Pan Barnaba i zagadkowa hipotezaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Czarna seria wywołana pojawieniem się kota trwała w najlepsze. Wychowawca wezwał Antka do gabinetu na przyjacielską rozmowę, jak to ujął. Chłopiec przeczuwał, że czeka go trudne spotkanie. Nauczyciel zaczął wypytywać, jak się czuje w nowej szkole, bo ma wrażenie, że Antek nie zdążył się jeszcze zintegrować z klasą. Oczywiście wszystko z troską, wiadomo.

– Co mogę dla ciebie zrobić, żebyś poczuł się lepiej? – zapytał. – Może miałbyś ochotę porozmawiać z psychologiem?

Antek zżymał się w środku ze złości, ale nie dał po sobie nic poznać. Wzruszał tylko ramionami i udzielał zdawkowych odpowiedzi. Kiedy wyszedł z gabinetu, miał wrażenie, że pozostali uczniowie gapią się na niego i doskonale wiedzą, czego dotyczyła rozmowa. Na pewno czekają tylko, aż się odwróci, żeby zacząć się śmiać… Na polskim dostał jeszcze dwóję, na zachętę, bo jest nowy, jak powiedziała nauczycielka, dodając:

– Moi uczniowie za taką odpowiedź otrzymują ocenę niedostateczną.

Ale to nie wszystko. Szykowało się prawdziwe trzęsienie ziemi.

Przez całą drogę do domu rozpamiętywał wszystkie porażki dnia. Tęsknił za dawną klasą, za chłopakami, wspólnymi powrotami ze szkoły na deskach. Dotarł do kamienicy i powlókł się po schodach na górę, ciągnąc za sobą deskę, która uderzała z hukiem o każdy stopień. Stanął przed drzwiami i otworzył je na oścież, zupełnie zapominając o kocie. Kot, jak zwykle, warował przy drzwiach, ale wcale się nie ruszył. Antek spojrzał na niego zdziwiony. Otworzył drzwi jeszcze szerzej.

– Teraz albo nigdy, idź – zachęcał. – Droga wolna.

Feluś popatrzył na Antka obojętnie i usiadł.

Chłopak odczekał kilkanaście sekund, na wypadek gdyby się futrzak namyślił, po czym zamknął drzwi i poszedł do swojego pokoju.

Założył słuchawki na uszy, uruchomił komputer i wszedł na kanał Bluzga. Nie usłyszał, kiedy Felek skoczył na klamkę i otworzył drzwi. Zwierzak wszedł do pokoju z właściwą kotom zwinnością, wybił się z dywanu i wylądował na biurku, tuż przy klawiaturze. Antek, który znajdował się w całkiem innym świecie, gwałtownie podskoczył na fotelu, aż spadły mu słuchawki.

– O Boże, ale mnie przestraszyłeś – krzyknął.

Kot usiadł na blacie i podrapał się za uchem.

– Idź stąd, uciekaj. – Chłopiec przeganiał go, machając ręką. – Sio, sierściuchu.

Kot ziewnął przeciągle, odsłaniając ostre zęby i różowe podniebienie.

– Anthony, tak? – zapytał nieoczekiwanie z dziwnym, obcym akcentem.

– Co? – Antek rozdziawił usta.

– Ty nosisz imię Antoni, czy tak?

Chłopak odskoczył od biurka jak oparzony i cofnął się kilka kroków. Miał wrażenie, że kot właśnie do niego przemówił. Ale przecież koty nie mówią, upewniał sam siebie.

– To pewnie jakiś głośnik. – Podszedł do kota trochę bliżej, zachowując bezpieczny dystans. – Pewnie masz nadajnik, przez który ktoś mówi.

Obszedł biurko i przyglądając się zwierzęciu badawczo, szukał ukrytego urządzenia. Kot kontynuował:

– Anthony, chciałabym cię prosić o pomoc. Chciałabym prosić, żebyś mi pomogła pochwycić doręczyciel.

Nigdzie nie było widać ani nadajnika, ani głośnika.

– Dziwny język. To rosyjski, a może czeski – zgadywał chłopak. – Czesi tak zabawnie mówią.

– Ja wysłałam ważna depesza, to jest list do monsieur4 Jan Orlicki, sąsiad. Ale sąsiad nie ma, a ja muszę tą list mieć na powrotem.

– Chyba z powrotem – poprawił go chłopiec. – A więc to kulawy polski…

– Jeśli wolisz, ja chętnie porozmawiać po angielska albo po francuska. Ja można też po włoska. Dawno ja po polska nie rozmawiałam.

Antek uczył się angielskiego ponad siedem lat. Ściślej mówiąc, siedem lat chodził na lekcje angielskiego. Niestety nie udało mu się wychodzić wiedzy i angielski wciąż pozostawał dla niego bardzo obcym językiem. Najwyraźniej angielski wchodzi przez głowę, a nie nogi.

