Pan Barnaba i zagadkowa hipotezaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Prolog

5  Rozdział 1

6  Rozdział 2

7  Rozdział 3

8  Rozdział 4

9  Rozdział 5

10  Rozdział 6

11  Epilog

12  Przypisy końcowe

Redak­cja: Beata Wój­cik

Pro­jekt okładki i ilu­stra­cje: Mag­da­lena Toczy­dłow­ska-Talar­czyk

Korekta: Słowne babki, Kamila Kle­packa

Copy­ri­ght © Kata­rzyna Kali­sta, 2020

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN: 9788381435505


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Pro­log

Hipo­teza Rie­manna jest jedną z naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych zaga­dek mate­ma­tycz­nych. Sfor­mu­ło­wał ją w 1859 roku nie­miecki mate­ma­tyk Bern­hard Rie­mann1. Hipo­teza doty­czy roz­kładu liczb pierw­szych, czyli miejsc wystę­po­wa­nia tych zagad­ko­wych liczb. Przez 161 lat od powsta­nia hipo­tezy nikomu nie udało się dowieść jej praw­dzi­wo­ści. Hipo­teza ma tak duże zna­cze­nie dla mate­ma­tyki i innych dzie­dzin nauki, że zna­la­zła się na liście pro­ble­mów mile­nij­nych2 i za jej roz­wią­za­nie lub oba­le­nie Insty­tut Mate­ma­tyczny Claya wyzna­czył nagrodę w wyso­ko­ści miliona dola­rów.

Legenda głosi, że naukowcy, któ­rzy pró­bują roz­wi­kłać zagad­kową hipo­tezę, popa­dają w obse­sję i spę­dzają lata na żmud­nych obli­cze­niach, mar­nu­jąc kariery. Wielu zna­ko­mi­tych uczo­nych podej­mo­wało próby roz­wią­za­nia zagadki Rie­manna, wśród nich John Nash, zdo­bywca Nagrody Nobla (Piękny Umysł), John Lit­tle­wood, God­frey Hardy, Louis de Bran­ges, ale żad­nemu nie udało się dowieść praw­dzi­wo­ści hipo­tezy.

W roku 2018 sir Michael Atiyah ogło­sił, że zna­lazł „pro­sty dowód hipo­tezy Rie­manna z uży­ciem rady­kal­nie nowego podej­ścia”. Nie­stety nie zdą­żył opu­bli­ko­wać szcze­gó­łów dowodu, gdyż zmarł na początku 2019 roku.

Hipo­teza Rie­manna pozo­staje więc nie­udo­wod­niona. Splen­dor i nagroda w wyso­ko­ści miliona dola­rów cią­gle cze­kają na osobę, która potwier­dzi lub obali praw­dzi­wość teo­rii.

Gotowi?


Roz­dział 1

Na Rynku Głów­nym w Kra­ko­wie wła­śnie wybiła osiem­na­sta. Trę­bacz poko­nał ostatni scho­dek i lekko sapiąc, otwo­rzył okienko. Kolejny raz tego dnia prze­mie­rzył dwie­ście dwa­dzie­ścia dzie­więć stopni, żeby ode­grać hej­nał. Chwy­cił w dło­nie trąbkę, otwo­rzył nie­wiel­kie okienko i spoj­rzał w dół.

Kil­ka­set metrów niżej tłum ludzi poru­szał się bez­ład­nie po pły­cie Rynku. Malut­kie posta­cie rap­tow­nie zmie­niały kie­ru­nek drogi, raz szły w prawo, potem w lewo, wpa­dały na sie­bie. W cha­otycz­nym ruchu przy­po­mi­nały swo­bodne elek­trony.

Trę­bacz przy­ło­żył trąbkę do ust i zaczął grać. Dźwięki hej­nału spły­nęły z wieży w dół, wprost na roz­bie­ga­nych ludzi, niczym cza­ro­dziej­skie zaklę­cie. Nagle wszy­scy zwol­nili, przy­sta­nęli i zadzie­ra­jąc głowy w górę, wypa­try­wali źró­dła dźwięku. To była mała złota trąbka.

Ten moment bez­ru­chu wyko­rzy­stał czarny kot, który od dłuż­szej chwili pró­bo­wał prze­drzeć się przez Rynek. Prze­mknął szybko mię­dzy nogami zasty­głych ludzi i już po chwili szedł spo­koj­nie wzdłuż kamie­nic ulicy Świę­tego Jana.

Ści­śle mówiąc, nie był cał­kiem czarny, z bia­łym pod­brzu­szem przy­po­mi­nał pin­gwina. Końce łap miał białe, jakby wdep­nął do miski z wybie­la­czem. Spra­wiał wra­że­nie, że przy­gląda się mija­nym kamie­ni­com. Przy końcu ulicy zatrzy­mał się przy drew­nia­nej bra­mie, usiadł i zaczął wyli­zy­wać łapy. Lizał wła­śnie prawą, kiedy brama zatrzesz­czała i otwo­rzyła się, pchnięta przez wyso­kiego męż­czy­znę. Nim zamknęła się z powro­tem, kot był już w środku i biegł po scho­dach na górę. Zatrzy­mał się na pierw­szym pię­trze, niczym pies obwą­chał po kolei troje sąsia­du­ją­cych drzwi, naj­pierw bor­dowe, potem brą­zowe, a na końcu zie­lone, po czym usiadł na wycie­raczce środ­ko­wego miesz­ka­nia ozna­czo­nego nume­rem pięć. Zamiau­czał i drap­nął w drzwi. Odcze­kał chwilę. Nic się nie wyda­rzyło. Otarł się o drzwi i zamiau­czał jesz­cze kilka razy, tym razem zde­cy­do­wa­nie gło­śniej. Drzwi pozo­sta­wały nie­wzru­sze­nie zamknięte.

