A miało być tak pięknie!

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
A miało być tak pięknie!
A miało być tak pięknie!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
A miało być tak pięknie!
Audio
A miało być tak pięknie!
Audiobook
Czyta Laura Breszka
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział szósty

Ciąża. Rodzina była przeszczęśliwa. Obie rodziny. Uściskom i piskom radości nie było końca. Uśmiechałam się i odbierałam gratulacje, ale gdy już wszyscy rozeszli się do swoich spraw i zostałam sama, usiadłam w fotelu i opadły mnie wątpliwości.

– Będę matką – powiedziałam do siebie cicho. – Przytyję w ciąży. Stracę figurę. Piersi mi opadną! Brzuch będzie wielki jak balon, a potem sflaczeje. I co ze studiami? Jak ja sobie ze wszystkim poradzę?

Bałam się. Miałam dwadzieścia lat i nic nie wiedziałam o macierzyństwie.

Karmić piersią czy butelką? Czy poród boli? Mama mówiła, że strasznie, a ciocia Małgosia – że nie tak bardzo; sąsiadka zaś – że najlepiej załatwić cesarkę, wtedy nic się nie czuje, tylko potem…

Inny głos we mnie wołał: a może trzeba było zostać w Londynie? Może jeszcze jest czas? Wujek by mnie przyjął nawet teraz. Ale jak? Z Jankiem? A studia, rodzina? Co robić?

Kiedy już się uspokoiłam i zrozumiałam, że sytuacja jest nieodwracalna, gdy obie babcie podczas kolejnej wizyty roztoczyły sielankową wizję rodzinnego szczęścia, wyciszyłam złe emocje. Cała rodzina jednym głosem obiecała pomoc.

Wieczorem poszłam z Jankiem do kina na film Fanny i Aleksander Bergmana i już wiedziałam, że nasz syn zostanie reżyserem!

***

Pod sercem – jak to czule mówiły babcie – nosiłam swoje dziecko, za które już czułam odpowiedzialność. Moje życie skoncentrowało się na zdrowym odżywianiu, spaniu i regularnych wizytach u lekarza. Żadnych balang i zero wina. Intensywnie przygotowywałam się do egzaminów i ślubu. Życie towarzyskie zniknęło, odsunęłam je na „kiedyś po porodzie” i trzeba przyznać, że byłam w tym konsekwentna. Rzadziej spotykałam się z Haliną, co Janka bardzo cieszyło. Kochał mnie za to uspokojenie się jeszcze bardziej – jeżeli bardziej w ogóle się dało! Ciemne chmury, które czasem przesłaniały jego czoło, nikły w moim słońcu. Nasze życie było słodko-bajeczne, dobre, ciepłe, czyli takie, o jakim marzył, bez burz. Ja kupowałam ubranka dla dziecka, urządzałam dom, uczyłam się do egzaminów, a moi rówieśnicy studiowali, bawili się, zimą jeździli na narty, a latem na Mazury.

Nie zazdrościłam im. Rozumiałam swój stan i to, że jestem już kimś innym, nie ich roztańczoną koleżanką, a stateczną przyszłą matką. Trochę rozjechały się nam światy, tematy, priorytety. Ale nie martwiłam się o to. Przecież kiedy dziecko urośnie… wrócę do gry!

Janek otaczał mnie troską i uwagą. Obserwował, jak rośnie brzuch, przytulał, rozmawiał z dzieckiem, śpiewał i nosił mnie na rękach. Naprawdę! Taki mąż mi się kroił! Jak szóstka w totolotka!

Nastał czas egzaminów. Startowałam do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, świątyni sztuki! Wybrałam Wydział Wiedzy o Teatrze. Starannie to sobie wymyśliłam. Wiedziałam, że to właściwa decyzja. Czułam to całą duszą. Teraz tylko zdać, zaliczyć sprawnie studia – i życie z pewnością przygotuje mi niespodziankę zawodową.

Babcia Janeczka kochała mnie miłością czułą i wielką, więc kiedy dowiedziała się, że jestem w ciąży i będę studiować, tak ją to wzruszyło, że z owego wzruszenia kupiła mi… białego malucha. Janek zawiózł mnie na egzaminy. Oj, miałam tremę, i to jaką!

Egzaminy pisemne i ustne – które zawsze były dla mnie łatwiejsze, bo miałam niezłe gadane, trochę wdzięku i poczucia humoru – okazały się niczym w porównaniu z pewnym niewinnym spotkaniem, do którego doszło na korytarzu, i to bynajmniej nie z żadnym z egzaminatorów.

Siedziałam na ławce przed salą egzaminacyjną, gdy podeszła do mnie dziewczyna. Miała orientalną urodę, długie ciemne włosy, rzęsy jak wachlarze i wielkie granatowe oczy. Wyglądała jak amerykańska aktorka Ali MacGraw ze słynnego filmu Love Story. Była bardzo zdenerwowana.