– Ja w ogóle nie muszę z tobą rozmawiać – powiedział drżącym głosem – i nie dam się nabrać na sztuczki gadającego kota.

„Tak, wydaje mi się, że gadam z kotem. – Antek analizował sytuację z bijącym sercem. – Są na to dwa wytłumaczenia. Albo zwariowałem, albo śnię”.

– Żadna nie może uwierzyć na początek. – Kot zdawał się słyszeć myśli chłopca. – Ja wiem, co ty teraz będziesz robiła. Będziesz udawała, nie słyszeć, że ja mówić, będziesz myślała, że to jest sna, i czekała, kiedy obudzisz.

– Przestań mówić do mnie jak do dziewczyny. – Antek usiadł z powrotem na fotelu.

– Polska język trudna język.

– Nie dam się wrobić. Ty nie istniejesz naprawdę – zaprotestował chłopiec i skierował wzrok na komputer.

Kot przeszedł kilka kroków i zasłonił tułowiem monitor. Miał już z takimi sytuacjami do czynienia.

– Ja nie mogę uszczypnąć, bo nie mam ręka, ale mogę podrapać, jeśli chcesz być przekonana, że to nie jest sna.

Antek patrzył na kota w milczeniu, nadal nie dowierzając. W końcu się odezwał:

– Gdybym wierzył, że mam przed sobą gadającego kota, tobym go sprzedał. Dostałbym za ciebie z kilkadziesiąt tysięcy.

– Tylko ja najpierw musiałabym coś powiedzieć. Jeśli ja nie powiem nic, to po ciebie przyjechać takie pany i zawiązać w biała fartuch z długie rękawy. Anthony – ton głosu kota zrobił się nagle przymilny – ja proszę o pomoc, ja muszę mieć ta list.

– Skoro uważasz, że istniejesz i jesteś czarodziejskim kotem, to powiedz abrakadabra i wyczaruj sobie ten list.

– Ja nie jestem czarnodziejska, tylko myśląca i mówiąca kot. Gdybym była czarnodziejska, ja nie musiłabym rozmawiać z taka ktoś jak ty.

– Miluśka z ciebie kicia – odparł Antek.

Kot zamilkł na chwilę, po czym błysk w żółtym oku zdradził nadejście genialnej idei.

– Trudno, ja porozmawiać z twoja tata. Jako uczona lekarz i światła człowiek na pewno zrozumie, że kot może mówić.

Antka przeszył lodowaty dreszcz strachu, tak jak zaplanował kot. Co zrobi jego tata, lekarz psychiatra, kiedy odezwie się do niego kot? Przecież ojciec by zwariował. To byłby koniec jego kariery.

– Szuja – wysyczał chłopak.

– Pan Barnaba, bardzo mi miło. – Kot wyciągnął łapkę w kierunku Antka.

Antek warknął, ignorując czworonoga. Takie dowcipy robili sobie z kolegami w przedszkolu.

– Pan? Chyba ci się pomieszało w tej małej główce – odgryzł się. – Nie można być panem, jak jest się kotem.

– Jestem starsza od ty o jakaś pięć setki lata. To sprawa szacunku do starsza osoba. Ale nie kłócimy się. Możesz nazywać mnie Barnaba. To jak, Anthony, pomożesz mi?

– Właściwie czego ty chcesz?

– Mówiłam, muszę mieć na powrotem ta list.

– Skąd wysłałeś ten list?

– Z Princeton.

– Czyli skąd? Nie znam wszystkich miast na świecie.

– Z uniwersytet w Princeton, to jest w Ameryka Północna.

– Pocztą poleconą czy zwykłą?

– To bardzo ważna list, wysłałam przez FedEx.

Antek roześmiał się.

– W takim razie zaatakowałeś niewłaściwego człowieka. Ten list przyniesie kurier, a nie zwykły listonosz.

– Kurier, listonosz. Who care5? To co, pomożesz mi?

– A wtedy znikniesz?

– Tak. – Kot ponownie wyciągnął łapkę do Antka.

Tym razem, wbrew zdrowemu rozsądkowi, który mówił: „to się nie dzieje naprawdę”, Antek chwycił włochatą łapkę kota i delikatnie nią potrząsnął.

– Dobra, coś wymyślę – obiecał.

Jakkolwiek idiotycznie to brzmiało, właśnie zawarł umowę z kotem. Lepiej nie rozmyślać o tym zbyt dużo, bo można zwariować. Lepiej skupić się na celu, tłumaczył sobie Antek. Musi po prostu dowiedzieć się, gdzie jest Orlicki, ten sąsiad spod piątki, i jakoś odzyskać list.

– Aha, jeszcze jedno – dodał Antek. – Z nikim poza mną w tym domu nie gadasz!

* * *

Kot zażyczył sobie wygodnego posłania. Wybrał zielony fotel obok łóżka, na którym leżakowały brudne skarpetki i podkoszulki nie pierwszej świeżości. Kazał oczyścić go z brudów i wyścielić miękką poduszką.