Kot zwi­nął się w kłę­bek na wycie­raczce, uło­żył głowę wygod­nie na łap­kach, zamknął oczy i spo­koj­nie usnął.

Tym­cza­sem za zie­lo­nymi drzwiami w miesz­ka­niu pod nume­rem sześć o spo­kój było trudno. W kuchni przy dłu­gim stole sie­działa ele­gancka blon­dynka w śred­nim wieku o ład­nej, choć czer­wo­nej ze zde­ner­wo­wa­nia twa­rzy, rów­nie zaczer­wie­niony męż­czy­zna w podob­nym wieku, w dużych oku­la­rach na nosie, a dalej uśmiech­nięty siwy sta­ru­szek na wózku inwa­lidz­kim. Przy końcu stołu sie­dział trzy­na­sto­letni chło­piec z czu­pryną jasnych, nie­sfor­nych wło­sów, które przy­po­mi­nały opusz­czone gniazdo pta­ków.

Chło­piec wyda­wał się nie przej­mo­wać nie­zdrową pur­purą na twa­rzach rodzi­ców, która mogłaby suge­ro­wać, że zaraz eks­plo­dują. Spo­koj­nie pochła­niał spa­ghetti.

– Antek – ode­zwała się kobieta. Wkła­dała dużo wysiłku w to, by jej głos brzmiał spo­koj­nie. – W dwa tygo­dnie jedynka i dwója z angiel­skiego, jedynka z che­mii, dwa braki zadań z pol­skiego? Wiesz, jak mi było wstyd na wywia­dówce? Ni­gdy nie mia­łeś takich ocen. Dziecko – wes­tchnęła – czy ty nie rozu­miesz, że w tej szkole musisz się wię­cej uczyć? To nie to samo, co twoja stara pod­sta­wówka, gdzie wystar­czyło cho­dzić na lek­cje, żeby mieć czwórki i piątki. Rozu­miesz?

Rodzice wle­pili oczy w syna w peł­nym napię­cia wycze­ki­wa­niu. Antek otwo­rzył wpraw­dzie usta, ale tylko po to, żeby upchnąć w nich kolejną por­cję maka­ronu.

– Może odpo­wiesz łaska­wie mamie? – pona­glił ojciec.

– Jak wam tak zależy na oce­nach, trzeba mnie było zosta­wić w sta­rej szkole, a nie prze­pi­sy­wać do tej fabryki kujo­nów.

– Fabryka kujo­nów? – Ojciec Antka ner­wowo popra­wił oku­lary. – Dzieci z tej szkoły dostają się do naj­lep­szych liceów w Kra­ko­wie, idą na dobre stu­dia i zostają leka­rzami i praw­ni­kami. Tamta szkoła to była pomyłka, bez poziomu, bez per­spek­tyw. Był­byś po niej nikim, rowy byś kopał.

– Spoko. – Antek pró­bo­wał uspo­koić rodzi­ców.

– Spoko, co to za słowo? – obu­rzyła się matka. – Chciał­byś być nikim?

Antek wzru­szył ramio­nami.

– Chciał­bym po pro­stu spo­koj­nie zjeść, jeśli nie macie nic prze­ciwko. Cią­gle powta­rza­cie, że stres źle wpływa na tra­wie­nie.

Rodzice spoj­rzeli na sie­bie zre­zy­gno­wani.

Ani ojciec, ani matka nie dokoń­czyli kola­cji, za to Antek ze sma­kiem wsu­nął ich por­cje. W nocy nie mogli zasnąć i roz­pra­wiali, gdzie dopu­ścili się błędu w wycho­wa­niu. Dla­czego ich jedyny syn, nie byle jaki syn, syn wybit­nego kra­kow­skiego psy­chia­try Woj­cie­cha Łomic­kiego i Anny Łomic­kiej, leka­rza inter­ni­sty, nie chce się uczyć. Wię­cej, stał się uparty i krnąbrny. Stwier­dzili z prze­ra­że­niem, że wła­śnie to okropne słowo „krnąbrny” naj­cel­niej opi­suje ich syna, nie­gdyś grzecz­nego chłopca. Koło dru­giej w nocy doszli do wnio­sku, że doskwiera mu samot­ność. Antek w nowej szkole z nikim się jesz­cze nie zaprzy­jaź­nił, nikt go nie odwie­dzał. Chłopcu byłoby łatwiej, gdyby miał rodzeń­stwo. W tej kwe­stii trudno było coś szybko zdzia­łać. Ale pań­stwo Łomiccy zna­leźli lep­sze i natych­mia­stowe roz­wią­za­nie.

