Abrakadabra… Mamy problem!Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Katarzyna Majgier

ABRAKADABRA…

MAMY PROBLEM!


Wydawnictwo

NASZA KSIĘGARNIA

ABRAKADABRA... MAMY PROBLEM!

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

Kamil

Antek

Misia

Tato Antka i Misi

Patryk

Wiktoria

Oliwia

Mama Oliwii

Daria

Ali

O autorze:

Strona redakcyjna

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl


Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia


Kamil

W życiu nigdy nic nie wiadomo. Nigdy nie wiesz, co cię spotka. Nie wiesz nawet, czy to, co wydaje się dobre, naprawdę jest dobre, a to, co wydaje się złe, naprawdę jest złe.

Czasem bardzo się na coś cieszysz, bo myślisz, że to coś będzie fantastyczne, a potem okazuje się, że wcale nie jest. Na dodatek wynikają z tego problemy i w końcu żałujesz, że to się w ogóle zdarzyło. A czasem jest odwrotnie: bardzo nie chcesz czegoś zrobić i starasz się z tego wykręcić, ale potem się cieszysz, że jednak ci się nie udało, bo to okazało się wspaniałe.

Gdybym tylko wiedział, że kiedy pójdę wyrzucić te śmieci, przeżyję taką niesamowitą przygodę, poszedłbym bez gadania. Ale nie wiedziałem, więc próbowałem się wykręcić. Rozgrywałem właśnie mecz Barcelony z Realem na komputerze, ale mama tego nie rozumiała. Kilka razy wysyłała mnie do śmietnika, aż w końcu się zniecierpliwiła i zrobiła to, co zawsze mówią rodzice, kiedy chcą zepsuć zabawę dzieciom.

– Lekcje odrobione? – spytała.

To mi przypomniało, że lepiej, żeby mama nie interesowała się moją nauką, bo właśnie dostałem jedynkę z matmy. Tydzień temu, gdy przyniosłem poprzednią jedynkę z matmy, rodzice zapowiedzieli mi, że jeśli zgarnę jeszcze jedną, nie będę grać w piłkę, dopóki nie odrobię wszystkich lekcji, a oni już tego dopilnują. Dopiero zaczął się maj, więc nie mógłbym porządnie trenować prawie przez dwa miesiące i spadłaby mi forma.

Postraszyli mnie jeszcze, że jeśli nie zacznę się lepiej uczyć, może nawet wypiszą mnie z klubu, a to dopiero byłby problem. Cieszę się, że się tam dostałem, bo to nie jest łatwe, a ja chcę zostać zawodowym piłkarzem. Najlepiej w FC Barcelonie. Moi najlepsi koledzy, Antek i Patryk, też grają w klubie, i kiedy tylko możemy, trenujemy na boisku przed domem. Uwielbiamy to!

Postanowiłem więc, że nie dostanę już więcej jedynek w tym roku, ale skąd miałem wiedzieć, że Cyfra zrobi niezapowiedzianą kartkówkę tydzień po poprzedniej?

Wolałem nie ryzykować, że mama pociągnie temat mojej nauki i zajrzy do dziennika elektronicznego. Wyłączyłem grę, wziąłem te nieszczęsne śmieci i powlokłem się do przedpokoju.

– Idę, chociaż może zacząć padać – powiedziałem mamie, żeby doceniła moje poświęcenie.

– Nie będzie padać, a ty nie jesteś z cukru. – Uśmiechnęła się.

Nie miałem pojęcia, że dzięki tym śmieciom przeżyję największą przygodę w życiu. Gdyby częściej zdarzały mi się takie rzeczy, kiedy wykonuję nielubiane obowiązki, to chętniej bym je wykonywał. Może nawet zacząłbym je lubić, przez to oczekiwanie, czy i tym razem spotka mnie coś ciekawego?

Przeszedłem przez podwórko i zobaczyłem, że przed altanką śmietnikową piętrzą się stare meble, które ktoś musiał właśnie wyrzucić. Wszedłem do środka i natknąłem się na stertę starych książek. Pomyślałem, że ktoś robi remont w mieszkaniu w stylu babci i dziadka. Oni mieli takie wyposażenie.