– Panisko się znalazło – wymamrotał prawie niesłyszalnie chłopak i rzucił na fotel własny jasiek.

Kot wskoczył na fotel, żeby wypróbować posłanie.

– Anthony, jeszcze kilka rzecza – dodał kot, ugniatając przednimi łapkami poduszkę – ty musisz ściągnąć ta ogłoszenia, zanim jakaś ludzia przyjdzie mnie zabrać. Druga sprawa, ja nie mogę jeść trociny, które pani mama serwuje. Ja jeść świeża mięso. Ty musisz to załatwić.

W łóżku Antek naciągnął kołdrę po sam nos, żeby nie widzieć kota nawet kątem oka. Chciał się odizolować. Czuł, że pulsuje mu w głowie. Zaciskał powieki, żeby szybko zasnąć, ale niema obecność kota zakłócała spokój. Nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Czy zwariował, a może to wszystko po prostu mu się śni? Może uroił sobie, że rozmawiał z kotem. Wychylił głowę w nadziei, że zobaczy pusty fotel. Niestety on tam był. Leżał wyciągnięty w najlepsze na poduszce.

Antek zrzucił z siebie kołdrę i usiadł na łóżku. Splótł ręce na klatce piersiowej i zwrócił się zadziornie do kota:

– Skąd ty się właściwie wziąłeś?

– Więc jednak we mnie wierzysz? – równie zaczepnie odpowiedział kot.

– Wierzysz? A ty co, Święty Mikołaj jesteś? – odciął się Antek. – Powiedzmy, że nie mogę zasnąć i przydałaby mi się jakaś bajka na dobranoc.

Kot odchrząknął teatralnie i zaczął po raz kolejny snuć tę samą opowieść.

– Urodziłam się w rok tysiąc pięćset siedemdziesiąt lub tysiąc pięćset siedemdziesiąt jeden na wyspa Cypr.

Od kociaka rozumiał wszystko, co mówią ludzie. Bez trudu powtarzał słowa i samodzielnie budował zdania. Był przekonany, że wszystkie koty tak mają, umieją myśleć i mówić jak człowiek. Okazało się jednak, że mowa nie jest sprawą kocią i na całym Cyprze nie znalazł równego sobie kompana. Opuścił więc Cypr, wsiadając na pierwszy lepszy statek. Nadał sobie imię Barnaba na cześć jednego z apostołów dalszych, który urodził się na wyspie. Święty Barnaba był Żydem z rodu Lewiego i kuzynem Świętego Marka Ewangelisty. Brał udział w pierwszym soborze w Jerozolimie i został ukamienowany w Salaminie na Cyprze. Barnaba człowiek oczywiście, nie kot. I tak jak stwierdził weterynarz, do którego poszła mama Antka, był kotem Afrodyty.

 

Statek, na który wsiadł Barnaba, przybył do Grecji. Kot zamieszkał u pasterza na wzgórzach Parnasu. Pasterz wiedział mnóstwo o baranach, górach i przyrodzie. Umiał przewidywać pogodę. Wiedział, jakimi ziołami leczyć dolegliwości. Opowiadał kotu starożytne mity z czasów, kiedy Zeus zasiadał na Olimpie, o zabawach, które bogowie urządzali na Parnasie, i o pięknych świątyniach gdzieś w dole gór. Kiedy staruszek zmarł, kot postanowił odwiedzić świątynie, o których tak barwnie opowiadał. Zwiedził Ateny, Knossos na Krecie, Lindos i Kamiros na wyspie Rodos, a także Delfy. Podróżował długo, miał już ponad dwadzieścia lat i myślał, że wkrótce umrze, tak jak inne koty. Ale śmierć po niego nie przychodziła. Wsiadł więc znów na przypadkowy statek i tym razem wylądował w Hiszpanii.

W gospodzie w rejonie Andaluzji spotkał człowieka, który rzucił mu kawałek chorizo, tradycyjnej kiełbasy hiszpańskiej, a potem pozwolił usiąść przy stole. Mężczyzna wypił trochę, więc nie zdziwiło go, że rozmawia z kotem. W jego głowie na co dzień mościły się myśli dużo dziwaczniejsze niż rozmowa z kotem.

– Mężczyzna była Miguel de Cervantes – oświadczył dumnie kot.

– Kto? – Antek wybałuszył oczy.

– Nie znasz de Cervantes? – zdziwił się Barnaba.

Chłopak wzruszył ramionami.

– Przecież to ona napisała wielkie dzieło o Don Kichot! – wykrzyknął oburzony sierściuch.

Już wtedy Cervantes marzył o pisaniu, ale tymczasem był komisarzem do spraw zaopatrzenia i jeździł po całej Andaluzji. Kot okazał się świetnym rozmówcą, więc rano Cervantes zaproponował, by dalej podróżowali razem. Zwierzak się zgodził. Wędrowali razem przez kilka lat, a później Barnaba osiadł wraz z pisarzem w Sewilli. Cervantes spisał to, co od dawna roiło mu się w głowie oraz dodał kilka przygód, które przeżył razem z kotem podczas podróży po kraju. I tak powstała książka o błędnym rycerzu Don Kichocie.

