Konserwator z Warszawy

Tekst
Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog


Róża Niewiadomska miała dużo szczęścia. Dzięki swojemu wynalazkowi wiedziała o wydarzeniach, które miały nadejść. Jednak gdy nadeszły, okazało się, że nie wiedziała wszystkiego.

Sądziła, że niemieccy żołnierze, którzy pojawili się w pałacu, przyjechali po nią. Potrzebne im były jej wiedza, doświadczenie i wynalazki. Kiedy jednak stanęła z nimi oko w oko, zrozumiała, że nie mają pojęcia, na kogo trafili. Wzięli ją za służącą.

Do pałacu przyjechali po Ewę, co jeszcze bardziej zaskoczyło Różę. Ciężko było jej uwierzyć, że ktoś mógł tu szukać Ewy, zwłaszcza że mieszkała w pałacu pod zmienionym nazwiskiem, jako pomoc czy dama do towarzystwa Róży. Skąd mogli wiedzieć, czym Ewa zajmowała się wcześniej?

Ktoś musiał ją wydać i zdradzić im miejsce jej pobytu – pomyślała Róża.

Ewa była bardzo rozsądna i ostrożna. Na pewno nikomu nie zdradziła, gdzie się udaje, i znając ją, zostawiła fałszywe tropy.

Podejrzenia Róży padły na tajemniczą pannę von Brandt. Gdzieś już widziała tę twarz…

Zastanawiała się nad tym, czekając, aż otworzy się tajny loch w pałacowej piwnicy, w której właśnie się zamknęła, uciekając przed Niemcami.

Żołnierze dobijali się do drzwi i Róża była przekonana, że wkrótce dostaną się do środka. Miała jednak nadzieję, że wcześniej ucieknie przed nimi wehikułem ukrytym w podziemnym lochu.

Podłoga się rozsunęła i Róża podeszła do włazu.

Zajrzała do wnętrza tajnego pomieszczenia i oniemiała.

Loch był pusty.

Poranek w pałacu


Loch był pusty.

Magda patrzyła w dół z niedowierzaniem. Nie udało jej się dopilnować tajemnicy!

Obudziła się przerażona i choć od razu zrozumiała, że to był tylko koszmarny sen, wcale się nie uspokoiła. Przecież loch mógł być teraz naprawdę pusty! Ktoś mógł się tam dostać, uruchomić wehikuł i… zmienić losy całego świata!

Rozejrzała się wokół, ale w ciągu nocy nic się nie zmieniło. Szybko wstała i pobiegła spojrzeć na kominek. Bazyliszek patrzył przed siebie, a zdobiące kominek płomienie wyglądały jak zwykły ornament. W holu było pusto. Musiało być jeszcze wcześnie.

Wróciła do pokoju i położyła się do łóżka, ale wiedziała, że już nie zaśnie. Postanowiła skorzystać z tego, że wszyscy jeszcze śpią. Prędko się ubrała i popędziła do piwnicy.

Drzwi były zamknięte na klucz. Podejrzewała, że spoczywa on w kanciapie, zwanej gabinetem kamerdynera Jana. Szybko się tam udała, ale drzwi do pomieszczenia też były zamknięte. Klucz do piwnicy poza Janem mogli mieć tylko ochroniarze, w szczególności ten koszmarny Drewiński.

Nie była pewna, czy jej rodzice zostawili sobie własny klucz. Tak ich cieszyło, że mają „ludzi” od różnych spraw, że sami wszystko sobie odpuścili.

Zrezygnowana Magda zastanawiała się, czy zdąży odwiedzić Wiktora, zanim jej rodzina wstanie, ale przypomniało jej się, że są wakacje i on pewnie też nie zrywa się o świcie. To uświadomiło Magdzie, że nawet nie wie, która jest godzina, poszła więc spojrzeć na zegar w salonie.

Dochodziło wpół do siódmej.

Magda przypomniała sobie, że kilka miesięcy temu o tej porze jej rodzice wybierali się do pracy, a ona zwykle też już nie spała. Może więc i rodzice Wiktora wyszli już z domu. O której godzinie zaczynała pracę jego mama? A jego tato? Był leśniczym. Czy pracował w biurze w mieście, czy po prostu w lesie? Niewiele wiedziała o sąsiadach, choć Wiktor o jej rodzinie i współmieszkańcach dowiedział się już całkiem sporo.

