Pan Barnaba i zagadkowa hipotezaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Może jednak zaczniesz robić do kuwety – warknął na kota – albo nauczysz się lepiej celować?

Barnaba też wcale nie był zachwycony pobytem u Łomickich. Czekanie na kuriera dłużyło się. Niezmiernie nudził się u doktorostwa, nie miał dosłownie do kogo pyszczka otworzyć. Antek go unikał, a każda próba rozpoczęcia rozmowy spotykała się z jego upartym milczeniem. Chłopak miał jasny cel, odnaleźć Orlickiego, odebrać list i pozbyć się kota. Nie zamierzał z nim rozmawiać. Każda rozmowa mogła tylko pogorszyć jego i tak nadwątlony ostatnimi wydarzeniami stan umysłu.

Jeśli nie będzie się do Barnaby odzywał, kombinował Antek, wtedy kot nie będzie miał pretekstu do rozmowy i okaże się zwykłym niegadającym kotem, jakich pełno na podwórkach, a on stanie się na powrót zwyczajnym chłopcem.

Bez trudu znalazł w Internecie informacje o Janie Orlickim. Sąsiad okazał się wybitnym matematykiem, specjalistą od liczb pierwszych z tytułem doktora. Na stronach uniwersyteckich chłopak wyszukał kilka opublikowanych przez niego prac naukowych. Jedna zawierała adres mejlowy. Napisał w imieniu Barnaby prośbę o szybkie spotkanie.

– Znalazłem Orlickiego i wysłałem mu mejla – wykrzyknął wesoło Antek, zapominając, że nie powinien głośno mówić do kota.

Spłoszony spojrzał w stronę drzwi, żeby sprawdzić, czy nikt go nie słyszał, a potem obrócił się w stronę fotela, na którym zwykł wylegiwać się Barnaba. Fotel był jednak pusty. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy to aby nie paranoja. Czy nie uroił sobie całej historii z gadającym kotem i listem. Wstał i wyszedł z pokoju. Zajrzał do kuchni, potem do łazienki, ale zwierzaka nigdzie nie było. Przemierzył długi korytarz, aż pod same drzwi wyjściowe, gdzie Barnaba zwykł warować. Po drodze zajrzał do sypialni rodziców i pokoju dziadka, w którym zastał jedynie staruszka drzemiącego w swoim fotelu.

Może jednak to był tylko wytwór mojej wyobraźni, ucieszył się.

Do sprawdzenia zostało ostatnie pomieszczenie, gabinet ojca. Uchylił drzwi i wetknął głowę do środka. Pokój zdawał się pusty. Odetchnął z ulgą, pchnął drzwi na oścież i wszedł. I wtedy to zauważył. Klęska totalna. Trzęsienie ziemi. Tsunami. O Jezu drogi, kto to posprząta! Za drzwiami na dywanie wśród kilkudziesięciu rozrzuconych książek z naukowej biblioteki ojca siedział nieruchomo Barnaba pochylony nad opasłym tomiskiem. Ze ściany zwisał zerwany regał.

– Coś ty zrobił? – wrzasnął przerażony chłopak.

– Miałam ochotę poczytać i przypomnieć sobie polskiego języka – odparł kot, spokojnie polizał łapkę i przewrócił stronę.

Antek podszedł do ściany. Regał trzymał się na jednym wkręcie, po drugim została dziura.

– O Jezu, jak ja to teraz naprawię? – Chłopiec rozejrzał się dookoła i chwycił za głowę.

* * *

Po trzech dniach przyszedł wyczekiwany kurier, na szczęście niezbyt bystry. Zgodnie z przewidywaniami Antka zadzwonił do drzwi, na których wisiała tabliczka z numerem pięć.

Chłopak otworzył, przywitał się i zapytał, jak może pomóc.

– Mam przesyłkę do pana Jana Orlickiego – odpowiedział kurier.

– Do dziadka, oczywiście, proszę wejść. – Antek otwarł szeroko drzwi.

Kurier przekroczył próg, a kot, mrucząc, otarł się o nogawkę spodni mężczyzny.

– Miły zwierzak – stwierdził mężczyzna i posłał kotu głupkowaty uśmiech.

– Proszę poczekać, zaraz przywiozę dziadka. – Antek spojrzał groźnie na Barnabę i ruszył do kuchni.

– Przesyłka kurierska do mnie? – dziwił się dziadek, kiedy wnuk pchał go na wózku przez korytarz.

– Tak, dziadku, musisz tylko potwierdzić odbiór.

– Dzień dobry panu – przywitał się kurier. – Proszę podpisać w tym miejscu.

Kurier podał urządzenie do skanowania przesyłek z niewielkim ekranem do podpisu elektronicznego.

– Dzień dobry. Na tym komputerku – zdziwił się dziadek, chwytając je w dłonie.