– Pisanie to bardzo samotna zajęcie – podsumował kot. – Jest dobra, kiedy mieć dla towarzystwa kot.

– Pod warunkiem, że za dużo nie gada – dodał złośliwie Antek.


Następnie Barnaba stwierdził z dumą, że jest autorem Podróży na Parnas, dzieła opublikowanego w 1614 roku pod nazwiskiem Cervantesa.

– Bujasz! – zaprotestował Antek, który nie miał bladego pojęcia ani o Cervantesie, ani o jego książkach, ale to wydawało mu się już wierutnym kłamstwem.

– Co? – Barnaba nie zrozumiał.

– Ty autorem? Jak niby miałbyś napisać książkę?

– Ja dyktowałam, Miguel pisała.

– Ta, jasne – odparł Antek lekceważąco. – Nie wierzę.

– To czemu akcja dzieje się na góry Parnas, gdzie ja mieszkałam? – przekonywał kot.

Pod koniec życia, kiedy Cervantes czuł, że nadchodzi jego kres, usiadł z kotem przed domem i razem obserwowali zachód słońca.

– Piękne to słońce. Chciałbym je jutro znów zobaczyć – westchnął pisarz. – Zastanawiałeś się kiedyś, gdzie się nocą chowa i jak właściwie nas grzeje?

– Nie – odpowiedział krótko Barnaba.

– Albo skąd się biorą wiatry. Czy kiedy moja dusza odpłynie z ciała, będzie z wiatrem przemierzać obce kraje?

– Miguel, nie mów tak. Jeszcze długo będziesz żył – przekonywał Barnaba.

– Nie będę. Czuję, że śmierć jest blisko. I nie boję się, tylko mi żal odchodzić. Tu jest tak pięknie… – W oku Cervantesa pojawiła się samotna łza. – A ty, mój przyjacielu, co będziesz robił?

– Pewnie ja też wkrótce umrę.

– Nie sądzę. Ile to już lat żyjesz? Czterdzieści? I ciągle wyrastają ci nowe zęby. Jak myślisz, po co?

– Po co? – powtórzył pytanie kot.

– Bo są ci potrzebne, przyjacielu. Zęby normalnemu kotu wystarczają na całe życie, czyli na jakieś dwadzieścia lat. Ty jesteś już dwa razy starszy i znów rosną ci nowe. Będziesz żył wiele lat, może nawet wiecznie. Musisz robić coś wartościowego w życiu. Nie po to umiesz myśleć i mówić, żeby zmarnować ten dar.

– Będę pisał książki – odparł Barnaba.

Cervantes podrapał kota za uchem.

– Pisanie jest dobre na jedno zwykłe życie. Ty będziesz przemierzał wieki.

Miguel oparł się o drzewo i ciężko westchnął. Powieki mu opadły. Nagle zerwał się wiatr i Barnabie zdawało się, że widzi, jak z ciała Cervantesa wynurza się obłoczek, który wiatr porwał i uniósł gdzieś wysoko w górę. Kot miał nadzieję, że wiatr poniósł go w dalekie kraje, jak chciał przyjaciel.

Antka przeszedł dreszcz. Położył się z powrotem na łóżku, wcisnął głowę w poduszkę i podciągnął kołdrę. Miał wrażenie, że powietrze w pokoju się poruszyło. Może właśnie dotknęła go dusza Cervantesa?

– Postanowiłam poświęcić się nauka – oświadczył Barnaba tonem smerfowego Ważniaka.

Od tej pory Barnaba towarzyszył naukowcom z różnych dziedzin. Najpierw zamieszkał z Galileuszem, którego władze kościelne uważały za heretyka, bo głosił, że to Ziemia kręci się wokół Słońca.

– Potem mieszkałam u Pascal, francuska matematyk i fizyk. Pascal współpracowała z Piotr Fermat, autor twierdzenie matematyczne…

– Chodzi o wielkie twierdzenie Fermata? – przerwał mu Antek. Przypomniał sobie Szatana z siódmej klasy, książkę, którą dziadek czytał mu w dzieciństwie.

Kot skinął głową.

– Potem mieszkałam u John Locke, u Newton… – wyliczał kot.

– Masz na myśli tego od jabłka? – Chłopak ucieszył się, że rozpoznał kolejne nazwisko. Barnaba obrzucił go spojrzeniem pełnym politowania. – No tak. Kiedy jabłko spadło Newtonowi na głowę, zrozumiał, że to przez przyciąganie i wymyślił prawa fizyki.

Kot pokręcił głową i wymamrotał pod nosem:

– Numskull6. – Po czym głośno dodał: – Żadna człowiek nie wymyśla prawa fizyka. Prawa fizyka być od początek wszechświat, naukowiec tylko odkrywa prawa fizyka.

