Zbrodnia w błękicieTekst

Z serii: Jan Morawski #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

KATARZYNA KWIATKOWSKA
ZBRODNIA W BŁĘKICIE


Zysk i S-ka Wydawnictwo

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1.

— Jesteśmy na końcu świata — padło z narożnika sań.

Jan przytrzymał czapkę i odwrócił się w stronę, skąd dochodził głos. Mateusz, kamerdyner i najwierniejszy przyjaciel, siedział tak opatulony, że przypominał wielki kokon, mumię lub zraz zawijany.

Mimo ust na wpół zdrętwiałych od mrozu, Jan spróbował pocieszyć malkontenta:

— Wielkie Księstwo Poznańskie to nie koniec świata.

— Już dawno przekroczyliśmy granicę z Królestwem[1].

Jan uśmiechnął się w duchu i cierpliwie odpowiedział:

— Do granicy daleko. Poza tym jedziemy w innym kierunku.

— A kto w tej zadymce rozróżni kierunek?

Wątpliwość była jak najbardziej zasadna. Świat skrył się za zasłoną lodowatych płatków, pędzących z zawrotną prędkością. Wiał tak silny wiatr, że śnieg padał prawie poziomo.

Jan zasłonił dłonią usta — bez tego podmuchy aż zatykały, uniemożliwiając nie tylko mówienie, ale i oddychanie — i przypomniał:

— Na Alasce na polowaniu nie przeszkadzały ci gorsze zadymki.

— Nienawidzę zimy i nienawidzę wysp. Mają fatalny wpływ na moje samopoczucie. I nienawidzę być głodny. Mam nadzieję, że mają tam wystarczające zapasy żywności, bo utkniemy na wiele dni — krakał. — Nikt nam nie pomoże na tym pustkowiu.

— Co ma z tym wspólnego wyspa? — wykrztusił zdumiony Jan, mając jednocześnie nadzieję, że po solidnej wielkopolskiej kolacji Mateuszowi wróci humor.

— Pałac wśród śniegu i lodu jest jak wyspa. Będziemy odcięci przez lata.

Po przedstawieniu tej krzepiącej wizji Mateusz zamilkł.

Jan wyraźnie nie podzielał nastroju swego towarzysza. Kochał wyzwania, był młody i spragniony wrażeń, a tych podróż przez zadymkę dostarczała aż nadto. Co prawda, zamiast siedzieć biernie z tyłu sań, wolałby nimi powozić, z drugiej jednak strony przy takiej pogodzie i na nieznanym terenie lepiej, że saniami kierował przysłany z Tarnowic fornal.

Im bardziej Jan był podekscytowany, tym bardziej zgryźliwy stawał się Mateusz. Z wnętrza zwoju dobiegło:

— Czy on wie, gdzie jesteśmy?

— Sprawia wrażenie, że wie. — Jan wierzył w fornala.

— Wrażenie to za mało, jeśli wolno mi zauważyć.

Po rzuceniu tej kwaśnej uwagi Mateusz zakrył sobie twarz pledem i całkowicie zniknął pod stertą futer.

Jan także cofnął się w głąb sań, gdzie wiatr nie hulał tak bezkarnie. Nie było widać nic i mimo woli podziwiał doświadczonego woźnicę najwyraźniej odnajdującego drogę dzięki sobie tylko znanym punktom terenu.

W pewnej chwili pochylił się i krzyknął w głąb kokonu:

— Już prawie jesteśmy. Minęliśmy bramę.

— To na pewno brama innego majątku.

Jan wybuchnął śmiechem, natychmiast zdławionym przez wicher. Postanowił zaprzestać prób podnoszenia Mateusza na duchu.

Zatrzymali się i Jan popatrzył na pałac. Widział właściwie tylko wejście tej prawdziwie wielkopańskiej siedziby — kilkanaście stopni, szeroki podest, cztery kolumny portyku. Odgarnął z siebie futra i wstał. W tym momencie poczuł tak silny powiew wiatru z boku, że aż musiał chwycić się sań. Odwrócił się lekko, by sprawdzić, jak idzie Mateuszowi — odkopywał się właśnie spod sterty futer i koców. Zgięci w pół skierowali się obaj w stronę schodów. Wyraźnie oczekiwano gościa, gdyż gdzieniegdzie na stopniach dostrzegli ślady odśnieżania, teraz prawie zasypane. Jan z Mateuszem ruszyli pod górę, natomiast woźnica zeskoczył na podjazd i zakrywając twarz od wiatru i śniegu, przesuwał się na tył sań.