– O tak, tym długopisem, tutaj. – Kurier podał rysik i wskazał odpowiednie miejsce.

Kiedy dziadek wpisywał nazwisko, Antek z rozmysłem lekko szturchnął wózek. Ręka dziadka zadrżała i zniekształciła podpis.

– Ręce się dziadkowi trzęsą – wyjaśnił chłopak.

Kurier zerknął na ekranik i wcisnął guzik.

– Nie szkodzi. Grunt, że przesyłka doręczona – powiedział, wręczając kopertę staruszkowi.

– A skąd ona jest? – zapytał dziadek.

– Z Ameryki, proszę pana.

– Z Ameryki? Nikogo tam nie znam, czy to aby nie pomyłka?

Antek przyłożył palec wskazujący do czoła i zakreślił w powietrzu kilka kółek.

– To przez wiek – wyszeptał, po czym wyciągnął kopertę z dłoni dziadka. – Pewnie zaraz sobie przypomni.

Kurier ze zrozumieniem pokiwał głową i chwycił za klamkę.

– To życzę zdrowia, do widzenia – pożegnał się, wkładając urządzenie za pas.

Kiedy drzwi za kurierem się zamknęły, Antek w ekspresowym tempie ruszył z wózkiem do pokoju dziadka.

– Bo mnie wywrócisz! – protestował staruszek, chwytając się za podłokietniki. – A mój list? Oddaj mi list!

– Dziadku, sam mówiłeś, że to pomyłka. Nie masz nikogo w Ameryce.

– Mogłem zapomnieć – odpowiedział z godnością starszy pan.

– Dziadku, tak naprawdę to nie jest do ciebie, tylko do sąsiada. Tego Orlickiego.

– To dlaczego do nas przynieśli list?

– Oj, dziadku, tak grzecznościowo.

Antek odwiózł dziadka do jego pokoju, cmoknął go w czoło, po czym w towarzystwie kota poszedł do swojego pokoju.

– Poczekaj, Anthony. – Barnaba zatrzymał chłopca gestem łapy przy drzwiach, a sam zaczął krążyć po pokoju, obserwując bacznie umeblowanie.

Minął drewniany regał, na którym stały podręczniki i małe figurki rycerzy, ślad po dawnym hobby, wielkie okno z szarą zasłoną, biurko z komputerem. Potem podszedł do łóżka. Antek, nie spuszczając wzroku z kota, dotykał delikatnie koperty, starając się wymacać zawartość. Wyczuwał w środku prostokątny, twardy przedmiot wielkości książki lub zeszytu. Barnaba raptownie wskoczył na oparcie fotela i balansując, wlepił wzrok w wysoką szafę. Wydawało się, że się zastanawia, czy uda mu się na nią wskoczyć. Ostatecznie zrezygnował i zbliżył się do kaflowego pieca w rogu pokoju.

– Tam go łaskawie położysz. – Kot podniósł łapę.

Antek musiał przywlec drabinę, żeby dosięgnąć szczytu pieca, i po chwili koperta spoczęła bezpiecznie prawie dwa metry nad podłogą. Barnaba zyskał w ten sposób pewność, że chłopak jej nie dosięgnie. Jeśli najdzie go ochota , by otworzyć przesyłkę, będzie musiał przytargać drabinę, a to kot z pewnością usłyszy.

„Pierwsza część zobowiązania wypełniona!” – ucieszył się w duchu Antek, zadzierając głowę do góry, by zerknąć na biały rąbek koperty wystający ze szczytu pieca. List przejęty. Pozostało jeszcze tylko odnaleźć Orlickiego. Wtedy kot wypełni swoją część umowy i zniknie.

Zadowolony usiadł przy komputerze i nałożył słuchawki. Ledwie zdążył zalogować się na YouTubie, kiedy do pokoju wtargnęła jak burza mama.

– Spotkałam dziś twojego wychowawcę – krzyknęła od drzwi.

Antek zbladł. Śpiący na poduszce kot podniósł głowę i zaczął nasłuchiwać.

– Wiesz, co mi powiedział?

– Rozumiem, że to pytanie retoryczne i nie muszę odpowiadać.

– Powiedział, że dostałeś dwóję z polskiego, jedynkę z angielskiego i kolejną z matematyki za brak zadania domowego – wykrzyczała mama i zrobiła pauzę. – No i co powiesz?

– Po prostu zapomniałem je zrobić.

– Zapomniałeś? Pięknie. Od początku roku nie widziałam, żebyś odrabiał jakiekolwiek zadanie. Przecież będziesz powtarzał klasę, tobie to jest obojętne? – zapytała.

– Raczej nie. – Miał nadzieję, że utrafił z odpowiedzią w gust mamy.

– Ja nie wiem, jak ty możesz tak lekceważyć szkołę. Może ty masz zespół Aspergera, może ojciec powinien cię przebadać. Niech on z tobą rozmawia.

