A miało być tak pięknie!Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
A miało być tak pięknie!
A miało być tak pięknie!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
A miało być tak pięknie!
Audio
A miało być tak pięknie!
Audiobook
Czyta Laura Breszka
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojemu tacie

– Kasia


Mojemu bratu

– Małgosia

Wstęp

Odkąd pamiętam, zawsze żyłam w dwóch nieprzystających do siebie światach. Czas dzieliłam między spotkania z artystami, rozmowy o literaturze oraz sztuce przy czerwonym winie i w oparach dymu papierosowego, łażenie po górach, DKF-y i koncerty – a potem płynnie przeskakiwałam do modnych klubów, pod które podjeżdżałam z piskiem opon samochodami prowadzonymi przez przystojnych chłopaków. Uwielbiałam się bawić. Kochałam życie!

Największy wpływ miał na mnie tata, który od dzieciństwa wpajał mi, że najważniejsze w życiu są: indywidualność, oryginalność, samodzielność myślenia i rozwój intelektualny. Zaszczepił we mnie miłość do dobrej muzyki, literatury, malarstwa i gotowania.

Babcia arystokratka dbała o dobre maniery, klasę i styl. Mówiła o patriotyzmie, a jednocześnie wpajała mi, że jestem obywatelką świata. Dzięki niej pokochałam podróże – a zwłaszcza Włochy, w których przez lata mieszkała.

Mama była od prozy życia. Nauczyła mnie walczyć o swoje i twardo stąpać po ziemi.

Z tego miksu wyrósł taki dziwoląg jak ja.

Posłuchajcie…

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział pierwszy

Była wiosna, późne lata osiemdziesiąte, miałam dziewiętnaście lat i biegłam spóźniona na próbę teatru amatorskiego. Teatr nie był w mojej szkole popularny. Powiem więcej: był wręcz niemodny. Koleżanki z liceum lub podwórka interesowały się zdobywaniem ciuchów, zbieraniem posterów, nagrywaniem muzyki na kasety, no i oczywiście… miłością. Mnie jednak ciągnęło do teatru. Jeszcze nie miałam pojęcia, co zrobię z tą fascynacją, ale byłam pewna, że chcę się stać częścią tego świata.

Wiedziałam, że tego dnia na próbę ma przyjść chłopak, który będzie tworzył muzykę do spektaklu. W zasadzie to już nie chłopak, a mężczyzna, bo skończył studia. Magister! Moja intuicja… Nie, to jednak nie to – byłam za młoda na intuicję… Moja ciekawość pchała mnie na salę prób tak, że niemal biegłam.

Nie wiedziałam, kim on jest. Ale tak bardzo chciałam, żeby okazał się zjawiskowy…

Wpadłam do środka z rozwianym włosem. Na filmie ta scena wyglądałaby tak: ona biegnie w zwolnionym tempie, jej włosy płyną w powietrzu, usta rozciągają się w uśmiechu i ukazuje się rząd drobnych białych zębów, gdy woła: „Przepra…”. Reszta słowa więźnie jej w gardle, bo przy pianinie siedzi on.

Wyobrażacie to sobie? Co za scena…

A on? Luzak. Skórzana kurtka pamiętająca czasy Zbyszka Cybulskiego, podarte jeansy, długie włosy. Obok pianina brezentowa torba, też nieludzko zdarta, z której wychylają się – o, matko! – książka Jeana-Paula Sartre’a i nuty. Odgarnął włosy z twarzy i podniósł na mnie wzrok, jednocześnie stukając w klawisze w takt uderzeń moich stóp. „Jest bardzo podobny do mojego taty!”, przemknęło mi przez myśl.

Wtedy nie wiedziałam, czy to dobrze. Chyba dobrze, bo tata to trochę hippis i luzak, wszyscy go kochali, więc ta wspólna cecha cieszyła mnie i wyżej pozycjonowała chłopaka. Podobieństwo dawało mi jakieś irracjonalne poczucie bezpieczeństwa. Facet podobny do taty musi być fajny!

Nasze spojrzenia się spotkały, a ja poczułam, że tam, przy pianinie, siedzi przyszły ojciec moich dzieci. Wystarczyło tych kilka sekund, strzał przez źrenice wprost w duszę – i byłam już totalnie, absolutnie i głęboko zakochana. Wiedziałam, że to idealny facet dla mnie. Ale ile są warte takie młodzieńcze przeczucia? Czasem łagodnie mijają się z prawdą, bo są pomieszane z pragnieniami, innym zaś razem kłamią jak z nut… Ale tego nauczyłam się dopiero później.