I wtedy wśród książek ujrzałem tę lampę…

Najpierw myślałem, że to stary dzbanek. Przyszło mi do głowy, że wygląda jak rupiecie, które w programach telewizyjnych okazują się warte dużo pieniędzy, bo są zabytkowe i pochodzą sprzed wojny albo jeszcze dawniejszych czasów.

Podniosłem go, żeby się lepiej przyjrzeć, i dopiero wtedy zobaczyłem, że wygląda zupełnie jak lampa Aladyna z serialu, który kiedyś oglądałem w telewizji. Z lampy wychodził dżin i spełniał życzenia.

Oczywiście nie wierzyłem, że takie rzeczy mogą dziać się naprawdę, i wcale nie po to potarłem lampę, żeby wyszedł z niej dżin. Zrobiłem to przypadkowo…

Chciałem ją wytrzeć z kurzu i zastanowić się, czy nie można byłoby oddać jej do jednego z tych sklepów, w których przyjmują takie rupiecie i płacą za nie, a potem wystawiają je na aukcjach, gdzie bogaci ludzie wydają na to dużo kasy, bo akurat takie stare graty zbierają.

Ale kiedy potarłem lampę, stało się to, co w tym serialu: pojawił się dżin.

W ogóle nie wyglądał na dżina! Tam dżin był olbrzymem – miał chyba z pięć metrów wzrostu, niebieską skórę i przypominał ducha. Ten, który pojawił się w śmietniku, wyglądał jak starszy ode mnie chłopak z czarnymi włosami, ubrany w jakieś stare łachy.

– Oto jestem na twoje rozkazy, panie – powiedział i ukłonił mi się.

Właśnie dlatego przyszło mi do głowy, że to dżin. W serialu dżin mówił takie rzeczy i spełniał jedno życzenie każdego, kto go wywołał z lampy. Gdy to oglądałem, dobrze wiedziałem, jak wykorzystałbym swoje, ale to było w zeszłym roku, kiedy złamałem nogę i nie mogłem grać w piłkę. Teraz wiele się zmieniło i nie miałem pojęcia, na co się zdecydować.

No i kiedy wyrzucałem śmieci, ciągle myślałem o tej jedynce z matmy. Obawiałem się, że mama zajrzy w końcu do dziennika elektronicznego. Często to robiła. Cyfra od razu wpisuje tam oceny, więc mama jeszcze dziś mogła zobaczyć jedynkę, a wtedy… żegnajcie, treningi, na prawie dwa miesiące. A to może zniszczyć moją piłkarską karierę!

Dżin zupełnie mnie zaskoczył, ale to nikogo chyba nie dziwi. Spodziewalibyście się dżina spełniającego życzenia w śmietniku? Na takim zwykłym, normalnym osiedlu i w prawdziwym życiu? Na pewno nie. Ja też się nie spodziewałem.

Dlatego zamiast poprosić o parę milionów złotych, własną wyspę z luksusową willą albo o to, żebym został lepszym piłkarzem niż Ronaldo i Messi razem wzięci, poprosiłem o pierwsze, co przyszło mi do głowy.

– Chciałbym, żeby znikła moja dzisiejsza jedynka z matmy – powiedziałem.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, panie. – Chłopak-dżin znowu się ukłonił z poważną miną. Powiedział jeszcze coś w obcym języku, co brzmiało podobnie do: „Abrakadabra”, po czym zapadł się pod ziemię.

Sam nie wiedziałem, czy to się naprawdę zdarzyło, czy tylko tak mi się wydawało. Strasznie dziwne to było…

Przyjrzałem się lampie i zacząłem żałować, że nie poprosiłem o coś lepszego…

Wtedy do śmietnika weszła Daria – starsza ode mnie dziewczyna z sąsiedniej klatki – i od razu stanęła jak wryta. Aż się obejrzałem, czy nadal nie tkwi tam dżin albo nie ma tam jeszcze czegoś magicznego, ale zobaczyłam, że ona patrzy na te stare książki.

Wrzuciła worek ze śmieciami do kontenera i zaczęła grzebać w książkach, co wydało mi się dziwne. Zabrałem lampę i wyszedłem.

Zastanawiałem się, czy mama nie będzie się złościć, że przyniosłem coś ze śmietnika, i nie każe mi się pozbyć tej lampy, ale nawet jej nie zauważyła. Siedziała przed komputerem i wyglądało na to, że sprawdza moje oceny w tym koszmarnym dzienniku elektronicznym. Kiedy ona i tato byli w moim wieku, nie było takich wynalazków. Rodzice nie wiedzieli o ocenach dzieci, dopóki nie poszli na wywiadówkę. Zazdroszczę im tego.

