Ballada o SylwiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

*

Podziękowania


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Agnieszka Niegowska

Korekta

Sylwia Ciuła

Marzenna Kłos

Copyright © by Katarzyna Kubicka, 2019

Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

włoska robota

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9429-1

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Rodzicom i Julkowi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

* * *

Patrzcie ją, idzie Gramerowa. Włosy zrobione na blond, zachciało się wyglądać, swędzi ją. Ale co? To brzydkie słowo, które ma Gramerowa między nogami. Sylwia też to ma i matka Sylwii ma, a ojciec nie.

Czerwona torebka, lakierki, kurteczka czerwona, srebrne zameczki. Gdzieniegdzie materiał może nazbyt opięty, powodzi się jej, sporo je. Czy czerwień nie jest zarezerwowana dla… Przepraszam, aż trudno wypowiedzieć, ale czy czerwień nie wydaje się kolorem kurewskim? Trochę tak chyba jest, właśnie tak. Czy Gramerowa wie, że jej opięta czerwona kurteczka krzyczy na ulicy w biały dzień: Patrzcie, ta oto kobieta się kurwi? Malarzowi pozwala się dusić i ściskać. Mężczyzna, jak to mężczyzna, nie pyta, a korzysta. Ale Gramerowa też sobie użyje, nie martw się. Trafiła się malarzowi taka larwa, takie to życie właśnie jest. Nic nie znaczą słowa przysięgi. Gdzie masz swego ślubnego Gramera? Stoczył się na samo dno butelki, więc powiedziała mu: Ejże, stary, bujaj się!

Niech no cię tylko Gramer dopadnie! Do domu sprowadzi za włosy, tam, gdzie twoje miejsce. Palcem wytknie ci kąt, w którym za karę posiedzisz ładnych parę latek. Zamknij ją w komórce, niech wierzga jak zwierz. Nikt krzyków nie słyszy. Wali w drzwi, kłódka się kołysze, prawie tańczy w rytm. Klucz dynda na sznurze przy szyi Gramera, a Gramer śpiewa i się upija. Nie uwiera mnie sznur, nie ciąży mi klucz, boś się sama prosiła!

Gdyby akurat się wytoczył zza rogu pijany Gramer, ale byłby ubaw, heca wielka jak ulica długa. Jak Gramer idzie ulicą, to zawsze ciekawie, a jak przejdzie, to koniec zabawy, znowu nuda, okolica bez wyrazu. Z nim to się dzieje, wciąż coś, a to to, a to tamto. Jezuniu, jak dobrze, że sobie nic nie zrobił, jak by to bez niego było. A jak to w ogóle było, Sylwia, pamiętasz? Ona mówi, że oczywiście, posłuchajcie mili moi, Gramer chciał się zabić, bo jest psycholem. To stary pijanica, ma hyzia, na mózg mu padło, bez pracy, żona się z malarzem pokojowym puszcza, ale albo za mało wypił, albo złamała się deska, bo chodzi, żyje, oddycha. Ale wstydzi się, ludziom w oczy nie patrzy, stale się schyla na ulicy po niedopałki, na „Dzień dobry panie sąsiedzie” nie odpowiada, pieniędzy nie ma, długów nie spłacił, pokarało go za awantury i pijaństwa, a i Gramerową raz z domu wyrzucił, bił ją okrutnie, raz podbite oko, raz rozcięta warga, chodziła spuchnięta. Wszyscy widzieli.

Matko kochana, gdyby się spotkali, to on by jej kark przetrącił na miejscu, a Sylwia musiałaby zeznawać na policji.

Sylwia patrzy, obserwuje, nie mruga, nie je, nie pije. Ulica jest taka długa. Zazwyczaj nic się nie dzieje.

* * *

– O Boże – szepnęła Sylwia.

Siada wygodniej. Nikogo oprócz niej nie ma w domu, więc znowu nie robi nic, siedzi, dłubie w nosie i się wałkoni jak ten listopad za oknem. Spójrzcie sami, powiedzcie jej, że młodej pannie nie przystoi. Aż się sama prosi, bezczelna. Niech ją ktoś z kuchni wywlecze, przyłoży w policzek, niech się dziewczyna do czegoś zabierze, ma dwie ręce, dwie nogi i zdrowie, ale na pracę jednak nie choruje. Sylwia prycha, specjalnie głośno, żebyśmy wiedzieli, że się obraziła.

Z przeciwległej kamienicy nikt nie wyściubia nosa w tak marną pogodę. Oto w całej krasie listopad. Po jednej jedynej ulicy, którą widać z okna, cienkiej witce zresztą, cieniuśkiej jak wiotkie ramię chłopca z mlekiem pod nosem, przetaczają się obrzynki. Jakaś taka niemoc, daremność ruchów, pustka i martwota za oknem. Po co wychodzić? Ani żywego ducha. Nic się nie dzieje.

