Ostatni rozdziałTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

Przypisy końcowe

Redakcja: Marta Banaszek, Beata Wójcik

Korekta: Katarzyna Rojek, Paulina Płatkowska/Słowne Babki

Projekt okładki: KAV Studio Pola Rusiłowicz

Zdjęcie na okładce: © elements.envato.com

Zdjęcie autorki: Izabella Garbarz

Copyright © by Katarzyna Kalista, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-381-5


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.


Drzwi uderzyły w staroświecki dzwonek i rozległ się przenikliwy dźwięk. Olga weszła energicznie do środka. Obróciła kilka razy parasol w dłoni i strzepnęła krople deszczu z płaszcza. Poprawiła zmoczone loki, żeby przywrócić im poranny kształt. Rzuciła okiem w głąb pomieszczenia. Sztuczne choinki migocące pstrokatymi lampkami i girlandy z zielonego plastiku szpeciły wystarczająco brzydkie wnętrze poczty. Zrobiła niepewnie kilka kroków, szukając jakichś oznak życia w pocztowych okienkach, wśród kalendarzy, poradników i kartek świątecznych, których nikt już nie kupi.

– Dzień dobry! – rzuciła głośno, bacznie nasłuchując odpowiedzi.

– Dzień dobry – usłyszała po chwili znudzony głos. Poszła w kierunku, z którego dobiegał dźwięk. W okienku siedziała kobieta w bliżej nieokreślonym wieku. – Słucham – powiedziała i przesunęła w górę palcem okulary o grubych szkłach, ciężko opadające na nos.

Olga sięgnęła do torby na ramieniu i ostrożnie wyjęła grubą, białą kopertę bąbelkową.

– Chciałam to nadać. – Wsunęła ją w szczelinę między szybą a blatem.

Urzędniczka chwyciła list, przeczytała adres i wrzuciła na wagę.

– Zwykły czy priorytetowy? – Czekała z otwartymi ustami na odpowiedź. Zza szerokich, mięsistych warg wyzierały żółte zęby.

– Nie wiem – zawahała się Olga. – Może być priorytetowy. – Przestąpiła z nogi na nogę. – Nie, niech będzie zwykły. Zwykły.

Kobieta milczała chwilę, jakby czekała na uprawomocnienie decyzji.

– Jedenaście złotych – wycedziła w końcu i nie zamykając ust, popatrzyła wyczekująco. Olga pochyliła głowę, żeby wyciągnąć z torby portfel. Włosy spłynęły jej na twarz. Zebrała je ręką i zgarnęła na lewe ramię. Wyjęła kilka monet i położyła na blacie.

Urzędniczka zamknęła usta i wsadziła pieniądze do kasy. Koperta poszybowała na stertę paczek.

– Dojdzie? – Olga popatrzyła z niepokojem na niedbale rzucony list.

– Dojedzie. – Kobieta nawet nie oderwała wzroku od monitora starego komputera.

– To do widzenia – pożegnała się Olga i skierowała do drzwi. Obejrzała się jeszcze raz, żeby zerknąć na przesyłkę.

– Do widzenia – odpowiedziała urzędniczka ciągle tym samym tonem i odprowadziła ją wzrokiem do wyjścia. – Boże, jak to sobie w życiu radzi, jak nie umie się zdecydować, czy zwykły, czy priorytet – mruknęła do siebie, kiedy drzwi znów uderzyły w dzwonek.

W przedsionku poczty Olga rozłożyła parasol i poprawiła szalik. Elegancki starszy mężczyzna w kaszkiecie właśnie wchodził i wyciągnął rękę, by nacisnąć klamkę. Uśmiechnęła się i odruchowo odsunęła. Mężczyzna skinął głową i nieznacznie uniósł daszek czapki.

– Dobrego roku, miła pani!

– Nawzajem – odparła i uśmiechnęła się jeszcze raz.

W jednym słowie zawarła prawdziwą życzliwość i wszelkie życzenia, których spełnienie dałoby starszemu człowiekowi szczęście.

Kraków spowijała szarość. Kamienice przy ulicy Starowiślnej wyglądały ponuro, jak na czarno-białych fotografiach z czasów okupacji. Olga spojrzała na przystanek po drugiej stronie ulicy, potem przesunęła wzrokiem wzdłuż torów. Nie nadjeżdżał akurat żaden tramwaj. We mgle z trudem dostrzegła fragment korony jednej z wież kościoła Mariackiego. Była ledwie widoczną, ciemną plamą o ostrym kształcie, wynoszącą się ponad inne odcienie szarości.