W tamtej chwili obawiałam się jedynie, że wszyscy słyszą, jak wali mi serce.

Podczas próby cały czas czułam na sobie jego wzrok. Spuściłam oczy w obawie, że wszyscy wiedzą, co dzieje się w mojej głowie, i się na mnie gapią. I miałam rację. Patrzyli. A ja, spłoszona, nie pamiętałam tekstu, myliłam się i przepraszałam. Choć na co dzień byłam dość pewna siebie – ba! miewałam niezły tupet – to ten chłopak sprawił, że poczułam się onieśmielona. Myślałam tylko o tym, jak jego, tego boskiego muzyka, zaczepić. Jednak nic sensownego nie przyszło mi do głowy.

Gdy już niemal zrezygnowałam, po próbie on (naprawdę on!) podszedł, wyciągnął do mnie rękę – tak zwyczajnie, bez cienia sztuczności – i powiedział:

– Cześć, jestem Janek.

– Dominika – odpowiedziałam, poprawiając włosy, a dokładniej dmuchając w grzywkę.

To taki mój gest, który wykonuję zawsze, gdy się stresuję.

– Mogę cię odprowadzić? – zapytał znów najzwyczajniej na świecie.

– Jasne – wydukałam.

Spojrzałam na koleżanki z zespołu. Żuły gorzką przegraną, ostrzyły osikowe kołki, snuły nić zazdrości, a niektóre to już nawet powróz, na którym gotowe były mnie powiesić. „Dlaczego ona, a nie ja?” Rozczarowanie, zdumienie niczym granat rozrywały im serca.

Po próbie wyszłam z Jankiem i spacerem zmierzaliśmy w stronę bloku, w którym mieszkałam z rodzicami i młodszymi siostrami. Szliśmy ulicami wielkiego osiedla, tacy piękni swoją młodością i miłością, która po tym pierwszym gromie z jasnego nieba teraz otoczyła nas bajeczną aurą. Janek się zatrzymał, wziął mnie odważnie za ręce i poprosił cicho tym swoim uroczo męskim głosem:

– Możesz jeszcze raz powiedzieć ten wiersz, który recytowałaś na próbie? Ale już tylko dla mnie?

Stałam – onieśmielona, ale i zachwycona, trochę jak uczennica, trochę jak aktorka. Uśmiechnęłam się i wolno podniosłam na niego wzrok. Byłam zmieszana, więc znów dmuchnęłam w grzywkę, która zawsze w takich chwilach robi się niesforna i wchodzi mi do oczu. Spojrzałam na jego twarz i zaczęłam recytować drżącym głosem:

„Niebo”

Mieszkam w takiej ponurej dzielnicy,

przy okropnie niemiłej ulicy:

brzydkie słowa na ścianach,

stróżka wiecznie pijana,

awantura i rozpacz, i łzy.

Ale kiedy mi dzionek przeleci,

kiedy noc gwiazdami zaświeci,

staję sobie w okienku,

biorę nuty z piosenką

i z refrenem, co właśnie tak brzmi:

Nie wszędzie jest tak ładnie jak w niebie –

szkoda tylko, że o tym nikt nie wie,

że to niebo jest po to,

żeby srebro i złoto

w nim świeciły dla ciebie co noc,

żebyś rankiem się zbudził z nadzieją –

właśnie po to te gwiazdy się śmieją,

właśnie po to jest niebo,

właśnie w niebie dlatego

tak nocami te gwiazdy lśnią.

Skończyłam i już wiedziałam.

Widziałam jego rozmarzony wzrok. On też się zakochał. Milczał, wzruszony, i tylko lekko drżały mu kąciki ust.

Scena kiczowata jak z filmu Love Story, nieco zabawna i niewinna. Staliśmy tam, młodzi i zakochani, przed nami było całe życie, czyli – jak się wtedy wydawało – wieczność. Pomyślałam: „Hmm… Wystarczyło wyrecytować Gałczyńskiego, żeby go uwieść? Żeby uważał mnie za cud świata? Cudnie!”.

Janek powiedział:

– Masz śliczne piegi na nosie. Śliczne!

Niewinnie, ale zalotnie cmoknęłam go w policzek, odwróciłam się na pięcie i pobiegłam w stronę domu, bo nie wymyśliłam jeszcze scenariusza na ciąg dalszy. Ale wiedziałam, że jakiś musi być!