W chwili, gdy Jan z Mateuszem dotarli na podest schodów, podwójne drzwi wejściowe się otworzyły i ktoś w nich stanął. W wejściu do pałacu czekał Tadeusz Tarnowski, pan domu i przyjaciel Jana. Objął przybysza serdecznie, nie bacząc na jego ośnieżone odzienie, poklepał po plecach i wprowadził do sieni.

— Witaj, Janie. Nareszcie. — Wyglądał na autentycznie szczęśliwego i Jan pomyślał, że warto było pokonać tę drogę, choćby tylko po to, aby być tak przywitanym. — Nareszcie przyjechałeś.

Tuż za nimi do sieni wszedł Mateusz, tak samo jak Jan zasypany śniegiem. Szybko zamknął za sobą drzwi, odcinając ich tym samym od zamieci i od razu zaczął otrzepywać Jana ze śniegu. Uśmiechnięty Tadeusz wpatrywał się w długo wyczekiwanego gościa i na nic innego nie zwracał uwagi. Mateusz skończył odśnieżanie Jana i zajął się swoim okryciem. Całą trójką weszli do holu.

— Gdzie Franciszek? — zwrócił się Tadeusz do podbiegającego lokaja.

— Panicz Karol dopiero wrócił. Pan Franciszek mu pomaga.

Jan rozglądał się po imponującym holu. Ciemnobrązowe boazerie płycinowe pokrywały ściany od dołu i przechodziły w obramowania drzwi. Usytuowana w narożniku klatka schodowa miała kształt litery L, a jej główną ozdobę stanowiła balustrada z rzeźbionymi tralkami oraz masywne wsporniki. Sufit ubogacały drewniane kasetony, a ich wzór odtwarzała posadzka z kamiennych płyt. Nad olbrzymim kominkiem z piaskowca wisiała tarcza herbowa, a wyposażenie uzupełniały fotele na lwich pazurach i imponujący żyrandol na łańcuchu. Hol urządzono jak wnętrze mieszkalne — dodatkowy pokój, w którym domownicy mogą wspólnie spędzać czas.

Tadeusz pociągnął gościa na środek i pomógł mu pozbyć się ciężkiego od lodu futra, które natychmiast przechwycił lokaj. Potem bez ceregieli wziął Jana w ramiona, przez chwilę przyglądał mu się rozpromieniony, a w końcu roześmiali się obaj. Stali tak razem, pod pewnymi względami podobni mimo dzielących ich lat — obaj wysocy i szczupli, obaj ciemnowłosi.

— Wyglądasz prawie jak Afrykańczyk! — zażartował gospodarz. — Skąd wracasz, Janie?

— Z Persji.

Tadeusz zagwizdał.

— Ty szczęściarzu. A nas tu prawie zasypało. Zresztą, co ci będę opowiadał. Przejechałeś tę drogę, to wiesz lepiej niż ja, co się dzieje.

— Straszna pogoda, odwykłem od polskich zim.

Tadeusz roześmiał się i aż mu oczy rozbłysły.

— Pozwól, chciałbym, abyś poznał moją żonę — zbliżył się do kobiety w błękitnozielonej sukni, która w towarzystwie panienki w błękicie właśnie ukazała się na progu.

— Kochanie, przedstawiam ci Jana, mojego przyjaciela. Nic więcej nie muszę dodawać, bo ciągle ci o nim opowiadam. Janie, moja żona, Julia.

Jan się ukłonił i spojrzał uważnie na drobną, szczupłą, ciemnowłosą kobietę. Jej uroda zdała mu się orientalna. Jakby to ona wróciła z Persji. Brakowało tylko czadoru. W porównaniu ze swojskim Tadeuszem, a może z powodu roztaczanego przez nią słodkiego zapachu, Julia skojarzyła się Janowi ze wschodnimi słodyczami, z rachatłukum.

Pani domu również przyglądała się gościowi.

— Rzeczywiście, Tadeusz bez przerwy o panu opowiada — powitała go melodyjnym głosem.

— Proszę nie wierzyć w żadne jego słowo.

— Nawet jeżeli mówił o panu dobrze?

Skrzywił się komicznie i pochylił ku niej, jakby dzieląc się sekretem:

— Zwłaszcza w to proszę nie wierzyć.

Potem zaczął tłumaczyć się Tadeuszowi ze spóźnienia.

— Daj spokój, przecież to nie ty zesłałeś zamieć.

Gość nie zdążył odpowiedzieć, gdy Julia dodała:

— Mamy przynajmniej taką nadzieję.

Roześmiali się.

— Dziękuję, że przysłałeś po mnie konie — zwrócił się Jan do gospodarza, mając myśli zaprzątnięte Julią. — Całą drogę podziwiałem powożącego. Nie wiem, czy ktoś inny by tu dotarł.

— Jest najlepszy.