A jak było w zeszłym tygodniu? O, to jest świetne! Historia nie byle jaka. Jeden gwizd, świst, ona przylepia się do szyby. Sylwia zawsze patroluje, żeby potem móc wszystko opowiedzieć policji. Widziała, zaświadczy, policjant jej opowieść spisze, Sylwię pochwali. Ot, niby zwykły wtorek, a skośnooki sąsiad zmalował otworek i z niego wyciąga. Sylwia nie może powstrzymać się od śmiechu. Tamten poranek śmignął, jakby go ktoś batem smagnął po plecach, nie trzeba było wybiegów, Sylwia nie leżała ani przez minutę na kanapie, nie dłubała w nosie przed oknem. Dawno takiej kołomyi na podwórku nie było. A ona, malowana gospodyni, podniosła czoło wysoko i powiedziała, że możliwości są dwie: albo to jego, albo nie. Cmoka z zadowoleniem. Zima idzie, dlatego kradł węgiel z komórki. Skośne oczy Sylwia zapamięta do końca swoich dni. I ręce, czarne od złodziejstwa, którym się brzydzi, i od węgla, który przynosi się do domu z komórki.

* * *

Sylwię dręczy senność. Wstaje rano i już jest zmęczona. Nawet nie potrafi umyć porządnie twarzy. Dziewczyno, chodzisz jak łajza, żyjesz, przełykasz ślinę, drapiesz się, a jakaś taka śnięta jesteś, jakbyś wczoraj do późnych nocy piła.

Popatrzyła z niechęcią na przedmioty w kuchni. Dużo ich, jak zawsze. Wetknięte w kąty, niepozmywane. Talerze i kubki, ziewnęła, codziennie ta sama melodia, ta sama śpiewka co dzień, niekończąca się historia przedmiotów, które nie chcą stać na swoim miejscu. Wyobrazić sobie tego się nie da, nawet nie próbuj, Sylwia! Myje szklanki, chowa je do szafki, zamyka szafkę, odwraca się – w zlewie stoją brudne szklanki i od nowa. Łamią ją członki jak na grypę. Musi masować z całych sił mięśnie. Nie może się schylić, bo bolą ją plecy, bardziej na prawo, niby pod łopatką, a może i nie. Tyle musi zrobić, a głowa jej pęka. Lepka pajęczyna zasnuwa oczy. Czuje zmiany na skórze coraz wyraźniej. Gorąco oscyluje wokół głowy. Zimne są zawsze nogi, pomimo rajstop i skarpet z prawdziwej froty. Studiuje każdy centymetr kwadratowy ciała. Chyba tutaj boli, boli, wyraźnie boli, Boże, jak boli, aż ma ciarki, coś ciemnieje pod jej skórą, jakby krew, co to jest, czy to było już wcześniej, Jezu, no nie pamięta, ale coś wyraźnie wystaje, nie jest jak zwykle, co to może być, guz, złośliwy guz, Boże, rak, czy rak boli, bo jeśli tak, to umrze.

* * *

Do domu weszła matka z torbami pełnymi jedzenia, produktami z wyprzedaży. Wymęczone, posklejane, obtłuczone, jad kiełbasiany, trzeba będzie wszystko zjeść, bo na wędlinie stoi jak byk, że ważna do spożycia jeszcze przez dwa dni. Inaczej koniec. Trup z wędliny i z tego, kto ją zje. Pogruchotane kości zatańczą. Matka zawsze powtarza, że jedzenia nie wolno wyrzucać, jedzenie trzeba zjeść, po to jest. Pot ścieka po twarzy, jaka ta matka jest nieładna, myśli Sylwia, nic ta kobieta o siebie nie dba, oczy ma jakieś spęczniałe, zmęczone po pracy. Zapłakane? Nie, ona jest spocona, tłusta. Z ciężkimi torbami wracała pieszo do domu, chodnik był pokruszony, a ona nie trzymała równego kroku. Spędziła w pracy większość dnia, skupiona na jednym ruchu przez okrągłe osiem godzin, z jedną przerwą na herbatę i kanapki. Palce i nadgarstek, schylone plecy, palce i nadgarstek, spuchnięte nogi. Palce i nadgarstek, tylko one w ustawicznym ruchu, reszta zanika. W lewej łydce przykurcze.

Przywitała się z córką, unosząc do góry torby. Sylwia w jakiś nieporadny sposób wyrzuciła przed siebie ręce, sugerując instynktowną chęć pomocy, o pół sekundy za późno. Matka stawia torby obok szafki. Zdejmuje buty, rzut oka po kuchni i już wie, wszystkowidzące oczy wiedzą, co i jak było, odtworzą cały dzień leniwej Sylwii.