– Cześć! Na jaki wydział zdajesz? – zapytała szeptem.

– Na teatrologię – odpowiedziałam życzliwie i zaczęłam się zastanawiać, skąd znam tę twarz.

Na pewno już ją kiedyś widziałam. „Kto to jest?” – tłukło mi się po głowie natrętne pytanie.

– Sama tu jesteś? – ciągnęła piękność.

– Tak – odpowiedziałam i nadal szukałam w głowie obrazu, który gdzieś tam był.

Byłam zauroczona jej twarzą. Chciałabym wyglądać tak jak ona!

I nagle błysk! To jej zdjęcia leżały w teczce Janka z napisem „Viola”. Tak, pokazywał mi swoją poprzednią dziewczynę. Zapewniał, że nic ich już nie łączy. Zamknięty rozdział.

– Kto cię tu przywiózł? – spytała obcesowo.

– Tata – skłamałam, bo przywiózł mnie Janek, ale podświadomie czułam, że nie powinnam tego mówić.

Poczułam się słabo. Ogarnęło mnie zdenerwowanie, ręce zaczęły mi się trząść. A zaraz moja kolej! Ale właściwie skąd te nerwy? Nie miałam pojęcia.

Z sali wyszedł profesor.

– Dominika Nehrebecka. Jest?

– Tak, jestem. – Wstałam, uśmiechnęłam się do profesora i rzuciłam do Violi: – Przepraszam, mam teraz egzamin.

Na pytania odpowiadałam swobodnie, byłam przygotowana. Ale w głowie ciągle widziałam tamtą dziewczynę. „Boże, nigdy nie będę taka piękna jak ona. Czemu ją zostawił?! Jestem przy niej jak kopciuch! Jestem za przeciętna, zbyt prostolinijna i za wesoła dla Janka. Nie mam w sobie tajemnicy, głębi, a on na pewno ją jeszcze kocha, tęskni za jej powłóczystym spojrzeniem…” – myślałam.

Choć ciąża nie była jeszcze widoczna, czułam się już kimś innym. Pierwsze zareagowały piersi, które stały się wielkimi i wrażliwymi gruszkami. Reszta ciała powoli przygotowywała się do nowej roli. I jeszcze zepsuła mi się cera, pojawił się trądzik. Mimo że dzięki paczkom z zagranicy zawsze wyglądałam jak rajski ptak, przy tej dziewczynie poczułam się pospolita.

To był pierwszy chwast, który zaczął kiełkować w mojej głowie. Czyżby śliczna i wesoła Dominika poznała smak zagrożenia? Zazdrości? Czyżbym miała kompleksy? A może to jedynie hormony i stres? Powiedziałam o tym tylko

Halinie.

– Daj spokój! Gadasz bzdury! Jaka ona tam ładna? Smutna taka! Dla mnie jesteś najładniejsza i najmądrzejsza. Niech spada, ta gwiazda ze spalonego teatru! – Przyjaciółka zawsze stała za mną murem.

Nadszedł moment ogłoszenia wyników egzaminów. Ubrałam się starannie, umalowałam też – bo pamiętałam, jak się ostatnio poczułam przy Violi – i taka cała wypachniona pojechałam do szkoły. Przepychając się przez tłumek, próbowałam wypatrzeć swoje nazwisko na kartce wiszącej na tablicy.

Jest!

Normalnie skakałabym do góry, piszczała, zaprosiła kolegów i koleżanki na wino, a może wszyscy oni urządziliby tu niezłą fiestę, ale nie tym razem. Dopuściłam do głosu tę racjonalną część mnie, ona zaś natychmiast zaczęła nadawać: „Tu się trzeba zastanowić i pomyśleć, jak to zrobić, żeby studiowanie w ciąży uczynić jak najefektywniejszym! Potrzebna mi będzie zdyscyplinowana osoba, która pomoże, jeśli będę musiała opuścić zajęcia”.

Poszukałam wzrokiem kogoś takiego. O, proszę, jest. Czarny sweter, długa spódnica, też czarna, czarne rogowe okulary, słodkie dołeczki w policzkach i roześmiane oczy. Idealna!

Podeszłam do dziewczyny, wyciągnęłam rękę i powiedziałam:

– Cześć, mam na imię Dominika. Zdaje się, że będziemy razem studiować.

– Cześć, Zuzka – odparła.

– Hmmm, to może wyskoczymy na kawę? – zaproponowałam.

– Dzięki, ale nie mogę, mam próbę w teatrze.

– W teatrze?! Jestem pod wrażeniem – powiedziałam i to była prawda.

A ona ciągnęła:

– Na razie jestem suflerką, dużo się uczę przy genialnym reżyserze, a potem będę zdawać na reżyserię teatralną.