Kobieta najwyraźniej nie miała siły na dalszą konfrontację. Obróciła się w stronę drzwi i chwyciła za klamkę, ale w ostatniej chwili się zawahała.

– Aha, o co chodzi z tym listem z Ameryki?

– Mamo, przecież dziadek nigdy nie miał kolegi w Stanach. Coś mu się pomieszało. – I Antek ponownie zatoczył kółko na wysokości skroni.

Mama trzasnęła drzwiami. Ciało kota na fotelu aż się zatrzęsło.

– Mogłabym ci pomóc w angielskim i mathématique7 – powiedział Barnaba, wymawiając ostatni wyraz po francusku.

– Nie będę brał korków u kota – burknął Antek i założył słuchawki z powrotem na uszy.

Wieczorem ojciec urządził własną jatkę, mającą o wiele gorsze konsekwencje. Nie krzyczał wprawdzie jak mama, ale wstrzymał kieszonkowe i zabrał komórkę.

– Masz tydzień, żeby poprawić angielski i dostać jakieś uczciwe oceny z polskiego! Inaczej zabieram komputer. – Tata poprawił nerwowo okulary zsuwające się z nosa. Twarz miał czerwoną ze złości.

Kiedy ojciec trzasnął drzwiami, Antek rzucił się na łóżko. Po chwili drzwi się otworzyły i ojciec znów wszedł do pokoju.

– Zmieniłem zdanie. Oddaję komórkę. – Rzucił telefon na łóżko. – Nie moglibyśmy się z tobą skontaktować. Za to zabieram komputer. Nigdy nie poprawisz ocen, jak będziesz ciągle gapił się w ekran i oglądał tych swoich durnych youtuberów.

Tata wyciągnął wtyczkę od komputera.

– Tato! – Antek krzyknął rozpaczliwie.

– Tak myślałem. – Ojciec trzymał już laptop pod pachą. – Ty już masz oznaki uzależnienia.

– Naprawdę będę się uczył, zostaw komputer. Zabraliście mi moją szkołę i zapisaliście do tej okropnej fabryki kujonów. Straciłem wszystkich przyjaciół w realu, a teraz zabierasz mi nawet tych ostatnich, których miałem w sieci.

Ojciec spojrzał na syna i pokręcił głową. Kiedy wyszedł z pokoju, Antek nakrył głowę poduszką i zaczął wyć. Jego życie straciło sens. Szlochał przejmująco, jakby znów miał pięć lat. Płacz mu pomógł. Trochę się uspokoił. Ściągnął poduszkę z głowy i wytarł w nią nos. Na fotelu obok siedział Barnaba i mruczał głośno.

– Czy mógłbyś się, za przeproszeniem, zamknąć? – burknął do niego.

 

– Ta częstotytliwość – kotu poplątały się głoski – uspokaja.

– Nie musisz mnie uspokajać.

– Ja uspokajam siebie. Przez twoja głupota straciłyśmy komputer.

– My?

– Tak, my. Miałaś przez komputer znaleźć mister Orlicki. I jak go teraz odnajdziemy?

– Boże, w życiu nie spotkałem bardziej egoistycznego… – chłopak zawahał się, chciał powiedzieć „człowieka”, ale szybko skorygował błąd i dokończył: – kota. Ciebie obchodzisz tylko… ty.

Drzwi pokoju uchyliły się i w szparze pojawiła się głowa ojca.

– Z kim ty rozmawiasz?

Antek usiadł na łóżku i spojrzał na kota ostrzegawczo. Delikatnie, prawie niezauważalnie pokręcił głową. Oczy miał jeszcze mokre od łez.

– Z nikim, do siebie mówiłem.

Tata wszedł do pokoju. Antek zauważył, że ręką przytrzymuje pod pachą komputer. Twarz ojca odzyskała naturalny kolor, a oczy miały łagodny wyraz. Odłożył laptopa na dywan, a sam usiadł na łóżku obok syna i położył mu rękę na ramieniu.

– Synu, przepraszam. Może za dużo od ciebie wymagamy. Nie chcę, żebyś myślał, że zrobiliśmy ci na złość tą prywatną szkołą. Po prostu zostały dwa lata do liceum. Żeby się dostać do dobrej szkoły, musisz dobrze zdać egzamin ósmoklasisty. Wątpię, by stara szkoła dobrze cię do niego przygotowała. I jeszcze ta jedynka z matematyki, przecież zawsze byłeś dobry z matmy. Co się dzieje?

Ojciec spojrzał Antkowi prosto w oczy. W kąciku oka drżała samotna łza. Mężczyzna podniósł rękę, żeby ją zetrzeć, ale zaraz zmienił zdanie. Jego syn nie był już małym dzieckiem. Zmierzwił mu czuprynę i wstał.