Na przystanku czekało niewiele osób. Jeszcze świat się nie rozpędził, nie nabrał tempa, chociaż od sylwestrowej nocy minęło już kilka dni.

Dopiero przed paroma laty Olga uzmysłowiła sobie, że tak naprawdę nie lubi tych imprez. Drażniła ją wszechobecna ekscytacja i szał noworocznych telefonów, wiadomości i e-maili z życzeniami, natłok przekopiowanych postów. O ile szczersze były słowa staruszka!

Zazwyczaj lądowała przy stole z ludźmi, z którymi normalnie nie spotkałaby się nawet na kawę. Próbowała na siłę okazywać radość, choć tak naprawdę ogarniała ją nostalgia. Odkryła w sobie ten fałsz niedawno i coraz częściej zastanawiała się, czy inni też tak mają. Może ta sylwestrowa maskarada ma ukryć lęk przed nowym i nieznanym? Przecież zazwyczaj nikt nie miał szczególnych powodów do radości. Pierwszego stycznia wprowadzano podwyżki i prawa, które tak naprawdę były kolejnymi ograniczeniami. Poza tym, z każdym kolejnym rokiem Olga stawała się coraz starsza. Czuła, że kurczy się czas, by mogła stać się w końcu sobą. Dlatego bardzo się cieszyła, że tego sylwestra spędziła z osobą najbliższą, którą w końcu zaczynała rozumieć. Z sobą samą. W końcu zadbała o siebie. Zaprosiła się do restauracji i do teatru, a wieczorem skręciła inbusami prosty regał. O północy lampką czerwonego wina godnie pożegnała stary rok i wszystkie stare sprawy.

Z zamyślenia wyrwały ją wibracje, otworzyła torebkę i zaczęła szperać w poszukiwaniu komórki. Wyciągnęła ze środka małą zaklejoną kopertę, klucze i książkę, zanim na dnie znalazła telefon. Wyjęła go i przeczytała wiadomość: „Możemy się spotkać wyjątkowo w Literackiej?”.

Ściągnęła zębami rękawiczkę i odpisała krótko. Koperta wyślizgnęła się jej i spadła na mokry chodnik. Szczęśliwie wylądowała kilka centymetrów od głębokiej kałuży. Olga podniosła list i otrzepała rękawiczką, jakby go chciała wysmagać. Czerwona pieczątka Sądu Okręgowego w Krakowie się rozmyła. Olga złożyła kopertę wpół i pospiesznie schowała do torby.

Popatrzyła na tablicę informacyjną. Do przyjazdu dziewiętnastki zostało jeszcze dziesięć minut, chociaż była pewna, że kiedy stanęła na przystanku, tramwaj miał zaraz nadjechać. Spojrzała w dal ulicy, na puste torowisko, i ruszyła piechotą.

Dotarła do domu mokra i zziębnięta do szpiku kości.

W progu mieszkania powitał ją Leon. Kot otarł się najpierw jednym, potem drugim bokiem o jej łydki. Ogon jak szal boa owinął wokół nóg Olgi. Kobieta zdjęła płaszcz i wzięła zwierzaka na ręce.

– Witaj, koteczku! – Pogłaskała rude futerko. – Tęskniłeś?

Postawiła go delikatnie na podłodze i weszła do kuchni. W ekspresie umieściła kapsułkę. Zanurzyła rękę w worku z karmą i sypnęła garść do miski. Leon natychmiast rzucił się na jedzenie.

Strumień kawy sączył się do kubka i wypełniał aromatem maleńkie mieszkanie. Miało służyć za sypialnię dla niskobudżetowych turystów, a stało się jej domem. Spojrzała na choinkę na tarasie, rozłożystą jodłę kaukaską. Nie zmieściła się w środku. Jak tylko zrobi się ciepło, będą mieć z Leonem na tarasie dodatkowe dwadzieścia metrów przestrzeni życiowej, z leżakiem, stolikiem i kuwetą.

 

Na podłodze pod biurkiem zauważyła kilka żółtych karteczek i rozsypane pinezki.

– Leon, ty durniu! – Chwyciła w palce jedną i popatrzyła z wyrzutem na kota. – W końcu wbijesz je sobie w tyłek!