„Suflerką! Czyli poukładana, mądra i roztropna”, szeptała mi intuicja.

– Zabierzesz mnie ze sobą? – poprosiłam.

– Jasne! – Uśmiechnęła się szczerze.

***

Weszłyśmy do teatru od tyłu, najprawdziwszym wejściem dla aktorów. Chłonęłam atmosferę kulis. Ten dziwny zapach starych kotar, kurzu i słabej wentylacji, ciszę, ciemność. Odkryłam swój wymarzony świat raz jeszcze, tym razem nie od strony widowni, a od kulis, garderób, perukarni i stołówki, w której wielcy aktorzy w strojach z epoki zjadają jajecznicę, a król ogląda mecz.

Zuza zwróciła się do mnie szeptem:

– Usiądź w ostatnim rzędzie i bądź cicho. Bardzo cicho, dobrze?

I poszła.

Na scenie zaczęła się próba. Najpierw dostrzegłam tylko punktowe światło, a potem wyszedł na nią – o matko! – Tadeusz Łomnicki. Zaparło mi dech w piersiach. Mistrz zaczął interpretację – bo to nie była próba czytana, tylko taka całą gębą, choć bez dekoracji i kostiumów. W pierwszym rzędzie dostrzegłam reżysera.

– Stop! Tadeuszu, dziękuję – zawołał. – Jeszcze raz! Dobrze? Gdzie muzyka?!

Podczas tej wizyty wciągnęłam do płuc nastrój teatru. Czułam, że to będzie teraz mój zawodowy eden, miłość na lata. Co za przeżycie! I jeszcze nowa koleżanka, poukładana, porządna i urocza. W tej euforii zapomniałam o całym świecie – nawet zadzwonić z budki telefonicznej do bliskich, że zdałam do wymarzonej szkoły teatralnej!

Po wizycie w teatrze wróciłam do domu. Mama jak zwykle powitała mnie najserdeczniej:

– Gdzieś ty była tyle czasu? Już na pogotowie chciałam dzwonić!

A ja, oddychając wreszcie spokojnie i pijąc łapczywie wodę, odpowiedziałam:

– Zdałam! Zdałam i jestem przyjęta! Mam nową koleżankę i w teatrze byłam od kulis, na widowni siedział Maciej Prus, a na scenie próbował, nie uwierzysz, Łomnicki!

I podskoczyłam trochę jak dziecko, na chwilę zapominając, że w brzuchu mam własne…

– Znowu te teatry – westchnęła mama. – Nie skacz! Jesteś w ciąży.

Tata, który właśnie wrócił od babci, ukradkiem wytarł nos, podszedł do mnie i położył mi dłoń na głowie. Patrzyliśmy na siebie w pełnym porozumieniu. On wiedział, czym jest dla mnie teatr.

 

***

Zbliżał się dzień ślubu. Staliśmy pod urzędem stanu cywilnego. Moje kolorowe i wierne towarzystwo przybyło gremialnie, dziewczyny miały na głowach ekstrawaganckie kapelusze. Nawet ciocia Małgosia i jej córka się dostosowały. Babcie nie. Te miały świeży manicure i elegancko upięte włosy. Babcia Wanda włożyła koronkowe rękawiczki. Mama we włoskich ciuchach wyglądała pięknie – opalona i ciemnowłosa. Tata przyprawiał o zawał serca prawie wszystkie dojrzałe panie i własną matkę, bo maszerował w płóciennych espadrylach, kolorowej koszuli wypuszczonej na czarne jeansy, z bandaną na głowie i w ciemnych okularach. Ludzie widzieli, po kim odziedziczyłam elegancję i ciąg do pięknych ciuchów, a po kim – nonkonformizm.

Janek miał długie włosy związane w kucyk i garnitur szyty na miarę. Wyglądał z klasą. A ja…? Ciąża i egzaminy na uczelnię całkiem przysłoniły mi sprawę sukienki, a kiedy się ocknęłam, na szycie było za późno. Halina nie mogła nic wymyślić, bo leżała w szpitalu z podejrzeniem zapalenia wyrostka, więc przypomniałam sobie o kiecce z pokazu mody w domu kultury.

Suknia do ziemi, z watowanymi ramionami – jak dyktowała ówczesna moda – i z różnymi aplikacjami. Leżała dobrze, ale nie była tym, o czym śni panna młoda. Babcia Janka obejrzała mnie w tej żółtej kiecce, po czym stwierdziła, że gdy się do niej założy jakieś klipsy i piękny kapelusz z szerokim rondem, będzie bosko! Zgodziłam się, pod warunkiem że daruje mi klipsy, a kapelusz będzie lekki, słomkowy.