– Zostawiam ci komputer. – Schylił się, podniósł laptop z podłogi i położył na biurku. – Zadowolony? – Spojrzał na syna. Antek miał twarz czerwoną od płaczu. – Tylko jeden warunek. Masz limit na Internet. Dwie godzinny dziennie i basta. Zapytam w pracy, jak mam to ustawić. I zawieszam Internet w komórce.

Antek patrzył na ojca bez słowa. Mężczyzna westchnął.

– Z kolegami też ci się ułoży, zobaczysz.

* * *

– Gdzie mieszkasz? – zapytała Jagienka, kiedy dzwonek oznajmił koniec ostatniej lekcji.

– Ja? – Antek próbował ukryć zdziwienie, schylając się po plecak.

– A kto? Przecież z tobą rozmawiam.

Przez cały poniedziałek i wtorek unikał rozmowy z dziewczyną. Na jej pytania udzielał zdawkowych odpowiedzi, z zamkniętego zbioru „tak” lub „nie”. Ciągle się wstydził, że gapił się na nią tego dnia, gdy dołączyła do klasy. Teraz nie mógł powiedzieć ani tak, ani nie. Musiał udzielić konkretnej odpowiedzi.

– Na Świętego Jana.

– Naprawdę? Mieszkasz w starej kamienicy? Zazdroszczę.

– Nie ma czego – założył bejsbolówkę i zarzucił plecak na ramię.

Jagienka też podniosła się z krzesła i zasunęła zamek plecaka.

– Umówiłam się z mamą pod filharmonią. Może pójdziemy razem?

– Dobra. – Antek wzruszył ramionami.

– Nie chcę nalegać.

Antek zrozumiał, że źle to wyszło.

– Chętnie – poprawił się szybko.

– Też jesteś nowy, prawda? Chyba się jeszcze z nikim nie zaprzyjaźniłeś. – Spojrzała na Antka i zobaczyła, jak zaciska szczękę.

– Nie – odpowiedział krótko.

– Nie chciałam cię urazić – dodała po chwili. – Może zaprzyjaźnisz się ze mną. Też jestem zupełnie nowa. Dziewczyny jakoś nie zapałały do mnie sympatią. Chyba im się nie podoba, że nie chodzę z wszystkimi na angielski i mam to indywidualne nauczanie. Słyszałam, jak mówiły, że zadzieram nosa… No i jestem ruda. A wiesz, że wszyscy uważają, że jak ruda, to fałszywa.

– Nie jesteś ruda. Twoje włosy są…

– Kasztanowe.

– Właśnie, kasztanowe. – Antek wsunął rękę do kieszeni kurtki i ścisnął kasztan, który znalazł przed kilkoma dniami. Obrócił go kilka razy w dłoni.

Wyszli z klasy razem. Na schodach minęli nauczycielkę polskiego, panią Okarmus, i pana Fajferskiego, nauczyciela matematyki. Pan Fajferski szedł ze spuszczoną głową. Garbił się znacznie. Wyglądał, jakby dźwigał ciężki plecak.

– Dzień dobry – powiedzieli.

Pani Okarmus uśmiechnęła się sucho i odpowiedziała „dzień dobry”. Pan Fajferski tylko na nich spojrzał.

– On mnie przeraża – odezwała się Jagienka, kiedy go minęli. – Jest taki ponury. Wygląda jak Quasimodo.

– To prawda – przyznał Antek ze śmiechem – ale Quasimodo w końcu okazuje się całkiem sympatycznym gościem.

– Myślisz, że Fajferski też się okaże miłym gościem?

– Zobaczymy.

– Dla mnie matematyka to czarna magia. W szkole w Irlandii było dużo prościej. W przyszłym tygodniu klasówka, nie wiem, jak dam sobie radę.

– Odpiszesz ode mnie. – Antek uśmiechnął się nieznacznie.

– Dasz mi?

– Spoks.

– Lepiej by było, gdybym to jakoś ogarnęła.

Antek zabrał z szatni deskorolkę i wyszli na zewnątrz. Kasztanowe włosy Jagienki rozwiewał wiatr. Antek spojrzał na nią tylko raz, po czym wlepił wzrok w chodnik.

Zatrzymali się na czerwonym świetle przed przejściem dla pieszych. Po torowisku przetaczał się wolno tramwaj. Minęło ich dwóch chłopców z klasy. To byli Ignacy, przewodniczący klasy, i Kuba. Spojrzeli na nich i uśmiechnęli się do siebie.

„Z czego się cieszycie, pacany?” – pomyślał Antek ze złością i mocniej ścisnął deskorolkę. Poczuł, że cały się w środku skręca, a na twarz wypływa mu rumieniec. Miał nadzieję, że koleżanka tego nie zauważyła.

Światło zmieniło się na zielone. Antek i Jagienka ruszyli przed siebie. Dziewczyna milczała, a on nie wiedział, o czym rozmawiać, przez dłuższą chwilę szli więc w milczeniu.