Jan uznał, że może znowu spojrzeć na żonę przyjaciela, choć nie chciał się w nią wpatrywać zbyt nachalnie. Wiele o niej słyszał. Na ogół powtarzano, że jest rozkojarzona, nieobecna, bez głowy do prowadzenia domu, towarzyskich konwenansów, religijnych nakazów. To akurat rozumiał doskonale. Tak samo jak to, że pani Tarnowska żyła według własnej fantazji i, ku oburzeniu poznańskich matron, jeśli nie było w domu gości, to nie przestrzegała nawet godzin posiłków.

Zwrócił się do niej, choć wiedział, że nie ona zarządza domem:

— Mam nadzieję, że tym opóźnieniem nie spowodowałem zbyt wielkich komplikacji?

Uśmiechnęła się, jakby taki drobiazg nie był wart wspominania. Odpowiedział mąż:

— Nic się nie stało. Ile to już lat, Janie? Pięć?

— Prawie. Na pewno więcej niż cztery.

Tadeusz robił przegląd pamięci:

— Genewa?

— Genewa.

— Musisz opowiedzieć, co przez ten czas robiłeś. Te wszystkie miejsca, z których do mnie pisałeś…

Znowu uścisnęli sobie ręce. Tadeusz poprowadził Jana w kierunku stojącej nieco z boku panienki.

— Chciałbym, abyś jeszcze kogoś poznał.

Gość oniemiał. Zdało mu się, że widzi zmarłą przed wielu laty ukochaną siostrę Tadeusza, Karolinę. Dziewczyna, według oceny Jana mniej więcej osiemnastoletnia, miała takie same jasne włosy, przejrzystość, błękit oczu… Niemożliwe, żeby była jej córką — Karolina zmarła, mając piętnaście lat. Tadeusz nie dostrzegł oszołomienia gościa.

 

— Zosiu, poznaj proszę mojego przyjaciela, Jana Morawskiego. Janie, to panna Zofia Rusiecka, córka moich przyjaciół, która przebywa u nas w gościnie.

— Bardzo miło mi panią poznać.

— Mnie również. Ja także wiele o panu słyszałam — rzekła cichym, drżącym głosem, dygnęła szybko jak mała dziewczynka, po czym opuściła głowę i splotła za plecami ręce. Fryzurę miała bardzo młodzieńczą — próbując okiełznać włosy, uczesano je w koronę. Cel jednak nie został osiągnięty. Pojedyncze kosmyki wymykały się z upięcia i dziewczyna wyglądała, jakby puszysty obłok otaczał jej głowę. W tej chmurze przebłyskiwały szafiry diademu. Nieśmiało spojrzała na Tadeusza, jakby sprawdzała, czy jest zadowolony. Upewniwszy się, cała się rozpromieniła.

Jan przyglądał się Zosi ciekawie. Nie miewał kontaktu z nieopierzonymi panienkami, bo ze względu na krążące o jego przeszłości plotki uznawano go za niewłaściwe towarzystwo dla tych niewinnych duszyczek. Teraz zastanawiał się, czy Zosia mogła być córką Tadeusza. Czyżby zdecydował się na romans z mężatką i do tego żoną przyjaciela z dzieciństwa? Czy Zosia wie o swoim podobieństwie do siostry Tadeusza? A przede wszystkim czy wie Julia?!

Kątem oka zauważył, że ciemno ubrana starsza kobieta wydaje w kącie polecenia lokajom. Służący wyszli do sieni, a Mateusz podążył za nimi. Po chwili wrócili, niosąc walizki, pakunki, pudła.

— Czy zechciałabyś, Mario, wskazać pokój naszemu gościowi? — zwrócił się do matrony Tadeusz.

Skinęła głową i ruszyła w stronę schodów.

— Spotkamy się na kolacji. Nie spiesz się.

— Pół godziny mi wystarczy, Tadeuszu.

Dwie boginie — jakoś nie umiał o nich inaczej myśleć — stały koło siebie. Jan ukłonił się im, a one odpowiedziały uśmiechem — jedna zagadkowym, druga nieśmiałym.

Wchodząc po schodach, Morawski dostrzegł na pierwszym piętrze ogromny portret pięknej ciemnowłosej damy. Sądząc po stroju — wspaniałej krynolinie w kolorze dojrzałej wiśni — obraz namalowano mniej więcej przed czterdziestu laty. Stanął, wpatrując się w oczy kobiety, z których biło ciepło i mądrość. Aż się uśmiechnął. Nie zauważył, że Maria również się zatrzymała i przygląda mu się z zainteresowaniem.

— To poprzednia pani Tarnowska.

Dopiero teraz przypomniał sobie, że nie jest sam.