– No przecież wiem – zawstydził się Antek i powtórzył cicho słowo „numskull”, żeby je zapamiętać i sprawdzić później w słowniku: – Tak mi się powiedziało.

– A jabłko to taka legenda.

– Dobra, już dobra. Mieszkałeś u nich, i co?

– I co? – powtórzył kot.

– Co robiłeś?

– Anthony, ty musisz zadawać precyzyjna pytanie. To daje lepsza komunikacja – upomniał Antka kot, ale zaraz wrócił do tematu: – Oczywiście brałam udział w badania i doświadczenia…

– Jak taki na przykład Newton umarł, to jak potem szukałeś nowego pana?

Kot prychnął z niezadowolenia i z wyraźnym oburzeniem pokręcił głową.

– Żadna kot, nawet zwykła dachowiec, nie ma swoja pana. Powiem ci trzy ważna rzecz o koty. Pierwsza: kot zawsze robić, na co mieć ochota. Druga: kot nie potrzebować do szczęście nikt. Na pewno nie ludzia. Trzecia: psy mieć pana, a kot mieć służba.

Tym razem Antek się oburzył i aż podskoczył na łóżku.

– Więc ja mam być twoim służącym?

– My jesteśmy partner, mamy umowa – dodał kot, żeby udobruchać chłopaka.

Antkowi jakoś trudno było uwierzyć w szczerość tych słów. Jeszcze przez chwilę trawił w milczeniu obelgę, zaciskając dłonie w pięść.

– Powiedz mi jeszcze jedno. – Ciekawość jednak zwyciężyła. – Skąd właściwie znasz polski. Nie żebym uważał, że naprawdę znasz polski, bo aż mnie ciarki przechodzą, kiedy słyszę, jak kaleczysz mój ojczysty język, no ale jednak coś umiesz.

– Polska język nauczyłam się u Marie Curie.

– Masz na myśli Marię Skłodowską-Curie? – Antka zatkało. „To dlatego mówi jak dziewczyna”, pomyślał.

– Tak. O ona mówię. Maria zawsze powtarzała. Jak to była… – Kot spojrzał w sufit: – „Jestem z tych, którzy wierzą, że Nauka jest czymś bardzo pięknym”. O tak, tak mówiła.

Antek tylko westchnął. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Spojrzał na zegarek. Była 2.55 i strasznie chciało mu się spać. Ułożył głowę na poduszce.

– No dobra – ziewnął przeciągle – powiedz, u kogo jeszcze mieszkałeś, i pójdziemy spać, bo inaczej nie wstanę rano do szkoły.

Kot zaczął wymieniać. Jak z zaświatów docierały do uszu chłopca kolejne nazwiska: Darwin, Bohr, Schrödinger, Einstein.

Na dźwięk ostatniego nazwiska chłopak otworzył raptownie oczy i poderwał się.

– Einstein? Ten Einstein? – dopytywał.

– Ten Einstein – powtórzył dobitnie kot.

– Bujasz, kocie…. – Antek położył z powrotem głowę na poduszce i już po chwili spał.

* * *

Antek obudził się rano i przerażony spojrzał na zegar na ścianie. Wskazywał za piętnaście ósma. Natychmiast usiadł na łóżku i rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu ubrania. Dżinsy i bluza leżały przewieszone przez fotel, na którym spokojnie spał Feluś. Zatrzymał wzrok na kocie i przeczesał palcami grzywkę. Wciąż jeszcze pamiętał swój sen, w którym rozmawiał z kotem.

Nachylił się nad fotelem i sięgnął po ubranie. Kępki czarnych włosów wbiły się w materiał. Feluś przebudził się i podniósł głowę.

– Dzień dobry, Anthony – powiedział, wyprężając grzbiet.

Antek podskoczył przestraszony. Więc to jednak nie był sen.

– Byłby dobry, gdybyś się nie odezwał. – Strzepnął spodnie i celował stopą w nogawkę.

W biegu naciągnął bluzę. Wpadł do łazienki, potem do kuchni po kanapki i z powrotem do pokoju po plecak. Barnaba ulokował się przy drzwiach i czekał. Antek złapał deskorolkę, ściągnął bejsbolówkę z wieszaka, po czym chwycił za klamkę, żeby otworzyć drzwi. Wtedy kot zaszedł mu drogę.

– Co z nasza umowa? Mister Orlicki i list?

Antek popatrzył na drzwi sąsiada. Na srebrnej tabliczce połyskiwały wygrawerowane imię i nazwisko – Jan Orlicki.

– Pomyślę o tym w szkole – obiecał. – A teraz zejdź mi z drogi i obejdź mnie z tej samej strony, z której przyszedłeś – dodał.

– Boisz się, że czarna kot przebiegnie ci droga?

Było pięć po ósmej, kiedy Antek wbiegł do klasy. Polonistka, pani Okarmus, obrzuciła go wrogim spojrzeniem, choć wypowiedział „dzień dobry” najuprzejmiej, jak potrafił. Pozostali uczniowie w ogóle go nie zauważyli. Spojrzenia wszystkich były skierowane na ostatnią ławkę. Pod oknem stała nieznajoma dziewczyna z długimi włosami.