– Dobry jesteś z matmy? – W końcu Jagienka przerwała ciszę.

– Nie wyglądam, ale akurat z matmy coś tam kumam – odpowiedział.

– Może chciałbyś ze mną poćwiczyć angielski, a w zamian pouczyć mnie trochę matematyki?

– Sam nie wiem… – Chłopak zaczął się wykręcać.

Za żadne skarby świata nie powie do niej nic po angielsku. Nie będzie się kompromitował. Od kilku lat rodzice płacili za prywatne lekcje angielskiego, a on wciąż nie potrafił sklecić prostego zdania. W starej szkole jakoś sobie radził, miał czwórki i piątki, ale tam wszyscy mieli czwórki i piątki. W nowej jego znajomość angielskiego oceniana była co najwyżej na mocną dwóję.

– Tak tylko zaproponowałam, ale jeśli nie chcesz…

– Nie, to nie tak. Mogę cię pouczyć matmy, tylko… teraz nie mam czasu na angielski, może potem.

– Na pewno? Nie chcę się narzucać – oświadczyła poważnie.

Kolejny podmuch wiatru zarzucił jej włosy na twarz.

– Na pewno – potwierdził.

– Świetnie, to może umówimy się któregoś dnia w przyszłym tygodniu. – Jagienka uśmiechnęła się i założyła pasmo włosów za ucho. – U ciebie?

– Nie! – zaprotestował i zaraz się poprawił zmieszany: – Raczej nie u mnie, mam kota.

– Ja lubię koty.

– Ale… – Antek usiłował wymyślić naprędce dobre kłamstwo – ale on jest bardzo chory i może cię zarazić. Paskudna skórna choroba.

– Oj. – Jagienka aż się wzdrygnęła. – Rozumiem. To gdzie indziej.

– Tak, gdzie indziej. Może w cukierni? – zaproponował nieśmiało.

– Cukiernia brzmi dobrze – Jagienka uśmiechnęła się słodko.

Antek przez chwilę patrzył na jej rozpromienioną twarz, po czym zmieszany odwrócił wzrok i spojrzał w spojrzał w stronę ulicy przecinającej Planty.

– Ja tu będę skręcał – wybąkał.

– Jasne, dzięki, Antek. Do jutra – pożegnała się i poszła w stronę przystanku.

* * *

– Mam nadzieję, że dzisiaj nic nie rozwaliłeś – burknął Antek, wchodząc do pokoju.

Położył plecak przy biurku i kątem oka spojrzał na szczyt pieca. Koperta leżała na swoim miejscu.

– Nic – odparł kot leniwie. – Leżę tu i umieram z nuda.

Barnabie pobyt u Łomickich dłużył się niemiłosiernie. Antek czasami tylko coś do niego odbąkiwał, a poza tym traktował jak powietrze. Po katastrofie z książkami w gabinecie chłopak zamykał pokój ojca na klucz i odciął kota od jakiejkolwiek rozrywki intelektualnej.

– Napisała mister Orlicki?

– Zobaczę. – Antek wszedł na swoją pocztę i sprawdził skrzynkę. – Nic.

Sięgnął po słuchawki i nałożył sobie mocno na uszy. Kot zauważył, że na ekranie znów pojawiła się twarz młodego chłopaka w wełnianej czapce na głowie, którego usta nie ustawały w ruchu. Barnaba nie rozumiał, jak można tak tępo gapić się w ekran. Poobserwował przez chwilę, po czym znudzony wymknął się z pokoju.

Po dwóch godzinach połączenie się zerwało. Blokada czasowa założona przez ojca zadziałała. Antek zdjął słuchawki i położył je na biurku. Spojrzał na plecak i westchnął żałośnie. Rozpiął zamek i zaczął przeglądać podręczniki w poszukiwaniu przedmiotu, od którego chciałby zacząć. Jednak żadnej chęci do nauki nie umiał w sobie znaleźć. Wyciągnął więc pierwszą lepszą książkę. Trafił na podręcznik do polskiego. Przewertował kilka stron, po czym łypnął okiem w stronę fotela, w którym zazwyczaj wylegiwał się kot. Fotel był pusty. Zamknął książkę i spojrzał w róg pokoju na zielony kaflowy piec. Powędrował wzrokiem na sam szczyt, gdzie sterczał róg białej koperty. Szybko spojrzał na drzwi, żeby się upewnić, że kot nie wraca. Cicho podniósł się z miejsca, podszedł do pieca i zadarł głowę do góry.

„Ciekawe, co jest w tym liście” – zastanawiał się, wlepiając wzrok w róg koperty. – Dlaczego jest taki ważny dla kota? I jaką rolę odgrywa w tej sprawie matematyk Orlicki? – głowił się.

Jego rozmyślania przerwał nagły wybuch śmiechu dochodzący z głębi mieszkania.