Potknęłam się o krawężnik i prawie upadłam. Co Janek o mnie pomyśli? Niemal umarłam ze wstydu – przez moje gapiostwo cały ten słodki kicz szlag trafił!

Z perspektywy czasu myślę, że scenarzysta jednak pochwaliłby tę scenę. Rozładowała napięcie. Sprawiła, że przestało być mdło. Potknięcie jest świetne i tylko on, Romeo, musi jakoś zareagować. Ten mój na szczęście zareagował. Zawołał za mną pewnym głosem:

– Będę pod twoim oknem jutro o szóstej!

Wychyliłam się z klatki ze śmiechem.

– O szóstej rano, jasne!

I już mnie nie było.

Gdy weszłam do pokoju, mama popatrzyła na mnie i zapytała:

– Co ci się stało?

– Mnie? Nic! – Zaklaskałam w dłonie.

– Irek – zawołała do taty – daj jej jeść, pewnie głodna po próbie. – I prasowała dalej, oglądając W labiryncie.

Ojciec tylko spojrzał uważnie i rzucił niby do mamy, ale jednak bardziej do mnie:

– Zakochała się!

– Tak? Znowu? – odkrzyknęła mama, nie odrywając wzroku od ekranu.

Może i była kiedyś romantyczna, ale wyrosła z tego jak ze zbyt ciasnej spódnicy i zostawiła gdzieś w liceum, w czasach, gdy została dziewczyną taty. Ona – najpiękniejsza z całej szkoły, ognista brunetka. I on – też najpiękniejszy, wysoki szatyn z falującą grzywą. Taka para! Dzisiaj miejsce romantyzmu zajął u niej pragmatyzm, choć zachowała pewien luz. Oczywiście kontrolowany!

A ja? Nie mogłam przestać myśleć o obietnicy Janka. Szósta rano?! Hmm. Wierzyć znaczy sprawdzać. Drżącą ręką nastawiłam budzik na piątą pięćdziesiąt. Niby powiedziałam sobie w duchu, że jeśli się nie pojawi, to nic wielkiego się nie stanie, ale całą sobą chciałam zaczarować rzeczywistość tak, żeby o szóstej on tam, na tym trawniku, na pewno stał!

Rankiem świt łaskotał mnie po oczach już od piątej. Budzik nie był potrzebny. Punkt szósta z bijącym sercem wskoczyłam na parapet i otworzyłam okno. Wychyliłam się, przyjrzałam uważnie, bo to jednak piąte piętro, a tam, na dole, stał Janek. Miał na sobie tę samą co wczoraj starą, zniszczoną i bardzo stylową kurtkę, równie stylowy podkoszulek, bandanę, jeansy i – o matko! – zupełnie niestylowe japonki. Stał i grał na… skrzypcach.

 

Patrzyłam na to swoje wielkie szczęście w idiotycznych japonkach i czułam, że kocham go całą sobą. Wyobrażałam sobie, podśmiewając się z własnych myśli, że zaraz zlecą się białe gołębie albo złote motyle i zatańczą w majowym słońcu, układając się w powietrzu w serce, gdy nagle usłyszałam z sąsiedniego okna:

– Panie! Jest szósta rano, a pan tu skrzypisz jak jakiś nędzarz. Masz pan tu dwa złote i koniec tego koncertowania, ludzie chcą jeszcze pospać!

To była moja mama. Huknęła tak, że zapewne obudziła resztę śpiących. Po chwili na dół zleciała dwuzłotówka owinięta w papierek. Zalała mnie fala wstydu. Odskoczyłam od okna, pewna, że Janek poczuł się urażony i zwiał z poczuciem, że jednak fatalnie ulokował uczucia.

Owinęłam się szlafrokiem i poszłam do kuchni. Chwilę później pojawiła się mama w swojej koronkowej czarnej koszuli:

– Normalnie zaczyna się tu robić jak na Pradze. Jacyś obcy łażą po podwórkach, żeby parę groszy dorobić. Ja rozumiem kryzys… ale żeby o szóstej?

– Mamo – wypaliłam – ale to… mój chłopak!

– Jaki chłopak? – zapytała zdziwiona. – Bez butów i w podartej kurtce? Skąd ty go w ogóle znasz? Kim on jest? Grajkiem z Kapeli Czerniakowskiej?