– Kamil, chodź no tu! – zawołała.

Struchlałem. Na pewno zobaczyła nową jedynkę z matmy.

– Za co ta trója z polskiego? – spytała mama.

Ani słowa o jedynce!

– Trójka plus – poprawiłem.

Mama popatrzyła spod oka.

– Niewielka różnica – powiedziała. – Stać cię na same piątki, gdybyś tylko wziął się do nauki. Straszny z ciebie leń.

 

– Uczę się – zapewniłem. – Tylko w naszej szkole jest bardzo wysoki poziom. No i dostałem piątkę z plastyki – przypomniałem jej, ciągle zdenerwowany, że zauważy tę jedynkę. – I jeszcze szóstkę z wuefu.

– A z matematyki? Nie poprawiłeś tej jedynki z zeszłego tygodnia? – spytała.

Ani słowa o nowej!

Zajrzałem mamie przez ramię i zobaczyłem, że tej jedynki w ogóle nie ma w dzienniku. Jest tylko ta poprzednia.

A to oznaczało jedną z dwóch rzeczy: albo Cyfra jeszcze nie wpisała mi oceny do dziennika elektronicznego, albo to naprawdę był dżin i spełnił moje życzenie.

Nie wiem, jak długo nie byłbym pewien, co się właściwie stało, gdyby nie zadzwonił Antek. Pytał o zadanie z matmy.

– Zaraz sprawdzę – mruknąłem, szukając zeszytu.

Nie miałem tam zapisanego żadnego zadania.

– Chyba nic nie było – powiedziałem, choć aż mi się to dziwne wydało, bo Cyfra zawsze coś zadaje.

– Niemożliwe – stwierdził Antek. – Cyfra zawsze coś zadaje. Ale skoro obaj nie mamy nic zapisanego, to może zapomniała?

– Może? – zastanowiłem się.

– Zadzwonię jeszcze do Patryka – zdecydował Antek. – Muszę mieć pewność, bo wykorzystałem już „brak zadania”, a rodzice właśnie zobaczyli w dzienniku elektronicznym dzisiejszą jedynkę z kartkówki…

– Masz jedynkę w dzienniku? – zdziwiłem się.

– Mam. A ty nie?

– Chyba nie… – Trudno było mi w to uwierzyć.

– To masz fuksa, gościu – westchnął Antek.

Potem się okazało, że Patryk też nie ma zapisanego żadnego zadania na jutro, a jego rodzice też już wiedzieli o jedynce. Wszyscy trzej dostaliśmy jedynki, bo kartkówka była niezapowiedziana i tylko tydzień po poprzedniej. Skąd mieliśmy wiedzieć, że będzie? Zaskoczyła nas, jak wiele rzeczy w życiu.

Mnie jednak dodatkowo zaskoczył brak jedynki w dzienniku i ta sytuacja z dżinem. Wyglądało na to, że to naprawdę mógł być dżin. I że to zadziałało – spełnił moje życzenie. Jedynka znikła. Nie było jej w dzienniku.

Oczywiście mogło jeszcze być tak, że Cyfra przez pomyłkę jej nie wpisała, ale to wydawało się do niej niepodobne. Ona jest skrupulatna. I wredna. Piątkę może i zapomniałaby wpisać, ale jedynkę – nigdy.

Do wieczora nie byłem w stanie się na niczym skupić, bo bez przerwy o tym myślałem. Że chyba znalazłem czarodziejską lampę i wywołałem dżina. A on spełnił moje życzenie.

Ale skoro tak, to głupek ze mnie. Bo jeśli to był dżin i mógł spełnić każde moje życzenie, dać mi wszystko, czego bym sobie zażyczył, to zawaliłem sprawę. Wybrałem taką głupotę jak zniknięcie jedynki!

A przecież dostałbym, co tylko bym chciał… Wielki dom dla mojej rodziny. Mnóstwo pieniędzy, za które kupilibyśmy nawet kilka takich domów. Albo własną wyspę, jak facet z tego serialu o dżinie. Najbardziej chciałbym taką wyspę, tylko rodzice pewnie nie pozwoliliby mi tam samemu mieszkać…

Przypominałem sobie kolejne odcinki serialu. Prawie w każdym z nich ktoś chciał coś, co potem sprawiało mu problemy. I w końcu żałował, że nie wybrał czegoś innego. Niektórzy żałowali, że w ogóle wywołali dżina…

Ja tego nie żałowałem, ale rozumiałem tych, co żałowali życzeń. Też żałowałem.