Czy matka unosi brew? Tak, nie jest zadowolona. Sylwia to dostrzega w okamgnieniu, więc klaszcze, dzień dobry mamo, i kłania się w pas, żartuje, ale matka nawet się nie uśmiechnie. Boże, ludzie są tacy smutni i nudni, jakby na brudnej podłodze kończyło się życie. Sylwia zaraz pozmywa naczynia, przecież to jasne, ugotuje i posprząta, nie, nie, matka sama to zrobi, nie chce pomocy, dziękuje bardzo, ugotuje, posprząta, potem obiad, obiad koniecznie, może zalać gorącą wodą garnki, żeby podczas zmywania łatwiej usunąć zaschnięte od wczoraj jedzenie. Co za spryt! A nie, nie, nie kłopocz się, skoro córka spędza w domu, na niczym właściwie, tyle godzin, to po co brudzić czyste ręce? Czy jest sens?

Przepraszam, przepraszam. Nie musisz, Sylwio, nie musisz. Och, wypchnij ją w końcu z gniazda, kopnij, niech spadnie. Wielka rzecz. Czasami matka musi być tą okrutną. Sylwio, może na kurs, czemu nie, może do jakiejś kosmetycznej szkoły? Będziesz regulować brwi, malować paznokcie, nie będzie ci tak zupełnie źle. Weź się za siebie. Matka pewnie żałuje, że nie urodziła sobie czegoś jeszcze.

 

Jedna i druga zakasuje rękawy. Matka chwyta zatłuszczone talerze, Sylwia miotłę i szmaty do podłogi. Obie zamaczają ręce w ciepłej wodzie. Trochę płynu, tego do naczyń i tego do podłogi. Szorują brudy, osad po kawie, ten po herbacie gorzej schodzi. Coś masz we włosach, takie białe. Papierek, gnida czy pył? Raz za razem, raz za razem, szybkie i dokładne ruchy, raz za razem, żeby wyzuć dom ze wstydliwych nieczystości, które pozostały po trzech ciałach żyjących w mieszkaniu tutaj, razem. Sylwia wykręca szmatę, matka wyciska gąbkę, gąbka się pieni. Ma lśnić, żadnego piachu pod stopami, żadnego zaschniętego jajka na patelni. Nic niech nie zostanie, ani jednego śladu świadczącego, że ktoś tu mieszka, sika, śpi, je i pije. Zagarniaj syf, Sylwio, szmatą, koliste ruchy, a nie proste raz w lewo, raz w prawo, takie machanie nic nie da, zagarniaj jakby do siebie, zagarniam przecież, zagarniam syf, mamo. Nie jesteś dokładna, omijasz kąty i zakamarki, których gołym okiem nie widać, pomyśl, co robisz, wczuj się, wtedy zrozumiesz logikę i odkryjesz, gdzie brud się najczęściej zbiera. Mama to się zna, mama to wie, już dawno odkryła. Jaką ty będziesz, Sylwio, żoną? Nijaką, niczyją żoną, Sylwia sobie samą będzie. Żoną bez męża i matką bez dzieci. Wymień, dziecko, wodę, bo brudna, nie widzisz? Trzeba częściej myć podłogę. Trzeba, trzeba. Sylwia wymienia wodę. Co dziś robiłaś? Nie wie, nic nie robiła, nic, o czym warto powiedzieć. Musisz coś ze sobą zrobić, powinnaś się jakoś zmienić, coś się kończy, coś się zaczyna, umarł król, niech żyje król, nie możesz być kulą u nogi rodzica. Co się odwlecze, to nie uciecze. Kuj żelazo póki gorące, pókiś młoda. Poszukaj sobie pracy i jakiegoś chłopca, nie wydziwiaj, nie marszcz nosa, lepszy rydz niż nic. Gdzie będziesz mieszkać, co będziesz jeść? Nie wiadomo. Pamiętaj, chciwy dwa razy traci. Ja w twoim wieku byłam pracowita jak pszczoła, a ty nie jesteś taka, poszłaś w rodzinę ojca. Już ja wiem, co ty knujesz, co z ciebie za jedna. Pytali się dziś w pracy o ciebie.

Ciało Sylwii się wzdryga. A co się pytali? No przecież wiesz. Sylwii głowa puchnie. A co mama im powiedziała? Nic. Przecież mama wie. Ja nic nie wiem, bo ty nigdy nic mi nie mówisz. Ja już kierownika podgadywałam, on nie będzie robił problemów. Byłby skłonny, mówi mama. Czemu nie chcesz? Praca w fabryce to pewne pieniądze. Nie wiem.