Chłopak wyszedł do przedpokoju i zaczął nasłuchiwać.

– Bon mouvement, bon mouvement8 – usłyszał głos dziadka.

Ruszył cicho w stronę jego pokoju. Stara drewniana podłoga skrzypiała pod jego stopami. Wspiął się na palce, żeby iść ciszej. Przyłożył ucho do drzwi.

– Balzac? Je le connaissais personnellement9 – usłyszał.

Otworzył bezszelestnie drzwi i zaniemówił.

Na stole obok rozłożonej szachownicy spoczywał Barnaba. Właśnie przesuwał łapką gońca. Obok na wózku siedział dziadek, Apolinary Łomicki, w ręku trzymał pękaty kieliszek na krótkiej nóżce. Taki sam stał obok kota.

– Maté10– wykrzyknął Barnaba.

Dziadek, nadal trzymając w ręku kieliszek, klasnął w dłonie.

– Parfaitement, bravo!11

Kot i dziadek grali w szachy. I do tego pili koniak! „I chyba gadają po francusku” – pomyślał Antek. Oburzony i zgorszony wkroczył do akcji.

– Co się tutaj dzieje? – Wyrwał dziadkowi kieliszek z ręki. – Nie wolno ci pić alkoholu przy twoich lekarstwach.

– Antek, ale mam gościa. To pan Barnaba.

– Dziadku, to nie jest żaden pan Barnaba, tylko zwykły kot.

– Co ty, wnusiu, mówisz? Pan Barnaba przyjechał do nas z Ameryki. Opowiedział mi o liście. Cieszę się, że mogłem pomóc.

– Powiedziałeś mu?! – wrzasnął na kota Antek.

Barnaba siedział niewzruszony.

– Wy się znacie? – zdziwił się dziadek.

– Dziadku, to przecież ten sam kot, którego mama przygarnęła.

Dziadek popatrzył nieufnie, jakby wnuczek chciał mu wlepić prenumeratę pisma ogrodniczego.

– Nie, nie! Nic nie rozumiem… To znaczy, ty nic nie rozumiesz. – Dziadek zmarszczył brwi i próbował zebrać myśli. – Pardon, monsieur Barnaba12 – zwrócił się do kota po francusku, a za chwilę do wnuka po polsku: – Właśnie rozmawialiśmy o Balzaku. Pan Barnaba z nim mieszkał. Cudowne, doprawdy! Kiedy Tadeusz Boy-Żeleński, pamiętasz, mówiłem ci o nim, to ten od Zielonego Balonika, kiedy Boy-Żeleński tłumaczył Balzaka, to korespondował z panem Barnabą. Konsultował tłumaczenie.

– Dziadku, to jest zwykły kot! – Antek podszedł do stołu, chwycił zwierzaka mocno pod przednimi łapami i umieścił sobie pod pachą. Następnie zwrócił się do dziadka: – Najlepiej będzie, jak się trochę prześpisz.

Chłopak wyszedł. Kot dyndał nad podłogą przez całą drogę powrotną.

– Więcej szacunku dla wieku – mruknął Barnaba.

Antek dotarł do swojego pokoju, otworzył łokciem drzwi i z rozmachem rzucił kota na fotel.

– Uważaj no sobie – oburzył się Barnaba, lądując bezpiecznie na poduszce, i zaraz zaczął wylizywać futro.

Antek wymierzył w kota palec wskazujący.

– Nigdy więcej – cedził przez zęby – nie gadaj z moim dziadkiem! Rozumiesz? Mamy umowę.

– O pardon, miałam nie rozmawiać z twoja ojcem i twoja mama. O dziadek nie wspominałaś.

– To teraz wspominam.

– No, no, no – sprzeciwił się Barnaba. – Nie ma mowa. Zwariuję, jeśli nie będę mogła czytać ani rozmawiać. Czuję się jak w więzienie w czas inkwizycja czterysta lat do tyłu. Tyle że wtedy siedziałam z Galileusz w słuszna sprawa. O prawda walka się toczyła, że Słońce to centrum świat, a nie Ziemia. No i miałam z kim rozmawiać.

– Ja cię nie trzymam, możesz sobie iść.

– Wiesz, że nie mogę. Czekam na mister Orlicki. – Ton kota złagodniał. – No dobrze, przepraszam Anthony. Nic złego się nie stała. I tak nikt nie uwierzy twoja dziadek, że gadała z kot.

 

W sumie Barnaba miał rację. Antek poczuł, że kamień spadł mu z serca.

* * *

Minęło kilka dni, podczas których Antek konsekwentnie ignorował kota, a i kot nie narzucał się chłopcu ze swoim towarzystwem. Nastał wieczór i pora wspólnej kolacji. Barnaba siedział w kuchni na krześle przy stole, tuż obok fotela dziadka. Niby obojętnie wylizywał łapkę, a jednak kątem oka łypał na wchodzącego do kuchni Antka. Chłopak podszedł do stołu, gdzie obok nakrycia starszego pana czekały już na niego talerz i sztućce. Zebrał je i przeniósł się na miejsce na drugim końcu stołu.