Zmarnowałem swoje na bzdurę…

Szkoda, że miałem tylko jedno…

Nocą długo nie mogłem zasnąć, bo ciągle myślałem o tym, jaki ze mnie głupek.

Ale potem przypominało mi się, że dżin z lampy Aladyna mógł codziennie spełnić jakieś życzenie. I że chociaż ja już swoje wykorzystałem, bo każdy może to zrobić tylko raz, to przecież są jeszcze inni. Na przykład Antek i Patryk.

Ich było dwóch, więc mieliśmy jeszcze dwa życzenia.

Niełatwo było opowiedzieć chłopakom o lampie. Wiedziałem, że mi nie uwierzą i będą się śmiać. Przez całą pierwszą lekcję o tym myślałem i dopiero na przerwie powiedziałem im, że przydarzyło mi się coś, w co może nie uwierzą, ale udowodnię im, że to prawda.

Oczywiście od razu przyszło mi do głowy, że jeśli dżin więcej się nie pokaże, to wyjdę na głupka. Ale wtedy mógłbym udać, że to był tylko taki żart. Że ich wkręcałem.

Poszliśmy z Antkiem i Patrykiem na półpiętro, żeby nikt nas nie podsłuchał, i opowiedziałem im wszystko. Nie chcieli uwierzyć.

– Mam tę lampę – przyznałem. – Po lekcjach chodźmy do mnie, to się przekonacie. Któryś z was wywoła dżina i wypowie życzenie.

– No tak, można tylko jedno. – Patryk przypomniał sobie serial.

– A jeśli Cyfra po prostu zapomniała ci wpisać tę jedynkę? – zastanawiał się Antek.

Patryk się z nim zgodził.

– Ona by zapomniała wpisać jedynkę? – spytałem. – Przecież ona uwielbia wpisywać jedynki.

– Rzeczywiście – zgodzili się.

– Piątkę mogłaby zapomnieć wpisać, ale jedynkę… nigdy! – westchnął Antek.

Ale i tak mi nie wierzyli. Mimo to zaczęliśmy wymyślać życzenia. Chłopcy przyznali, że moje było głupie.

– Tylko jedną jedynkę kazałeś sobie skasować? – dziwił się Patryk. – Ja bym skasował wszystkie. I wszystkie mierne. Albo nie… ze dwa mierne bym zostawił, dla niepoznaki.

– Ja też – zgodził się Antek. – I jeszcze chciałbym, żeby mi dopisał trochę piątek i szóstek.

– No i konsolę do gier! – dodał Patryk.

– Nie mógłbyś chcieć w jednym życzeniu ocen i konsoli – przypomniałem mu. – Pamiętasz, w serialu każdemu wolno było prosić tylko o jedną rzecz!

– Pewnie nawet w jednym życzeniu nie poprosiłbyś o skasowanie jedynek i dopisanie szóstek – dodał Antek. – Musiałbyś coś wybrać.

– Sam nie wiem… – zastanawiał się Patryk. – Chyba wolałbym konsolę…

– A może lepiej kasę? – zaproponowałem im. – Dużo kasy, a wtedy moglibyśmy sobie kupować najlepsze buty na treningi, nowe konsole, gry, rolki i co tylko zechcemy!

– O tak! – Chłopakom aż się oczy zaświeciły. – Najlepiej, żeby tej kasy było tyle, żeby nam wystarczyło na parę lat.

Na kolejnych przerwach liczyliśmy, ile kasy potrzebowalibyśmy na co najmniej piętnaście lat. Bo za piętnaście lat będziemy mieli po dwadzieścia pięć i sami sobie zarobimy na swoje rzeczy.

Zastanawialiśmy się też nad drugim życzeniem. Kusiło nas, żeby zrobić coś z ocenami. Rodzice chcą, żebyśmy się dobrze uczyli, a to wcale nie jest takie proste. Choćby przez te niezapowiedziane klasówki albo wywołania do tablicy.

Na ostatniej lekcji był wuef i wtedy życie zaskoczyło Antka.