Nagle usłyszała kroki na posadzce w holu. Szybkie, zdecydowane.

Na wszelki wypadek przyczaiła się za drzwiami, zerkając w lustro, w którym odbijała się część holu. Po chwili zobaczyła Cezarego Drewińskiego. Ubrany w koszulkę i dresowe spodnie zmierzał do piwnicy.

Magda zamarła.

Zobaczyła, jak otwierają się drzwi prowadzące do bocznego korytarza, w którym mieściły się pokoje pracowników. Teraz wyszedł stamtąd konserwator, który dopiero co zamieszkał w jednym z pokojów. Również był ubrany, jakby zamierzał pobiegać.

Obaj mężczyźni przystanęli zaskoczeni tym spotkaniem.

– Dzień dobry! – odezwał się jeden z nich, a drugi mu odpowiedział.

Wyglądało na to, że zastanawiają się, czy powinni coś powiedzieć albo wyjaśnić, ale w końcu obaj wyszli na zewnątrz.

Magda odczekała chwilę i wyjrzała przez okno. Konserwator obszedł budynek i ruszył w kierunku stromego zbocza, przyglądając się murom. Drewiński skręcił w stronę furtki, ale nie spuszczał wzroku z konserwatora.

Kiedy obaj znikli jej z oczu, Magda pobiegła do innego okna, ale nie zobaczyła żadnego z nich. Usłyszała za to, jak otwierają się drzwi.

To Drewiński wrócił i od razu skierował się do piwnicy, nie zauważając przyczajonej Magdy. Ledwie jednak tam dotarł, otworzyły się drzwi wejściowe i wszedł konserwator. Dostrzegł Drewińskiego.

– Już pan wrócił? – spytał.

– Nie mam czasu na spacery – odparł tamten chłodno. – Sprawdzam, czy jest bezpiecznie. To moja praca.

Konserwator przyjął to dość obojętnie.

– Ja szacuję koszty remontu – rzucił niedbale.

Magda cicho przekradła się za fotel w kącie i przycupnęła za nim.

Wtedy drzwi wejściowe znowu się otworzyły i weszła kucharka z torbą zakupów.

– Panowie już nie śpią? – zwróciła się do obu mężczyzn.

– Praca… – mruknął któryś z nich.

Pokiwała głową i dostrzegła Magdę, która szybko zaczęła udawać, że wiąże sznurowadło.

– Dzień dobry – przywitała się zaskoczona.

Drewiński i konserwator dopiero wtedy zauważyli dziewczynę.

– Jakaś wczesna pobudka? – Zdziwiła się kucharka. – Jeszcze nie ma siódmej.

– Naprawdę? – Magda zrobiła wielkie oczy. – Myślałam, że jest później!

Uśmiechnęła się i udała w stronę schodów, czując na plecach wzrok Drewińskiego.

Niby tak bacznie się przygląda, pilnując wszystkiego, a nie zauważył, że go śledzę! – uświadomiła sobie. – A przecież nie jestem wyszkoloną agentką czy kimś takim, a on podobno był ochroniarzem nie wiadomo kogo…

Wydał się jej teraz jeszcze bardziej podejrzany.

Wróciła do pokoju i włączyła komputer. Napisała mail do Wiktora, prosząc, żeby dał jej znać, kiedy wstanie. Tymczasem zaczęła szukać w internecie nazwisk osób wspomnianych w zeszytach Róży.

Kim jest Drewiński?


Kiedy Wiktor odpisał, w pałacu zaczął się już ruch. Magda

zeszła na śniadanie. Zamierzała szybko je skończyć i od razu udać się do leśniczówki. Nie przewidziała jednak utrudnienia. Zanim wstała od stołu, w jadalni pojawił się Cezary Drewiński. Przyglądał się jej podejrzliwie.

– Muszę porozmawiać z państwem na temat bezpieczeństwa dzieci – zwrócił się do rodziców Magdy.

Cała rodzina spojrzała na niego zaciekawiona.

– Chodzi o to, że państwa dzieci mogą zostać porwane dla okupu – sprecyzował.

– Wiemy to – przyznał pan Czereśniak.