W domu nie mogłam się dopchnąć do łazienki, a kiedy już inni się wystroili, zaczęli krzyczeć, żebym się pospieszyła, bo czas nagli. Szybko nałożyłam na włosy żel, spięłam je i próbowałam zakamuflować trądzik. Wsunęłam się w suknię, koszmarne czółenka jak dla emerytek i spojrzałam w lustro – zobaczyłam dramat i tragedię, ale już nie było czasu, by to ratować.

W trakcie przemówienia urzędniczki stanu cywilnego, gdy padły słowa: „Rodzina jest podstawową komórką społeczną”, tata skomentował półgłosem: „Też mi nowina”, na co wszyscy parsknęli śmiechem. Mama syknęła ze zniecierpliwieniem. Babcie udawały, że nie słyszą.

Całe zdenerwowanie i tremę pokrywałam wygłupami, śmiesznymi minami. Nie podchodziłam poważnie do ślubu cywilnego, potrzebowałam jakiejś uroczystej oprawy tego naszego związku na całe życie. I mimo że byłam niechętna Kościołowi, uważałam, że przysięga w tym nieco teatralnym miejscu okaże się ważniejsza. Ładniejsza po prostu.

Ktoś miły podpowiedział nam, że jest drewniany kościółek ukryty gdzieś na Mazowszu, z uroczym i mądrym proboszczem. I miał rację! Znalazłam u tego księdza zrozumienie, nadto naprawdę umiał słuchać. Nie oponował, gdy poprosiłam o rozmowę, i zaprosił mnie na spacer. Poszliśmy do sadu nieopodal plebanii. Rozmawialiśmy długo o życiu, przyszłości, wartościach, filozofii, zasadach. Po powrocie proboszcz powiedział z uśmiechem Buddy:

– Jestem spokojny. Błogosławię was.

W dniu ślubu kościelnego podjechaliśmy pod kościółek ciemnozielonym oldsmobilem. Z niego i z innych samochodów znów wyfrunęło stado kolorowych ptaków. Moje siostry były zachwycone i natychmiast stopiły się z barwnym tłumem, a ja czułam się podenerwowana, ale i ucieszona tym, że jest oryginalnie, inaczej, nie tak drętwo i ckliwie jak u innych. Babcie Wanda i Janka – lekko przerażone, zdumione tym luzem – starały się upominać mnie, pannę młodą, żebym przynajmniej ja zachowała stosowną powagę.

Podjechał samochód z Haliną. Wyszła z niego w bajecznej różowej sukni i z wielkim bukietem kwiatów. Zawsze robiła ogromne wrażenie, a szczególnie gdy to wyreżyserowała. Lubiłam to i nadal lubię. Nigdy pod tym względem nie rywalizowałyśmy. Wtedy przypominała Farrah Fawcett; zarzuciła włosami i pokazała zęby w pięknym uśmiechu. Ktoś szepnął: „Ona kradnie ci show”, ale ja tak nie uważałam. Zresztą akurat jej mogłam na to pozwolić. Pomyślałam nawet, że wszyscy zajęci suknią Haliny nie będą się pastwić nad moją jajeczną kreacją.

Po chwili zadzwonił dzwon i dobrotliwy proboszcz zaprosił nas do środka jak starych znajomych, wołając:

– No, chodźcie, chodźcie, kochani!

Nie uczestniczyłam w obrzędach, ale popatrywałam na proboszcza, uśmiechając się, a w odpowiednich chwilach kiwałam głową i wypowiadałam słowa przysięgi. Byłam przejęta i bardzo poważna. Moi przyjaciele też się uspokoili. Janek trzymał mnie za dłoń i był wzruszony, poważny, choć oczy mu się uśmiechały. Spełniały się nasze marzenia. Przez głowę przebiegały mi takie myśli: „Oto mój mąż, będę z nim do końca życia, będziemy mieli troje, może czworo dzieci, a potem wnuki. On siwy i ja siwa będziemy oglądać zdjęcia ze ślubu i kiwać głowami, wycierając oczy w siateczce zmarszczek. To takie piękne i proste”.

Wierzyłam w to całym sercem…

Gdy wyszliśmy, aura prostoty i świętości prysła – i wróciło cygańskie szaleństwo. Maniek rozłożył się teatralnie na zielonym oldsmobilu w roli ślubnej dekoracji, dziewczęta zatańczyły kankana. Na szczęście mama, czując, co się święci, pozabierała szybko wszelkie babki i ciotki na przyjęcie.

Wesele przebiegło hucznie i wesoło – alkohol, tańce do rana, rozmowy o życiu. Wszyscy moi znajomi byli młodzi, mieliśmy całe życie przed sobą i święte przekonanie, że dobry świat stoi przed nami otworem. Byliśmy niewinni i naiwni.