Dostał jedynkę.

Tak, z wuefu.

Skakaliśmy wzwyż, a on jest najniższy w klasie i ta poprzeczka, przez którą musieliśmy przeskoczyć, żeby dostać choćby mierny, była dla niego za wysoko i ciągle ją zrzucał.

Antek

Kiedy Kamil opowiedział mnie i Patrykowi, że znalazł na śmietniku lampę Aladyna i wywołał dżina, który spełnił jego życzenie, nie uwierzyłem mu. Patryk też mu nie uwierzył. Ale bardzo chciałem, żeby to była prawda, i Patryk chyba też bardzo tego chciał.

Czarodziejska lampa z dżinem, który spełni nasze życzenia – to byłoby genialne!

Przez cały dzień świetnie się bawiliśmy w szkole, wymyślając te życzenia, ale na ostatniej lekcji skończyła się dobra zabawa. Dostałem jedynkę z wuefu.

Jedynka z wuefu to porażka dla każdego, a dla mnie jeszcze większa, bo pochodzę z rodziny sportowców.

Moi rodzice startowali w igrzyskach olimpijskich. Prawdziwych, międzynarodowych. Co prawda nie zdobyli medali i nie są sławni, ale brali udział w tych zawodach, a to się mało komu udaje. Nie było mnie wtedy na świecie, rodzice nawet się nie znali, spotkali się właśnie wtedy.

Teraz oboje są trenerami w klubach sportowych. Oczywiście ja też od małego zajmuję się sportem. Podobnie jak moja siostra.

Szybko biegam, gram w piłkę w klubie i chcę zostać napastnikiem w FC Barcelonie. Normalnie bardzo lubię wuef, ale ta jedynka była niesprawiedliwa, bo dostałem ją przez swój wzrost. Jestem najniższy w klasie i niektórzy (na przykład ten głąb Kulfon) ciągle mi dokuczają z tego powodu. Kulfon mówi na mnie Konus, więc ja nazywam go Kulfon, a wtedy on chce mnie stłuc, ale ja zawsze mu ucieknę, bo jestem szybki, a jemu się plączą te długie nogi…

To nie moja wina, że mam taki wzrost, tylko moich genów. Co na to poradzę?

Ta poprzeczka sięgała mi niemal do pasa, a na przykład Kulfon, który jest najwyższy w klasie (i najstarszy, bo powtarza rok), miał ją poniżej tyłka, więc dostał szóstkę. Puszył się jak paw, bo on rzadko dostaje szóstki, i zaczął się ze mnie wyśmiewać. Mówił takie wredne rzeczy, że nie wytrzymałem i go kopnąłem. To było głupie, pan od wuefu też tak uważał i wstawił mi jedynkę.

– Kiedy moi rodzice się dowiedzą, że ich dziecko dostało jedynkę z wuefu, to się załamią – powiedziałem Patrykowi i Kamilowi, gdy wracaliśmy do domu.

– Nie muszą się dowiedzieć, jeśli zrobisz to, co Kamil – próbował mnie pocieszyć Patryk. – Wywołasz tego dżina z lampy i on spełni twoje życzenie.

– Wierzysz w tego dżina? – mruknąłem i Patryk powiedział, że nie, a Kamil jakby się zawstydził i obiecał, że przyniesie mi lampę i sami zobaczymy.

Naprawdę bardzo chciałem, żeby ta lampa działała.

Nie wyobrażałem sobie, co będzie, jak rodzice się dowiedzą, że dostałem jedynkę z wuefu. Choć miałem nadzieję, że zrozumieją, że to nie moja wina. To bardziej ich wina, że mam taki wzrost, bo od nich mam te geny, choć to też nie ich wina, bo mają je po różnych starodawnych przodkach i nic się na to nie poradzi.

Tylko jak znam moich rodziców, na pewno stwierdzą, że mogę się nauczyć skakać tak, żeby mieć przynajmniej czwórkę, i będę musiał ćwiczyć te głupie skoki, zamiast grać w piłkę. I jeszcze Miśka będzie się ze mnie wyśmiewać…

W domu była mama i oczywiście Miśka.

Mama spytała, jak było w szkole, ale wolałem nie poruszać tego tematu.

– Przyjdą dziś do mnie Kamil i Patryk – powiedziałem.