 

O trze­ciej nad ranem byli już zgodni. Kupią Ant­kowi psa.

* * *

Ran­kiem, przy jajecz­nicy na maśle, mama z rado­ścią oznaj­miła, że zgo­dzili się kupić Ant­kowi psa.

Chło­pak spoj­rzał na mamę ze szcze­rym zdzi­wie­niem. Tata poki­wał głową na potwier­dze­nie słów żony.

– Mamo, ale ja nie chcę psa – zapro­te­sto­wał chło­piec.

– Ależ kocha­nie, będziesz miał się z kim bawić.

– Mamo, popatrz na mnie. Nie wydaje ci się, że tro­chę pod­ro­słem? – Wstał z krze­sła, żeby zade­mon­stro­wać swój wzrost. – Ja już się nie bawię.

– Obie­cuję, że będziesz mógł wybrać rasę – prze­ko­ny­wała mama.

– Nie chcę – powtó­rzył.

– Będziesz miał towa­rzy­sza, będziesz mógł z nim wycho­dzić i w ogóle…

– Mamo, mamo – Antek prze­rwał potok słów matki – dzięki, ale ja naprawdę nie chcę psa. Nie potrze­buję ani zabawki, ani niańki. Nie jestem też samotny, mam wielu zna­jo­mych…

– Jakich zna­jo­mych? – wtrą­cił tata. – Może masz na myśli te dzi­wa­dła z Inter­netu, tych pseudozna­jo­mych? Nawet nie wiesz, jak mają na imię. I czy w ogóle są dziećmi, a nie jaki­miś sta­rymi zbo…

– Woj­tek, nie przy dziecku – zgro­miła męża mama.

– Trol­lami jaki­miś… – męż­czy­zna pró­bo­wał wybrnąć z sytu­acji.

Antek spoj­rzał na ojca pobłaż­li­wie i wes­tchnął. Potem prze­niósł wzrok na matkę.

– Jak kupi­cie psa, będzie­cie sami musieli z nim wycho­dzić. Radzę to jesz­cze prze­my­śleć. Dzięki za śnia­da­nie.

Wstał od stołu, pod­niósł z pod­łogi ple­cak i udał się w kie­runku drzwi wyj­ścio­wych. Zarzu­cił cienką kurtkę, chwy­cił pod pachę desko­rolkę i wyszedł z miesz­ka­nia.

Na wycie­raczce sąsiada z miesz­ka­nia obok spał kot. Antek ni­gdy wcze­śniej nie widział w kamie­nicy bez­pań­skich kotów. Przy­glą­dał mu się przez chwilę. Sku­lony w kłę­bek zwie­rzak wyda­wał się zupeł­nie czarny. Antek pomy­ślał, że to nie może być dobry znak. Kot uniósł łeb i pod­niósł leni­wie powieki, odsła­nia­jąc żółte niczym u sowy oczy. Pod jego spoj­rze­niem Antka prze­szył zimny dreszcz.

– Co się gapisz? – mruk­nął do kota.

Odło­żył deskę na posadzkę i odwró­cił się, żeby prze­krę­cić klucz w zamku. Czuł, że kot przez cały czas go obser­wuje. Obej­rzał się i znów natra­fił na żółte świ­dru­jące oczy. Nie­spo­dzie­wa­nie kot się pode­rwał, wygiął grzbiet i wydał z sie­bie dziwne prych­nię­cie. Antek wzdry­gnął się i nie odwra­ca­jąc się, scho­wał klucz do kie­szeni. Potem przy­cią­gnął nogą deskę i nastą­pił na jej brzeg. Deska posłusz­nie sta­nęła dęba. Chwy­cił ją w dłoń i omi­nął wycie­raczkę sąsiada sze­ro­kim łukiem, sta­ra­jąc się igno­ro­wać prze­ni­kliwy wzrok kota. Kiedy był już na scho­dach, obej­rzał się i rzu­cił w stronę zwie­rzę­cia szyb­kie spoj­rze­nie.

– Paskudny sier­ściuch – bąk­nął i zbiegł po scho­dach.


Na pół­pię­trze usły­szał ochry­pły głos. Zatrzy­mał się na chwilę i nad­sta­wił uszu. Nie wychwy­cił wię­cej żad­nego dźwięku. „Może mi się wyda­wało” – pomy­ślał.

Za bramą rzu­cił deskę na jezd­nię, ode­pchnął się kilka razy i ruszył przed sie­bie. Kółka miękko toczyły się po gład­kim asfal­cie. Antek spraw­nie balan­so­wał cia­łem, nada­jąc kie­ru­nek jazdy.