Rozdział siódmy

W naszej ukochanej kawalerce reżyserowaliśmy swój świat. Ja studiowałam, zdrowo się odżywiałam i prawie wcale nie tyłam. Wyglądałam tak, jakbym połknęła piłkę do koszykówki. Lekarz bardzo mnie chwalił, a pielęgniarka kręciła głową, bo według niej jednak powinnam być grubsza.

Tęskniłam za rodzicami, siostrami i ciągle u nich przesiadywałam, bo Janek czasem pracował także popołudniami. Mój dom rodzinny był o wiele większy, poza tym głośny i wesoły. Zdarzały się awanturki z siostrami, przekomarzanki z mamą, żarty z tatą – albo jego uwagi i komentarze, które zawsze wydawały mi się takie mądre!

– Kiedyś spiszę wszelkie twoje złote myśli – mówiłam mu, a on tylko się śmiał i machał ręką.

Nadto świetnie gotował i w domu zawsze apetycznie pachniało. W kawalerce… nie mogłam długo znosić samotności. Tego, że sama wciąż podejmuję decyzje, robię zakupy i wciąż czekam na męża.

Mama to wyczuła – a może podpowiedział jej ojciec? – i zapowiedziała kategorycznie, że do czasu porodu powinnam zamieszkać u nich, bo „co to będzie, jak ci wody odejdą znienacka?”. Do „znienacka” była jeszcze kupa czasu, ale Janek nie oponował, też lubił mój dom i panujące tu zwyczaje. Zwłaszcza pragmatyzm mamy, urocze babcie i bluesa, którego słuchał tata. Trzpiotowate Ania i Sylwia również były miłym towarzystwem, więc przenieśliśmy się bez gadania. Odzyskałam dawny spokój i poczucie bezpieczeństwa, choć pytana co rano przez mamę oraz siostry: „No i jak się dzisiaj czujesz”, parskałam tylko i mówiłam: „Jeszcze żyję, jak widać”. Ojciec nie pytał, tylko robił mi wymyślne omlety, croissanty i paszteciki. W powietrzu czuło się oczekiwanie.

Osiemnastego grudnia w nocy skończyłam czytać biografię Stevena Spielberga, który urodził się właśnie osiemnastego grudnia, tyle że w 1946 roku. Fascynujący facet! Zasnęłam zachwycona. Nad ranem obudziły mnie dziwne skurcze. Mama z Jankiem zawieźli mnie do szpitala. Sprawdzenie rozwarcia było koszmarem. Do gabinetu, w którym leżałam z rozłożonymi nogami, weszli studenci. Byłam naga od pasa w dół, wszystko mnie bolało i umierałam ze wstydu. Lekarz beznamiętnie demonstrował, jak się bada rozwarcie, jakbym stanowiła jakiś kawałek mięsa, martwe zwierzę, które poddano sekcji. Czy zapytał mnie o zgodę? Nie. Wówczas nikt sobie tym nie zawracał głowy.

Słyszałam, jak mówi o mnie w trzeciej osobie:

– Pierwiastka, lat dwadzieścia, ma rozwarcie na dwa palce, płód ułożony prawidłowo. Kto chce zbadać?

Weszła zmęczona salowa z plastikową maszynką na wymienne żyletki oraz ohydną, spraną i nieforemną koszulą z urwanymi troczkami. Nie było jak tego zawiązać, aby choć trochę się zakryć. Poczułam napływające łzy.

– Golimy krok i wskakuje pani w koszulę… – powiedziała obcesowo.

– Dziękuję, ja już po goleniu, a piżamkę mam swoją! – próbowałam ją obłaskawić.

Znaczy obłaskawić system, który nie pozwalał – nie wiedzieć czemu – na własną koszulę.

Nic z tego.

– Na oddział nie wpuszczamy w „swojej piżamce”, swoją w domu niech se nosi, tu jest szpitalna. No już!

– Proszę panią! – Złożyłam błagalnie ręce.

– Nie! No szybko, nie mam czasu!

A to był dopiero początek… Mama biegała po całym oddziale, rozdając bombonierki, kawę i koniaki, żeby byli dla mnie mili. Wyglądała na bardzo zdenerwowaną, Janek też. Siedział sztywny i tylko ręce mu drżały.

– Mamo! – wołałam jak dziecko, gdy wieźli mnie na salę. – Mamo! – Nie umiałam już wycedzić niczego innego, tak mnie bolało.

Od salowej wiedziałam, że „te z krzyża to bardziej bolą niż sam poród”. Po chwili zostałam sama wśród obcych ludzi, dla których nie byłam nikim ważnym.