– No to posprzątaj swój pokój! – Mama zawsze tak mówi, kiedy ma do mnie przyjść jakiś kolega. Chyba myśli, że oni sami mają posprzątane pokoje.

Wracając ze szkoły, ustaliliśmy, jak będą brzmiały nasze dwa życzenia. Jedno wypowiem ja, a drugie Patryk, bo Kamil swoje już wykorzystał (i zmarnował).

Nasze życzenia wyglądały tak:

1. Żeby znikły wszystkie nasze jedynki i żebyśmy nigdy nie dostali nowych.

Trochę się baliśmy, że dżin może to uznać za dwa życzenia. No ale wtedy spełniłby tylko jedno, bo tak robił dżin w telewizji. Patryk chciał też poprosić, żeby przybyło nam trochę piątek i szóstek, ale my z Kamilem baliśmy się, że to już będzie jakby trzecie życzenie i dżin może się na nas zdenerwować, jak ten w ostatnim odcinku serialu, i przestać spełniać kolejne. To byłoby kompletnie beznadziejne: mieć lampę z dżinem i ją zepsuć.

2. Milion złotych.

Mamy nadzieję, że to nam wystarczy do czasu, aż dorośniemy i sami zaczniemy dobrze zarabiać, i kupimy wszystko, co chcemy. Próbowaliśmy ustalić, ile dokładnie potrzebujemy, ale nie da się tego wyliczyć, bo nie wiadomo, ile co będzie kosztować za kilka lat. I czy nie pojawi się wtedy jeszcze coś, co też zechcemy mieć. Uznaliśmy, że poprosimy o milion. Podzielimy ten milion i pochowamy w różnych miejscach, żeby dorośli się nie zorientowali, że mamy tyle kasy, i będziemy sobie brać po trochu na różne nasze potrzeby i drobne wydatki.

Po obiedzie przyszły chłopaki i zamknęliśmy się w moim pokoju. Kamil przyniósł lampę, a my z Patrykiem nie mogliśmy się doczekać, kiedy ją zobaczymy i przekonamy się, czy naprawdę działa. Trochę to trwało, bo Miśka się nudziła i chciała się z nami bawić, więc musieliśmy się jej pozbyć, a to nigdy nie jest łatwe, bo ona jest jak bumerang – wyrzucasz ją, a ona zaraz wraca.

W końcu powiedzieliśmy jej, że mamy swoje sprawy, na które jest za mała i nic nie zrozumie. Obraziła się i sobie poszła.

Kamil wyciągnął lampę i już miałem wywołać dżina, ale przypomniało nam się, że chyba trzeba być wtedy samemu, tak jak w serialu. Nie pamiętaliśmy, co się działo, kiedy ktoś wywoływał dżina przy innych osobach, ale woleliśmy nie ryzykować.

Dlatego Kamil zostawił mi lampę i ustaliliśmy, co dokładnie powiem. Na wszelki wypadek zapisałem to sobie na kartce, żeby czegoś nie pomieszać.

Następnego dnia miałem przynieść lampę do szkoły i dać Patrykowi. Gdyby lampa zadziałała, to Patryk po szkole miał wziąć ją do siebie i wyczarować nam milion złotych.

Potem zmieniliśmy zdanie, bo w szkole lampa mogła wpaść w niewłaściwe ręce. I ten ktoś wykorzystałby życzenie albo, co gorsza, zabrałby lampę i nie mielibyśmy naszego miliona.

 

– Przyjdź z nią do mnie po lekcjach! – powiedział Patryk. – Jutro moja siostra wcześnie kończy szkołę i potem będzie chciała iść do centrum handlowego. Zostawi mnie samego w domu i będziemy mieli spokój.

– Super! – ucieszył się Kamil, który też chciał być u Patryka po wyczarowaniu miliona.

Takie duże sumy najlepiej od razu podzielić, na wypadek gdyby miały zostać ukradzione, zgubione albo znalezione przez dorosłych.

– Dobra, jutro po lekcjach! – zgodziłem się. – A teraz schowam lampę tak, żeby nikt jej nie znalazł. W skarpetach! – dodałem ciszej.

Wszystko chowam w skarpetach, bo tylko tam Miśka mi nie szpera. Mówi, że się brzydzi.

Patryk i Kamil poszli do domu, a ja zamknąłem się sam w pokoju (co nie było łatwe, bo Miśka się tam pchała) i wywołałem dżina.