Pozbierała karteczki oraz resztę pinezek i zaczęła wciskać je w ramę tablicy korkowej wiszącej tuż nad biurkiem. Środek zajmowały sklejone taśmą kartki, przez które przechodziła gruba, prosta linia zakończona strzałką. Czarne i czerwone punkty opatrzone podpisami dzieliły oś na odcinki. Przy największej kropce widniał podpis: moment kulminacyjny. Poniżej sterczały zdjęcia mężczyzny o oliwkowej skórze z kilkudniowym zarostem, blondynki przypominającej Kate Winslet i małej dziewczynki z watą cukrową w ręku. Olga zatrzymała wzrok na twarzy szpakowatego mężczyzny rozpartego w fotelu, który patrzył przymrużonymi oczami prosto w obiektyw. Odczepiła fotografię wydrukowaną na zwykłym papierze. Zdawało się jej przez moment, że mężczyzna zerka na nią nieco drwiąco. Po twarzy Olgi przebiegł grymas, jakby fala drobnych skurczów. Zdecydowanym ruchem przyszpiliła zdjęcie z powrotem do tablicy, jednak nie na dawne miejsce, tylko w róg, z dala od innych wydruków.

Usiadła przy biurku i sprawdziła pocztę. Przewinęła bez otwierania kilkanaście e-maili z pytaniami o stawkę za godzinę nauki niemieckiego. Zatrzymała wzrok na nagłówku wiadomości z kancelarii prawnej. Uprawomocnienie rozwodu. Przeszedł ją dreszcz. Wyprostowała się i szybko odpisała: „Dziękuję, Pani Mecenas, już dostałam”.

Na głośnym wydechu energicznie zamknęła laptop i przeniosła się na sofę w rogu pokoju. Podwinęła nogi i dotknęła stóp. Były lodowate. Jeszcze raz spojrzała na tablicę, na zdjęcie lekko siwego mężczyzny w rogu. Upiła łyk kawy, chwilę go obserwując, po czym okryła się szczelnie kocem i wzięła do ręki pilot. Z głośnika popłynęły swingujące dźwięki. Kot radośnie podbiegł i wskoczył Oldze na kolana, nieomal rozlewając kawę.

– Nażarłeś się, grubasku? – Przejechała dłonią po futrze. Zamknęła oczy i z kotem na brzuchu osunęła się na plecy. – Dobrego roku…


Zapadł się w wyrobioną w siedzisku dziurę. Po kilkudziesięciu latach idealnie dopasowała się do jego potrzeb i rozmiarów. Cenił to bardziej niż jakiekolwiek względy estetyczne.

Czerwień okładki wydawała się jeszcze bardziej szkarłatna na tle zielonego, zamszowego obicia fotela. Wziął książkę do ręki, odnalazł ostatnią przeczytaną stronę i zanurzył się w lekturze. Zmrużył oczy, prawą ręką podparł głowę. Co kilka chwil przygryzał mały palec i przesuwał nim po zębach.

Przymykał powieki nie z powodu słabego wzroku, miał doskonale dobrane okulary, ale żeby wyostrzyć obraz, który wyłaniał się z przeczytanego tekstu. Chciał dostrzec każdy najmniejszy szczegół.

O tej porze nikt nie zachodził do księgarni. Pierwsi klienci pojawiali się koło wpół do jedenastej. Był sam wśród setek historii zamkniętych w książkach. Wiele pozycji sprzedawał nieprzerwanie od trzydziestu lat, tylko ich okładki zmieniały się na nowsze, modniejsze. Na przykład śliczną Annę Kareninę, ubraną za każdym razem w inną sukienkę, przehandlował już setce osób.

Poślinił palec i przewrócił stronę. Dziwka właśnie opadła na łóżko z zadartą do góry sukienką.

Mały palec prawej ręki wsunął w kącik ust. Poczuł, że serce zaczyna mu mocniej bić, a krew odpływa między nogi. Pręgi na ciele Sugar, wywołane chorobą skóry, w które autor uparł się ubrać swoją bohaterkę, wydały mu się nagle bardzo podniecające. Do kościstej figury nie mógł się jednak przekonać i w wyobraźni do jej obrazu dodał kilka kilogramów, które ładnie zaokrągliły dziewczynie pupę.