Leżałam na sali przedporodowej szesnaście godzin. Co chwilę miałam bóle, których nie byłam w stanie porównać z niczym, co mnie dotychczas spotkało. Paznokciami drapałam po lamperii, aż została mi pod nimi zielona farba olejna. Nikt się mną nie interesował. Wiadomo, pierwiastka, pojęczy jeszcze. Czasem podchodził ktoś w białym kitlu i zaglądał mi bez słowa w krocze. Nie wiedziałam, co to za ludzie. Nie umiałam się składnie odezwać, zapytać, poprosić. Jakaś inna salowa przyniosła mi kubek chłodnej „cienkiej” herbaty, która została ze śniadania. Przynajmniej tyle…

Wreszcie przyszła położna i obcesowo oświadczyła:

– Pani na badanie.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu wózka, ale go nie było. Wlokłam się więc, podpierając o ścianę. Byłam wycieńczona i przestraszona. To nie tak miało wyglądać. Weszłam do gabinetu i usiadłam. Nareszcie. Podniosłam wzrok i… doprawdy życie bywa przewrotne! Obolała i sponiewierana, z brzuchem jak balon, w ohydnej i mokrej koszuli, zobaczyłam za biurkiem najprzystojniejszego lekarza świata. Uśmiechał się i patrzył na mnie z sympatią.

– No to co? Badamy stopień rozwarcia? – zapytał.

Łyknęłam ten uśmiech jak cukierek. Chwilowo nie czułam bólu, bo przychodził falami, więc wypaliłam wesoło:

– Ale pan przystojny! Dlaczego spotykamy się tu i teraz? Przysięgam, że normalnie wyglądam zupełnie inaczej.

Lekarz się zaśmiał i przystąpił do badania.

– Zaczęła się akcja porodowa – powiedział po chwili. – Pierwszy akt za panią! Gazem na porodówkę! Siostro, wózek dla pani! – zawołał w stronę drzwi.

Nagle wszystko przyspieszyło. Sala porodowa, rozłożone nogi na podkolannikach – przywiązane oczywiście – i położne, ale inne niż poprzednio. Po chwili, gdy przyszły bóle parte, usłyszałam:

– Proszę przeć! Dooobrze! A teraz nie, tylko oddychamy, oddychamy. I jeszcze raz!

Nie pisnęłam ani słowem, nie płakałam, wszystko dusiłam w sobie.

Po dwudziestu dwóch godzinach od pierwszych bólów urodził się Mateusz. Ważył ponad cztery kilogramy. Doktor, którego sympatię zdobyłam żartami i uśmiechem, wbrew ówczesnym przepisom położył mi syna na brzuchu. To była taka piękna chwila.

Po porodzie znów poczułam się jak zbędna rzecz. Na leżance, takiej na kółkach, wystawiono mnie na korytarz jak zużyty worek.

– Musi tu pani leżeć jakby co – usłyszałam tylko.

– Ale co „jakby co”? – dopytywałam.

– Jakby jakiś krwotok czy utrata przytomności. Za pół godziny pani Henia zawiezie panią na salę.

Dziecko mi zabrali, a tak bardzo chciałam trzymać je w ramionach! Czułam się, jakbym przebiegła maraton. Powoli wracała mi świadomość wszystkiego, co się właśnie stało. I poczułam, że… nigdy w życiu nie byłam taka głodna. Przyszła jakaś kobieta, pewnie pani Henia, i bez słowa zawiozła mnie do sali. Za oknami była już noc.

– Przepraszam panią, jestem taka głodna! – powiedziałam.

Przyniosła mi znowu zimną herbatę i kromkę chleba z plastrem starego pasztetu. Ten pasztet smakował mi wtedy jak francuskie pâté de campagne, a czerstwy chleb – niczym najświeższa bagietka! Czego to nie wymyśli głodna jaźń!

Zasnęłam zmęczona i smutna. Gdzieś daleko leżał mój synek, maleńki i wystraszony moją nieobecnością. Poczułam okropną niemoc, bezsilność i żal, że Mateusz nie może spać obok mnie; że to idiotyczne i nieludzkie. Czułam, że powinno być inaczej! I nic nie mogłam zrobić. Nic!

Rano, po okropnym śniadaniu, przynieśli mi nareszcie małe zawiniątko, a w nim mojego synka. Z ciekawością patrzyłam w jego oczy. On też mi się przyglądał, choć wiedziałam, że niemal nic jeszcze nie widzi. Zalała mnie fala gorącej miłości. Dotykałam jego główki, oglądałam uszy i wzruszało mnie marszczące się czółko. Potem rozwiązałam zawiniątko – mimo ostrzeżeń, że „pielęgniarka będzie krzyczeć”. Będzie krzyczeć, że chcę zobaczyć własne dziecko? Policzyłam paluszki, przyglądałam się miniaturowym paznokietkom. Ufff! Był cały i zdrowy.

 

– Jesteś taki piękny i taki mój! – szeptałam, zawijając go i całując w naoliwione włoski.

Czułam, że jesteśmy tylko ja i on jako jeden wspólny byt w całym kosmosie. Mama i synek. MY. Ta szczególna więź, która wiąże matkę z dzieckiem. Nierozerwalna.