Zobaczysz, inni cię prześcigną i będzie nieszczęście. Będzie nieszczęście. Zobaczysz, że tak będzie. A ja i ojciec nie młodniejemy. Nie młodniejecie. Nie młodniejemy. I co wtedy będzie? Co z tobą będzie? A co ma być? Coś z tobą musi być. Co ma być, to będzie. Pomóc nam musisz. My nie młodniejemy… Nie młodniejecie. Ty nam musisz przynieść radość na starość. Ja? A kto inny? Ty jesteś naszą jedyną córką. Najpierw ja dbałam o ciebie, teraz ty musisz dbać o mnie.

Zapadła głucha cisza. Masło, chleb, sól wypakowane z torby, ustawione w rzędzie na stole, stoją równo, w równym rzędzie. Sylwia nie wie, gdzie podziać ręce. Patrzy w dół na ręce, czyste, białe ręce, niespracowane ręce, odpoczywające, swoje własne ręce. Wzięła sól. Wysypała się krzta soli na stół.

– Będzie nieszczęście.

– Sól na nieszczęście.

* * *

Następnego dnia Sylwia usłyszała ściszone głosy na klatce schodowej.

Zamarło na parę sekund jej ciało, by mogła wyłapać z toczącej się rozmowy choć jedno słowo. Niełatwo zarzucić sieć, gdy droga słów nie jest długa. Usta blisko ucha, z małżowiną delikatnie styka się obśliniona warga. Pierwszy głos należy do mężczyzny, drugi jest kobiecy. Kto teraz mówi? Dźwięk przekręcającego się w zamku klucza. Rozlega się śmiech, szmer, skrzypią schody, rzucone na odchodne: Nie wiem. Drzwi za tajemniczymi osobami się zamknęły.

Kobieta i mężczyzna. Ukradkowe spotkanie. Co takich dwoje może w zaciszu kawalerki robić ze sobą? Pewnie romans – aż dreszcz po plecach przechodzi. Drętwieją palce, Sylwia tak je wygina, że zaraz ze stawu wyłamie jeden po drugim, a ucho ma przytknięte do podłogi.

Robią dzieci. Tak. Nieustannie robią dzieci, bo czynność, której się dopuszczają, ma cel, nic nie jest przypadkowe. Ruchy lędźwi i kontakt narządów płciowych samicy i samca człowieka w prostej linii prowadzą do poczęcia. Czego? Dadzą Ziemi nowego człowieka? Sylwia wybałusza oczy. To tak to się zaczyna? Oni to robią tuż pod nią. Robią dzieci, ale żadne dziecko się nie urodzi. Nic z tego, chcą wszystkich oszukać. On się wstrzymuje, ona po wszystkim octem podmywa.

Kobieta w tej kamienicy nie mieszka, ona się do niego zakradła. Może ma męża. Myślą, że nikt nie wie, że nikt ich nie widzi. Nie widzieli oczu ani nieprzyjaznych im twarzy. Głupcy z nich, zakochańce, bez dwóch zdań romansują. I się przeliczyli. Bo kamienica podsłuchuje wtedy właśnie, gdy nie widzi. I im ciszej mówią, tym w telewizorze częściej wyciszany jest dźwięk. I im bardziej się chowają, tym bardziej kamienica wytęża wzrok. I Sylwia patrzy, i zagląda, niby się przeciąga, ale zawsze kątem trochę podgląda. Stoi oko w oko z judaszem. Wszystko wie, wyzna jak na spowiedzi. Robią dzieci, małe potworki, nie mają jeszcze nóżek i ani jednej ręki. Masz ci los! Chcą obydwoje tylko przyjemności, a to jest przyjemne, żeby was, głupcy, zwieść. Dacie się wrobić, mili moi? Brzuch jej urośnie jak po kapuście czy nie? On ją wtedy zostawi, bo to nie jego brzuch brzydko napęczniał. Śmieją się, są sposoby, wszystko się wypłucze, a Sylwia wróży im złowieszczo: akurat nie tym razem.

* * *

Czy widać po jej twarzy, że codziennie tęskni za czymś płomiennym? Przejmującym jak dreszcz na widok ostrza noża tuż przy gardle. Chwilowo tak. Bardzo przyjemnie jest marzyć, marzenia są potrójnie niewinne i piękne w potęgach. Coś porywającego się przydarza i przez całą noc oko łypie na młot, a młot uderza w kowadło. To serce. Nagle ty, nie kto inny. Siedzi i cmoka z zadowoleniem. Prawie lepsza, wygodniejsza, z pełną gamą opcji i dźwięków. Wystarczy siąść, rozłożyć się i przyciskiem włączyć. Można tygodniami rozwodzić się nad zaletami i korzyściami głowy. Prostota jest jedną z nich. Odpowiednia szufladka otwiera bramy do nieba. Rozkosz na podniebieniu, roztapia się malinowy lód. Latem? Słońce oślepia, w gazetach ukażą się prześwietlone zdjęcia. Z nadjedzonej kolacji wylało się nadzienie na sam koniuszek języka. Maczasz się w szczęściu, krztusisz słodkim nektarem.