Wsiadł do tram­waju, żeby szyb­ciej dotrzeć do szkoły, jed­nak spóź­nił się pra­wie kwa­drans. Kie­rowca dostaw­czej fur­go­netki zapar­ko­wał samo­chód na toro­wi­sku i tram­waj utknął na środku ulicy. Zanim motor­ni­czy w końcu zgo­dził się otwo­rzyć drzwi wago­nów, by wypu­ścić pasa­że­rów, minęło dzie­sięć minut. Zro­bił to tylko dla­tego, że kilka osób zaczęło wykrzy­ki­wać o swo­ich zna­jo­mo­ściach w urzę­dzie mia­sta. Antek nie był w sta­nie nad­ro­bić tych dzie­się­ciu minut nawet na desce. Zła­pał więc na pierw­szej lek­cji spóź­nie­nie. Na angiel­skim dostał jedynkę za odpo­wiedź ustną, a w zasa­dzie brak odpo­wie­dzi, bo stał tylko jak słup soli, a na mate­ma­tyce kolejną jedynkę za nie­odro­bie­nie zada­nia.

Miał też szansę na dobrą ocenę. Nauczy­ciel mate­ma­tyki, pan Faj­fer­ski, przy­po­mi­na­jący z wyglądu Quasi­modo3, szu­kał chęt­nego do roz­wią­za­nia na tablicy zada­nia. Było banalne i Antek roz­wią­załby je bez trudu, ale się nie zgło­sił. Nie chciał, żeby ucznio­wie się na niego gapili. Spo­śród wszyst­kich czter­na­stu osób w kla­sie Antek nie widział ani jed­nego kan­dy­data na kum­pla. Wszy­scy wyda­wali się zaro­zu­miali i sztywni niczym kije od szczotki. Tęsk­nił za kum­plami od deski, za starą klasą i szkołą, gdzie na prze­rwach gadało się o nowych pozio­mach w grach, a na nud­nych lek­cjach opo­wia­dało dow­cipy. W pry­wat­nej szkole każdy roz­ma­wiał w kółko o nauce, oce­nach i przy­szłych stu­diach. Antek był prze­ko­nany, że nie­któ­rzy już się zarę­czyli i wkrótce zaczną pla­no­wać swój ślub.

Wra­cał ze szkoły z zasę­pioną miną. Jechał bar­dzo wolno na desce alej­kami Plant. Park miej­ski opla­tał Rynek Główny wraz z przy­le­głymi uli­cami wstęgą zie­leni rosłych drzew i krze­wów zdo­bioną kolo­ro­wymi klom­bami. Chło­piec odpy­chał się lekko stopą i lawi­ro­wał mię­dzy prze­chod­niami. Pała nie­spe­cjal­nie go mar­twiła, bar­dziej to, że następ­nego dnia znów będzie musiał iść do tej okrop­nej szkoły. Do głowy przy­szła mu kusząca myśl. Może gdyby zebrał cały arse­nał jedy­nek, rodzice prze­pi­sa­liby go do sta­rej szkoły? Choćby ze wstydu przed dyrek­to­rem… Pod­czas roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej strze­lili prze­cież gładką gadkę, jaki to ich syn jest zdolny i wybitny.

W domu ścią­gnął buty, nie­dbale rzu­cił w kąt deskę i poszedł dłu­gim kory­ta­rzem do swo­jego pokoju. Zamknął drzwi i zrzu­cił ple­cak. Zauwa­żył brudne skar­petki poroz­rzu­cane na łóżku i przez sekundę nawet bił się z myślami, czy ich nie sprząt­nąć. Wie­dział dosko­nale, że mama będzie mu o nie suszyć głowę. Ale to była tylko sekunda waha­nia. Odwró­cił głowę w stronę biurka i ekranu kom­pu­tera. Wraz ze zmianą pola widze­nia pro­blem skar­pe­tek znik­nął.

Odpa­lił kom­pu­ter. Chciał włą­czyć Fort­nite’a tylko na pół godzinki. Tym­cza­sem na grze nie­po­strze­że­nie minęła cała godzina. Następne dwie Antek spę­dził na YouTu­bie, obser­wu­jąc, jak grają inni youtu­be­rzy. Jego ojciec, który przy kola­cji dzień wcze­śniej robił się czer­wony ze zło­ści na myśl o mar­nych stop­niach syna, nie mógł tego pojąć. Rozu­miał, że Antek chce grać na kom­pu­terze. Sam jako dziecko marzył, żeby mieć wła­sny kom­pu­ter i grać do woli. Ale rodzi­ców małego Wojtka nie było wtedy stać na kom­pu­ter, więc wpra­szał się do tych kole­gów, któ­rzy go mieli. Scho­dziło się tam zresztą zawsze pół klasy. Zanim mógł pograć, cze­kał godzi­nami na swoją kolej, gapiąc się, jak inni grają, i szcze­rze nie­na­wi­dził tego cze­ka­nia.

Dla­tego jako ojciec nie rozu­miał, jak syn może czer­pać przy­jem­ność z gapie­nia się na grę innych. A jako lekarz, znany kra­kow­ski psy­chia­tra, po pro­stu wście­kał się i ner­wowo popra­wiał oku­lary na myśl o tym, że jego jedyne dziecko tak mar­nuje czas, zamiast się uczyć i iść w ślady matki, ojca i dziadka.

Wła­śnie rze­czony dzia­dek wyrwał Antka z wir­tu­al­nego świata. Kop­nął nogą w drzwi i wje­chał swoim elek­trycz­nym wóz­kiem do pokoju wnuka. Na jego kola­nach leżało pudło z drew­nia­nymi sza­chami.