Wyjęłam pierś, by podać ją synkowi.

– Koniec karmienia! – usłyszałam głos pielęgniarki.

– Ale pani dopiero co mi go przywiozła! – zawołałam.

– Jeszcze będzie się pani modlić, żeby jej dzieciaka zabrali i dali odpocząć, jeszcze się naniańczy! Chodź, malutki!

Zabrali mi Mateusza i nakarmili butelką. Płakałam bezgłośnie.

Odwiedziła mnie cała rodzina, rozmawialiśmy przez szybę, przez słuchawkę, jak w więzieniu! Widziałam mamę, tatę, siostry i ukochanego męża. Ale nie mogłam ich objąć, przytulić. Wybuchłam płaczem, chciałam być z nimi. Nie byłam skazańcem! Chciałam natychmiast do domu!

– Pani nie płacze – pocieszała mnie salowa. – Tu jest lepiej, bo wszystko za panią zrobione, położy się pani. I nie płacze, bo mleko straci!

Wypisałam się na żądanie. Nienawidziłam tego szpitalnego reżimu, bezduszności i tęskniłam za synkiem, który był na wyciągnięcie ręki, a przepisy zabraniały mi go widywać.

Zadzwoniłam do taty. Przyjechał po nas i zabrał do domu. Położyłam się do łóżka, bo nadal byłam obolała i osłabiona. Becik z Mateuszem wędrował z rąk do rąk, każdy chciał go utulić. Mamie wyrwało się niekontrolowane:

– Mój synku!

Tuliła go, a ja czułam złość. To mój syn!

Do szpitala Janek pisał mi tak:

Kochana mamusiu i synku!

Syneczku, jeszcze Cię nie widziałem, ale bardzo jestem do Ciebie przywiązany, kocham Cię bardzo, tak samo jak mamusię.

Wszyscy wiedzą, że się pojawiłeś na świecie, i bardzo się cieszą.

Czekam na Was niecierpliwie i tęsknię do Was bardzo.

I kocham Was bardzo!

Przyjeżdżajcie do domku, już wszystko czeka.

Tata

Wieczorem tata wprawnie wykąpał Mateusza. Anka i Sylwia asystowały, Janek miał popołudniowy dyżur, a na mnie nikt nie zwracał uwagi. Leżałam sama w pokoju. Robiłam wszystko, żeby nie płakać, ale nie umiałam zapanować nad łzami. Nikt nie rozumiał, o co chodzi, „przecież jest tak, jak chciałaś”. Dziwili się. Upominali mnie jak niegrzeczne dziecko. A ja potrzebowałam odrobiny uwagi. Przytulenia i zapewnienia, że mnie też kochają.

Wtedy nikt jeszcze nie miał pojęcia, czym jest depresja poporodowa, nazwana ładnie baby blues. A mnie najbliżsi traktowali jak histeryczkę, która się nad sobą użala. Tak mi szepnęła mama i zaleciła, bym się w końcu wzięła w garść.

Po kilku dniach zapowiedziałam, że to może racja, że muszę wziąć się w garść, więc wracam do kawalerki. Już pora na samodzielność. Mama nie była zachwycona, ojciec też. Pożegnaliśmy się dość chłodno.

Pierwszy samotny dzień w domu z synem nie był łatwy. Wszystko mnie bolało, miałam zawroty głowy, ale rozmawiałam z Mateuszem, składałam jego rzeczy, karmiłam z coraz większą wprawą, nuciłam mu piosenki. Hormony powoli się uspokajały. Janek w pracy, w domu spokój i czysto, cicho. Mateusz spał. Był taki cichutki.

Wielkie biurko zamieniło się w przewijak. Wcześniej stała na nim maszyna do pisania; Janek przykrywał klawiaturę bandanką, żeby się nie kurzyła. Teraz maszyna stała na ziemi. Pomyślałam, że przewijak urządzę gdzie indziej, choćby koło łóżka, przenośny, i w ten sposób oddam Jankowi jego święte miejsce do pracy w domu. Tak też zrobiłam. Biurko było puste, odkurzone, z boku poukładałam przybory do pisania, resztę zamknęłam w szufladach. Podniosłam maszynę, była ciężka jak cholera, szew ciągnął i bolał. Bandanka spadła, a na wałku zobaczyłam kartkę z ostatnim chyba wierszem Janka. Sięgnęłam po nią zaciekawiona.

Bezsenne noce bez Ciebie trawią mnie ciągle

Wącham resztki zapachów po Tobie

Tatuaż z Twoim imieniem na zawsze w moim sercu

Moje życie to tani teatr.

