach kobiety.

– Co się stało? – wydusił. – Jesteś ranna? Miałaś wypadek? Ktoś cię… skrzywdził?

Pokręciła głową. Czarne dziury, którymi zdawały się jej oczy, patrzyły na niego błagalnie. Dłonie zaczęły mu się lekko trząść, gdy walczył z kłódką. Nawet jeśli ona zaprzeczyła, czuł, że stało się coś bardzo złego. I był coraz bardziej pewien, że stał za tym niejaki Jeremi Wiśniowski. Wreszcie odepchnął skrzydła bramy i zwrócił się łagodnie do kobiety:

– Chodź, zrobię ci herbaty i wszystko mi opowiesz, dobrze?

Ruszyła w stronę drzwi bez słowa. Niczym głuchy, oniemiały zombie, weszła do środka, ostrożnie ściągnęła płaszcz i wtedy… wtedy je zobaczył. Zabandażowane nadgarstki. I zakrwawioną sukienkę. I ślady krwi na płaszczu, nogach i butach. I wiedział już wszystko.

Pobladł, jakby to on parę godzin wcześniej wykrwawiał się w ciemnej łazience. Zacisnął zęby tak silnie, aż zgrzytnęło. Przez chwilę walczył ze sobą, żeby nie wybuchnąć, a potem syknął:

 

– Coś ty zrobiła?!

W odpowiedzi wzruszyła ramionami. A jego szlag trafił. Chwycił ją za ramię, wbił palce w mięśnie tak, żeby zabolało i powtórzył głosem zduszonym przez wściekłość:

– Coś ty, kretynko, zrobiła?! Cięłaś się?!

– Zszyj mi to i sobie pójdę – wyszeptała, patrząc na niego czarnymi dziurami oczu.

– Dzwonię na pogotowie! Już oni ci zszyją…

Zrzucił z ramienia torbę i zaczął szukać telefonu.

Zombie bez słowa ruszyło do drzwi.

– Nika, wróć! – warknął, ale nawet się nie obejrzała.

Doskoczył do niej, odwrócił do siebie szarpnięciem i… ujrzał w jej oczach takie cierpienie, że sam omal się nie rozpłakał.

– Pokaż to – wydusił przez zaciśnięte gardło.

Podprowadził ją do stołu zabiegowego, przetarł blat ręczniczkiem ze środkiem odkażającym, odwinął bandaż z jednego nadgarstka kobiety i wciągnął ze świstem powietrze na widok głębokiej, krwawej pręgi. Odwinął drugi. Chwilę na nie patrzył, a potem podniósł na Ewę pociemniałe z gniewu źrenice:

– Ty się nie cięłaś, kretynko, ty próbowałaś się zabić.

– Zszyj mi to i sobie pójdę – powtórzyła głosem wypranym z wszelkich emocji.

– Nigdzie nie pójdziesz. A na pewno nie tak szybko – odwarknął. – Zadzwonię na pogotowie albo sam odwiozę cię do szpitala… Nika! – krzyknął wyprowadzony z równowagi, bo cofnęła się, zabierając ręce z jego dłoni, i ruszyła do drzwi. – Jesteś chora, poważnie chora. Muszą się tobą zająć specja…

Nie słuchała, co doktor ma jej do powiedzenia. Kto i jak musi się nią zająć. Wiedziała jedno – czy raczej mózg, który co jakiś czas włączał się, żeby zaraz wyłączyć, wiedział: musi iść. Do miejsca, w którym będzie bezpieczna. Gdzie znajdzie to miejsce, skoro nie jest nim lecznica, nie miała pojęcia. Mózg także nie, mimo to zmuszał ją do dalszej wędrówki. Krok za krokiem. Aż do chwili, gdy została zatrzymana kolejnym szarpnięciem i blady z furii doktor pchnął ją z powrotem do gabinetu.

– Zszyję ci je. Zrobię to, bo rzeźnicy na pogotowiu potraktują cię tak, żeby bolało jeszcze bardziej – zaczął, z trudem nad sobą panując. – Tylko… muszę się uspokoić. Ręce mi się trzęsą. Poczekasz, aż… aż się uspokoję i zszyję ci to. Potem opowiesz, dlaczego to zrobiłaś i razem podejmiemy decyzję, co dalej. I nie, Nika – przerwał jej, podnosząc ostrzegawczo dłoń, zanim zdążyła zgodzić się albo nie zgodzić – jedno słowo, że sobie pójdziesz, a wzywam pogotowie już teraz.

Usiadła na schodkach prowadzących na piętro.