Od dwóch lat sta­ru­szek miał pro­blemy z pamię­cią, słu­chem i głową w ogóle, a od roku jeź­dził na wózku. Zda­rzało mu się wyga­dy­wać nie­stwo­rzone histo­rie. Cza­sem nie pozna­wał naj­bliż­szych lub prze­ciw­nie – zacze­piał na ulicy obce osoby, wma­wia­jąc im, że znają się jesz­cze z pod­sta­wówki.

Antek ścią­gnął z uszu słu­chawki i uśmiech­nął się do dziadka. Lubił grać z nim w sza­chy z trzech powo­dów. Po pierw­sze, darzył dziadka sym­pa­tią. Po dru­gie, sta­ru­szek był wybor­nym stra­te­giem. Chło­pak wiele się od niego uczył i nowe umie­jęt­no­ści zaczął z powo­dze­niem wyko­rzy­sty­wać w grach stra­te­gicz­nych na kom­pu­te­rze. Po trze­cie, dzia­dek opo­wia­dał aneg­dotki z cza­sów mło­do­ści, cza­sem nawet nie­przy­zwo­ite, od któ­rych czer­wie­niły się uszy, o co zresztą rodzice Antka czy­nili mu wyrzuty. Dzia­dek jed­nak odpo­wia­dał im nie­stru­dze­nie „ale to życie wła­śnie”.

Teraz Apo­li­nary Łomicki przy­by­wał z tajną, jak sądził, misją.

Roz­ło­żyli sza­chy. Dzia­dek roz­po­czął bia­łymi i ruszył pio­nem z E2 na E4.

– Mia­łem kie­dyś psa, bar­dzo mądrego wyżła – zaczął star­szy pan jakby od nie­chce­nia. – Wabił się Dobosz.

– Dziadku, to nie jest dobry począ­tek – wtrą­cił Antek, który od razu przej­rzał zamiary dziadka.

– Co nie jest dobrym począt­kiem? – Zanie­po­koił się sta­ru­szek i popa­trzył na sza­chow­nicę. – Ruch piona sprzed króla to naj­lep­sze wyj­ście sza­chowe. Zawsze ci to powta­rzam.

– Cho­dzi o roz­mowę – wyja­śnił Antek i prze­su­nął swój pio­nek na E5.

Teraz biały i czarny pion stały naprze­ciw sie­bie. Dzia­dek poki­wał z uzna­niem głową. To był dobry ruch.

– Dobosz dał się dobrze pro­wa­dzić. I wiesz co, Antoni… – dzia­dek zda­wał się w ogóle nie sły­szeć, co powie­dział wnuk – wyobraź sobie, że cho­dził mi rano po papie­rosy i gazetę.

– Dziadku, ja prze­cież nie palę… jesz­cze… A gazet to się już w ogóle nie kupuje w kio­sku – odparł – i nie chcę mieć psa. Możesz to powtó­rzyć rodzi­com. I powiedz im, że jestem szczę­śli­wym jedy­na­kiem.

Sprawa psa umarła, zde­chła rzec można, a dzia­dek prze­grał par­tię sza­chów w kil­ku­na­stu ruchach.

* * *

Po dwóch dniach od awan­tury po wywia­dówce życie wró­ciło do normy. Rodzice zajęci wła­snymi spra­wami zapo­mnieli, że Antek sta­now­czo za dużo czasu spę­dza przed kom­pu­te­rem, a za mało nad książ­kami.

Naj­pew­niej nie zaglą­dali do dzien­nika elek­tro­nicz­nego i nie mieli poję­cia o jedyn­kach z angiel­skiego i z matmy za brak zada­nia, bo ich skóra miała nor­malny, beżowy odcień. Antek też nic o tym nie wspo­mniał. Nie widział powodu, żeby ich dener­wo­wać. Tak nie­zdrowo wyglą­dali z czer­wo­nymi twa­rzami.

Grał wła­śnie na kom­pu­te­rze, kiedy usły­szał puka­nie do drzwi i głos matki.

– Kocha­nie, to ja. Możesz mi otwo­rzyć?

Chło­piec speł­nił jej prośbę. Zdu­miony wpa­try­wał się w to, co mama trzy­mała w ręce. Była to klatka z czar­nym kotem, tym samym, który leżał rano przed drzwiami sąsiada i przez któ­rego cały dzień prze­śla­do­wał go pech i dostał dwie pały.

– Zna­la­złam go na wycie­raczce sąsiada spod piątki. Leżał tam już drugi dzień. Naj­pierw myśla­łam, że to kot sąsiada, ale dozor­czyni twier­dzi, że ten pan wyje­chał, a poza tym ni­gdy nie miał kota.

Mama posta­wiła klatkę na biurku.

– Pomy­śla­łam, że go przy­gar­niemy. Z kotem nie trzeba wycho­dzić na spa­cery. Posta­wimy mu w toa­le­cie kuwetę. Co ty na to?

– Wzię­łaś jakie­goś przy­błędę?

– Mia­łam go tam tak zosta­wić?

– Bo ja wiem… – Antek prze­je­chał ręką po wło­sach i odgar­nął grzywkę. – Mogłaś mu jedze­nie przy­no­sić albo zadzwo­nić po jakie­goś hycla lub do towa­rzy­stwa opieki nad zwie­rzę­tami. Może on jest chory, ma robaki albo pchły?