Regulacja odbiornika zwiększa tempo obrotów o całe sześć. Od surowego widoku w lustrze łazienkowym, w którym jej żółty sweter wyglądał na miodowy, do zagęszczenia ludzkich głów. Gwarno, szum rozmów. Wrzaski, piski, niedowidzą, może tam stoi ktoś znany. Z lotu ptaka widać, jak formuje się krąg. Dziwne zjawisko, nie pytano tych ludzi, czy tam w ogóle chcą być. Jeden patrzy na drugiego, czwarty, brzuchaty, kłapie dziobem, kłamie jak z nut. W oku cyklonu – ona, królowa wszystkich pszczół. Ach, pękaty ten jej ul, dorodny, odchowany. Dwie piersi obijają się o kolana, do cna wyżłopały robaczki miód. Wyskrobała słoiczek skrupulatnie, nastarała się, upociła, odejmowała od ust – solidna firma ta Sylwia. Hektolitry wypitej wody, staranne, odręczne rysunki propagandowe, wyłączone liczniki na prąd. Założono nowy automobilklub. Mnóstwo ulotek i gazet. W końcu włosy ufarbowane na matowy blond. Trzyma ten zaklęty krąg w garści, ściska pięść. Rozpruje im brzuchy czy zamknie w chłodni? Może wszystkiego chcieć. Ale wystarczy, że spadnie gałąź, i już ląduje w bagnie. Bo ona jednak woli dół. Ceni sobie wygodę, oczywista rzecz, lecz jak to pięknie jest zdobyć szczyt po żmudnej wspinaczce pod górę! I już! Jakby piła całą noc! Młot uderza w kowadło, tu dum, tu dum. Świst kul, nikt nie stoi w pionie. Ogień w oddali, las płonie. Okopy pełne są błota. Nagle rodzi się wojna, z kolebeczki w świat. Wielka tego świata kloaka – tu spadłaś, Sylwia? Właśnie tu? Wojna cię przegryzie wpół – tak oznajmiają wszystkie drogowskazy. Pal je w pysk! Z Sylwii to jest napastniczka, krzykaczka, buntowniczka. W górę głowa, buńczucznie wystawcie do słońca blade czoła, woła. W tym oszałamiającym pędzie ty, kto jak nie ty, Sylwia, wystrzelisz na piedestał stada jak z procy. Patrzcie, jak wysoko unosi ją życie, wprost do nieba. Długie włosy zaplata w warkocz i odrzuca na plecy. Chwyta ciężki karabin i jazda. Wszystkie oczy patrzą z niedowierzaniem, bo jednak się spoiły. Wojna i kobieta. Kobieta i wojna. Sylwia urodziła się bohaterką. Bez dwóch zdań.

* * *

Jak wyglądał jej zwykły strój domowy? Żółty sweter, spodnie dresowe. Obowiązkowo: grube skarpety i miękkie kapcie na nogach. Nie lubi zimnych stóp. Strzela stawami. Dookoła ściany bronią dostępu, są jej twierdzą, tak sądzi, mogłaby się nawet założyć, że jej bronią. A prawda w oczy kole – Sylwia tkwi w mieszkaniu jak w obrazku. Gdyby nawet chciała wyjść, to i tak nie może. Rzuca się w oczy jej zziębnięta płochość, słychać chrapliwy kaszel na widowni. Serwują Sylwię sępom na śniadanie na półmiskach i talerzach. W galaretowate środy nie zmusi się do wyjścia z domu, dusi się w niedzielnych sosach przy suto zastawionym stole. Jest ich troje, jedzenia jak dla szwadronu wojska. Jest nas więcej?, pyta. Matka syczy nad gorącą zupą. Szszszsz, dziecko, bo usłyszą. Sylwia – włosy spięte ciasno gumką recepturką, nie spadnie ani jeden. To je boli, w ten sposób wyrywa cebulki, osłabia wątłe włosy. Robi to, bo lubi, gdy ją boli. Zawsze ma w zanadrzu coś ekstra, zupełnie do niej niepodobnego. Nie podnosi oczu znad talerza. Znikomy urok czy dyskretny? Nie lubi, kiedy ktoś obcy puka do drzwi. Gdy jest sama przy zgaszonym świetle i wstrzymanym oddechu, przez judasz ogląda nieznajomą twarz, dopóki ta nie odejdzie. Długo się upewnia, czy za sprawą tamtego ciała przestały na klatce skrzypieć schody. A jeśli kroki nie ustały? Czasami ta twarz z mroku nie chciała sobie iść. Ludzie wiecznie czegoś chcą, nie chcą odejść, mruczą obelgi pod nosem, opluwają usta. Pomimo braku odzewu z wewnątrz korzystają z ostatniej szansy, którą, to możliwe, zostawił im sprzyjający los, i ciągną za klamkę. Oto los na loterii. Rozwarte drzwi. Krzyk. Nie ma nikogo w domu. Jesteś sama, mała? Ktoś chce wejść, przełamuje ramy obrazu. Sylwia sprawdzała zamki, a mimo to… Mimo to stoją teraz twarzą w twarz. Gumka recepturka, kapcie i spodnie dresowe kontra ciemność, kontra zło. Jak on na nią patrzy. Błyska nóż. Nie da się odpędzić myśli o intruzie. Są to daremne starania, bo intruz wślizgnie się, podpełznie pod drzwi i utoruje sobie wejście. Sylwia się czołga. Za mało się starała, za mało, czy dziś sprawdzałaś drzwi, mała?