– Mam na imię Jagna. Niektórzy mówią do mnie Jagienka. – Uśmiechała się. – Przez ostatnie siedem lat mieszkałam z rodzicami w Dublinie, dopiero niedawno wróciliśmy do Polski. Chodziłam od września do normalnej, to znaczy państwowej podstawówki, ale rodzice przepisali mnie… No i tak znalazłam się tutaj.

Dziewczyna zarumieniła się i usiadła. Antek, który stał przy drzwiach jak słup soli, w końcu się ruszył. Też kiedyś chodził do normalnej podstawówki, zanim rodzice przepisali go do lepszej szkoły. Przeszedł środkiem sali ze spuszczoną głową. Zatrzymał się przy ostatniej ławce, gdzie siedziała już Jagienka. Odsunął krzesło i usiadł.

– Zajęłam twoje miejsce przy oknie? – zapytała dziewczynka.

– Skąd – skłamał. – siedzę z brzegu.

– Cieszę się, że będziemy siedzieć razem. Inaczej musiałabym siedzieć sama. Jeszcze nikogo tu nie znam.

To tak jak ja, chciał powiedzieć Antek.

Pani Okarmus uderzyła kluczami o stół.

– Wystarczy tego zapoznawania. Zaczynamy lekcję, przeczytam listę obecności. Adamowicz, Bednarski…

Przeczytała nazwiska wszystkich uczniów. Z Jagienką klasa liczyła teraz szesnastu uczniów, osiem dziewczyn i ośmiu chłopaków. Następnie pani zaczęła sprawdzać zadanie domowe. Antek swojego nie odrobił. Pani Okarmus wpisała mu do dziennika brak zadania.

– Cholerny kot – mruknął pod nosem.

– Nie przejmuj się – wyszeptała Jagienka, nie rozumiejąc, co powiedział.


Popatrzył na nią. Dostrzegł kilka piegów na jej policzkach i niespotykany kolor włosów, między rudym a brązowym. Nigdy takiego nie widział. Dziewczyna poczuła jego wzrok i spojrzała na niego. Uśmiechnęła się, a twarz Antka natychmiast spurpurowiała. Odwrócił głowę. Potem zerkał na nią ukradkiem jeszcze kilka razy. Ten kolor włosów nie dawał mu spokoju. Dziewczyna za każdym razem wyczuwała jego wzrok i spoglądała na niego. W końcu dzwonek oznajmił koniec lekcji. Antek chwycił plecak i wstał szybko, żeby pobiec na salę gimnastyczną i uwolnić się z krępującej sytuacji.

– Zaczekaj – zawołała za nim Jagienka.

Zatrzymał się dwa metry od ławki. Stał, nie wiedząc, co robić z rękami. Przegarnął kilka razy grzywkę i wsunął dłonie do kieszeni. Jagienka spakowała zeszyty, założyła plecak i znów się uśmiechnęła.

 

– Wiem już, jak się nazywasz – powiedziała. – Słyszałam, jak nauczycielka czytała listę obecności, ale nie wiem, jak masz na imię.

– Antek.

– Miło mi. – Jagienka wyciągnęła dłoń, która na dwie sekundy zawisła nieruchomo w powietrzu, bo Antek nie zrozumiał intencji. Zorientował się w końcu i uścisnął jej rękę.

– Mnie też jest miło – wydukał.

– To do poniedziałku.

– Do poniedziałku? – zdziwił się. – Wracamy tu po wuefie, jeszcze będzie angielski.

– Mam indywidulny tok nauczania angielskiego, nie muszę chodzić na lekcje ze wszystkimi, wiesz, siedem lat w Irlandii.

– No tak, jasne. To cześć. – Antek pożegnał się i wybiegł z klasy.

Wracał do domu przez Planty, manewrując na desce pomiędzy przechodniami. Lata praktyki nauczyły go, że ludzie potrafią wykonywać nieoczekiwane ruchy, nagle stawać jak wryci lub ruszać znienacka w przeciwną stronę. Przystawał po drodze i zrywał ogłoszenia o zagubionym kocie. Na wysokości Szewskiej zrobiło się niespodziewanie tak tłoczno, że musiał zrezygnować z dalszej jazdy. Chwycił deskę pod pachę i dalej szedł pieszo. Drzewa po obu stronach alejki zaczęły tracić liście. Promienie słońca przedzierały się przez konary drzew i raziły w oczy. Antek zerwał jeszcze jedno ogłoszenie i wyrzucił do kosza. W sumie udało mu się odnaleźć i zerwać czterdzieści ogłoszeń, reszta przepadła.