– Powinni więc państwo bardziej zadbać o ich bezpieczeństwo – przypomniał mu jego podwładny.

Szefa to trochę uraziło.

– Przecież dbam. – Wzruszył ramionami. – Mieszkają w strzeżonym budynku i są pod dobrą opieką.

– Ale samowolnie opuszczają ten budynek. – Drewiński wymownie spojrzał na Magdę.

Jej rodzice wymienili spojrzenia, ale wtedy doszedł ich głos konserwatora.

– Dzień dobry! Nie chciałbym przeszkadzać w rodzinnym śniadaniu, ale gdyby znaleźli państwo chwilę, chętnie porozmawiałbym o remoncie.

Pani Czereśniak od razu się rozpromieniła.

– Absolutnie pan nie przeszkadza! – zapewniła. – Proszę usiąść z nami.

Rozejrzała się za wolnym krzesłem, ale podczas wizyty Trzmiela wszystkie krzesła przy stole, przy którym jadano śniadania, były zajęte.

– Ja pana puszczę! – zaoferowała się szybko Magda. – Zjadłam już śniadanie, a jest taka piękna pogoda…

Ale Drewiński nie dał za wygraną.

– Myślę, że państwa córka nie powinna sama wychodzić… – zaczął z poważną miną.

– Przecież nie idę daleko – rzuciła lekko Magda. – Przed domem są dwaj inni ochroniarze – przypomniała.

Pan Czereśniak się zawahał.

– Nie mogę ciągle siedzieć w domu, bo mama mówi, że jestem blada – dorzuciła Magda.

– To prawda – zgodziła się mama. – Wyjdź trochę na słońce.

Magda szybko wybiegła z jadalni. Była zachwycona, że udało jej się wyrwać z pałacu.

Niemal biegiem dotarła do leśniczówki.

– Niewiele brakowało, a nie mogłabym wyjść – wyrzuciła z siebie, łapiąc oddech.

– Co zrobiłaś? – Wiktorowi zakaz wyjścia kojarzył się tylko z karą za jakieś przewinienie.

– Nic! – obruszyła się. – Ten wkurzający ochroniarz Trzmiela powiedział moim rodzicom, że nie powinnam sama wychodzić, bo ktoś może mnie porwać.

– W sumie… naprawdę może – zgodził się Wiktor.

Magda przewróciła oczami.

– Może też spaść na mnie satelita – mruknęła. – A jak nie wyjdę z domu, to może się na mnie zawalić sufit. I mógłby też wtedy spaść na mnie satelita – dodała po zastanowieniu. – Chyba przebiłby się przez sufit?

 

– W pałacu musiałby się przebić przez kilka sufitów – zauważył Wiktor.

– A nie mógłby? Spadając z dużej wysokości… – Zmarszczyła brwi. – Ciekawe, z jaką prędkością spadają satelity…

– Dobra! – przerwał jej Wiktor. – To, że spadnie na ciebie satelita, jest znacznie mniej prawdopodobne niż to, że ktoś cię porwie dla okupu.

Pokręciła głową.

– Sama nie wiem – westchnęła. – Mam w piwnicy… wiesz co – ściszyła głos. – Może to w jakiś sposób ściąga satelity? A do tego porwania jakoś nikt się nie garnie. Chyba nawet wiem dlaczego…

– Dlaczego?

– Bo nikt taki nie wie, że porwanie mnie mogłoby się komuś opłacić. – Zawahała się. – Chyba że te podejrzane typy coś kombinują… Chodźmy na spacer!

Wiktor przyzwyczaił się już, że Magda ma obsesję na punkcie ewentualnych podsłuchów w domach i musiał z nią wychodzić na spacer, żeby porozmawiać o tajemnicy pałacowego lochu i wszystkim, co się z tym wiąże.

– Obaj coś kombinują – opowiadała przejęta, gdy odeszli nieco od domu. – Drewiński i konserwator. – Rozejrzała się bacznie po lesie. – Mam nadzieję, że żaden z nich się tu gdzieś nie czai.

– Nie czai się – zapewnił Wiktor. – Baca by go wyczuł.

Magda z wdzięcznością spojrzała na ogromnego bernardyna, który ciągle nieco ją przerażał.