– Dziś kaszotto. – Mama uśmiechnęła się znad garnka postawionego na kuchence gazowej.

– Nie lubię – oznajmił Antek, kładąc talerz i sztućce na blacie i przysuwając krzesło do stołu.

– Ja, Aneczko, za to bardzo – odezwał się dziadek z drugiego końca stołu.

– Nie wybrzydzaj! – napomniał ojciec z pełnymi ustami i zwrócił się do żony: – Aniu, po co przynosisz ten czytnik do kuchni? Jeszcze ci ktoś ekran zachlapie.

Zamknął oprawkę czytnika i przesunął go w róg stołu, z dala od talerza żony, tuż pod nos kota. Barnaba obwąchał ostrożnie urządzenie.

– Czytam wciągający kryminał medyczny. – Mama wyciągnęła rękę w stronę Antka. – Daj talerz, nałożę ci. Jak w szkole?

– Tylko mało – odpowiedział chłopak.

– Mama pytała, jak w szkole – przypomniał ojciec. – Kiedy poprawisz ten angielski? Płacimy już za szkołę prywatną, nie chciałbym dopłacać jeszcze za dodatkowe lekcje angielskiego.

– Ja po prostu nie mam zdolności językowych.

– Nie masz, bo nic nie robisz. Nie uczysz się, nie odrabiasz zadań. – Ojciec nie dał się nabrać na klasyczną wymówkę każdego lenia.

– Wojciechu! – dziadek przywołał syna do porządku. – Przestań już. Teraz jemy.

Antek spojrzał na tatę. Ten z kolei spojrzał na swojego ojca, następnie wyprostował się nad stołem i zacisnął usta. Minęły lata, od kiedy ojciec krzyknął na niego ostatni raz. To musiało być jeszcze w liceum, gdy nikomu nic nie mówiąc, zamiast do ciotki do Pcimia pojechał pod namiot na Hel, przypomniał sobie. Kot dalej lizał i obserwował sytuację. Cisza przy stole zrobiła się krępująca. Przerwał ją dziadek, zwracając się do kota po francusku.

– Monsieur Barnaba, pourquoi vous ne mangez pas?13


Antek aż się zakrztusił i zaczął kaszleć. Mama znieruchomiała i spojrzała na tatę, a tata na mamę. W końcu tata przełknął to, co miał w ustach, i zwrócił się do dziadka:

– Przepraszam, tato, dlaczego mówisz do kota po francusku?

– Jak to dlaczego? Bo zna francuski – odpowiedział dziadek najnaturalniej w świecie, po czym spojrzał na syna i zapytał: – Dlaczego pan Barnaba nie je z nami?

– Bo to kot, tato – odparł Wojciech Łomicki. – Ma jedzenie w swojej misce. Koty nie mówią, tato, a już na pewno nie mówią po francusku.

– Co się dziadkowi stało? – wyszeptała zatroskana mama.

– Nie wiem, ale lepiej odwiozę go do pokoju i dam lekarstwa.

– Sam bierz te lekarstwa – zezłościł się dziadek.

– Tato, ale miesza ci się w głowie – odpowiedział łagodnie ojciec Antka.

– Kiedy mi się miesza, to mi się miesza, a kiedy mi się nie miesza, to mi się nie miesza – oświadczył z godnością staruszek, po czym przekręcił gałkę swojego fotela i dodał: – Dziękuję za kolację.

Wózek obrócił się z piskiem o sto osiemdziesiąt stopni i ruszył do przodu, wywożąc z kuchni obrażonego seniora.

Pozostali członkowie rodziny dokończyli kolację w absolutnej ciszy. Nikt nie znajdował odpowiednich słów, żeby skomentować sytuację.

Antek wstał od stołu i ruszył do pokoju. Barnaba czmychnął za nim, ułożył się wygodnie na swoim posłaniu i zamknął oczy. Chłopak włączył komputer i uruchomił Fortnite’a. Na uszy nałożył słuchawki i odciął się od realnego świata, który ostatnio trudno było nazwać normalnym. W ciągu pół godziny posłał do piachu ośmiu przeciwników.

W dolnym rogu ekranu pojawiła się ikonka poczty. Przyszedł nowy mejl. Antek rzucił okiem na nadawcę, poderwał się na fotelu i huknął w kierunku kota:

– Wstawaj! Orlicki odpisał.

Barnaba nawet się nie poruszył. Spał z łapami wyciągniętymi ku górze. Antek podszedł do fotela i kopnął nogę mebla. Kot niechętnie otworzył jedno oko.

– Orlicki napisał – powtórzył Antek.

– Co? – zapytał kot.