— Matka Tadeusza?

Maria skinęła głową i ruszyła jednym z korytarzy. Ociągając się, podążył za nią. Nie chciał rozstawać się z piękną panią. Wszedł do wskazanego pokoju, w którym Mateusz szybko wyciągał ubrania z walizki. Maria zlustrowała pomieszczenie, sprawdziła, czy wszystkie szuflady są zamknięte i czy piec jest wystarczająco ciepły. Lokaje stali przed nią na baczność.

— Czy będzie pan czegoś jeszcze potrzebował?

— Wydaje mi się, że nie. Mateuszu?

— Wszystko jest — potwierdził kamerdyner, kłaniając się Marii. Niedawna zrzędliwość ustąpiła miejsca właściwej mu dystynkcji.

— Śniadanie podajemy w jadalni od godziny dziewiątej. Goście schodzą o odpowiadającej im porze, ciepłe dania są rozstawione na fajerkach.

Jan z humorem dostosował się do narzuconej mu roli nowego ucznia w szkole z internatem: bez słowa posłusznie skinął głową, słuchając dalszych instrukcji.

— O ósmej służący roznoszą po sypialniach kawę lub herbatę i sucharki.

— Dla mnie tylko kawa.

— Jak pan sobie życzy.

Ostatni raz rzuciła okiem na sypialnię.

— Czy w pałacu przebywa wielu gości? — ośmielił się zapytać Jan.

— Hrabina Kareńska oraz panna Paulina i pan Wacław Bonikowscy. I oczywiście panienka Zosia i jej brat Karol. To raczej domownicy, nie goście. Jeśli to wszystko…

— Tak, nie zatrzymuję pani dłużej, bo z pewnością ma pani inne zajęcia.

Nie zaprzeczyła, za to przypomniała mu:

— Kolacja za niecałe pół godziny.

— Stawię się.

— Jest pan pewien, że nie potrzebuje jeszcze kogoś do pomocy? Może życzy pan sobie, by rozpalić w kominku? Niektórzy goście wolą takie ogrzewanie niż piece.

— Jestem pewien, że damy sobie radę. Piec nam wystarczy.

Na dany znak lokaje odmaszerowali jak na musztrze. Maria wyszła za nimi i zamknęła drzwi.

— Ostra. Jak brzytwa — podsumował złośliwie Mateusz, rozwieszając wieczorowe ubranie Jana.

— Jak brzytwa to jest twój język.

Jan z podróżnego neseseru wyciągał książki, dokumenty, przybory do pisania, cygara i inne niezbędne przedmioty. Na moment zatrzymał w ręce zaczytany tom de Montaigne’a i z zamyślonym uśmiechem go pogładził.

Mateusz także rozpakowywał swój bagaż. Jan jak zawsze nie mógł powstrzymać rozbawienia, gdyż kamerdyner niezmiennie zaczynał od swoich skarbów: czapki w kratkę, fajki, lupy, kilku książek Conan-Doyle’a i podręcznika medycyny sądowej. Prawdziwy niezbędnik wielbiciela i naśladowcy Sherlocka Holmesa. Brakowało tylko skrzypiec i laboratorium chemicznego.

Ku zdumieniu Jana kamerdyner gwizdał „Pieśń Torreadora” z Carmen. W przypadku Mateusza stanowiło to nieomylny znak rewelacyjnego humoru. Jednak żeby przed kolacją…?

— Wszystko dobrze, Mateuszu?

— Nawet lepiej.

Jakakolwiek była tego przyczyna, Mateusz przypisywał taki sam dobry nastrój wszystkim wokół.

— Pan Tarnowski wydaje się bardzo szczęśliwy. Nic dziwnego zresztą, ten pałac to królewski kąsek. To samo można powiedzieć o jego żonie.

Jan zacmokał karcąco, chcąc przywołać służącego do porządku, ale wolał ograniczyć się do takiej formy zwrócenia uwagi, gdyż słowa kamerdynera dziwnie zgadzały się z jego własnymi myślami.

— Jedyne, czego tu brakuje, to dzieci, nie uważa pan?

— To prawda — Jan znowu usłyszał swoją myśl.

— Czy naprawdę państwo Tarnowscy myślą o adoptowaniu tych młodych?

— Nie wiem, Mateuszu, być może adopcja jest już przeprowadzona.

— Znałem podobny przypadek. Małżeństwo przygarnęło dziewczynę, sierotę po jakimś dalekim krewnym, i wkrótce potem zdarzył się wypadek na polowaniu. Żona właściciela zginęła, a po kilku miesiącach wdowiec ożenił się ze swoją podopieczną.

— Wyobrażasz sobie Zosię jako morderczynię?