Opowiedziała Wiktorowi swoją poranną przygodę. Wysłuchał jej i przyznał, że obaj mężczyźni zachowywali się podejrzanie.

– To wyglądało, jakby ukrywali coś przed sobą nawzajem – podkreśliła Magda.

– Przynajmniej wiemy, że nie współpracują, tylko każdy coś kombinuje osobno – orzekł Wiktor. – Chyba że tylko tak udawali przed tobą?

– Nie zauważyli mnie. – Przypomniała mu.

Wiktor zmarszczył brwi.

– Na pewno? Może to też udawali, żeby cię przekonać, że nie współpracują? – Zastanawiał się.

W nieufnym umyśle Magdy na chwilę pojawiły się wątpliwości.

– Może? Obaj ciągle się tak uważnie rozglądają – powiedziała. – Zdziwiłam się, że mnie nie dostrzegli, ale… Po co mieliby przede mną udawać?

To rzeczywiście wydawało się niepotrzebne. Magda była jeszcze dzieckiem, a wiadomo, że dziećmi nikt się szczególnie nie przejmuje. Choć to one często zauważają różne rzeczy i potem mówią o nich dorosłym.

– Może robili to na wypadek, gdybyś miała potem opowiadać rodzicom, że obaj z rana myszkowali w pałacu? – podsunął Wiktor.

Magda schowała twarz w dłoniach

– Mam już tego dosyć – jęknęła. – Chyba wolałam, jak było nudno.

Wiktor tymczasem miał inne pytanie.

– Po co wstałaś przed siódmą?

Jego zdaniem nikt normalny w czasie wakacji nie robił takich rzeczy bez powodu.

– Miałam straszny sen – przypomniała sobie. – Śniło mi się, że otworzyłam loch, a tam… nic nie było…

– Nie było wehikułu?

Potwierdziła.

– Ale to był tylko sen? – upewnił się Wiktor.

– Mam nadzieję, że tak.

– Masz takie sny, bo martwimy się o wehikuł – pocieszył ją. – Te różne cwaniaki kręcą się koło piwnicy, a do tego jeszcze ten Trzmiel z mafii…

– Właśnie! – Magda przystanęła, przypominając sobie o jeszcze jednym problemie. – Trzmiel widział list Róży do Ewy.

Teraz Wiktor przystanął.

– Co?! – Oburzył się. – Dlaczego mu go pokazałaś?

– Nie pokazałam mu! – Zaprotestowała. – Chowałam zeszyty Róży, żeby nikt się do nich nie dobrał, i ten list mi z nich wypadł. Wtedy akurat Trzmiel wlazł mi do pokoju i znalazł tę kartkę.

– Przeczytał?

– Nie wiem – przyznała. – Podniósł ją i się przyjrzał. Nie miał czasu się dokładnie wczytać, ale on ma pamięć fotograficzną i pewnie wszystko zapamiętał.

– Oby tylko nie zobaczył kodu…

– Boję się, że zobaczył – westchnęła. – I zapamiętał. On zapamiętuje takie rzeczy.

Co do tego Wiktor nie był do końca przekonany, ale dopuszczał taką możliwość.

– I tak nie wie, czego on dotyczy – pocieszył Magdę.

– Może na to wpaść – mruknęła. – Myśmy wpadli, a on wszystko rozgryza szybciej niż my. Mógłby już pojechać…

Wiktor zamyślił się.

– Szkoda, że nie znaliśmy go wcześniej – odezwał się w końcu. – Z kimś takim szybciej rozwiązalibyśmy te wszystkie zagadki.

– Tylko nie wiadomo, co by z tego wynikło – zauważyła Magda. – Zwłaszcza że łazi za nim ochroniarz, który jest podejrzanym typem.

– To byłby problem – zgodził się Wiktor.

– To jest problem – sprostowała. – Ten typ rano zauważył, że widziałam, jak się skradał do piwnicy, i domyślił się, że ja wiem, że on węszy po pałacu. Potem przekonywał rodziców, że nie powinni mnie wypuszczać z domu. Na pewno coś podejrzewa… – Westchnęła. – Boję się, że przekona rodziców. On jest taką ochroniarską szychą, wcześniej pracował dla jakichś ważnych ludzi. Nawet nie wiem dla kogo.

– Sprawdzałaś go w internecie?