Mieszkała na ostatnim piętrze. Jeśli ktoś zapuszczał się aż tutaj, to tylko na strych albo do niej. Odkąd przepisy się zmieniły i nie dozwalały na korzystanie ze strychu jako suszarni, każdy lokator suszył pranie w swoim mieszkaniu. I teraz rzadko kto zachodził na strych z byle powodu. Jeśli ktoś wchodził aż tak wysoko, najwidoczniej chciał zapukać do jej drzwi.

* * *

Kiedyś, gdy matka zapytała, czy Sylwia wychodziła gdzieś w nocy, oczy Sylwii zapłonęły dziwnym blaskiem.

Sylwio, cóż to za pytanie? Jak na nie, biedactwo, matce odpowiesz? Czy skłamiesz? Skłam, Sylwio, skłam. Przysięgę przecież złożyłaś. Uroczyście przyłożyłaś rękę do serca i obiecywałaś, że nie puścisz pary z ust. Przysięgałaś na serce, jeśli przysięgę złamiesz, ono ci się na tysiąc kawałków rozpadnie. A jak bez serca chcesz żyć? Serce to podstawa natury. Słyszysz je przecież, tu dum, tu dum, młotek w kowadełko i coraz głośniej tu dum, tu dum, bo źrenice matki wwiercają się już w mózg.

Ej, Sylwia! Nie przeciągaj tej chwili, bo ta chwila wiarołomna zdradzi cię. Opowie wszystko za ciebie. Ta chwila o chwilę za długa sprowadzi cię na manowce. Matka to perfekcyjny zawodnik zdolny cię przejrzeć na wylot, dla niej jesteś dziurą w płocie. Ona pierwsza wszystko widzi i słyszy. Strzeż się wzroku wścibskiej matki. Bój się jej słuchu, który sprawdza twój oddech w czasie snu. Ona wie, od kiedy wyjęli cię z jej wydętego brzucha. Ona chodzi przy tobie jak cień. Matki obowiązek to wiedzieć, gdzie jej dziecko jest. Patrzy i słucha. Słucha i patrzy. Wywęszy ułomną prawdę. Nie ustrzeżesz się.

– To sąsiad z dołu hałasował w nocy.

Takie proste, głupie kłamstwo, a ona je za prawdę wzięła. Moment krytyczny, a woda nawet nie podeszła pod brzeg wanny. Sylwia gnie się przed matką jak jabłonka. Matka cię nie kocha. Taka jest nieszczęśliwa prawda. Sprawdź lepiej, czy masz wszystkie palce, może jesteś ułomna i w tym rzecz.

Albo to ciało, z którego wyszłaś, już coś zwęszyło. Już wie, że Sylwia nocną porą wykrada się z domu i rozdaje dobra rodzinne na lewo i prawo. Niewprawna mimika córki to tylko dowód, a stawką w grze jest jej chwała i cześć. Sprawami dziecka należy się interesować, spraw potomka trzeba doglądać, bo tak trzeba i należy, i każda matka ci powie, że za dzieckiem skoczy w ogień, i każdy ci patrzy na ręce, czy rzeczywiście jesteś macierzyństwa godzien. Tak jest, sierżancie! Tak jest, panie policjancie! A ludzie sprawdzają, czy paznokcie są czyste, odsłaniają firanki i lotem błyskawicy pokonują pokoje, aż zlatują z półek garnki. Jeśli nabiorą podejrzeń, choćby ociupinkę, to oczernią, obgadają przy innych sąsiadach i grupa odepchnie, a bez stadka matka nie jest w stanie żyć.

 

Zgasł blask macierzyńskiego uczucia. Zmalało jego pole rażenia w oczach Sylwii. Gdyby to uczucie było ogniem, ten ledwo by się tlił.