*

Jan przebierał się błyskawicznie w wieczorowy strój. Kamerdyner po wzmiance o przebywającej w pałacu dziewczynie poczuł się upoważniony do wypowiedzenia swej opinii:

— Co do panienki to bardzo mi się podoba. Na pierwszy rzut oka, bo nie miałem czasu przyjrzeć się dokładniej. Obserwowałem wymianę spojrzeń między gospodarzami.

Zawiesił głos i spojrzał kątem oka, czy udało mu się zaintrygować Jana. Udało. Jan podniósł wzrok i czekał na ciąg dalszy.

— Państwo Tarnowscy popatrzyli na siebie znacząco, gdy pan rozmawiał z panienką. Coś mi się widzi, że zamierzają zabawić się w swatanie.

— Czyżbyś chciał mnie ożenić?

— Nie zdecydowałem się jeszcze — odpowiedział rzeczowo Mateusz. — Jeśli pana ożenię, wówczas koniec z podróżami, ale jeśli pana nie ożenię, to nigdy nie będziemy mieli domu.

— Mogę rozwiązać twój dylemat — przynajmniej jeśli chodzi o Tarnowice. Tadeusz wie, że w moim przypadku małżeństwo nie wchodzi w grę, a poza tym wspominał mi, że panienka jest zaręczona.

— Nie tracę jednak nadziei, że zdecyduje się pan na ten skok na głęboką wodę. Wtedy ja nareszcie zrealizuję moje marzenie i spiszę nasze przygody. Jak na Watsona przystało — Mateusz już otwierał usta, aby coś dopowiedzieć, ale Jan rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. Kamerdyner porzucił więc drażliwy temat, ale nadal miał szampański humor i sam zdradził jego powód:

— Pytałem lokaja, czy dobrze tu karmią służbę.

— I czego się dowiedziałeś?

— Że dzisiaj na kolację dostaniemy czerninę. Jeśli chodzi o mnie, to nie potrzebuję innej rekomendacji. Przy czerninie nie przeszkadza mi nawet towarzystwo nudziarzy.

— Nie sądzę, abyś się nudził — roześmiał się Jan, wpinając szpilkę do krawata. — Majordomus Franciszek jest bardzo interesującą postacią. Wiele podróżował z ojcem Tadeusza i ponoć nielegalnie przywieźli coś z Indii, jakiś przedmiot kultu. Próbowano to odzyskać, napadając na Franciszka.

— Jaki przedmiot kultu? — zafascynowany Mateusz wpatrywał się w Jana.

— Nie wiem. Tylko Franciszek wie, ale milczy.

Z dołu dobiegł ich odgłos gongu. Jan uznał, że jest gotowy, skinął ręką Mateuszowi i wyszedł z sypialni. Korytarzem dotarł do górnego holu i zbiegł po schodach. Wszyscy już się zebrali. Patrzyli na niego z nieukrywaną ciekawością, co oznaczało, że i tym razem reputacja go wyprzedziła.

— Pozwolisz, że cię przedstawię. — Tadeusz wziął go lekko pod ramię i poprowadził w stronę nobliwie wyglądającej damy, w której Jan domyślił się hrabiny Kareńskiej. Siedziała w jednym z foteli, ale wyglądała, jakby zasiadała na tronie: wyprostowana i sztywna, w aksamitnej czarnej sukni, od której odcinał się zawieszony na szyi medalion. Szczupłe arystokratyczne palce zdobiło kilka staroświeckich pierścionków. Ciemne, gorejące oczy robiły wrażenie, zwłaszcza przy białej cerze i siwych włosach, ale tym, co przykuwało wzrok, był dumny, wręcz pyszny wyraz twarzy.

— Pani hrabino, pozwoli pani, mój przyjaciel, Jan Morawski. Pani hrabina Kareńska, Janie, przyjaźniła się w szkole z matką Julii.

Jan ukłonił się i pocałował podaną dłoń. Tymczasem Tadeusz szedł dalej.

— Panno Paulino, mój przyjaciel, Jan Morawski.

Nie zdążył nic powiedzieć. Dłoń uniosła się wysoko, żeby wymusić pocałunek. Jan jednak miał manewr uniku po wielokroć przećwiczony: dłoń uścisnął, ukłonił się nad nią i na tym zakończył. Zignorował też to, że podając mu rękę, Paulina pochyliła się, eksponując dekolt, którego wycięcie i bez tego sięgało granic… ostatecznych. Srebrna blondynka w srebrnej sukni, o spojrzeniu zimniejszym i twardszym niż diamenty kolii, którą nosiła, od razu przejęła inicjatywę.

— Wprost nie mogłam się pana doczekać — rzekła miękko głosem rozpieszczonej kotki.