– Nie! Że też na to nie wpadłam!

– Ja go sprawdzę – zaproponował Wiktor. – Na wypadek, gdyby zainstalował ci w komputerze jakieś szpiegi. Widziałem takie rzeczy w filmie.

– Okej! – zgodziła się skwapliwie, martwiąc się, że jej internetowa aktywność może być śledzona bardziej, niż się spodziewała.

Wrócili do leśniczówki. Wiktor włączył komputer i poszukał Cezarego Drewińskiego. Niczego nie znaleźli.

– Jeśli był w jakichś służbach specjalnych, to na pewno nie ma tego w internecie – stwierdził Wiktor. – Czytałem kiedyś, że oni się tam nie ujawniają.

Magdzie jednak chodziło po głowie co innego.

– A może to nie jest jego prawdziwe nazwisko? – zastanawiała się.

Wiktor się zniecierpliwił.

– Dajmy już temu spokój! Wczoraj przez cały wieczór szukałem Heinricha Müllera. To jeden z tych Niemców, których nagrobki znalazłem w kącie cmentarza. Umarł w 1939 roku.

– I co z nim?

– Nie wiem – mruknął niezadowolony. – Heinrichów Müllerów jest od groma. To popularne nazwisko, jak się okazuje.

Magda przypomniała sobie początki poszukiwań Niewiadomskich.

– Mógłby się nazywać Nabuchodonozor Grzmotopluskiewicz – powiedziała. – Zaraz byśmy go znaleźli.

– Jakby się tak nazywał, to pewnie zmieniłby nazwisko – westchnął Wiktor. – Na Jan Nowak. I w życiu byśmy go nie znaleźli…

Czego szukają intruzi?


Wracając do pałacu, Magda postanowiła sprawdzić, czy jej sen nie był proroczy. Chętnie od razu otworzyłaby loch i upewniła się, czy wehikułowi nic nie zagraża, ale jak to zrobić, kiedy w budynku jest cała jej rodzina, pracownicy oraz Trzmiel, konserwator i ochroniarz?

Może powinnam ich wszystkich zwabić w jedno miejsce? – zastanowiła się. – Tylko gdzie i jak?

Musiała też trzymać całe towarzystwo z daleka od piwnicy.

Może by zepsuć zamek w drzwiach tak, żeby się nie otwierał? – przemknęło jej przez myśl, ale od razu uznała, że to nie pomoże. – Nawet jeśli mi się uda go uszkodzić, szybko naprawią.

Weszła kuchennymi drzwiami i przez kuchnię dotarła do holu. Tam zobaczyła, jak z piwnicy wychodzi konserwator.

Poczuła, że blednie. Serce zaczęło jej walić jak młotem, ale udała, że nie patrzy w tę stronę. Biegnąc do swojego pokoju, kątem oka zauważyła Trzmiela, przycupniętego na sofie w salonie.

Wparowała do środka i szybko zamknęła za sobą drzwi.

Wtedy zobaczyła coś, co sprawiło, że omal nie zemdlała.

Przy półkach z książkami przykucnięty Cezary Drewiński… przeglądał jej bibliotekę.

Widok wbiegającej do pokoju Magdy ani trochę go nie speszył.

– Gdzie byłaś? – spytał podejrzliwie.

Magda stała jak wryta.

– Przed domem – wykrztusiła zbita z tropu. – Co pan… robi? – spytała.

– Patrzę, co tu masz – odparł spokojnie. – Widzę, że sporo u ciebie książek. Poczytałbym coś.

Magda poczuła się zagubiona. Obcy człowiek tak po prostu wszedł do jej pokoju, grzebie w jej rzeczach i… zdaje się, że mu wolno. Przecież robi to dla jej „bezpieczeństwa”.

– A jakie książki pan lubi? – odezwała się w końcu.

– Sam nie wiem.

Sięgnął na półkę z zeszytami.

– To moje. – Magda szybko podeszła, zasłaniając ją. – Moje… pamiętniki – skłamała szybko. – Nie chcę, żeby ktoś je czytał.

Popatrzył na nią z powątpiewaniem.

– Piszesz pamiętniki w takich starych zeszytach?

– Aha – bąknęła, gorączkowo zastanawiając się, co tu wymyślić.