Nie do końca wierzyłem, że naprawdę się pojawi, więc kiedy go zobaczyłem, aż mnie zatkało. Kamil mnie uprzedzał, że nie jest niebieskim olbrzymem jak w telewizji, tylko chłopakiem w dziwnych ciuchach.

– Oto jestem na twoje rozkazy, panie – powiedział, kłaniając się.

– Eee… dzień dobry, dżinie – wykrztusiłem zdziwiony. – Mam życzenie i… zaraz ci przeczytam… – Sięgnąłem po karteczkę i przeczytałem, uważając, żeby nic nie pomylić. Strasznie się denerwowałem, że coś pomieszam, a przez to stresowałem się jeszcze bardziej. Myślałem, że mi serce wyskoczy. – Żeby mnie, Kamilowi i Patrykowi znikły wszystkie jedynki i żebyśmy nigdy nie dostali nowych.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, panie. – Dżin skinął głową, a potem jeszcze rzucił coś w rodzaju: „Abrakadabra”, po czym ukłonił się i znikł.

Schowałem lampę w szufladzie ze skarpetami i szybko otworzyłem drzwi, bo słyszałem sapanie Miśki, która oczywiście tam stała.

– Tato, Miśka mnie szpieguje! – zawołałem.

– Tato, Antek mi dokucza! – wrzasnęła Miśka.

– Uspokójcie się! – odkrzyknął tato z kuchni. – Odróbcie lekcje!

– Ja już odrobiłam – pochwaliła się Miśka.

– No to… posprzątaj swój pokój! – Tato miał głos, jakby wszystko mu się znudziło.

– Już posprzątałam!

– No to nie przeszkadzaj Antkowi, żeby też odrobił lekcje i posprzątał u siebie.

– On nie odrabia lekcji ani nie sprząta – naskarżyła ta jędza.

Następnego dnia w szkole od razu opowiedziałem to wszystko chłopakom. Kamil się cieszył, że lampa działa i że teraz mu wierzymy. Patryk też uwierzył, choć może nie do końca, ale nie mógł się doczekać, aż weźmie lampę do siebie i załatwi nam ten milion.

Potem mieliśmy polski i okazało się, że trzeba było przeczytać lekturę, ale zupełnie o tym zapomniałem. Była zadana już dawno, a wczoraj pani o tym przypominała, tylko my jej za bardzo nie słuchaliśmy, bo zajmowaliśmy się wymyślaniem życzeń dla dżina.

Ale nie tylko my nie przeczytaliśmy tej książki. Pani zadawała pytania, a większość klasy jakby nie wiedziała, o co chodzi, więc pani się zdenerwowała i zaczęła pytać na oceny. Najpierw zapytała Kubę i dostał jedynkę. Potem padło na mnie. Nie miałem pojęcia, o co chodzi, więc powiedziałem, że zapomniałem zgłosić nieprzygotowanie.

Pani zajrzała do dziennika.

– Wykorzystałeś już wszystkie nieprzygotowania.

Myślałem, że wstawi mi jedynkę, ale ona tylko kazała mi siadać.

Zapytała jeszcze dwie osoby i obie dostały jedynki.

A ja nie.

– To działa! Widzisz? – cieszył się Kamil.

– To rzeczywiście działa – przyznał Patryk.

Reszta klasy też się dziwiła.

– Nie dostałeś pały? To dziwne – nie rozumieli.

– Może zapomniała mi wstawić? – Wzruszyłem ramionami.

– Ale miałeś fuksa!

Cieszyłem się z tego, bo gdyby rodzice się dowiedzieli o wczorajszej jedynce z wuefu, dzisiejszej z polskiego i poniedziałkowej z matmy i że dostałem je dzień po dniu, to nie byłoby dobrze.

Ale życzenie działało i zadziałało też na matmie. Na której znowu była niezapowiedziana kartkówka. Tak, dwa dni po poprzedniej! To już przesada ze strony Cyfry.

Nikt normalny nie jest przygotowany na coś takiego, a teraz jeszcze dała takie trudne zadanie, że nie zrobiły go nawet największe kujony.

– Nikt się nie nauczył – powiedziała Cyfra, przeglądając nasze kartkówki. – Cała klasa dostaje jedynki… – Jedna kujonka zaczęła płakać. – Oprócz Kamila, Antka i Patryka.