Jan pomyślał, że panna Bonikowska uwielbia szokować, ale nawet takie zachowanie nie mogło stopić lodu, jaki od niej wyczuwał. Prawie wyrwał rękę. Tadeusz odchrząknął, widząc to przywitanie i spróbował zapanować nad rozbawieniem.

— Julię i Zosię już znasz.

Jan ukłonił się boginkom, a Tadeusz poprowadził go w stronę dwóch mężczyzn.

Pierwszy z nich — ciężki, ogromny, z dumnie uniesioną głową i wyćwiczoną miną pełną godności — był to Wacław Bonikowski, poseł, sąsiad i narzeczony Zosi. Jego wysiłki, by wywrzeć imponujące wrażenie, poszły na marne. Nie dosyć bowiem, że brat Pauliny miał maleńką głowę osadzoną na wielkim korpusie, to na dodatek usiłował ukryć przedwczesną łysinę, komicznie zaczesując włosy znad jednego ucha w stronę drugiego. Podał Janowi z wyższością końcówki palców i nawet nie oddał uścisku. Jan z trudem oderwał od niego wzrok i spojrzał na drugiego mężczyznę. Pogodny, otwarty chłopak w typie sportsmana[2], wysoki i szczupły blondyn, który szczerze i z werwą uścisnął podaną dłoń, był bratem Zosi. Na jego widok człowiek sam się uśmiechał.

— A to Karol Rusiecki — dopełnił prezentacji gospodarz.

— Cieszę się, że nareszcie mogę pana poznać. — Patrzył na Jana z entuzjazmem i rozbrajająco dodał: — Nie jest pan trochę za młody?

— Za młody?

— Za młody na mojego przyjaciela — wyjaśnił Tadeusz.

— Mój ojciec był przyjacielem Tadeusza — wytłumaczył Jan.

— Nie tylko przyjacielem — uzupełnił Tarnowski. — Był moim wzorem, nauczycielem.

Karol spoglądał to na jednego, to na drugiego, aż Jan z uśmiechem przerwał te kalkulacje.

— Już wyjaśniam — mój ojciec był starszy od Tadeusza o ponad dziesięć lat, ale najwyraźniej wiek w przyjaźni nie stanowi przeszkody.

— Zgadza się — potwierdził pan domu. — Jan jest przecież młodszy ode mnie o piętnaście lat i to też nie przeszkadza.

Tymczasem podano do stołu, Tarnowski podszedł więc do hrabiny, z atencją pomógł jej wstać i poprowadził do jadalni. Wacław zaoferował ramię Julii, a Jan został dosłownie porwany przez Paulinę. Za nimi do rozświetlonej jadalni weszli Karol z Zosią. Janowi wskazano miejsce między Julią siedzącą u szczytu stołu a Pauliną. Jego sąsiadką vis-à-vis została Zosia.

Światła wielkich żyrandoli i bocznych kinkietów odbijały się w srebrnej zastawie stołowej i sztućcach, w kryształowych naczyniach, w szybach witryn, w biżuterii pań. Wniesiono pierwsze danie — solę w sosie holenderskim. Jan zauważył, że Julia nałożyła sobie tylko ozdoby z warzyw i sos.

 

Tadeusz zwrócił się do zebranych:

— Czy wiedzą państwo, że nasz nowy gość, Jan, przybywa właśnie z Persji — zresztą widać po kolorze skóry, że nie spędzał ostatnio czasu w kraju — i wpadł prosto w największą od dwudziestu lat śnieżycę.

— Zmiana rzeczywiście radykalna. Ostatni raz widziałem tyle śniegu, kiedy spędzałem Gwiazdkę u dziadków.

— Nie rozmawiajmy o tym okropnym śniegu — włączyła się Paulina rozkapryszonym tonem. — Proszę opowiadać o Persji. Podróżować — to najcudowniejsze, co może być.

— Przecież podróżowałaś z matką przez całe dzieciństwo — przypomniał jej nietaktownie Karol. — Dopiero niedawno wróciłaś do kraju.

— Takie tam podróże — machnęła lekceważąco ręką. — Francja, Włochy. Co to za przygoda? Ja marzę o egzotyce, o dalekich krajach, obcych lądach, o spaniu w oazie w namiocie.

— U nas największym wielbicielem podróży jest Franciszek — zaśmiał się Tadeusz. — Cały czas namawia mnie i Julię, żebyśmy gdzieś wyjechali. Niestety, ciągle to odkładam. — Tu zwrócił się do Jana: — Jakoś nie potrafię zostawić posiadłości pod nadzorem administratora, choćby najlepszego. Gospodarstwo potrzebuje…

Nie dane mu było jednak dokończyć. Ostro przerwała mu panna Paulina, uznając, że powiedział już wystarczająco dużo. Jan stanowił obecnie centrum jej świata i tylko jego miała ochotę słuchać.