Córka pozostawia wiele do życzenia, tłumaczy się matka. Nie ma obawy i skrupułów ta paskudna kobieta. Gdyby wiedziała, co urodzi jej ciało, pewnie podmieniłaby w szpitalu dzieci. Rzeczowość matki drażni podniebienie.

Sylwia leży odłogiem w szpetnych myślach zanurzona po brodę. Była jesień. Najparszywszy dzień listopadowy. Sylwia widzi, jak spadają liście z drzew. Te, które spadły, zgniły i zalegają na chodnikach. Lepią się od śliny wyszarpniętej z gardeł wagarujących uczniów klas starszych. Paulinka rodzi się zaledwie dzień po Sylwii. Czy to nie jest sygnał do wystrzału armat? Czy to złowróżbny przedsmak pustych wnętrzem lalki miesięcy zimowych, kiedy dzieci będą wzywać piersi swej prawdziwej matki? Chyba rzeczywiście miały w tym samym miesiącu urodziny, Sylwia dobrze nie pamięta, nie ma kalendarza pod ręką. Komu by się chciało cofać o tyle dni? Niby w jakimś stopniu podobne, dla jednej i drugiej pisano te same przepowiednie w rubrykach z horoskopem. Niby takie same, ale jakże inne – płacze ze zgryzoty matka. Obie pierworódki dzieliło jedno łóżko w sali szpitalnej. Lecz matka Sylwii, tłumacząc się pomyłką, zawieruchą, co zniszczyła parę drzew, bierze w ramiona nie swoje dziecko i ucieka ze szpitala. Pomyka, gubi buty, nie przejmuje się, biegnie, ile sił w nogach może mieć rozpruta po porodzie kobieta. Z rozdartym kroczem – nie szkodzi, kochająca matka o bólu zapomni. Brodzi w liściach, zwierzątko w kocyku kwili, a ona je tuli i pewna jest, że za żadne skarby takiego daru nie odda.

Matka rozpływa się w zachwytach nad Paulinką, koleżanką Sylwii ze szkolnych lat, nie od dziś. Tyle talentów, takt i uroda. Wychowano ją, by sprostała. Widziałaś, Sylwia? Patrz, jak Paulinka skacze wysoko, do samych chmur. Nogi ma giętkie, łydki smukłe, chyba jej babką była leśna sarna. Jest taka ładna. A jaka mądra, w szkole wyróżnienia, ordery, dyplomy. W głównej części szkoły wisi certyfikat złotą ramką przyozdobiony, który podaje do publicznej wiadomości, że Paulinka jest jednogłośnie i bezwstydnie najlepsza we wszystkim. Matka kocha Paulinę i to jest prawda, do której nie chce się przyznać, bo zwymyśla jej biologia.

Biologia! Tak. Sylwia prycha łakomie na kąsek rzucony do jej obory. Matka prosi o herbatę. Nic, tylko wstań i zrób. Proszę, o przysługę łatwo się upomnieć w takiej chwili. Słowem: Sylwia zapamięta.

W głowie bezgłośnie planuje się zemsta. Nosi się z zamiarem całkiem sama. Nie ma ciała, nikt nie uszczypnie za rękę. Cichuteńko, cicho tam. Ośmiodniowa ekspedycja w głąb ciała nie przyniosłaby efektów porównywalnych z obecnym stanem wylewania się żali z gruczołów łzowych. Choć wszystko w absolutnej tajemnicy. Łzy szybko przecierane są ściereczką. Ale rumieniec zalewa twarz. Popatrz, jaka brzydka ta twoja matka. Przerzedzone włosy, w środku na pewno toczy już ją jakaś choroba kobieca. Nadżera ją hiena cmentarna, swędzi ją srom, ma raka, na pewno raka, idzie po nią, a ona nawet nie zaskamle, nic a nic, nie westchnie, nieboraczka, nawet łysiejąca i z bolesnym wyciekiem wciąż pozostanie skromnie małomówna, gdzie tam, wcale nie boli, oporządzi wszystko wokół siebie, nie narzeka, córce nie zrobi przecież kłopotu, córka nie będzie musiała chorej matki doglądać, powiedzą potem, że była taka dzielna jak nikt.