Mężczyzna podszedł do dziwki od tyłu i…

Do księgarni wpadł kłąb lodowatego powietrza, a za nim winowajca, w jakże niewłaściwym momencie. Ralf zatrzasnął książkę, jakby faktycznie upstrzona była pornograficznymi obrazami wyświetlonymi w jego głowie, a nie czarnym, równym drukiem. Będzie musiał odnaleźć ten fragment później, cofnąć się o kilka akapitów, żeby odbudować napięcie, znów poczuć przyjemne mrowienie w podbrzuszu.

Zdjął okulary, odłożył je na stół i odwrócił głowę w stronę drzwi. Rozpoznał nowego listonosza. Odłożył książkę tytułem do blatu, jakby się bał, że młodemu chłopakowi spodoba się jego dziwka. Szkarłatny płatek i biały spoczął na stole niczym cegła.

– Dzień dobry! – Mężczyzna skierował kroki ku ciężkiej drewnianej ladzie ustawionej przed witryną okna, zaraz obok zielonego fotela.

– Dzień dobry – odpowiedział, z niechęcią zerkając na stertę listów przyniesionych przez intruza. Listonosz rzucił je na blat. Kilka kopert wylądowało na podłodze. Ralf obserwował niezgrabne ruchy mężczyzny, który schylając się po listy, omal nie strącił pozostałych, cudem utrzymujących się na stoliku.

„To chyba największy niedorajda w całym Hamburgu” – pomyślał. Westchnął głośno.

– Niech pan je po prostu położy na ladzie i idzie. – Nie miał ochoty wdawać się w jałową dyskusję i tłumaczyć, że koperty mogą zawierać delikatne książki. Chciał jak najszybciej wrócić do lektury.

– Dzisiaj potrzebuję pana podpisu. – Listonosz zdawał się nie wyczuwać wrogiego tonu lub nie robił on na nim żadnego wrażenia.

Ralf podniósł się z fotela, nie kryjąc niezadowolenia. Podszedł do lady, podpisał się szybko i listonosz znikł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Ralf wrócił do swojego wymoszczonego gniazda. Delikatnie chwycił książkę i ułożył sobie na kolanach. Sięgnął po okulary, otworzył tom i zaczął szukać miejsca, w którym zostawił dziwkę. Nerwowo wertował strony. W końcu odnalazł ją w tej samej pozycji. Przewrócił dwie kartki wstecz i zaczął czytać całą scenę jeszcze raz, ze wszystkimi szczegółami, kawałek po kawałku. Pożyczył sobie ręce brodatego bohatera, żeby dotykać jej małych, niemal dziewczęcych piersi.

W końcu do księgarni wszedł pierwszy klient i Ralf szybko odłożył książkę na dolną półkę lady. Zawsze czytał do pojawienia się pierwszego kupującego, a potem aż do zamknięcia był tylko księgarzem. Obsługiwał klientów, doradzał, śledził nowości wydawnicze i składał zamówienia. W pracy największą przyjemność sprawiały mu rozmowy o książkach, ale rzadko pojawiał się klient, który umiałby prowadzić krytyczny dyskurs o literaturze. Kiedyś poruszał tematy związane z literaturą z Geraldem, ale stary znajomy umarł kilka lat temu. Po dziewięćdziesięciu dwóch latach jego serce zeszło z dyżuru. Czasem zdawało mu się, że Gerald przeczytał wszystkie książki świata, co Ralfa niezmiennie zawstydzało. Staruszek miał co prawda czterdzieści lat przewagi, ale nawet gdyby Ralf dostał od losu jeszcze cztery dekady życia, nie byłby w stanie mu dorównać. Musiał dzielić czas na czytanie, księgarnię i Cornelię, a ona była o dziesięć lat młodsza i bardzo wymagająca. Stary Gerald zaś był kawalerem i większość życia spędził, pracując jako taksówkarz.

Pierwszego klienta zakwalifikował do kategorii „chroniący się przed pogodą”.

– Czy mogę panu jakoś pomóc? – zapytał mimo wszystko, zły, że porzucił dziwkę dla kogoś, kto i tak niczego nie kupi, a co gorsza, nie ma pojęcia o książkach.

– Chciałbym się rozejrzeć.

– Proszę – zabrzmiało jak „odwal się”. Podszedł do lady i zaczął przeglądać pocztę. Odkładał na bok wszystkie koperty, w których spodziewał się faktur. Już po chwili uzbierał się mały stosik. Mężczyzna przechadzał się między regałami, ale ani razu nie sięgnął po żadną książkę. Jego obecność z każdą chwilą coraz bardziej irytowała Ralfa, który energicznie przerzucał kolejne listy.