Przypomniało jej się, że intruz jest zatrudniony w pałacu jako ochroniarz Trzmiela.

– Czemu nie jest pan z Trzmielem? – spytała.

Podniósł głowę zaskoczony.

– Trzmiel jest bezpieczny w pokoju Arnolda.

– Nie ma go tam – powiedziała z przekonaniem. – Dopiero co widziałam go na dole – dodała. – Możliwe, że gdzieś wyszedł.

– Jak to wyszedł? – Drewiński zmarszczył brwi i wstał.

Wyglądało na to, że się zdenerwował, ale starał się to ukryć.

Opuścił pokój, a Magda pożałowała, że nie może go zamknąć na klucz. Co z tego, że mam własny pokój, kiedy każdy może tu włazić i myszkować? – pomyślała.

Wyciągnęła telefon i zadzwoniła do Wiktora. Wspominał, że wybiera się do kolegi.

– Jesteś jeszcze w domu?

– No jestem.

– Zostań tam. Zaraz przyjdę. Ważna sprawa – zakończyła szeptem.

W tym czasie Cezary Drewiński zajrzał do pokoju Arnolda, gdzie ten siedział samotnie, jadąc wirtualnym samochodem przez wirtualną dzielnicę gangsterów.

Niewiele brakowało, aby zapytał go, gdzie jest Trzmiel, ale ugryzł się w język, uświadamiając sobie, że brzmiałoby to nieprofesjonalnie. Przecież to on zawsze powinien wiedzieć, gdzie jest Trzmiel.

Ale nie wiedział.

Trzmiela nie było także w jego pokoju. Ani w łazience.

Ochroniarz nie znalazł go też na schodach, w holu ani w salonie. Zawahał się przed wejściem do sali kinowej, bo wiedział, że są tam jego pracodawcy. Byli ostatnimi osobami, które powinny wiedzieć, że spuścił chłopca z oka.

Trzmiel na tropie tajemnic


Tymczasem Trzmiel dokładnie oglądał piwnicę. Podobało mu się, że poszedł do niej sam i nikt o tym nie wie. Kiedy zajmował się nim Buła, nigdy nie udało mu się zniknąć z pola widzenia opiekuna. Drewiński był zupełnie inny. W tym pałacu wszystko było zupełnie inne od tego, do czego Trzmiel przywykł. Coraz bardziej mu się to podobało.

Niedługo po śniadaniu wyszedł z pokoju Arnolda, który ledwie to zauważył, i zobaczył, że ten dziwnie znajomy człowiek, niby konserwator, wychodzi z piwnicy, nie zamykając jej za sobą. Trzmiel przyczaił się w salonie, odczekał, aż tamten gdzieś zniknie, i zszedł po schodach.

Miał pewność, że piwnica kryje wiele tajemnic. Intrygowały go te stare urządzenia. I szyny na podłodze. Był przekonany, że pod nimi znajduje się loch.

Z zadowoleniem dostrzegł w kącie wysoką drabinę. Wyglądała na starą i solidną. Pewnie używano jej do schodzenia do lochu.

Drabina przypomniała mu o ciekawym odkryciu, którego dokonał. Te liście, płomienie, czy też cokolwiek to było, na kominku…

Ciągle zastanawiał się, skąd Magda miała tę starą kartkę i czy przyszło jej do głowy, że to może być szyfr do zamka w marmurowym kominku. Sam podejrzewał, że tak jest, i zamierzał to sprawdzić. Musiał tylko pozbyć się wszystkich z holu na jakiś czas, a to było bardzo trudne. Znacznie trudniejsze niż zorientowanie się, czego może dotyczyć kod.

Trzmiel już nie mógł się doczekać, co będzie, kiedy przekręci wszystkie płomienie na kominku. Co się wtedy stanie? Może otworzy się tajne pomieszczenie za kominkiem? W którym z kolei będzie mechanizm otwierający tajny loch pod stołem w piwnicy? A może coś jeszcze innego?

W tym pałacu było jak w grze komputerowej, tylko tutaj to wszystko działo się naprawdę. Nie było potworów, do których trzeba strzelać, ani wrogich żołnierzy. Byli za to prawdziwi ludzie, na których należało uważać, bo takie przygody nie są dla każdego.