Doktor odetchnął lekko. Nie poczuł zbyt wielkiej ulgi, bo kobieta nadal sprawiała wrażenie na wpół obłąkanej czy może naćpanej. Tak, chyba się czegoś nałykała albo coś sobie wstrzyknęła. Mimo wszystko fakt, że posłuchała, że kupił trochę czasu, by pomyśleć, co z nią zrobić – jak jej pomóc, do kurwy nędzy! – sprawił, że odetchnął z ulgą.

Cisnął na stół pierwszego karpia. Chwycił nóż, który trzymał na najniższej półce w szafce z narzędziami, i z pasją zaczął skrobać nieszczęsną rybę, aż łuski fruwały po całym gabinecie. Przerwał na moment. Spojrzał na kobietę, która siedziała na schodkach bez ruchu, patrząc szklistym, półprzytomnym wzrokiem przed siebie. Rany na rękach musiały kurewsko boleć, mimo tego w sercu Piotra nie było dla niej litości. Próbowała się zabić! Zamiast przyjść do niego, poprosić o pomoc… przychodzi teraz?! Po „zszyj mi to i sobie pójdę”?!

– Mów, Weronika, co ci odpierdoliło?

Nagle spojrzała wprost na niego.

– Nie jestem już Weronika! Słyszysz?! – krzyknęła takim tonem, że włos zjeżył się mu na karku. – Jej już nie ma! Weronika zdechła wczoraj w nocy! Odeszła raz na zawsze! Jestem Ewa. Ewa Kotowska!

Patrzył na nią przez chwilę, zszokowany. Była jeszcze bledsza, jeśli to w ogóle możliwe, cała się trzęsła, z oczu płynęły łzy, skapując na pokrwawioną sukienkę. Wyraz twarzy przerażał. Była wykrzywiona nienawiścią. Nie do niego, do samej siebie.

– Dobrze, niech ci będzie – odezwał się pojednawczym tonem. – Jesteś Ewa Kotowska. Czy teraz możesz powiedzieć, co się stało?

I Ewa może by opowiedziała, gdyby w tej właśnie chwili nie wpadł do gabinetu… Wiktor Helert. Podbiegł do kobiety, wyciągnął ręce, by chwycić ją w ramiona, ale na widok krwi na sukience i krwawych pręg na nadgarstkach zatrzymał się pół kroku przed nią, pobladły z szoku.

Patrzyła na ukochanego mężczyznę wzrokiem zupełnie bez wyrazu. Kiedyś… nie, nie kiedyś… jeszcze wczoraj wieczorem rzuciłaby mu się z płaczem na szyję i pozwoliła tulić, pocieszać, całować i szeptać miłosne zaklęcia, naiwna, durna Weroniczka, dzisiaj pragnęła tylko, by cholerny doktor nałożył jej szwy i pozwolił zasnąć na kozetce w kanciapce. Potrzebowała tylko, na miłość boską, tego!

– Nisia… coś ty zrobiła, kochana moja… – zaczął Wiktor głosem zduszonym przez niedawne przerażenie.

Szukał jej w domu Wiśniowskiego, szukał na Powiślu. Widząc łazienkę we krwi omal nie oszalał ze strachu o Weronikę. Ostatnim miejscem, które przyszło mu na myśl, była lecznica. Gnał tutaj, na przemian modląc się, żeby ona żyła, i klnąc. Siebie, bo znów Nikę zawiódł, i na pewnego skurwiela, który doprowadził ją do samobójstwa. Z nim się jeszcze rozmówi bez świadków, teraz trzeba było zająć się Weroniką.

– Doktor opatrzy ci ręce i… – urwał.

– I co? – podchwycił Kochanowski, powracając do skrobania ryb, chyba jeszcze bardziej wściekły niż przed chwilą. Oto zjawia się pieprzony Helert, niczym rycerz na białym koniu, i będzie porywał ze sobą wariatkę po próbie samobójczej. – Zabierzesz ją do pierdla? Zaopiekujesz się Weroniką za kratami?

Tamten posłał mu miażdżące spojrzenie. Natomiast ona…

– Jestem Ewa Kotowska – wyszeptała z uporem. – Weroniki już nie ma.

Wiktor przyklęknął przed nią. Odgarnął kosmyk włosów, który przylepił się jej do mokrego od łez policzka. Kiedyś ten czuły gest wzruszyłby Ewę, przytrzymałaby dłoń mężczyzny, może wtuliła w nią usta…? Dzisiaj patrzyła na Wiktora, jak na obcego. Bo dla Ewy Kotowskiej taki właśnie był. Obcy.

– Powiedz, co się stało? – poprosił. – Co tamten skurwysyn ci zrobił, że targnęłaś się na własne życie? Wiedziałem, że nie jesteś z nim szczęśliwa, ale… że aż tak?