– A co oni dostają? – zapytał ktoś z niezadowolonych kujonów.

– Nic – odparła Cyfra.

No i teraz też nie rozumieli.

– Zrobiliście to zadanie? – pytali.

– Nie? To czemu nie dostaliście jedynek?

Po lekcjach przyszedł do nas Kulfon.

– Macie na nią haka, co? – spytał z przebiegłym uśmiechem.

– Na kogo? – Nie wiedzieliśmy, o co mu chodzi.

– Nie udawajcie! – Zmarszczył brwi. – Macie haka na Cyfrę. Dlatego nie wpisała wam jedynek. Coś na nią macie…

– Na tę od polskiego chyba też – dołączył do niego Słoma. – Nie wpisała jedynki Antkowi.

– Zapomniała – powiedziałem szybko.

– Nagle wszystkie nauczycielki zapominają wpisać wam jedynki? – Kulfon przyglądał nam się podejrzliwie.

– Coś tu nie gra – mruknął Krystian, który też do nas podszedł.

Tłumaczyliśmy im, że nie mamy pojęcia, o co chodzi nauczycielkom. Bo co mieliśmy im powiedzieć?

Wracając ze szkoły, zastanawialiśmy się, czy to moje życzenie to na pewno był dobry pomysł. Wygodnie jest nie dostawać jedynek, ale to podejrzanie wyglądało i cała klasa dziwnie teraz na nas patrzyła, a Kulfon i jego banda zaczęli się domagać, żeby im powiedzieć, jakiego haka mamy na nauczycielki.

– Może powinniśmy to odkręcić? – zastanowiłem się.

– Zamiast miliona? – upewnił się Patryk. – Nie, szkoda miliona.

Kamil go poparł i ja właściwie też się z tym zgadzałem.

Szkoda nam było tych pieniędzy. Zdążyliśmy się już do nich przyzwyczaić, choć jeszcze ich nie mieliśmy. Część moglibyśmy wydać od razu, ale nie jesteśmy głupi. Postanowiliśmy wydawać po trochu, żeby dorośli się nie zorientowali.

– Jakby co, to powiemy, że wygraliśmy te rzeczy w konkursie – wymyślił Kamil.

– Albo że to pożyczone – dodał Patryk. – Na przykład jak rodzice spytają, skąd coś mam, to powiem, że pożyczyłem od ciebie – zwrócił się do mnie. – A ty możesz powiedzieć, że pożyczyłeś od Kamila albo ode mnie.

– Dobry pomysł! – przyznałem. – A co z jedynkami? – przypomniałem chłopakom. – Cała klasa uważa, że to podejrzane.

– Gdyby nie dżin, to wszyscy mielibyśmy jedynki z matmy, a ty jeszcze tę z polskiego – zauważył Patryk. – A tak ominęły nas już w sumie cztery jedynki… A… i jeszcze ta pierwsza, Kamila.

– Ale to jest podejrzane! – Nie dawało mi to spokoju. – Może poprosić dżina, żeby to jakoś zmienić?

– Wtedy zużyjemy życzenie Patryka i nie będzie skąd wziąć naszego miliona – zdenerwował się Kamil.

Zanim doszliśmy do parku, skąd każdy z nas idzie w swoją stronę, wpadłem na pomysł.

– Możemy wciągnąć do tego jeszcze kogoś. I ten ktoś poprosi o milion.

– Kogo? – zastanowił się Patryk.

– Michała? – zaproponowałem. – Albo Franka?

– Wciągniemy ich, jak będzie problem z jedynkami – zgodził się Kamil. – Wtedy któryś z nich coś z tym zrobi. Wymyślimy co. Ale o milion musi poprosić Patryk.

Miał rację, Franek i Michał nie przyjaźnią się z nami zbyt blisko i mogą się komuś wygadać, poza tym będzie więcej osób do podziału kasy, więc mniej wyjdzie na każdego. Lepiej podzielić ten milion na trzy osoby, a jak kogoś wciągniemy, to możemy mu trochę odpalić, ale lepiej, żeby nie rozpowiadał, że mamy milion.

Wróciłem do domu i od razu poszedłem po lampę, ale jej nie było.

Za to z pokoju mojej siostry dobiegało popiskiwanie i już wiedziałem, co się stało.

Miśka!