– Nie ma pcheł! – obu­rzyła się mama. – Jest czy­ściutki. Byłam z nim u wete­ry­na­rza. Jest odro­ba­czony i zaszcze­piony.

Wycią­gnęła kota z klatki i sado­wiąc się na fotelu, poło­żyła go sobie na kola­nach. Dał wyraz swo­jemu nie­za­do­wo­le­niu skrze­czą­cym miauk­nię­ciem.

– To kot Afro­dyty – dodała pra­wie z dumą mama. – Bar­dzo rzadka i stara rasa pocho­dząca z Cypru. Tak powie­dział wete­ry­narz.

– Rasa? Takie czarne koty bie­gają wszę­dzie. Mamo, ja nie chcę kota, zro­zum to. Nie chcę żad­nego zwie­rzę­cia i jestem szczę­śliwy, rozu­miesz?

– Trudno, zosta­wię go dla sie­bie. – Mama pozo­sta­wiła pyta­nie syna bez odpo­wie­dzi i cmok­nęła kota w ucho.

Antek skrzy­wił się z obrzy­dze­niem. Tego było już za wiele. Cało­wać przy­błędę.

W mig zro­zu­miał, że mama pró­buje go ograć. Niby zosta­wia kota dla sie­bie, ale tylko po to, żeby wepchnąć go synowi. Poświę­cił chwilę na zasta­no­wie­nie, jak zapa­no­wać nad wymy­ka­jącą się spod kon­troli sytu­acją. Wyko­rzy­stał stra­te­giczne myśle­nie, któ­rego nauczył się, gra­jąc z dziad­kiem w sza­chy.

 

– Rasowy kot bez­domny? To nie­moż­liwe. Musi mieć wła­ści­ciela – zawy­ro­ko­wał Antek i zaraz dodał współ­czu­ją­cym tonem: – Może jakaś mała dziew­czynka z jasnymi locz­kami nie może zasnąć, bo jej naj­uko­chań­szy Puszek zagi­nął.

Tu Antek zro­bił praw­dzi­wie nie­szczę­śliwą minę. Anna Łomicka została ugo­dzona w samo sedno mat­czy­nego serca. Wie­działa, że jej inte­li­gentny, cho­ciaż stro­niący od nauki syn robi to spe­cjal­nie. Z roz­my­słem pod­suwa wąt­pli­wo­ści, aby osią­gnąć swój cel, czyli pozbyć się kota. Jed­nak zdą­żyła już sobie wyobra­zić tę małą dziew­czynkę, która pła­cze za kot­kiem. Serce jej się ści­snęło i poje­dyn­cza, samotna łza poja­wiła się w jej oku. Wsa­dziła kota do klatki i wyszła obra­żona.

Antek ści­snął kciuki w pięść, bar­dzo z sie­bie zado­wo­lony, opadł na obro­towy fotel i kil­ka­krot­nie okrę­cił się dookoła. Nie zdą­żył odblo­ko­wać gry, kiedy w drzwiach znów poja­wiła się mama. Tym razem bez kota. Z pal­cem wymie­rzo­nym w Antka oświad­czyła:

– W takim razie zro­bisz ogło­sze­nia o zagi­nio­nym kocie i roz­wie­sisz je po oko­licy.

– Dla­czego ja, prze­cież ja go tu nie… – zanim Antek zdą­żył dokoń­czyć, mama już wyszła, trza­ska­jąc drzwiami – … przy­wlo­kłem.

Chciał wró­cić do gra­nia. Po chwili zasta­no­wie­nia doszedł do wnio­sku, że lepiej będzie sprawę kota zała­twić od ręki.

Wziął tele­fon i poszedł szu­kać zwie­rzaka, żeby zro­bić zdję­cie do ogło­sze­nia. Zna­lazł go w salo­nie. Sie­dział nie­ru­chomo na kola­nach matki w moc­nym uści­sku. Pozwa­lał się gła­skać, jed­nak wyraz żół­tych oczu wska­zy­wał na naj­wyż­sze nie­za­do­wo­le­nie.

– Zro­bię mu zdję­cie – powie­dział Antek.

Matka roz­luź­niła uścisk, żeby posta­wić kota na pod­ło­dze. Ten natych­miast wyko­rzy­stał sytu­ację i pędem pobiegł pod drzwi wej­ściowe. Kiedy Antek zbli­żał się, żeby zro­bić zdję­cie, sier­ściuch prych­nął zło­wiesz­czo niczym kot sta­rej cza­row­nicy. Nie pomo­gły uspo­ka­ja­jące gesty ani słowa.

Antek zro­bił kilka ujęć. Na wszyst­kich kot wyglą­dał jak ogar­nięty wście­kli­zną.

– Nie wiem, czy kto­kol­wiek przy zdro­wych zmy­słach chciałby mieć z powro­tem takiego kota – mru­czał do sie­bie Antek, skła­da­jąc tekst ogło­sze­nia.

Wybrał naj­zno­śniej­sze ze zdjęć, wydru­ko­wał pięć­dzie­siąt egzem­pla­rzy ogło­szeń i jesz­cze tego dnia poroz­wie­szał po oko­licy.