Mojej jedynej

Violi na zawsze

Janek

Pod spodem 18 grudnia – data urodzin naszego syna. Czas zatrzymał się dla mnie w miejscu. Nie mogłam złapać oddechu. W głowie miałam pustkę. Spojrzałam na synka. Spał. Położyłam się na łóżku i zwinęłam w kłębek. Mój świat runął. Zapadłam się w sobie.

To był ten moment, gdy straciłam pokarm. Wstałam i popatrzyłam na śpiącego Mateusza. W kalendarzu napisałam: „Dzisiaj zostaliśmy metafizycznie po raz pierwszy zupełnie sami, synku”. Nie umiałam płakać głośno. Łzy leciały jakby do środka. W fizyce to się nazywa implozja. Nie mogłam pojąć, jak bardzo zostałam oszukana.

Janek wrócił z pracy jak zawsze z uśmiechem. Leżałam jak sparaliżowana, milcząc. Udawałam, że śpię, bo nie wiedziałam, co zrobić. Dzisiaj zrobiłabym mu awanturę. Wykrzyczała, że właśnie urodziłam jego syna. Naszego syna! A on co? Wspomina byłą? Wtedy jednak bałam się jego reakcji. Że zacznie zmyślać – to wiedziałam, pytanie tylko, co konkretnie powie i czy ja w to uwierzę. Uwierzyłabym we wszystko, co zabrzmiałoby choć trochę wiarygodnie…

Jednak milczałam.

Minął dzień.

Drugiego dnia podałam mu bez słowa kartkę z wierszem dedykowanym Violi. Tej tajemniczej, pięknej Violi, którą minęłam kilka razy na uczelni.

Wziął kartkę do ręki i długo nie odrywał od niej wzroku. Lekko pobladł. Milczał. Wzruszył ramionami i coś szepnął, a może tylko wypuścił powietrze. Nie dosłyszałam. Nadal stał w bezruchu, a ja drżałam na całym ciele. Nie doczekawszy się słowa wyjaśnienia, poszłam do kuchni.

Przemilczeliśmy to. Każde zamknęło się w swoim kokonie. Uznaliśmy, że on chwilowo zatęsknił za byłą, kiedy ja rodziłam… i rozeszło się po kościach, jak mówią. Żyliśmy dalej. Dom, zakupy, obiady, uczelnia, praca Janka, Mateusz, jego pierwsze kroki, pierwsze zęby, pierwsze słowa. Jak to w życiu. Zwyczajnym i codziennym, a przecież nasze miało być bajeczne…

***

Kilka miesięcy później spotkałam na uczelni Mańka, który wypalił:

– Słuchaj, Mika. Chłopaki robią pierwszy prywatny spektakl. Wiem, że umuzykalniony ten twój mąż, dobrze śpiewa, gra, może wpadnie na casting?

– Super! Tak się cieszę, że wreszcie im się udało. Są tacy zdolni i tyle nad tym pracowali! To idealny temat dla Janka. Pogadam z nim. Namówię. Kiedy i gdzie ten casting?

– Zadzwonię i wszystko ci powiem. Też będę grał! – Uśmiechnął się od ucha do ucha.

W domu podekscytowana opowiedziałam o wszystkim Jankowi. Trochę się opierał, trochę krygował, że gdzie tam on… ale się nie poddawałam.

– Musisz spróbować! Kochanie, ja się na tym znam. Powinieneś! Kto, jeśli nie ty? A jak się zestarzejesz jako dentysta i będziesz klął, że nie dałeś sobie szansy? To idealna sprawa dla ciebie. Musisz! Zawiozę cię i załatwię przesłuchanie bez kolejki, w końcu to moi kumple.

No i poszedł.

A potem nie tylko wygrał casting, lecz także dostał główną rolę. W jednej chwili rzucił praktyki stomatologiczne i z dnia na dzień został artystą. Byłam z niego taka dumna.

Zaczęły się katorżnicze próby, długie i wyczerpujące. Codziennie przez dwanaście godzin. Ćwiczyli do upadłego, pot lał się strumieniami na podłogę. Reżyser – geniusz i kat zarazem – wymagał niemożliwego, ale, jak tłumaczył, sukces osiągają tylko ci, którzy na niego pracują. Mimo ogromnego zmęczenia Janek nareszcie był szczęśliwy. Obserwowałam go. Czuł, że tu są jego prawdziwe życie, pasja i szczęście.

Za jaką cenę?

Właściwie się nie widywaliśmy. Żeby choć przez chwilę być blisko, wpadałam na próby, wspierałam i oklaskiwałam. Zaprzyjaźniłam się z tą grupą utalentowanych młodych zapaleńców, którzy zawalczyli o swoje marzenia. Czuli, że to zmieni ich życie i że warto postawić swój los właśnie na tę kartę. Ile talentów wykluło się wtedy na moich oczach! To była wspaniała historia i cudowny, choć piekielnie ciężki czas pracy do łez ze zmęczenia, do zdartych gardeł i pięt.