– Dzień dobry, Schatz1! – słodki damski głos dobiegł od drzwi. Ralf westchnął i podniósł na sekundę wzrok. Cornelia tupnęła kilka razy w przedsionku, żeby pozbyć się z czarnych kozaków pierwszego w tym roku śniegu, i energicznie weszła do środka.

Mausi2 – powiedział bardzo cicho. – Prosiłem cię tyle razy…

Kobieta zsunęła z głowy czarny toczek wykończony kokardą i cmoknęła Ralfa w policzek. Niedoszły klient już zmierzał do wyjścia.

– Przesadzasz jak zwykle. – Ściągnęła rękawiczki i zmierzwiła sobie dłonią włosy u nasady. Sięgały niemal paska płaszcza. – Nie ma nic złego w miłym powitaniu. Poza tym, kim ty się przejmujesz, nawet do widzenia nie umie powiedzieć. – Cornelia sięgnęła po stertę faktur. – Sporo tego – rzuciła i poszła w stronę zaplecza, rozkołysując biodrami długi, brązowy płaszcz.

Wśród listów Ralf znalazł tylko dwie interesujące koperty. Pierwsza zawierała magazyn o książkach, który był dla niego źródłem wiedzy o nowościach wydawniczych i namiastką rozmów o literaturze. W drugiej znalazł breloczek z dźwiękowym lokalizatorem. Cornelia zamówiła go przez Internet, kiedy po raz trzeci zgubił kluczyki do samochodu. Przymocował go do nich i gwizdnął. Lokalizator odpowiedział przeciągłym, nieprzyjemnym dźwiękiem. Ralf uśmiechnął się i dla pewności gwizdnął jeszcze raz. Znów rozległo się to samo brzęczenie. Obszedł dookoła biurko i wsadził klucze do najniższej szuflady. Kiedy się schylił, zauważył na podłodze coś białego. Podniósł grubą kopertę bąbelkową. Nie miała pieczątki ani danych nadawcy, zaadresowana była odręcznie na jego nazwisko. Otworzył ją ostrożnie i wyjął książkę. Na okładce widniało zdjęcie księgarni o dużych, białych oknach poprzecinanych szprosami, nad drzwiami wisiała tablica z napisem „Germanicus”. Ralf zmrużył oczy. Próbował sobie przypomnieć, czy w ogóle zamawiał pozycję o takim tytule. Nie pamiętał. Spojrzał na autora, Olga Sarnecka. Choć nazwisko nic mu nie mówiło, w ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że imię coś znaczy, że kryje się pod nim upojne wspomnienie.

– Olga… – wyszeptał. Z zakamarków pamięci wydobył postać młodej dziewczyny z długimi kręconymi włosami. Pospiesznie obrócił książkę. Ze zdjęcia na tylnej okładce spoglądała piękna kobieta. Ciemne loki okalały jej twarz, wielkie zielone oczy patrzyły surowo, a jednocześnie wyzywająco.

Mein Gott, Olga, du bist es!3

Osunął się na oparcie fotela. Wzrok utkwił tępo powyżej linii regałów, ręce opadły mu bezwładnie i gdyby nie to, że w dłoni ciągle trzymał książkę, wydawać by się mogło, że nie ma w nich życia.

Z trudem policzył, ile lat minęło od ich ostatniego spotkania, i zdziwił się, że prawie wymazał ją z pamięci. Tak wyrazistych, pięknych kobiet nie miał w zwyczaju zapominać. Z niektórymi czasem się spotykał, bardziej żeby poczuć dreszcz, niż z nimi sypiać. Doskonale wiedział, że po latach potrafią nieprzyjemnie zaskoczyć mężczyznę, przedstawiając mu niespodziewanie syna lub córkę, o których istnieniu nie miał pojęcia.

Olga przysłała książkę.

Ocknął się, obejrzał ją z wszystkich stron, jakby chciał sprawdzić, czy nic jej się nie stało, gdy na moment stracił kontakt z rzeczywistością. Otworzył na pierwszej stronie i zmarszczył czoło. Nie mógł zacząć czytać, litery nie składały się w słowa.


W Kawiarni Literackiej pojawiła się za kwadrans szósta. Gdy weszła do środka, powitało ją przyjemne ciepło i gwar. Niedaleko baru, przy złączonych stolikach, siedziała grupka osób w średnim wieku, gorąco dyskutując. Kelner od razu rozpoznał Olgę i uśmiechnął się szeroko.

– Na pisanie?

Odwzajemniła uśmiech i podeszła do baru.

– Nie, już nie. Umówiłam się z… – zawahała się przez moment – z kolegą – dodała. Zerknęła w menu. – Wezmę dzbanek zielonej herbaty.

– Zimno na polu, co?

– Gorzej, taka przeszywająca wilgoć.

– No tak. – Chwycił imbryk i wsypał do środka dwie łyżki herbacianego suszu. – Siada pani tam gdzie zwykle?

Odwróciła się. Okrągły stolik przy wielkim oknie wychodzącym na ulicę był wolny.

– Tak, chętnie.

Przeszła wzdłuż stalowych regałów szczelnie wypełnionych książkami. Przesunęła wzrokiem po znanych i nieznanych tytułach. Starała się wyłowić coś interesującego. W końcu dojrzała żółtawą okładkę Wyspiański. Dopóki starczy życia. Wyłuskała książkę z półki i podeszła do stolika. Płaszcz przewiesiła przez oparcie krzesła, a sama usiadła na wysokim podeście przy oknie i zaczęła kartkować kolejne strony.

 

– Olga, spóźniłem się? – Jej uszu dobiegł znajomy miękki głos.

Mężczyzna w ciemnozielonej parce zsunął z głowy czapkę. Blond włosy opadły mu na twarz. Odgarnął ją ręką.

– Cześć, Janek! – Podniosła się. – Nie, po prostu przyszłam wcześniej. Miałam się spotkać jeszcze z przyjaciółką, ale odwołała. Przeszłam się po sklepach, ale ziąb taki…

Wzdrygnęła się na wspomnienie zimna. Uścisnął ją, a potem musnął ustami jej policzek. Poczuła zapach perfum, wyraźną nutę drzewa sandałowego i piżma.

– Dobrze wyglądasz. – Prześlizgnął się spojrzeniem po jej sylwetce.

– Dziękuję, ty też – odpowiedziała uprzejmie.

– Wróciłem do biegania. Postanowienia noworoczne. – Ściągnął kurtkę, rzucił na oparcie krzesła i spojrzał na stolik. – Co pijemy?

– Herbatę?

– Dobrze, niech będzie herbata.

Wykonał znaczące gesty w kierunku przechodzącego kelnera, który skinął głową, potwierdzając przyjęcie zamówienia. Janek uważnie przebiegł wzrokiem po jej twarzy. Zauważył malinową szminkę na ustach i kolczyki z czerwonym kamieniem, których wcześniej nie widział. Kurtuazyjnie zapytał o sylwestra, uprzejmie skłamała, że bawiła się doskonale.

– Dzięki, że zgodziłaś się ze mną spotkać poza redakcją.

– Nie ma sprawy.

– Odebrałaś swoje egzemplarze autorskie?

– Tak.

– Słuchaj… – Ton jego głosu się zmienił, nie było w nim nawet cienia wcześniejszej wesołości. – Przepraszam, że zostawiłem ci te książki w sekretariacie. Miałem ci je dostarczyć…

– Przecież to nie ma znaczenia – zaprotestowała.

– Ma. Obiecałem, że wręczę ci je osobiście. Chciałem to zrobić, bo… – zawiesił głos na chwilę – bo naprawdę dobrze mi się z tobą współpracowało. Niełatwo, wiesz… Jesteś dość uparta.

– Chyba każdy autor broni swojej książki – wtrąciła.

– To prawda, ale najgorsze było to, że często miałaś rację. – Uśmiechnął się i przez kilka sekund intensywnie patrzył w jej zielone oczy. – Ale potem sprawy się… Potem musiałem wziąć urlop, musiałem wyjechać… – Nabrał powietrza i wypuścił je głośno razem z resztą niewypowiedzianych słów. – Co tu dużo gadać, pod koniec zachowywałem się jak palant.

Barman postawił na stoliku drugi czajnik zielonej herbaty i filiżankę. Janek wsypał do niej łyżeczkę cukru i zalał nienaciągniętym jeszcze naparem. Olga spojrzała na niego z niepokojem.

Faktycznie, źle wspominała ostatni etap współpracy. Chociaż na początku pracowało się jej z Jankiem świetnie, pod koniec miała nieustanne wrażenie, że redaktor prowadzący się dąsa i strzela fochy. Nie wiedziała, skąd ta zmiana. Przypuszczała, że ma związek z życiem prywatnym.

– Wszystko rozumiem. – Uśmiechnęła się, jakby chciała dać do zrozumienia, że nic się nie stało.

Podniósł na nią wzrok i przez chwilę patrzył na jej twarz z nadzieją.

– Nie, nie rozumiesz… – Pokręcił głową. – Ale słuchaj, to bardzo ważne. – Zamieszał herbatę łyżeczką i odłożył ją na spodek. – Mamy już zaklepane w lutym trzy wieczory autorskie: w Krakowie, Warszawie i jeszcze jeden we Wrocławiu.

Jego głos zabrzmiał smutno.

– To chyba dobrze, prawda? – Pociągnęła łyk herbaty. – Mówiłeś, że taka promocja świetnie zrobi książce. Oczywiście boję się, jestem nawet przerażona, ale przygotujemy skrypt, tak jak planowałeś, i jakoś to pójdzie.

Janek również sięgnął po herbatę, zanurzył w niej usta i się skrzywił.

– Słuchaj… Janek, może ja przejmę twoją zieloną herbatę, a ty zamówisz sobie inną?

– Zieloną? – zdziwił się. – No, to wszystko tłumaczy. Nie, niech już będzie. Wypiję. – Pociągnął spory łyk. – No właśnie… Z tymi wieczorami… Nie będę mógł ich prowadzić, ale…

Olga zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, do czego zmierza.

– Załatwiłem genialną redaktorkę, która poprowadzi wszystkie wieczory. Ma na imię Bogna…

– Nie rozumiem. – Przechyliła się nad stolikiem w jego stronę. – Janek, dlaczego nie ty?

– Nie mogę.

– Masz zaplanowane inne wieczory autorskie w tym czasie? Może da się przesunąć jakoś te spotkania?

– Nie, Olga, nie da się nic przesunąć.

– Coś się stało, jesteś chory? – W jej głosie dało się słyszeć niepokój.

– Nie jestem chory.

– To co się dzieje? – Olga była zdezorientowana.

– Widzę, że ty naprawdę nic nie rozumiesz… – Popatrzył na nią tak tkliwie, że aż zapiekło ją w sercu. W jednej sekundzie zaczęło do niej docierać, skąd się wzięły jego fochy, dlaczego nagle wziął urlop i czemu nie chce prowadzić jej spotkań autorskich. Popatrzyła na niego z nadzieją, że to tylko wytwór jej wyobraźni, że sobie wszystko ubzdurała. Ale wyraz twarzy Janka potwierdzał jej przypuszczenia. Wpatrywał się w nią z uwielbieniem.

Pokręciła lekko głową, pragnąc odegnać myśli i bezgłośnie zaprotestować. Nie chciała, żeby tak na nią patrzył. Chciała, żeby patrzył trzeźwo i krytycznie, ufała mu. Był redaktorem jej pierwszej książki, świetnym redaktorem, a ona debiutantką. Potrzebuje jego wsparcia na spotkaniach z czytelnikami. Przecież dobrze im się pracowało. Dlaczego nie może tak zostać? Czy zrobiła coś, żeby go sprowokować, czy mogła go nieświadomie kokietować?

– Przepraszam, ja naprawdę nic… – wyszeptała Olga. – Nie zorientowałam się. Przepraszam.

– Nie przepraszaj, nie masz za co. – Głos mu drżał. – Taka żałosna sprawa…

– Ja się dopiero rozwiodłam, ja nie…

– Proszę cię, już nic nie mów. Powiedziałem ci to tylko po to, żebyś wiedziała, że nie jestem zwyczajnym dupkiem, tylko co najwyżej kretynem.

Olga spojrzała na swoje dłonie, jakby szukała wskazówki, jak się zachować. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie przychodziła jej na myśl żadna odpowiedź, więc milczała. Schowała ręce pod stół, odnalazła rąbek swetra i zaczęła palcami przesuwać po ściągaczu.

Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że jego zaangażowanie w pracę nad książką wykraczało poza zakres obowiązków zawodowych. Nie musiał się z nią spotykać, żeby omówić zmiany wprowadzane do Germanicusa. Mógł po prostu wysłać jej swoje sugestie e-mailem. Ale gdy kiedyś zapytała, czy mogliby proponowane modyfikacje omówić twarzą w twarz, zgodził się bez wahania. Chciała mieć pewność, że dobrze rozumie jego intencje. Potem już zawsze pierwszy proponował kolejne spotkania, a Olga chętnie się zgadzała. Lubiła z nim rozmawiać. Była ciekawa jego opinii i zawsze się z nimi liczyła, chociaż nie zawsze zgadzała. Ceniła nawet sprzeczki. Po nich niemal zawsze wpadała na pomysł, jak poprawić wątek lub dopełnić fabułę.

Czyli to jednak jej wina. Poczuła nagły ucisk w żołądku. Gdyby cała wymiana myśli następowała przez e-maile, Janek nie siedziałby tu teraz, wpatrując się w nią jak w obraz.

Dlaczego nie rozległy się w jej głowie dzwonki alarmowe? Dlaczego się nie dziwiła, że Janek proponuje jej zawsze spotkanie po piątej, kiedy już pozałatwia wszystkie służbowe sprawy w redakcji? Teraz wydawało jej się to takie oczywiste. To nie był jego obowiązek. To było coś ekstra, co dawał od siebie. Mógłby spotkać się z nią w kawiarni, ale chciał, żeby czuła się komfortowo. Chciał, żeby ich spotkania sprawiały wrażenie ściśle związanych z pracą.

Olga jeszcze raz pokręciła głową, zawstydzona własną ślepotą i naiwnością.

Z zamyślenia wyrwało ją dopiero szurnięcie odsuwanego krzesła. Janek wstał, chwycił kurtkę i włożył ją pospiesznie.

– Będę leciał – oznajmił, patrząc na nią.

Podniosła się powoli, unikając jego wzroku. Janek zapiął kurtkę. Ręce opuścił niezdarnie wzdłuż ciała. Sprawiał wrażenie, jakby celowo ociągał się z wyjściem, jakby chciał coś jeszcze zrobić. W końcu wsadził dłonie do kieszeni.

– Zastanów się dobrze, co powiesz na wieczorze autorskim. Ludzie będą pytać o różne rzeczy, nie daj się zapędzić w kozi róg – mówił szybko. – Najlepiej wypisz sobie na kartce pytania, które sama byś zadała na takim spotkaniu, i odpowiedz na nie w spokoju. Zastanów się, co chcesz i co możesz powiedzieć czytelnikom, zapisz. Przeczytaj kilka razy, pozmieniaj, zapamiętaj. Po prostu wykreuj sobie tę sytuację. A jeśli naprawdę zaskoczą cię jakimiś pytaniami, zawsze możesz powiedzieć, że nie wiesz, że nigdy się nad tym nie zastanawiałaś.

Zauważył, że Olga uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Oczywiście, że masz prawo tak powiedzieć. Tyko zrób to z przekonaniem, z całą pewnością siebie. Tak mówi Myśliwski. To brzmi dobrze i autentycznie.

– Nie jestem Myśliwskim – odpowiedziała cicho.

– Nie jesteś. – Chwycił ją za ramię i spojrzał jej w oczy. – Ty jesteś sobą.

Chciał chyba musnąć ustami jej policzek na pożegnanie. Zbliżył głowę do twarzy Olgi, ale nagle zastygł w połowie ruchu, jakby po tym, co zostało powiedziane, nie miał już do tego prawa. Cofnął się i posłał jej krótki uśmiech, kryjąc zażenowanie.

– Trzymaj się! – Odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.

Olga rozejrzała się po ludziach siedzących w kawiarni, jakby w nadziei, że ktoś jej podpowie, co zrobić. Nikt nie zauważył niemego apelu, wszyscy byli pogrążeni w rozmowach. Tylko kelner pochwycił jej spojrzenie, a potem powiódł wzrokiem za wychodzącym Jankiem. Zrobiła kilka kroków za nim, stanęła na schodach, wahając się. Nie wiedziała, jak powinna postąpić.

Przez chwilę chciała zawołać go po imieniu, zatrzymać i prosić, żeby jednak towarzyszył jej na wieczorach autorskich. Zaraz jednak pomyślała, że to byłby z jej strony egoizm. Najlepsze, co mogła dla niego zrobić, to pozwolić mu odejść.

Janek zniknął za drzwiami kawiarni.