— Musi mi pan wszystko opowiedzieć o tej ostatniej podróży. Czy to prawda, że tam mężczyźni mają wiele żon?

— Tak, o ile ich na to stać.

— Racja — głosem pełnym śmiechu skomentował Karol. — Tutaj trudno utrzymać jedną żonę. A kilka? To przecież katastrofa.

Do rozmowy wtrąciła się hrabina, mrożąc od razu dobry humor:

— Uważam, że wielożeństwo woła o pomstę do nieba. Chrześcijanie — tu znacząco spojrzała na Jana — w ogóle nie powinni udawać się w takie miejsca, przynajmniej dopóki misje nie nawrócą pogan.

Paulina marzyła dalej, ignorując wypowiedź Kareńskiej:

— Bardzo bym chciała tam pojechać. Obejrzeć. Zwiedzić.

— A zostać? — rzucił Karol.

— Tylko jeśli byłabym ukochaną sułtana.

Towarzyszyło temu kokieteryjne spojrzenie na Jana. Karol nie ustępował:

— Nie wystarcza ci, że jesteś moją ukochaną?

Jan patrzył akurat na Zosię i zauważył, że opuściła głowę zakłopotana wyznaniem brata.

Tadeusz wyjaśnił:

— Nie wiem, czy ci wspominałem, Janie, ale zapowiada się, że będziemy mieli podwójne wesele. Zosia jest po słowie z Wacławem, Karol zaś oświadczył się pannie Paulinie i wygląda na to, że będzie przyjęty.

— Wszystko zostanie w rodzinie — zażartował Karol.

— Nie przesądzałabym tego. Wiele się rzeczy niespodziewanych może wydarzyć między ustami a brzegiem pucharu — zmroziła ich znowu Kareńska niczym Zła Królowa.

Zapanowała konsternacja, której sprawczyni odłożyła sztućce i zwróciła się do Jana tonem niedopuszczającym sprzeciwu:

— Z moich obserwacji wynika, że młodzi ludzie są obecnie bardzo zmienni. Nie znajduje pan? Za czasów mojej młodości kochało się raz na zawsze.

— Co za nudy — dobiegł Jana szept Pauliny.

— Młodzi państwo Rusieccy na przykład, Zofia i Karol. Jakże oni są niestali — ostry głos hrabiny ciął jak nóż. — Panienka już kilka miesięcy po śmierci narzeczonego, którego rzekomo tak kochała, pocieszyła się innym. A jeśli chodzi o Karola, to miał bardzo chorą narzeczoną. Suchoty, stan beznadziejny. I cóż na to kochający pan Karol? Żeni się z inną.

Po wypuszczeniu dwóch zatrutych strzał arystokratka zamilkła. Bez wątpienia mogła być z siebie zadowolona — teraz także Karol miał zwarzony humor.

Na szczęście w tym momencie służący wnieśli comber sarni z truflami i sosem maderowym. Jadalnię wypełnił zapach dziczyzny i upajający aromat grzybów.

Jan jadł z coraz większym przymusem, mimo że przepadał za tym połączeniem smaków. Nie tylko wrogość panująca w jadalni odebrała mu ochotę na jedzenie i przyprawiła o zawroty głowy. To zapach perfum, którymi zlała się bez umiaru Paulina, tłumił inne aromaty i przenikał smak potraw.

— Uwielbiam trufle — oblizała wargi sprawczyni węchowych katuszy Morawskiego. — Podobno to afrodyzjak, próbował pan?

Rozległ się jej perlisty śmiech. Jan zignorował tę jawną prowokację i zwrócił się do Julii:

— Pani nie je mięsa?

— Nie, raczej nie. Ale to nie względy zdrowotne, po prostu nie lubię.

— Pani Julia jest wyznawczynią filozofii wegetariańskiej — podsłuchiwała Paulina.

— Nie jestem, bo nawet nie wiem, że coś takiego istnieje — padła spokojna odpowiedź.

Paulina spojrzała znacząco na Jana, sprawdzając, czy dostrzegł ignorancję gospodyni.

— To typ diety, w której nie występuje mięso — wyjaśnił Jan.

— W takim razie jestem jej wyznawczynią.

Do rozmowy włączył się Wacław, który właśnie skończył drugą porcję pieczystego.

— To znaczy, że pani w ogóle nie jada mięsa?

Julia przytaknęła, a poseł się upewniał:

— Nie je pani pieczeni, pasztetów, szynek, wędlin?

— Ani jednej z tych rzeczy.