Zaśmiała się, co brzmiało trochę jak szloch.

– Czytałeś moje maile? – musiała zadać mu to pytanie. Musiała wiedzieć, zanim każe mu iść precz.

Przytaknął.

Przytaknął!?

Czytał jej listy, jej wyznania i nie zrobił nic, by jej pomóc! By wyrwać ją z rąk psychopaty!

– Nisia… – zaczął, widząc w jej oczach niemy wyrzut i bezbrzeżny żal. – Ewa… – poprawił się w następnej chwili. – Nie mogłem odpisywać. Kiedyś wszystko wyjaśnię. Jeszcze nie dziś i nie jutro, ale kiedyś wreszcie będę mógł wszystko ci wyjaśnić i…, jeśli tylko dasz mi szansę…

– Wyjdź, Wiktor – przerwała mu, odwracając wzrok. Nie mogła na niego patrzeć. Po prostu nie mogła. Ani chwili dłużej. – Wynoś się z mojego życia i więcej nie wracaj.

Świadomość, że on czytał jej zwierzenia, czasami nieznośnie bolesne, wszystkie te słowa miłości, którymi ratowała się, żeby nie zwariować w małżeństwie z Jeremim, i ani razu nie odpowiedział, łamała jej i tak pogruchotane serce.

– Wybacz mi, kochana – wyszeptał. – Może kiedyś zrozumiesz… – Uniósł dłoń, by dotknąć opuszkami palców jej policzka, ale ponownie cofnęła głowę. Nie życzyła sobie jego dotyku. Niczyjego dotyku.

Wstał. Spojrzał na lekarza, który przyglądał mu się z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę.

– Słyszałeś – rzucił Kochanowski. – Wynoś się.

– Odejdę, gdy będę miał pewność, że Weronika jest bezpieczna.

– Odejdziesz, gdy ja sobie tego zażyczę – wycedził doktor. – Chociaż… za chwilę możesz się przydać, więc tylko dlatego pozwalam ci zostać. Stój tam, gdzie stoisz i milcz, a ty mów, Ewka, co ci odbiło z tym… wszystkim. – Wskazał nożem do skrobania ryb jej biedne, pocięte nadgarstki.

Więc Ewa zaczęła opowiadać. Od początku. Od nocy poślubnej, w którą to rozwiały się jej wszystkie złudzenia i nadzieje. Bez emocji, jak wyzuty z uczuć robot, opowiadała o gwałtach, zdradach, biciu, utracie maleńkiej dziewczynki, wreszcie uwięzieniu przez Jeremiego. Na końcu o tym, jak wyprowadził ją na spacer, a potem wyrzucił z domu. Tak po prostu. I jak w tę straszną, samotną noc, nie potrafiła już wytrzymać bólu. Po prostu nie mogła…

Doktor, słuchając jej cichych słów, skrobał ryby, aż łuski pryskały na ściany. Wiktor… on wyszedł z gabinetu. Stanął na korytarzu, oparł się plecami o ścianę, zacisnął powieki i walczył ze łzami wściekłości i pogardy do samego siebie.

Miał szansę uratować Weronikę-Ewę. Choćby w dniu jej ślubu. Przecież wiedział… przeczuwał, do czego tamo bydlę jest zdolne! Wystarczyło, żeby zabrał dziewczynę ze sobą. Po prostu wyrwał ją z łap psychopaty. Przecież daliby sobie we dwoje radę. On znalazłby pracę, ona mogłaby po prostu z nim być. Zarobiłby na oboje.

„Serio? Dobrze wiesz, Helert, że nie taki był plan tego, który pociągał za sznurki. Władcy marionetek”, pomyślał z goryczą. „Wiesz, dlaczego musiałeś zniknąć z jej życia. Jaka była cena…”.

Cicha opowieść dobiegła końca. Nie zostało nic do dodania. Wnerwiający dźwięk noża skrobiącego o rybie łuski ucichł również.

– Te, Helert, masz coś do powiedzenia? – usłyszał głos doktora.

Obrócił się przez ramię. Teraz widział twarz Kochanowskiego, wykrzywioną pogardą i nienawiścią. „Gdzie byłeś, kiedy twoja ukochana tak cierpiała?”, można było wyczytać w zmrużonych oczach lekarza. „A ty?”, to samo pytanie miał w czarnych źrenicach Wiktor. Patrzyli na siebie długie chwile.

– Masz jaką rodzinę? Żonę? – rzucił pytanie Kochanowski.

Wiktor zaprzeczył gniewnym ruchem głowy.