Ruszył w stronę domu. Szedł ze spuszczonym wzrokiem, szurając butami w liściach. „Zachowałem się jak kretyn, wgapiając się w Jagienkę przez całą lekcję – wyrzucał sobie. – Jeszcze gotowa pomyśleć… O rany. Wszystko przez te włosy, takie dziwne. Takie…”.

Kasztan spadł z drzewa i potoczył się wprost pod nogi chłopca. Schylił się i go podniósł. Przetarł o bluzę i kasztan zaczął błyszczeć. To był kolor jej włosów. Właśnie taki.

– Kasztanowy – powiedział cicho i wsadził kasztan do kieszeni kurtki.

W domu już przy drzwiach powitał Antka kot.

– Przyszłaś nareszcie – stwierdził z wyraźną pretensją. – Gdzie byłaś tyle czas? Od spania na ta goła podłoga dostałam reumatyzm.

– I jeszcze ty – westchnął ponuro chłopiec i cisnął deskorolkę w kąt.– Ciągle się łudzę, że to wszystko mi się po prostu śni.

Wrzucił worek do szafki, tej samej, gdzie Feluś, to znaczy Barnaba, zsikał się, zapaskudzając najlepszy płaszcz mamy. Antek zmarszczył nos. Ciągle jeszcze śmierdziało.

– Dlaczego przyszłaś tak późno? – zapytał kot. – To jaka jest twoja plan?

Chłopak ściągnął kurtkę i zawiesił na wieszaku, następnie obrócił się, by pójść do swojego pokoju. Kot stanął na drodze i spojrzał mu w oczy.

– Musiałem pościągać ogłoszenia, trochę to trwa. – Antek nie mógł wytrzymać natrętnego wzroku.

Obszedł kota i poszedł do pokoju. Najchętniej nic by dzisiaj nie robił, miał ochotę położyć się do łóżka i odespać zarwaną noc, ale obiecał pomóc. Nie chodziło tylko o obietnicę. Trzeba pozbyć się z domu przybłędy, zanim tata, mama lub dziadek dowiedzą się, że kot gada, i wszyscy w domu oszaleją. W sumie o dziadka nie ma się już co martwić, pocieszał się Antek. I tak coraz częściej plecie bzdury.

Położył nogi na biurku i zamknął na chwilę oczy. Musiał się skupić. W szkole zupełnie zapomniał o kocie i o tym, że obiecał przygotować plan odzyskania listu i odnalezienia sąsiada. Barnaba siedział i przyglądał się chłopcu, przeciągając ogonem po dywanie to w prawo, to w lewo.

– Już wiem! – Otworzył nagle oczy i spuścił nogi na podłogę. – Użyjemy dziadka.

– Użyjemy dziadka? – powtórzył kot jak papuga.

– Tak. Zamienimy numer na drzwiach naszych i Orlickiego. On będzie miał szóstkę, a my piątkę. Jak przyjdzie kurier z przesyłką pod piątkę, to zadzwoni do nas. Przywieziemy dziadka na wózku i powiemy, że to właśnie Jan Orlicki. Dziadek pokwituje odbiór i już.

– Wtedy mieszkanie po lewa będzie miała tabliczka z numer cztery, w środka sześć, a po prawa pięć?

– To jest może trochę słabe – przyznał szczerze Antek – ale powinno przejść. W końcu kurier to nie Sherlock Holmes. Może się dziwić, zastanawiać i liczyć numery. Może mu się coś nie zgadzać. Może mieć wątpliwości, ale jak ma dostarczyć przesyłkę pod piątkę do Orlickiego, to dostarczy właśnie tu.

– No, nie wiem ja. – Barnaba nadal się wahał.

– Ty nie wiesz, ale ja wiem. Musimy oczywiście jeszcze ściągnąć tabliczkę z nazwiskiem sąsiada. – Popatrzył na kota i szybko się zreflektował. – To znaczy ja muszę ściągnąć. Ja mam ręce.

– A co powiesz twoja dziadek?

– Powiem dziadkowi, że przyszła przesyłka do niego i żeby podpisał.

– Podpisał z jego nazwisko?

– Łomicki, Orlicki, co za różnica. Wiesz, jak lekarze bazgrzą. Mój dziadek był lekarzem. Poza tym dziadkowi ręka się trzęsie. Zobaczysz, to przejdzie.

– Przejdzie? – zdziwił się kot.

– No, uda się… W sensie… zrealizujemy plan. – Antek wzbił się na wyżyny języka polskiego.

– To nie być genialna plan – powiedział z niezadowoleniem kot.

– Ale jedyna plan, to znaczy jedyny plan – poprawił się Antek – jaki mamy.

– A jak odnajdziemy Mister Orlicki?

– Normalnie, namierzymy go w necie.

– Gdzie?

– W Internecie, przez komputer. – Antek wskazał na monitor na biurku.

– Nie rozumiem…

– Czego nie rozumiesz? Nie wiesz, co to jest Internet? – Spojrzał z niedowierzaniem na kota, który tylko lekko poruszył ogonem i odwrócił się tyłem.