— To co pani je? — upodobania kulinarne gospodyni przekraczały jego możliwości pojmowania.

Tadeusz dostrzegł, że żona znalazła się w kłopotliwej sytuacji i odwrócił uwagę Bonikowskiego:

— Wacławie, ponoć znowu wyjeżdżasz do Berlina?

— Tak, moja obecność jest tam niezbędna. Pracuję obecnie intensywnie nad powrotem do ery pojednania z czasów kanclerza von Capriviego[3] — donośnym, głębokim głosem zwrócił się do Morawskiego. — Poinformowano mnie jednakże, że wrogie siły podejmują działania przeciwne moim.

— Tadeusz wspominał mi, że jest pan posłem — chciał wspomóc gospodarza Jan, nie zdając sobie sprawy, na co się decyduje.

— Zgadza się. I z dumą muszę zaznaczyć, że jestem wybitnie aktywnym parlamentarzystą. Jak obliczono i podano do publicznej wiadomości, zajmuję drugie miejsce, jeśli chodzi o łączny czas przemówień.

— Jeszcze wczoraj to było trzecie miejsce — skomentowała półgłosem Paulina. — Opowiedz, drogi bracie, jak twoja mowa prawie zniszczyła tę ustawę o dziwnej nazwie.

Służba kończyła sprzątanie ze stołu. Karol mruknął:

— Chryste, słyszałem to już milion razy.

— Co takiego, Karolu?

— Mówiłem właśnie panu Morawskiemu, że jesteś ważną postacią i że Koło Polskie już dawno przestałoby bez ciebie istnieć.

Wacław uśmiechnął się łaskawie, uniósł rękę, aby uciszyć zebranych i zaczął:

— To było w listopadzie zeszłego roku. Nic nie zapowiadało, że ta sesja będzie odbiegać od…

Wniesiono kolejne danie — przyrumienione kwiczoły i przepiórki, atrakcyjnie udekorowane kompotami[4] i sałatami. Na widok tych smakowitości i na szczęście dla współbiesiadników Wacław natychmiast przerwał swoją anegdotkę i wpatrywał się zahipnotyzowany w półmiski. Po chwili wszyscy mieli już jedzenie na talerzach, nawet Julia, chociaż także i tym razem zrezygnowała z mięsa, zadowalając się kompotem z jabłek, sałatą z roszponki i drugą z selerów. Paulina wyraźnie przyznała sobie monopol na Jana i testowała na nim najstarszą metodę postępowania z mężczyznami, mieszaninę pochlebstwa i zainteresowania.

— Czy na czas zimy znajduje pan sobie jakieś fascynujące zajęcia? Taki mężczyzna jak pan na pewno nie zadowala się zwykłym życiem.

— Nie bardzo rozumiem, co pani ma na myśli, mówiąc o fascynujących zajęciach?

— Coś niezwykłego. Na przykład narciarstwo. Zna pan ten sport?

— Poznałem go w Skandynawii, gdzie, ze względu na klimat, narty są niezastąpionym środkiem transportu.

— Słyszałem, że są też popularne w innych krajach w rejonach górskich — włączył się Karol.

Nagle ożywiona i pełna entuzjazmu Zosia klasnęła w dłonie i zwróciła się z pytaniem do brata:

— Widziałeś je w Meran[5], jak odwiedzałeś Halszkę?

Karol patrzył na nią, z trudem hamując złość. Zarumieniona dziewczyna zaczęła niezbornie tłumaczyć:

— Halszka to… to moja przyjaciółka. Karol odwiedził ją… Był w okolicy, gdzie ona przebywa i odwiedził ją… w moim imieniu.

— Co czytasz, Zosiu? — zaatakowała znienacka Paulina. — Zaczęłaś już Zolę, którego ci pożyczyłam?

— Ja… tak… ale…

— Ale co? Wypowiadaj się zdecydowanie.

Spłoszona dziewczyna czyniła bohaterskie wysiłki, żeby sprostać oczekiwaniom przyszłej szwagierki. Kilkakrotnie przełknęła ślinę i w końcu udało jej się odpowiedzieć z drżeniem w głosie:

— Nie podoba mi się. Za bardzo.

— Bo jesteś staroświecka. Świat idzie do przodu. Nie możesz żyć ciągle w średniowieczu. Co ja mam z tą dziewczyną, to pan sobie nie wyobraża. Jak bym jej pozwoliła, to by się zatrzymała na etapie Tańskiej-Hoffmanowej i podobnych bzdur dla panienek. Bestia ludzka Zoli to niezbędna książka — kontynuowała krucjatę Paulina. — Nie znając jej, nigdy nie staniesz się nowoczesną i modną kobietą.