Kot całymi dniami waro­wał przy drzwiach wyj­ścio­wych. Usi­ło­wał uciec przy każ­dym ich otwar­ciu. Trzeba było zamy­kać drzwi na klucz, bo ska­kał na klamkę i sam je otwie­rał.

Mama nazwała go tym­cza­sem Feluś. Antek uznał, że to idio­tyczne imię, jed­nak nie sko­men­to­wał wyboru. Sza­lony przy­błęda był mu w naj­wyż­szym stop­niu obo­jętny. Jedyną nie­do­god­no­ścią, jaką odczu­wał, była koniecz­ność cią­głego zamy­ka­nia drzwi na klucz.

Za to mama miała naprawdę prze­chla­pane. Czuła się za znajdę odpo­wie­dzialna. Skoro już go przy­gar­nęła, musiała utrzy­mać go przy życiu, dopóki nie zgłosi się wła­ści­ciel, owa legen­darna mała dziew­czynka roz­pa­cza­jąca za pupi­lem. Tym­cza­sem kot nie chciał nic jeść. Kobieta wypró­bo­wała już wszyst­kie rodzaje karmy dostępne u wete­ry­na­rza, ale żad­nej nie zaak­cep­to­wał. Wodę pił wprost z kapią­cego kranu, a zamiast do kuwety, zała­twiał się do toa­lety. Nie zawsze zresztą tra­fiał i dok­tor Anna Łomicka ze swoim kosz­tu­ją­cym ją nie­gdyś wiele wysiłku tytu­łem nauko­wym musiała oso­bi­ście sprzą­tać po nim pod­łogę.

* * *

Antek upchnął dru­gie śnia­da­nie do ple­caka i powlekł się do pokoju dziadka, żeby się poże­gnać. Nie miał naj­mniej­szej ochoty iść do szkoły. Czuł, że tam nie pasuje. Dzia­dek w mig wyczy­tał wszystko z twa­rzy wnuka i wci­snął mu do kie­szeni dychę na pocie­sze­nie.

– Na lody – powie­dział.

Dycha w kie­szeni miała moc. Na twa­rzy Antka od razu poja­wił się uśmiech. Omi­ja­jąc leżą­cego przy drzwiach kota, schy­lił się po deskę, zarzu­cił ple­cak i zama­szy­ście otwo­rzył drzwi.

Feluś tylko na to cze­kał. Natych­miast czmych­nął mię­dzy nogami chłopca i dał susa po scho­dach na dół. Antek odru­chowo rzu­cił wszystko i ruszył w pościg. Gdyby miał czas, by rzecz prze­my­śleć, stwier­dziłby, że nie ma sensu gonić za przy­błędą, któ­rej i tak wszy­scy chcą się pozbyć. Jed­nak nim zdą­żył to sobie uświa­do­mić, zbie­gał już po scho­dach i gnał za kotem w kie­runku bramy. Brama miała wpraw­dzie klamkę, ale była zbyt ciężka, żeby napór kociego ciała mógł ją ruszyć.

– Ha, tych drzwi nie otwo­rzysz – powie­dział Antek z chy­trą miną, zbli­ża­jąc się do czwo­ro­noga.

Kiedy wypo­wia­dał ostat­nie słowo, klamka poru­szyła się i drzwi zaczęły się uchy­lać.

Kot spoj­rzał na Antka żół­tymi oczami, jakby chciał powie­dzieć: „I co teraz powiesz, cwa­niaczku?”. To cyniczne spoj­rze­nie chło­pak ode­brał jako wyzwa­nie. Złość w nim wez­brała i rzu­cił się śli­zgiem w kie­runku bramy, wła­snym cia­łem blo­ku­jąc jej otwar­cie. Już po chwili obu­rącz mocno trzy­mał futrzaka. Mina kota wyra­żała bez­brzeżne zdu­mie­nie. Naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się takiego obrotu sprawy.

Klamka ponow­nie się poru­szyła i drzwi otwo­rzyły się na oścież.

W bra­mie sta­nął sąsiad z par­teru, mały gruby czło­wie­czek.

– Co się tutaj dzieje? – spy­tał.

Antek nic nie odpo­wie­dział, tylko chwy­cił kota za skórę na karku i zaniósł dyn­da­jące czarne futro do domu. Wrzu­cił kota do miesz­ka­nia, chwy­cił ple­cak i deskę i ruszył do szkoły.

* * *

Wie­czo­rem znowu sie­dzieli wszy­scy razem przy stole − mama, tata, dzia­dek i Antek. Niby nor­malna rodzinna kola­cja, a jed­nak coś się zmie­niło. Od kiedy w domu poja­wił się kot, mama stra­ciła ochotę na goto­wa­nie i ser­wo­wała kanapki. Nagle nikt jakoś nie był szcze­gól­nie głodny.

W pew­nym momen­cie zadzwo­nił tele­fon. Rodzice popa­trzyli na sie­bie. Ojciec ski­nął ledwo zauwa­żal­nie głową, dając mamie znak, żeby ode­brała.