– Więc co, do kurwy nędzy, stało ci na przeszkodzie, by się nią zaopiekować?! – wykrzyknął doktor, wskazując Ewę pokrwawionym nożem.

Helert w dwóch krokach był przy nim. Pochylił się i szepnął jedno słowo. Jedno jedyne, od którego tamten najpierw zbladł, a potem syknął:

– Wynoś się. Wypierdalaj!

– Nie tak prędko – odparł Wiktor, przeciągając zgłoski. – Zszyjesz, doktorku, te rany, które sobie zafundowała Weroni… Ewa, a potem się zobaczy.

Kobieta przez cały ten czas patrzyła na nich oczami szklącymi się od bólu i narastającej gorączki. Było jej już wszystko jedno, co się z nią stanie, byle to się skończyło. Położyć się i zasnąć.

Wstała. Na uginających się nogach podeszła do stołu pełnego rybich łusek i naglącym gestem położyła na nim ręce, nadgarstkami do góry.

Doktor cisnął nóż do zlewu.

– Przejdziemy do innego gabinetu – odezwał się, próbując zachować spokój. – Nie będę szył ci rąk w tym syfie.

Potulnie ruszyła za nim do sali obok. Chłodnej i cichej. Ponownie położyła ręce na stole. Wiktor stanął przy niej, ale nie obdarzyła go ani jednym spojrzeniem. Nie tylko dlatego, że wszystko, a więc i on, jej zobojętniało. Prawdę mówiąc, walczyła z samą sobą, żeby nie zemdleć.

– Mogę ci najpierw te ręce znieczulić, ale zaboli bardziej. Będę musiał wbijać się od strony cięć. Zresztą sama wiesz. Zniesiesz szycie na żywca? Cienką igłą? Śródskórnie? – rzucił przez ramię doktor, wyjmując z autoklawu zestaw chirurgiczny, a z szafki nici.

– Dam radę – odparła słabym głosem.

– Świetnie – prychnął, ciskając narzędzia na stół. – Więc teraz słuchaj, Ewka, zasady są proste i przytoczę ci je w krótkich, żołnierskich słowach: zaczniesz mdleć, dam ci w pysk, wzywam pogotowie i do widzenia. Zaczniesz krzyczeć czy histeryzować, przerywam szycie, dzwonię po pogotowie i niech oni się z tobą użerają. Masz ani drgnąć, rozumiesz? Nie mogę cię uśpić, bo nie jesteś psem, nie będę znieczulał, muszę szyć na żywca. Jeśli masz coś przeciwko, tam są drzwi. – Wskazał igłotrzymaczem wyjście z lecznicy. – Ty, Helert, choć raz się na coś przydasz. Będziesz trzymał swoją ukochaną tak, by jakoś to wszystko zniosła. Nie powinienem w ogóle się w to bawić. Robię to, Ewka, tylko dla ciebie. Przez wzgląd na naszą przyjaźń. Ale po wszystkim… nigdy więcej nie chcę cię widzieć. Ciebie, Helert, tym bardziej. Zrozumiano?

– Zrozumiano – szepnęła, ogromniejącymi oczami patrząc, jak doktor wyjmuje z opakowania igłę z doczepioną do niej nicią chirurgiczną.

Była cienka, to prawda, ale świadomość, że za chwilę on wbije tę igłę w sam środek rany… Ewa poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa, a przecież musiała wytrzymać! Jeśli nie chce trafić na pogotowie, gdzie będą dużo mniej delikatni, a stamtąd prosto do psychiatryka, musi wytrzymać!

Nagle poczuła za sobą Wiktora. I jego ręce na ramionach.

Wyciągnęła dłonie ku doktorowi i zacisnęła zęby.

Nie pisnęła nawet, gdy po raz pierwszy wbijał igłę. Ani jęknęła, gdy zakładał szybko i uważnie szew śródskórny na jednym nadgarstku, potem na drugim. Jedynie trzęsła się na całym ciele. I łzy płynęły jej z oczu nieprzerwanym strumieniem, ale tego doktor przecież nie zabronił.

 

Gdy wreszcie skończył… przetarł zszyte rany gazikiem nasączonym jodyną i sięgnął po bandaż… cichutko, bez słowa skargi, zemdlała. Wiktor mógł wreszcie pochwycić Ewę w ramiona, przycisnąć tak chudą, że niemal nic nieważącą, do piersi i zanieść na górę. Przyrzekając sobie bezgłośnie, że ktoś, pewien psychopata, za to zapłaci.

Inne książki tego autora:
Pani Ferrinu
29,90
Bezdomna
39,90 23,94
Rozwiń