Chłopak pokręcił głową i westchnął. „Jeszcze kilka dni z tym futrzakiem i na pewno zwariuję” – pomyślał.

* * *

Za pomocą drabiny ze schowka i śrubokrętu Antek w dziesięć minut pozamieniał numerki na drzwiach i ściągnął tabliczkę z nazwiskiem Orlickiego. Na wszelki wypadek oderwał też numerek z framugi sąsiadki spod czwórki, gdyby trafił się bardziej dociekliwy kurier, który chciałby sprawdzać kolejność cyfr. Kot stał na czatach i nasłuchiwał, czy nikt nie idzie. Ta część planu powiodła się znakomicie.

Rodzice wrócili dopiero wieczorem. Antek wyszedł im niby na spotkanie, a głównie po to, żeby się przekonać, czy nie zauważyli podmiany.

Tata poklepał Antka po ramieniu, a mama ucałowała syna w czoło. Nic nie zauważyli, ucieszył się w duchu, ale przybrał naburmuszoną minę i odchylił głowę.

– Mamo, prosiłem, żebyś przestała z tym całowaniem, nie mam pięciu lat.

– No proszę, to już własnego dziecka nie można pocałować – obruszyła się Anna.

– Jak tam w szkole? – zapytał odruchowo ojciec i nie czekając na odpowiedź, dodał: – Jak dziadek?

– Dobrze – uspokoił go Antek.

Rodzice weszli do mieszkania. Tata odstawił teczkę na podłogę i pomógł żonie ściągnąć płaszcz.

– Czy ktoś dzwonił w sprawie kota? – spytała mama. Przestała nazywać go Felusiem po incydencie z listonoszem i zafajdanym płaszczem. Miała nadzieję, że właściciel szybko się odnajdzie.

– Nie, nikt nie dzwonił. A właśnie, mamo… – Antek uznał, że musi to powiedzieć teraz, w przeciwnym wypadku umowę i plan szlag trafi. – Tak się zastanawiam… Skoro już tyle pieniędzy wydaliśmy na kota, no wiesz, najpierw szczepienia, mandat, czyszczenie płaszcza…

– Tak? – Mama zaczęła się niecierpliwić. Wspomnienie o jej najlepszym kaszmirowym płaszczu było szczególnie bolesne.

– Chciałbym zatrzymać kota! – wykrzyknął kłamstwo na jednym wydechu, żeby nie utknęło mu w gardle.

– Zatrzymać? – zdziwiła się mama.

– Zatrzymać? – zdziwił się też tata, który właśnie odwieszał trencz na wieszak i zamarł w pół ruchu.

– O ile nie znajdzie się właściciel, oczywiście – doprecyzował syn.

– No nie wiem, on jest jakiś dziwny… – wzbraniała się mama.

– I agresywny – dodał tata.

– E… może on chciał nas obronić jak pies. – Antek potrzebował dobrych argumentów na obronę Barnaby.

– Jak pies?

– No… On jest trochę podobny do psa. Przybiega, jak się go woła. Barnaba, chodź tu – krzyknął Antek w głąb korytarza.

– Barnaba? – powtórzyła mama z niedowierzaniem. – Skąd wziąłeś to imię?

– Koty Afrodyty pochodzą z Cypru, a Barnaba to święty z Cypru. Pomyślałem, że imię będzie do niego pasować.

Kot przysłuchiwał się rozmowie, stojąc w otwartych drzwiach pokoju. Porównanie do psa było poniżej kociej godności i zabolało do żywego. Ale to była gra, trzeba odegrać swoje role i rozejść się. Fuknął pod nosem i ruszył wzdłuż przedpokoju w kierunku drzwi. Podszedł bardzo wolno do Antka i otarł się o jego nogi. Nawet zamruczał.

– Widzisz, przybiega jak pies.

– Raczej przypełza – zauważył tata. – I tak nagle go polubiłeś?

Tata był czujny, Antek musiał to przyznać.

– Mieliście rację. Potrzebny mi jakiś przyjaciel. – Chłopak postanowił uciec się do kłamstwa.

Rodzice byli więcej niż zdezorientowani. Popatrzyli na siebie, żeby bez słów, jedynie za pomocą mimiki uzgodnić decyzję. Mama podniosła jedną brew, ojciec podniósł obie, po czym mama nieznacznie zmrużyła powiekę i mrugnęła. Uzgodnili.

– Jeśli właściciel się nie znajdzie, to możemy się zgodzić, prawda, kochanie? – Wojciech Łomicki ciągle patrzył żonie w oczy.

– Tak. – kobieta przeniosła wzrok na Antka. – Ale od teraz to będzie twój kot. I ty po nim sprzątasz.

Udało się. Trudno się było jednak cieszyć z takiego obrotu spraw. Na Antka spadły wszystkie mozolne obowiązki związane z kotem. Musiał drobno siekać i serwować w czystej misce mięso, nalewać codziennie świeżą wodę, no i zbierać bobki z podłogi.

Inne książki tego autora