– Słu­cham, Anna Łomicka – powie­działa do słu­chawki. – Jej twarz nagle poja­śniała, a na ustach poja­wił się uśmiech. Zasło­niła dło­nią słu­chawkę i wyszep­tała w kie­runku stołu: – Pani w spra­wie kota.

Tata i Antek zerwali się i pod­bie­gli do tele­fonu, żeby sły­szeć roz­mowę.

– Tak, zna­leź­li­śmy kota – mówiła mama do słu­chawki – czeka na swo­jego wła­ści­ciela i bar­dzo tęskni.

– Czy jest pani pewna, że kot jest czarny? – zapy­tał dam­ski głos.

– Słu­cham? – zdzi­wiła się mama.

– Pyta­łam, czy jest pani pewna, że kot jest czarny.

– Tak, kot jest czarny – odpo­wie­działa nieco zasko­czona pyta­niem mama.

– A więc nie brą­zowy?

– Nie, nie jest brą­zowy – zapew­niła mama.

Mama, tata i Antek wymie­nili zdzi­wione spoj­rze­nia.

– Jest pani pewna?

– Tak jestem pewna, znam się na kolo­rach. – W gło­sie mamy dało się sły­szeć urazę.

– W takim razie to nie mój Misio, do widze­nia…

I nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, kobieta się roz­łą­czyła.

– Sły­sze­li­ście, nie jej Misio… – Mama rzu­ciła słu­chawkę na blat szafki.

– Trzeba było powie­dzieć, że jest brą­zowy. Może byśmy się go pozbyli – powie­dział tata z wyraź­nym roz­cza­ro­wa­niem.

* * *

O nowych fil­mi­kach na YouTu­bie na kanale Blu­zga Woj­ciech Łomicki powie­działby zapewne, że są żało­sne i żenu­jące. O wszyst­kich star­szych oczy­wi­ście powie­działby to samo i nie minąłby się z prawdą. Już sama ksywa youtu­bera sta­no­wiła zapo­wiedź tego, co pre­zen­tuje.

Antek sie­dział w słu­chaw­kach na uszach nie­ru­chomo przed kom­pu­te­rem i oglą­dał naj­now­sze odcinki ze sku­pie­niem, któ­rego ostat­nimi czasy nie był w sta­nie osią­gnąć w szkole.

Dopiero kiedy Bluzg zakoń­czył odci­nek krót­kim „spa­dam”, przez gąbki słu­cha­wek prze­do­stał się prze­cią­gły dźwięk dzwonka do drzwi. Antek spoj­rzał na zega­rek. Było wpół do dru­giej. Nikogo się nie spo­dzie­wał. Prze­szedł przez długi kory­tarz, by otwo­rzyć. Kot przy wej­ściu dosłow­nie sza­lał, miau­czał i rzu­cał się na drzwi, jakby chciał je prze­bić wła­snym cia­łem. W serce chło­paka wstą­piła nadzieja. „To musiał być wła­ści­ciel pie­kiel­nego Felu­sia” – pomy­ślał. W końcu się od niego uwol­nią.

Uchy­lił drzwi. Na wycie­raczce stał chudy jak źdźbło trawy listo­nosz z wielką torbą.

Dopiero co zakwi­tła w sercu nadzieja zwię­dła w mgnie­niu oka. Zre­zy­gno­wany Antek wziął kota na ręce i zapro­sił listo­no­sza do domu.

– Niech pan wej­dzie. – Ści­snął moc­niej kota, który z całych sił pró­bo­wał się wyrwać. – Coś dla dziadka?

Dzia­dek regu­lar­nie otrzy­my­wał listy z zagra­nicy od zna­jo­mych z mło­dzień­czych lat roz­pro­szo­nych po całym świe­cie.

– Tym razem z Fran­cji. – Listo­nosz wycią­gnął list z torby. – O, macie zwie­rzątko – zauwa­żył.

– To przy­błęda. Trzeba gdzieś pod­pi­sać?

– Nie, to zwy­kłe listy – odparł listo­nosz i prze­je­chał dło­nią po łysej czaszce.

Antek poło­żył kota na pod­ło­dze, żeby ode­brać prze­syłkę. Zanim zdą­żył po nią się­gnąć, kot rzu­cił się na plecy wątłego męż­czy­zny. Ten stra­cił rów­no­wagę, zachwiał się, torba go prze­wa­żyła i prze­wró­cił się na par­kiet. W trak­cie owej wywrotki zadra­pał go w głowę aż do krwi. Z torby wysy­pały się listy i drobne paczki. Kot bły­ska­wicz­nie sko­czył na torbę i zje­żył się, pry­cha­jąc gło­śno na listo­no­sza. Męż­czy­zna pod­niósł się i na wpół sie­dząc, oparł o ścianę. Na łysej czaszce stróżka krwi zary­so­wała się bar­dzo wyraź­nie. Poma­cał głowę i obej­rzał dłoń. Krew na pal­cach przy­po­mniała mu serię bole­snych zastrzy­ków w brzuch, które musiał przy­jąć w dzie­ciń­stwie, gdy pogryzł go wałę­sa­jący się po polach pies. „O rany, wście­kli­zna” – pomy­ślał ze stra­chem.

Inne książki tego autora