Jej oczy oddalają się, odchodzą od siebie, jedno jest już o trzy metry od miejsca swego stałego pobytu. Trudno się dziwić, po tylu latach. Warto wszczynać awantury, życiu wygrażać, skoro taki właśnie los był ci, kobieto, pisany? Oko pakuje się i odchodzi. Zmrożona matka staje w łazience przed lustrem, tyłem do ubikacji. Jej postać odbija się w wyszorowanych kafelkach. Zauważyła to upodobanie do porządku policja. Matka przejeżdża ręką po pustym oczodole. Widział je ktoś, moje oczy? Niezauważenie zsunęły się po twarzy. To jeszcze nic. Trzeba porównać twarz ze zdjęciem sprzed lat. Sylwia pomocna, anioł z tego dziecka, podbiega, podśpiewując, z takim właśnie zdjęciem. Kamień w dół ciągnie kącik ust – grymas wyrysowany. W zapadniętych policzkach miniaturowe dzieci mogłyby się pluskać jak w brodziku. Czoło, niegdyś niczym nietknięta tafla lodu, dziś przeorane jest przez milion synchronicznych łyżwiarzy. Jeszcze wszystko zależy od sposobu, w jaki pada światło – matka łapie się brzytwy. Ale nie trzeba tłumaczyć, że na sto możliwości korzystne są raptem trzy. Warto było się tyle razy dziwić światu i unosić brwi?

Matka stoi przed lustrem i maltretuje twarz. Naciąga i skubie skórę, przypala się nad palnikiem, chce uzyskać złoty brąz, opaleniznę jak z wczasów nad jakimś zarośniętym jeziorem. Przekręca korbkę i kręci, świszczy, iskry lecą. Święcie wierzy, że się da jeszcze uwypuklić rynienki na czole. Kręci, aż łaskocze gdzieś w dole, powietrze wlatuje, wnętrze wiruje, twarz się nie zmienia, wzdął się za to brzuch. Fałsz! Matka płacze i ukrywa w dłoniach twarz. Ręce upstrzone, plama wątrobowa na plamie wątrobowej. Boże!

Sylwia wystukuje rytm paznokciem na stole.

Zobaczmy, co skrywa podwozie. Sylwia stawia matkę na stołku. Zedrzyjcie z niej sukienkę. Już nie w górę, nie do słońca. Najgłośniej wykrzyczane w niebo: Nie, nie pomoże. Ku ziemi ciągnie ją brzuch, do ziemi przygniata garb. Chłopaki, nie przerywajcie sobie pracy, w tych rejonach już dawno ustał ruch. Powłoka doczesna zaniedbana. Gdy mieszkanie było pucowane, przecierane, polerowane na gładź, ciało się sfałdziło i zjełczało.

Tak właśnie ma to życie cudowne wyglądać? Takie rarytasy? Smakołyki wyśmienite z pianką i wisienką, czekoladowy korpusik króliczka do buzi? Opowiadał gruby z chudym takie bzdury. Mówili, że pyszna zabawa do białego rana, że młodość, potencjał i góry do przenoszenia. Jeden jest tylko taki dar – szeptali młodym dziewczętom do ucha. Potem rozpływali się we mgle, a dziewczętom puchło podbrzusze. Podnosić ręce, proszę, która się nabrała?

Matka mogłaby powiedzieć co i jak, na czym świat stoi. Najpierw marzyłam, że wyrosnę na piękność. Chciałam czuć zazdrość na plecach i w twarz tym płaskim ludziom parskać śmiechem perlistym, wysuwając przy tym wężowy język. Chciałam robić zmyślone miny i do kamery układać ręce. Pozy, dziecko, miałam wszystkie wyćwiczone – główka przechylona, główka odchylona, z ręką tak o i z brodą opartą na rękach. W górę i w górę z buzią zwróconą do słońca rosnąć chciałam jak poziomka. Popatrz, jak wyszłam na tym zdjęciu, widzisz mnie?

Obrzydnie ci życie na dole. Dzień ulatuje za dniem, przez ręce, przez palce przecieka czas. Po mnie ty zostaniesz, ale po tobie nic nie zostanie. Żyje się po nic. Dzień mija, przychodzi kolejny. Nie ma na co czekać. Na sen czekasz. Tylko na sen po dniu. I tak co dzień. Każdy rok jest taki sam, i ten, i kolejny, i następny, przestępny czy nie. Całe te lata, które przeżyjesz, streścisz w jednym zdaniu, którego nikt nie wysłucha, bo te tępe gnidy nie słuchają, tylko wyliczają wszystkie swoje krzywdy pod nosem. Tak się układa to życie. Nic dobrego cię nie czeka, a już na pewno nie tu. Bo co jest tu? Nędza zdychająca przez brak pieniądza, za który można by kupić piękne nowe pantofle i aksamitną garsonkę. I żyć jakoś, wyglądać jak pani ufryzowana, zadbana, radosna. Kawiarenki, parasolki, butonierki!

Matka nie musi nic mówić, Sylwia przecież patrzy. I uczy się, na czym to życie polega. Nie rajskie te góry. I wie, że jeśli babka nie miała sreber i ciężkich na szyję pereł, to ona, Sylwia, tym bardziej ich nie będzie mieć. Już Sylwia wie, że istnieją na świecie bardzo drogie sole, które zatrzymują młodość kobiecie. Wie też, że pragnie je mieć.