– Orlicki odpisał. Możesz przeczytać. Wiadomość masz na ekranie.

Barnaba przetoczył się na brzuch i usiadł. Ziewnął, po czym wypchnął w górę grzbiet. Zeskoczył z fotela, przemierzył niespiesznie kilka kroków i zwinnie wskoczył na biurko. Usiadł przed ekranem i wlepił w niego wzrok.

– Nic tu nie widzę – oświadczył.

– Poruszaj myszką. – Antek podszedł do biurka. – Ekran wygasł.

– Jaką myszką? Tu przecież nie ma żadna myszka.

Antek nachylił się nad biurkiem i poruszył myszką od komputera.

– To jest myszka! – powiedział z naciskiem, potrząsając urządzeniem. Ekran monitora pojaśniał: – Naprawdę nic nie kumasz z komputera?

Kot zignorował pytanie, przybliżył nos do ekranu i zaczął czytać na głos, wciąż z nieco obcym akcentem.

Szanowny Panie Barnabo,

Jest mi niewymownie przykro, że nie zastał mnie Pan w domu. Telefonowałem do Alana i przekazałem mu wiadomość, że niestety nie będę mógł się z Panem spotkać. Otrzymałem roczne stypendium na uniwersytecie w Wiedniu i postanowiłem zrobić sobie krótki urlop w górach przed pracą. Byłem przekonany, że Alan przekazał wiadomość. Wracam w piątek wieczorem do Krakowa, więc jeśli i Pan będzie w mieście, zapraszam do siebie. Będzie mi niezwykle miło Pana poznać. Trzydziestego października wyjeżdżam do Wiednia.

Kłaniam się nisko.

Jan Orlicki.

– Pana? Czy on wie, że jesteś kotem? – Antek spojrzał podejrzliwie na Barnabę.

Kot udał, że nie słyszał pytania.

– Będziesz mi towarzyszyła w wizyta.

– Ja?

– No ty, oczywiście, że ty. Ktoś musi zanieść zeszyt Alana.

– Jaki zeszyt?

Kot zastygł na moment. Przewrócił oczami i nagle zaczął zawzięcie drapać się za uchem.

– Nie mówiłam zeszyt. Musiałaś coś pokręcić – wymruczał.

Po chwili zeskoczył z biurka i poszedł w stronę fotela.

A więc to jest zeszyt, pomyślał Antek. Spojrzał w kąt pokoju, gdzie stał piec kaflowy, i zadarł głowę. Róg koperty ciągle wystawał. „Po co ktoś wysyła ze Stanów zeszyt, skoro można napisać mejla? Może to pamiętnik? Musi być strasznie ważny. I kim jest ten Alan?” – zastanawiał się.

– Nie interesuj się tym! – Kot pochwycił wzrok chłopca. Zdawało się, że odczytał jego myśli, bo zaraz dodał: – Mamy umowę. W sobotę znikam razem z zeszytem, a ty zapominasz o gadający kot. Gadającym kocie, chciałem powiedzieć. A teraz zabierz się lepiej do lekcji, bo znów dostaniesz… jak wy to nazywacie? Pałę za brak zadania.

Antek zmarszczył brwi. „Pałę za brak zadania… Skąd kot zna takie słowa” – główkował.

– Odrobię, jak mi się będzie chciało. Nic ci do tego – odburknął, przyglądając się podejrzliwie Barnabie.

– Oczywiście, lepiej marnuj życie na tych niewydarzonych youtuberów. Nie wyglądasz mi na kretyna, a jednak zachowujesz się jak kretyn.

Antek znieruchomiał. Kot wypowiedział zdanie bezbłędnie.

– Dlaczego nagle tak dobrze zacząłeś mówić po polsku? Nadal urządzasz sobie pogaduszki z moim dziadkiem?

Kot wykonał gest, jakby chciał wzruszyć ramionami. W efekcie jego głowa na chwilę zapadła się między łapkami.

– Odświeżam język dzięki rozmowom. Twój dziadek pozwala mi czytać swoje książki i gazety. Czasami oglądam telewizję. – Zamilkł i przez chwilę świdrował chłopaka wzrokiem: – Apolinary powtarza, że jesteś mądry. Ponoć wygrywasz z nim czasem w szachy. Wnioskuję więc, że nie brak ci piątej klepki. Zastanów się więc czasem, Anthony, czy warto marnować życie na takie głupoty?

– Wynoś się stąd – wrzasnął Antek, zupełnie zapominając o konspiracji.

– Oczywiście… – Kot dał długiego susa prawie pod drzwi. Obejrzał się i dodał: – I radziłabym – tu znów pomylił końcówkę – jednak tak nie krzyczeć, bo rodzice uznają, że gadasz sam do siebie.

– Aaaa! – krzyknął Antek, chwycił ołówek leżący na biurku i cisnął nim w stronę zwierzaka.

Chybił.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora