Abonent czasowo niedostępny, czyli rozwód po polskuTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Abonent czasowo niedostępny, czyli rozwód po polsku
Abonent czasowo niedostępny, czyli rozwód po polsku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Abonent czasowo niedostępny, czyli rozwód po polsku
Abonent czasowo niedostępny, czyli rozwód po polsku
Audiobook
Czyta Laura Breszka
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Wcześnie rano zadzwonił Maciek.

– Cześć – powiedział lodowatym głosem.

– Cześć, kochanie – ucieszyłam się. – Jak tam u was? Dajecie radę? – zapytałam z troską.

– Chcę się z tobą rozwieść. Odchodzę. – Z drugiej strony padł tekst jak z innego scenariusza.

– Co? Halo, Maciek, co ty mówisz? Halo! – wołałam, ale on już odłożył słuchawkę.

„To żart! – pomyślałam. – Zaraz powie, że wpuszcza mnie w maliny”.

Oddzwoniłam.

W słuchawce usłyszałam:

– Abonent czasowo niedostępny.

Czasowo?

***

Znałam Maćka tyle lat, dlatego – mimo początkowego szoku – wiedziałam, że mówił serio. Rozbolał mnie brzuch. Zrobiło mi się zimno, wręcz lodowato. Kłóciliśmy się wielokrotnie. Nieraz w emocjach padały słowa: „Nie znoszę cię”, „Mam cię dosyć”, „Chcę rozwodu”. Ale potem zawsze się godziliśmy. Wracaliśmy do siebie. Tym razem czułam, że jest inaczej. Że to nie są jedynie słowa rzucone w gniewie. On tak właśnie myślał, tak czuł, tego chciał. Jak to możliwe? Rozwód? Byliśmy ze sobą szczęśliwi tyle lat. Co się stało z naszą miłością? Co się stało z nami? Przecież walczyliśmy o to, by być razem. A teraz on bez słowa wyjaśnienia przekreśla tyle lat naszego życia?

Trudno było mi to w ogóle pojąć. Ceniliśmy sobie te więzy, które nas splotły i pozwoliły przetrwać najgorsze burze, a to w środowisku filmowo-telewizyjnym wcale nie takie oczywiste. A dzieci? Mieliśmy dzieci z poprzednich związków. Maciek córkę, ja syna, a dziesięć lat temu urodził się nasz ukochany syn Staś. Naoglądaliśmy się rozwodów wśród znajomych i wiedzieliśmy, jakie blizny powodują. Czy musimy przechodzić przez to wszystko jeszcze raz? Co sprawiło, że to ma być koniec?

Byłam wtedy chyba w najlepszym momencie swojego życia. Dobrze się czułam ze sobą, byłam na swoim miejscu, mogłam się nazwać spełnioną kobietą. Miałam świetnych synów. Mateusz, który skończył dziewiętnaście lat, pracował ze mną jako drugi reżyser i radził sobie świetnie. Staś był zdrowy, dziarski i wszędobylski. Rozwijał się znakomicie. Mój ostatni serial, produkowany przez naszą – moją i Maćka – firmę odniósł nieprawdopodobny sukces. Byliśmy już po emisji dwóch odcinków i zdeklasowaliśmy konkurencję. Relacje z telewizją były poprawne, żeby nie powiedzieć – bardzo dobre. Miałam pieniądze i piękny dom w Konstancinie. Zadbałam tam o każdy szczegół. Miałam udane małżeństwo. Męża.

No właśnie, miałam.

Siedziałam jeszcze chwilę na krawędzi szerokiego hotelowego łóżka, bujając się w przód i tył, jakbym wpadła w chorobę sierocą. Było już po ósmej. Wiedziałam, że muszę iść na plan. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę nikomu powiedzieć o tym, co usłyszałam przed chwilą. Ekipy nie interesowały moje prywatne sprawy, Mateuszowi chciałam tego oszczędzić. Ostatnie dni zdjęciowe. Trzeba jakoś dobrnąć do końca. Co z tego, że dostałam nożem prosto w serce?

Rozwód.

To znaczy, że jak to teraz będzie…? Czy Maciek już to przemyślał? Zapewne rozważał to od jakiegoś czasu. Kiedy to się stało?

Zeszłam do biura, które mieściło się w pokoju dokładnie pod moim. Ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś inny przerzucał dokumenty rozłożone na podłodze. Przywitałam się ze wszystkimi.

– Cześć, kochani. Jak sytuacja?

– Wszystko gra – odpowiedział Jan, kierownik produkcji, uroczy starszy pan z klasą, który dzięki pracy nad filmami dorobił się bogatego CV i bajpasów.

Bardzo go lubiłam.

– To świetnie, pogoda jak z bajki – starałam się brzmieć wesoło.

– Złota polska jesień, gotowa scenografia – odpowiedział Jan, patrząc na mnie zza okularów.

– Wczorajsze zdjęcia wyglądały jak namalowane. Kolorowe drzewa, w tle pływały łabędzie, magicznie i nostalgicznie, może nawet trochę kiczowato – rzuciłam.

– Aż szkoda wyjeżdżać. Dobrze nam poszło.

– Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy…

„Jak moje małżeństwo…”, dopowiedziałam w myślach.

Niedawno wspólnie z Maćkiem przeżywałam pogrzeb Cezara, naszego pracownika, przyjaciela, który dla mnie był jak brat. Osierocił dwoje dzieci, a moja przyjaciółka Becia została wdową. Wówczas powiedzieliśmy sobie z Maćkiem, że trzeba szanować to, co mamy. A mamy dużo, bo mamy siebie i naszą rodzinę. Może nieco szaloną, ale szczęśliwą. Jak całe nasze życie. Kolorowe, ciekawe. Sprawiała to praca, dzięki której nie mogliśmy narzekać na brak atrakcji. Poza tym byliśmy kreatywni, oboje lubiliśmy, gdy coś się działo, kochaliśmy się bawić. Byliśmy otwarci na ludzi i świat. Wciąż ktoś u nas bywał – rodzina, przyjaciele – często to my wyjeżdżaliśmy. Nigdy się nie nudziliśmy. Jak to teraz będzie wyglądać?

Byłam rozbita.

– Jadę na plan – powiedziałam, gdy zaczęli mi się dziwnie przyglądać.

„Czyżby myśli było widać na twarzy? Muszę stąd szybko iść”, pomyślałam.

– Jakby coś, dzwońcie – rzuciłam. – Pamiętacie? Jutro konferencja prasowa.

– Jasne. To najgorszy dzień na planie. Ilu ich w końcu przyjeżdża? – Jan nie lubił tego cyrku.

Należał do pokolenia, które nie znało pojęcia „ścianka”. Aktor był wtedy albo dobry, albo zły.

– Zapowiedziało się trzydziestu fotoreporterów, dziesięciu dziennikarzy, trzy portale internetowe i jedna „śniadaniówka”. Wszystko wysłałam wam w mailu. Musimy to przeżyć. Będą o dwunastej.

– Dobrze. Zaplanuję na ten czas przerwę. Dwie godziny im damy?

– Trzy – rzuciłam i okręciłam się na pięcie.

Chciałam zostać sama ze swoimi myślami.

Wyszłam na ulicę. W oczy uderzyło mnie ostre słońce. Wrzesień na Mazurach to naprawdę piękny czas. Natura dosłownie dwoi się i troi, żeby pokazać nam, jak życie może być piękne. „Szkoda tylko, że nie moje”, pomyślałam. Wsiadłam do samochodu, ale gdy chciałam włożyć kluczyk do stacyjki, zdałam sobie sprawę, że drżą mi ręce. W środku byłam jak galareta. To nie tak, że zupełnie się nie spodziewałam. Jeszcze niedawno mówiłam dziewczynom, że rozwód wisi w powietrzu. Ale co innego mówić, a co innego doświadczyć naprawdę! I to po raz drugi. Co ze mną jest nie tak?

Włączyłam silnik i zadzwoniłam do Zuzki. Znałyśmy się od studiów. Przyjaźniłyśmy. Kochałyśmy jak siostry. W przeciwieństwie do Maćka odebrała od razu. Ona mnie zrozumie.

– Zuzka… – zaczęłam.

– Co jest? – Od razu wyczuła, że brzmię inaczej niż zwykle.

– Maciek chce się ze mną rozwieść – wypaliłam.

– Co, kurwa?

– Dzwonił dzisiaj. Chce się rozwieść – powtórzyłam.

– O matko! Czekaj, zatrzymam samochód, bo jeszcze w coś walnę.

– Musiałam do ciebie zadzwonić – powiedziałam przepraszająco.

Czułam, jak mi się zaciska gardło. Chciało mi się ryczeć. Jednak zamiast mnie wybuchła Zuza.

– Co za debil! Pewnie ma jakąś dupę i mu, kurwa, odwaliło! – krzyczała do słuchawki.

– A co za różnica? Ma czy nie ma. – Poczułam, że opadam z sił. – Od jakiegoś czasu jest między nami jakoś dziwnie. Byłam ostatnio tak skupiona na pracy, że nie zauważyłam sygnałów… – Rozpłakałam się.

– Tylko nie płacz, błagam.

– To jest koniec. Rozumiesz? Koniec! – histeryzowałam.

– Ja pierdolę, ale jazda. I co teraz zrobisz?

– Nie wiem! Powiedział, że odchodzi, i się rozłączył.

– Ale tym facetom odwala – powiedziała już spokojniej. – A ty gdzie teraz w ogóle jesteś? Mam do ciebie przyjechać?

– Mam jeszcze zdjęcia, potem konferencję prasową. Muszę się jakoś trzymać. Na razie jestem w szoku…

– Pięknie! Ma, kurwa, wyczucie czasu, akurat teraz się wyrwał z rozwodem. Wracaj stamtąd jak najszybciej. Coś wymyślimy. I się nie rozklejaj. Jesteś świetna, pamiętaj! – Zawsze mogłam na nią liczyć.

– Nie mógł zaczekać tych parę dni, aż wrócę do domu? Powiedzieć mi to w twarz, a nie tak przez telefon? – szlochałam. – Dwa tygodnie temu płakaliśmy obydwoje na pogrzebie i przytulaliśmy się do siebie. Zuzka, ratuj!

– Jak go spotkam, to nie ręczę za siebie! – warknęła. – Do pięt ci nie dorasta, palant jeden! Ale może mu przejdzie…

– Nie przejdzie. Wiem to, nie tym razem. – I jakoś tak bez sensu dodałam: – Od teraz on jest „abonent niedostępny”. Kocham cię, Zuz. Dobrze, że cię mam – szepnęłam i się rozłączyłam.

Wyjechałam z miasta. Na pewno chodzi o inną kobietę, czułam to! Mężczyzna zawsze odchodzi do innej kobiety. Dlaczego zlekceważyłam telefony od Kołdry? Na bank chodzi o nią! Do dzisiaj mam w uszach ten głosik nagrany na sekretarce: „Cześć, tu Jolanta Kołdra. Zostaw najlepiej jakąś miłą wiadomość”. Gdybym wtedy nie oddzwoniła do tego jego niby-kolegi – jak tam zapisał ją w telefonie, Piotrek? – nic bym nie wiedziała. Ale Maciek zapewnił mnie, że Jolanta to nikt ważny, a ja… uwierzyłam. Koleżanka z pracy. „Nie rób scen” – pamiętam, jak to powtarzał.

Drzewa się przerzedziły i moim oczom ukazał się plan filmowy nad jeziorem. Urokliwy dom z gankiem, na którym już kręciły się dwie osoby, słońce mieniące się w szuwarach i mostek, na którym można rozłożyć leżak lub połowić ryby. Wozy filmowe. Z daleka zobaczyłam kamery, chłopaków, barobus. Byłam na miejscu. Gwałtownie zatrzymałam samochód, o mało nie uderzając się o kierownicę. Czy ja się dzisiaj malowałam? Zerknęłam w lusterko. Wyglądałam jak zombie. Poprawiłam włosy, ubrałam twarz w uśmiech. Otworzyłam drzwi od auta. Powitały mnie przyjemny zapach lasu i ciepłe powietrze. Byłam gotowa zmierzyć się z tym dniem. I całe szczęście. W moją stronę pewnym krokiem szedł Mateusz. Promieniał.

 

– Mama! – krzyczał już z daleka. – Hej, mamo. Mam superwiadomość. Dostałem się na studia.

Ucieszyłam się. Podszedł i otoczył mnie ramieniem. Zajrzał w twarz. Tak śmiesznie od góry. Był ode mnie wyższy co najmniej o głowę.

– Suuuper! Tak się cieszę. – Pierwszy raz dzisiaj szczerze się uśmiechnęłam. – Marzenia się spełniają.

– Naprawdę się cieszysz? Dziwnie wyglądasz – zapytał zatroskany.

– Nie, nie. Wydaje ci się! – zaprotestowałam trochę zbyt gwałtownie. – Bardzo się cieszę! Dobrze sobie tutaj radzisz, dużo się nauczyłeś, na pewno świetnie pójdzie ci też na studiach. W zasadzie mógłbyś już sam wykładać – zażartowałam.

– To teraz, wiesz… – zaczął trochę niepewnie. – Tak sobie myślę, że… wyprowadzę się od października. Będę mieszkał z kumplem. Jestem już studentem. Czuję zew wolności – dodał z uśmiechem.

– Z kim? – zapytałam, a w głowie kołatała mi jedna myśl: „Ten też? Ten też mnie opuszcza? Dwaj faceci, których kocham, jednego dnia tak po prostu znikają z mojego życia?”.

Teraz, kiedy wszystko mi tak świetnie szło. Praca przy serialu przebiegała bez zakłóceń. Siedzieliśmy na zdjęciach już trzeci miesiąc i kręciliśmy scenę za sceną. Jestem typem zadaniowca. Miałam zadanie do wykonania i robiłam to dokładnie tak, jak należy. Czuwałam nad każdym szczegółem, drobiazgiem. To ważne, bo tworzenie scenariusza na podstawie epickiej powieści nie jest łatwe. A tu jeszcze trzeba było zbudować całą konstrukcję, fabułę i pogodzić czasem sprzeczne wizje reżysera, scenarzystów, moje i autorki, a przede wszystkim telewizji, która serial zamawiała i za niego płaciła. Musiałam zapanować nad różnicami w podejściu do życia, ambicjami, budżetami, terminami i mnóstwem innych spraw. Ale w końcu się udało. Dobijaliśmy ze zdjęciami do brzegu. Jeszcze tylko montaż, kolaudacje, promocja i do emisji. A potem konfrontacja z widzami i wtedy naprawdę się okaże, czy zrobiliśmy coś fajnego. Doprowadzenie tego projektu do tego miejsca zajęło nam trzy lata…

– Z Xawerym.

– Co? – zapytałam nieprzytomnie, oderwana od swoich myśli. – A, z Xawerym – powtórzyłam, żeby coś powiedzieć.

Patrzyłam na uśmiechniętą twarz mojego przystojnego syna, mojej dumy i radości, i czułam się jak lekarz, który już wie o chorobie w rodzinie i wie, że zgasi ten uśmiech, ale jeszcze daje sobie czas. Co za okropne uczucie. Chciałam się przytulić do Mateusza i powiedzieć, że to, co za chwilę nadejdzie, to tylko zły sen. Albo przeprosić. Ale nie umiałam, nie mogłam, nie byłam w stanie. Więc milczałam.

Poszliśmy w stronę stawu. W barobusie zrobiłam sobie kawę. Usiadłam na rozkładanym fotelu turystycznym obok reżysera. Skupiony wpatrywał się w monitory. Wydawał Mateuszowi jakieś polecenia. Precyzyjnie, spokojnie. Miał do mojego syna zaufanie. Takie zaufanie, które buduje się powoli na dobrych podwalinach systematycznej, solidnej pracy i przebywania ze sobą prawie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Widziałam, że traktuje Mateusza z ojcowską sympatią, łagodną, ale nie pobłażliwą. Obaj nawet tytułowali się czasem „mój ojciec” i „mój syn”; widocznie w Mateuszu drzemał ten deficyt ojca. Ja też szanowałam reżysera. Mieliśmy podobne podejście do życia, poglądy na świat. Uwielbiałam z nim rozmawiać. Uważałam go za przyjaciela, a nawet powiernika.

Z zamyślenia wyrwał mnie krzyk kierownika planu:

– Panowie, ale nie rozłazimy się. Już po jedenastej, a my z drugiej sceny nie wyszliśmy. Tomek, proszę do kamery. Czy możemy wreszcie zaczynać? Konrad? Halo, Konrad? Nie widzę szwenkierów na miejscach…

– Aktorzy na plan! Po obiedzie przerzut do lasu! – wołał Mateusz.

Reżyser energicznie podniósł się z fotela i powędrował na taras domu do aktorów. Obok Małgosi, siedzącej w wiklinowym fotelu i przykrytej kraciastym pledem, stał Mateusz i omawiał z nią następną scenę. Reżyser stanął przy nich i włączył się do rozmowy. Patrzyłam na znajomy mi rozgardiasz i niczego nie widziałam. Plan działał jak dobrze naoliwiona maszyna. Zadzwoniłam do Maćka, ale usłyszałam znajomy komunikat.

Sprawdziłam godzinę i postanowiłam zaryzykować z telefonem do Reginy, mojej kolejnej przyjaciółki. Regina była znaną prezenterką telewizyjną, lubianą przez co najmniej pół Polski. Czasem mówiłam jej ze śmiechem, że gdyby tylko chciała, mogłaby wygrać dowolne wybory. Odebrała po kilku sygnałach.

– Cześć, kochana, to ja. Pracujesz? – zapytałam.

– Właśnie skończyliśmy. A co u ciebie? – Doszedł do mnie szum rozmów w studiu. Śmiechy, stukanie talerzyków, w oddali brzęczała gitara. – Sorry, ale mieliśmy tu takie pyszne kanapeczki – mówiła rozbawiona. – Jeszcze zajadam. Co tam?

– Rozmawiałam dzisiaj z Maćkiem… – zaczęłam i poczułam, jak rośnie mi gula w gardle.

– No i? – zapytała zupełnie niczego nieświadoma.

– Chce rozwodu.

– Co?! Co ty gadasz? – Jej ton natychmiast się zmienił. – Ale czemu?

– Zadzwonił dzisiaj rano i zwolnił mnie z roli żony. Ot tak!

– Dupek! Następny się znalazł! – Ona też niedawno przechodziła rozwód. – Dobrze, że nie SMS-em. Elegancko się, kurna, zachował! – prychnęła. – Przez telefon! Nie wierzę… Maciek?!

– Stoję i gapię się na rozlewisko. – Roześmiałam się nerwowo, jakby było w tym coś zabawnego. – Ogromne rozlewisko łez.

– Przestań, od razu łez. – Niemal widziałam, jak niedbale machnęła ręką. – Nie ty pierwsza, nie ostatnia. Mam dobrą prawniczkę. Przeprowadzi cię przez to bezboleśnie – mówiła spokojnym tonem. – Tylko nie rycz. Uważaj teraz na to, co mówisz i do kogo. Nie szalej z alkoholem, imprezuj spokojnie. Byliście taką idealną parą – dodała już łagodniej. – W pracy, w domu, na wakacjach. Taki dream team.

– Ale ostatnio było inaczej… Gdzieś to czułam, mówiłam wam o tym, gdy byłyśmy na Rodos. Pamiętasz?

– No i wykrakałaś. Nic to. Epidemia z tymi rozwodami! Dobrze, że mam to już za sobą.

Pogadałyśmy jeszcze chwilę, a mnie zrobiło się trochę lepiej. „Becia, Zuza, Regina… Tak dobrze, że je mam”, pomyślałam.

Maciek miał wyłączony telefon przez cały tydzień. Wydzwaniałam do niego codziennie po kilka razy. Potem się dowiedziałam, że wyjechał w góry, żeby sobie wszystko przemyśleć. To nie mógł pomyśleć, zanim do mnie zadzwonił? Może wymyśliłby coś innego… A teraz, skoro już wyskoczył z tym rozwodem, musiał kombinować, co dalej. Konsekwencja. To była jedna z jego dominujących cech. A może nie tyle konsekwencja, ile upór? Czasem brnął w coś, co postanowił, nawet jeśli wiedział już, że to nie ma sensu… Tak jak teraz! Przecież to, co wymyślił, było dramatycznie beznadziejne i pozbawione logiki. Zupełnie go nie rozumiałam.

Potem zaczął jeździć do mojej rodziny i opowiadać, jaka jestem niepoukładana i że już dłużej ze mną nie może, taki jest skołowany psychicznie. Musimy się rozwieść. Zaczął od mojej mamy. Do moich rodziców czuł respekt, więc chciał sobie zabezpieczyć tyły. Pojechał do nich do domu, usiadł na kanapie przy herbatce i bredził jak potłuczony. Przedstawiał mnie jako wampira energetycznego, który tyranizuje całą rodzinę. Według niego miałam być ciągle w pracy, nie interesować się domem i dziećmi. Albo spotykać się z „koleżaneczkami”. Mówił, że nie da się ze mną wytrzymać, że jest zagubiony, że miłość się wypaliła i musi zmienić swoje życie. Przekonywał, jak bardzo jest rozgoryczony i jaka jestem okropna. I w ogóle, że wcale do siebie nie pasujemy. I to ja jestem winna całej tej sytuacji.

Mama jakoś nie dawała się przekonać. Wietrzyła podstęp. Słuchała, jak Maciek peroruje, i robiła coraz większe oczy. Pamiętała ten czas, kiedy tak za mną szalał, a potem stworzyliśmy udaną rodzinę… Więc co się stało?

– Mamo, nie jesteśmy tymi połówkami, co to się szukają po świecie. Raczej można powiedzieć, że jesteśmy jak jabłko i gruszka – wyjaśniał.

Mama odpaliła na to z wrodzonym sobie poczuciem humoru:

– Co ty w ogóle pieprzysz? Jeśli tak, to ja ze swoim mężem jesteśmy jak śliwka i arbuz. A przetrwaliśmy ze sobą ponad czterdzieści lat. Doskonale pamiętam, jak piętnaście lat temu zalany łzami mówiłeś, że będziesz ją chronił i kochał do końca życia! Tym bardziej że rozwaliliście dwie rodziny, aby być ze sobą! Wiesz, jak przeżywał to Mateusz? Teraz chcesz zafundować to samo Stasiowi? Pomyślałeś o dziecku? Poza tym jakoś przez piętnaście lat nie zauważyłam tego twojego dramatu!

– Lepiej, żeby Staś miał dwa spokojne domy, niż wychowywał się w piekle nienawiści – próbował jeszcze Maciek.

Ale mama nie dawała się zwieść:

– Jakiej nienawiści? Czy ty na głowę upadłeś? Kochałeś ją jak wariat!

– Chcę normalnie żyć i mieć prawo do szczęścia – wytoczył cięższy kaliber.

– Jednak jesteś idiotą! – Mama odparowała mu z armaty. – Po co w ogóle tu przyjechałeś? Nadawać na naszą córkę?! I czego oczekujesz? Że staniemy po twojej stronie? Puknij się w głowę! To nasza córka! A ty jesteś obcym człowiekiem!

Zachowywała się tak inaczej niż kiedyś, gdy zawsze brała w obronę Janka, a mnie uważała za ostatnią najgorszą.

– Mąż to teraz już nie rodzina? – rzucił Maciek.

– Mąż to obcy człowiek! Nie łączą nas więzy krwi. My kochamy Mikę. A ty, egoisto, zawsze myślałeś tylko o sobie! Żegnam. – Wskazała mu drzwi. – Idiota – bąknęła jeszcze pod nosem, gdy wyszedł.

Moja mama od zawsze uważała, że dla dobra rodziny mężowi można wiele wybaczyć. Dla dzieci, dla spokoju w domu. Właśnie przez to przetrwałam w pierwszym małżeństwie z Jankiem o kilka lat za długo. Tym razem jednak stanęła po mojej stronie. Byłam jej za to wdzięczna.

Innym razem Maciek próbował jeszcze zagadnąć ojca, ale ten tylko prychnął i dalej robił obiad. Pojechał więc do cioci, tej od książki, na podstawie której kręciłam serial, i opowiedział jej, że nic nie umiem, jestem darmozjadem, którego tyle lat utrzymywał. Nie wiem, jak to zrobił, bo ciocia znała mnie od dziecka, ale jego słowa zaczarowały ją niczym magiczny pyłek. Może dlatego, że ostatnio była zagniewana, że serial za mało przypomina jej książkę? Od razu uradzili, że na bank mam jakąś chorobę psychiczną, co eliminuje mnie z życia normalnych ludzi. Przecież do niczego mnie nie można przekonać, zawsze mam własne zdanie i robię wszystko po swojemu. Ale gdy zostanę sama, nareszcie dostanę po dupie i poznam, co to prawdziwe życie.

– Biedny! – Ciocia głaskała Maćka po dłoni. – I tak jesteś święty, że tyle z nią wytrzymałeś!

Mój cudowny mąż się rozkręcił i błagał ciocię, żeby nie sprzedawała mi praw do następnych tomów powieści, bo to się źle skończy. Opowiadał, że nie pozwalam mu odejść, choć nasza miłość się już wyczerpała, terroryzuję go, urządzam awantury – a przecież jeszcze nie miałam szansy nic zrobić… Nawet nie zdążyłam dojechać do domu, porozmawiać, a co dopiero mówić o krzykach. Skazano mnie zaocznie i nie dano szans na obronę.

– Ona nic nie umie! – dramatyzował Maciek. – Nic nie robi na tych Mazurach, tylko się opala. Wszystko jest na mojej głowie – kłamał jak z nut.

Początkowo żyłam w błogiej nieświadomości, że Maciek buduje mój nowy wizerunek. Tworzy mi nową osobowość. Nigdy nie byłam święta, ale teraz się okazało, że jestem potworem, którego trzeba poniżyć i odebrać mu godność. Przykleić stereotypową łatkę najgorszych zachowań kobiet, z którymi biedny, uciśniony mąż chce się rozwieść…

W najgorszych koszmarach nie spodziewałam się po nim czegoś takiego. Jak mawiała moja babcia: „Słowa potrafią ranić bardziej niż nóż”. Mawiała też, że wynoszenie brudów z domu jest bez klasy. Słyszysz, Maciek? Bez klasy! Wkrótce przekonałam się, że pół Warszawy z wypiekami na twarzy wysłuchiwało szczegółów z naszego życia. Byłam taka wściekła. I zawiedziona. Może nawet bardziej zawiedziona… Czyli to jest tak, że można z kimś mieszkać, kochać się, budować rodzinę, mieć dziecko, ustalać cele, prowadzić firmę, snuć plany na przyszłość i nagle zobaczyć w tej osobie zupełnie innego człowieka?

Ekstremalne sytuacje pokazują, na co nas stać. Co z nas wyjdzie, gdy przestajemy się kłaniać, uśmiechać i grzecznie mówić „dzień dobry”. Postanowiłam wtedy, że nie pozwolę, by zalały mnie złość i żal. Jestem dzieckiem słońca! Nie dam się! Nie dam sobie odebrać radości.

 

Ostatniego dnia zdjęciowego robiliśmy tylko jakieś dokrętki. Dzień toczył się leniwie. Częściej zaglądaliśmy do barobusu, mniej było skupienia, a więcej śmiechu i dowcipów. Zaraz mieliśmy się pakować, wracać do domów. Po trzech miesiącach życia w hotelu, zmagania się z problemami w wyimaginowanym świecie czekał na nas ten prawdziwy, z jego radościami i kłopotami. Zżyliśmy się ze sobą jak dzieci na kolonii czy dorośli w sanatorium. Jedzenie przygotowane i podane, otoczenie poukładane, posprzątane. Musieliśmy się troszczyć jedynie o potrzeby filmowych bohaterów. Byliśmy „ekiporodziną” połączoną wspólnymi sprawami. Tylko naszymi. Ale w tej niby-wakacyjnej atmosferze żyliśmy na najwyższych obrotach, bo byliśmy w pracy, bo niektórych ujęć nie dawało się z różnych względów powtórzyć, bo problemy przychodziły niespodziewanie i wymagały natychmiastowej interwencji, bo budżet, bo terminy, bo sprzęt…

Zadzwoniła mama. To od niej dowiedziałam się o szalonym tournée rodzinnym mojego małżonka. I spadł na mnie wodospad pretensji i wyrzutów.

– Był Maciek – rzuciła bez przywitania. – Skarżył się, jaki to on nieszczęśliwy, że za dużo pracujesz, nie ma cię dla niego. A ja ci tyle razy mówiłam, że chłopa trzeba pilnować. No i masz, pewnie znalazł sobie inną. Ty się ciągle zachowujesz, jakbyś miała szesnaście lat! Zejdź na ziemię, bo inaczej to twój mąż cię na nią sprowadzi.

– Mamo, przestań! – krzyknęłam. – Niepotrzebnie podnosisz mi ciśnienie!

– Trzeba przygotować się do rozwodu, bo on cię zniszczy.

– Mamo, co ty mówisz! Jakie zniszczy? Przecież Maciek mnie kocha. Mnie i dzieci.

– Ja już z tobą nie mogę… – westchnęła. – Kiedy ty wreszcie dojrzejesz? Kocha i się rozwodzi? – zirytowała się. – Zobacz, jak żyją twoje siostry.

– No jak? – Teraz to ja byłam zła. Te ciągłe porównania…

– Normalnie. U nich cisza i spokój.

– Bo nigdy ci nic nie mówią! – wypaliłam. – Trzymają dystans, a ja rozmawiam z tobą codziennie przez telefon i wszystko ci opowiadam. Może za dużo. Kończę, bo muszę zająć się pracą – powiedziałam obrażona.

– Zajmij się teraz swoim małżeństwem, a nie pracą – wypunktowała mnie i się rozłączyła.

To nawet dobrze, bo dosyć miałam gadania, które i tak niczego nie zmieni. Widocznie mama już zapomniała, że sama całe życie pracowała, a w domu mieliśmy kolejne gosposie. Po rozmowach z nią zawsze byłam roztrzęsiona. Motywowała mnie do działań, które podejmowałam wbrew sobie, i potem chciało mi się tylko płakać.

Przerażona zauważyłam, że zapadał zmierzch. Wyrobimy się z tymi ujęciami?

– Powtarzamy to – usłyszałam głos reżysera i westchnęłam.

Nie zanosiło się na szybki koniec. Rozejrzałam się dookoła. Odetchnęłam głęboko. Zapach leśnego igliwia mieszał się z wilgocią wieczornej mgły. Były ostatnie dni września. Nisko na niebie wisiał już jasny księżyc. Na pomoście widziałam tylko zarysy sylwetek dwóch mężczyzn i Małgosi. Nie wiem, jak długo tak stałam wpatrzona w wodę, ale w pewnym momencie poczułam chłód na ramionach.

Dostrzegłam reżysera, który zawołał:

– Koniec zdjęć! Dziękuję!

Przez chwilę okrzyk wybrzmiewał nad koronami drzew, a potem pochłonął go szum rozmów, wesołych nawoływań. I wtedy rozległ się gwizd, huk i niebo rozświetliły setki gwiazd. Fajerwerki! Milion kolorowych iskier. I kolejny. A to niespodzianka! Przez chwilę miałam wrażenie, jakby to był sylwester. Właściciel domu, który wynajmowała Małgosia na czas zdjęć, zorganizował pokaz sztucznych ogni z okazji jej urodzin i zakończenia naszej pracy. Wszyscy tłumnie zgromadzili się na brzegu i zaczęli sobie nawzajem dziękować. Amok wolności i skończonej pracy! Ludzie obejmowali się, śmiali, całowali i płakali. Zobaczyłam, że kilka osób stoi po kolana w wodzie. Inni wskakiwali do jeziora, rozchlapując wodę na stojących na pomoście. Po trzech miesiącach intensywnej pracy opadły emocje. Fajerwerki strzelały w niebo. Na dole strzelił szampan, ktoś się głośno roześmiał, ktoś inny włączył muzykę. Ekipa w pośpiechu zwijała kable, chowała sprzęt. Małgosia podskakiwała na brzegu pomostu i klaskała w ręce jak mała dziewczynka. Chwytała się za głowę i krzyczała:

– Jak ja wam dziękuję! To był wspaniały czas. Bardzo was kocham!

– A my ciebie – odkrzyknęłam instynktownie.

Będziemy się bawić, wszyscy to czuliśmy. Poszłam w stronę pomostu. Kilka osób między przyczepą garderoby a barobusem rozwieszało brezentowy dach. Ktoś inny na busie z make-upem przyczepił napis: BAR. Na stoliki turystyczne wjechał alkohol, ktoś rozstawił plastikowe kieliszki. Obsługa barobusu wyniosła gorące kiełbaski i kanapki. Na klepisku wielkości dwa na dwa metry wiło się w szalonym wywijańcu prawie pięćdziesiąt osób. Spontaniczny wybuch niekontrolowanej radości. Nie ma nic wspanialszego.

Stałam obok reżysera, który z dumą obserwował konwulsyjnie podskakujący tłum, jakby to było jego dzieło. Na twarzy malował mu się bezgranicznie szczęśliwy uśmiech.

– Jak dzieci! – chichotał, machając w stronę chłopaków podrzucających jednego z nich.

Po chwili zauważyłam, jak jedna z aktorek, moja ulubienica, wieszała się na szyi wysokiego blondyna. Zmrużyłam oczy. To był Mateusz! Z drugiej strony jego ramienia uczepiła się charakteryzatorka i szeptała mu coś do ucha.

– Dorośleje. – Reżyser podszedł do mnie i wskazał na mojego syna. – Przeszedł chrzest bojowy. Będzie z niego reżyser, czuję to.

– Wiedziałam to już w dniu, w którym okazało się, że jestem w ciąży – wyznałam.

Małgośka wskoczyła na stoliki i wywijała z przytupem. Jeden z aktorów zapobiegliwie i błyskawicznie zabierał sprzed jej stóp butelki. Plastikowe kieliszki spadały w czerń nocy. Impreza rozkręcała się na całego. Wiedziałam, że nam się to należy, ale nie byłam w nastroju do zabawy. Aż tak nie umiałam udawać.

– Chodźmy pogadać. Niech się młodzież bawi – rzucił nagle reżyser.

Usiedliśmy na pustym pomoście. Machaliśmy nogami nad wodą. Było ciemno, jezioro spowiła mgła. Z oddali słyszeliśmy muzykę i beztroską zabawę ekipy.

– Maciek chce rozwodu – szepnęłam do reżysera.

Nasza znajomość zawodowa przerodziła się w głęboką przyjaźń, rozumieliśmy się bez słów.

– Takich kobiet jak ty się nie zostawia… Jeszcze wróci na kolanach. Zobaczysz! – powiedział z mocą.

– Teraz na kolanach to jestem tylko ja…

– Dominika, chrzań to! Zobacz, zrobiliśmy kawał fajnego kina. Dziękuję ci za wszystko.

– To ja dziękuję. Przede wszystkim za Mateusza. Tyle go nauczyłeś.

– Pokochałem tego chłopaka jak własnego syna. Jest mądry, wrażliwy i pracowity. I wiesz co, z nikim się tak dobrze nie milczy jak z nim. A to wielka umiejętność.

– Jestem z niego taka dumna. – Uśmiechnęłam się. – On ma starą duszę, zawsze był dojrzały.

– Dlatego tak dobrze się rozumiemy. – Zapalił papierosa. – Dominika, spróbuj spojrzeć na swoją sytuację inaczej – odezwał się po chwili.

– To znaczy? – Nie wiedziałam, co ma na myśli.

– Przekuj swoje doświadczenia w twórczość. Ludzie ze złamanym sercem piszą dobre piosenki, wybitne książki, kręcą wstrząsające filmy. Sztuka rodzi się z bólu, nie z dobrobytu i dobrego samopoczucia.

– No tak. To może przerobimy Fizjologię małżeństwa Balzaka na komedię romantyczną? – zaśmiałam się.

– Dobrze kombinujesz. – Był zupełnie poważny.

– Na razie jestem w szoku! – wyznałam. – Nie mogę się pozbierać. Gdy rozpadło się moje pierwsze małżeństwo, pomyślałam, że trwało krótko, nie mieliśmy nawet zbyt wielu wspólnych przeżyć. To była taka trochę pierwsza miłość. Ładna, ale niezbyt głęboka. Udało nam się niemal bezboleśnie przeprowadzić Mateusza przez rozwód. Nie mieliśmy prawie nic, więc nie było mowy o wojnie o pieniądze. Nie zapętliliśmy naszych żyć zbyt mocno. – Westchnęłam. Teraz następowała trudniejsza część opowieści. – Z Maćkiem jesteśmy od piętnastu lat partnerami w życiu i w pracy, kochankami, rodzicami, przyjaciółmi. Mamy wspólnego syna, stworzyliśmy prawdziwy dom, dobrze prosperującą firmę, zdobyliśmy przyjaciół, mamy wspólne pasje – mówiłam, a po policzkach spływały mi łzy. – Nawet wrogów, kurwa, nawet wrogów mamy wspólnych!

Przysunął się, a ja oparłam głowę na jego ramieniu. Byłam mu wdzięczna za to wsparcie.

– Maciek nie zabierze jednej walizki i nie wyprowadzi się do innego życia – kontynuowałam. – To nie będzie tylko rozwód dwojga dorosłych ludzi! To będzie kosmiczna rozpierducha! Podzielimy wszystko. Dzieci, rodzinę, przyjaciół, firmę, pracę…