– Mamo, on skończył studia! I jest muzykiem. Poznałam go w naszym teatrze. Robi oprawę muzyczną.

– Tere-fere. Te twoje teatry, tam przychodzą sami wariaci! Zamiast myśleć o głupotach, lepiej wynieś śmieci. Tylko się najpierw jakoś ubierz!

Odkąd pamiętam, mama miała cudowny dar sprowadzania nawet najbardziej romantycznych ludzi na ziemię. „Ktoś w tym domu – mówiła zawsze – musi zachować zdrowy rozsądek!”.

Cóż więc było robić? Poszłam, tak jak kazała.

Rozdział drugi

Janek nie uciekł. Owszem, poszedł do domu, ale nie uciekł ode mnie.

Na pierwszej, tym razem prawdziwej randce zrobiłam na nim wrażenie. Mój tata, wielbiciel bluesa i jazzu, zawsze dbał, żeby jego córki słuchały dobrej muzyki, czytały wybitne książki, znały klasykę kina i regularnie chodziły do teatru czy na koncerty. Mama pilnowała, żebyśmy myły zęby, odrabiały lekcje, sprzątały i ładnie się ubierały. Bo mama była estetką.

Janek okazał się mile zaskoczony moją znajomością jazzu, rocka, literatury i filmów. Śmielej całował moje piegi, dłonie, oczy i nie tylko. Można mi było zazdrościć. Był uroczy!

Nasza miłość kwitła. Byliśmy nierozłączni. Chodziliśmy do DKF-ów, do teatrów, na wystawy czy na spacery nad Wisłę – zamiast na dyskoteki na podryw, bo przecież byłam już poderwana. Kochałam te nasze wspólne pasje. Byliśmy pięknoduchami. On czytał mi swoje wiersze i pierwsze próbki sztuk teatralnych, mrocznych i nie do końca jasnych, a ja myślałam po cichu, że prawdziwa sztuka to cierpienie i ból, ucięte ucho, poddasze, absynt i suchoty – naturalna droga do geniuszu. Kiwałam głową i starałam się rozumieć.

Jednak miałam też drugie życie. Byłam bardzo towarzyska, wokół zawsze miałam… swój „dwór”, jak nazwała to kąśliwie jedna z koleżanek. Cóż począć? Byłam osobą przyciągającą do siebie ludzi uśmiechem, beztroską. Kochałam się bawić. Żadne tam mroki i cierpienia. Byłam dzieckiem światła i wesołości – tego zawsze potrzebowałam do życia poza tlenem i jedzeniem, które robił tata.

To nie zachwycało Janka. Coraz mocniej czuł, że ten mój doskonały nastrój i zabawa odbierają mu moją uwagę. Chciał mieć mnie na wyłączność. Początkowo jednak o tym nie mówił, żebym nie zarzuciła mu ograniczania wolności. Nasz związek się rozwijał, a my byliśmy zakochani po uszy.

Miłość kwitła w najlepsze, gdy w odwiedziny do rodziców przyjechał długo oczekiwany wuj z Londynu. Uroczy starszy pan zaciągający z lwowska, z nienagannymi manierami i szelmowskim uśmiechem. Brat babci.

Był rok 1988, w Polsce smutno i szaro, nikt nie wierzył, że komuna kiedyś się skończy. Wujek przyjechał tu pierwszy raz po wojnie, bo z jego przeszłością i nazwiskiem Nehrebecki wizyta we wczesnym PRL-u mogła się skończyć na Rakowieckiej.

Wujek – a dla mnie właściwie dziadek – Zbyszek rozmawiał przy obiedzie z rodzicami, ciotkami i babciami, ale szczególnie honorował mnie, co było miłe. Podobałam mu się i uważał, że dziewczyna z takimi zainteresowaniami i ambicjami marnuje się w Polsce.

– Jedź do mnie, panna, do Londynu! Nu, ma się rozumić? – rzucił poważnie. – Tobie świat podbić, tylko najpierw języki, szkoła jaka, a potem w świat, moja panno!

Mama była zachwycona, tata też uważał, że trzeba poszerzyć horyzonty i że prawdziwe życie toczy się tam, a nie tu, gdzie w kiosku z gazetami kupuje się mięso. To brzmiało rozsądnie, a mnie ciągnęło do kolorowego świata! Nienawidziłam komuny, braku paszportu i pustych półek w sklepie. I tego ograniczania wolności!

Bałam się zapytać Janka, ale gdy w końcu to zrobiłam, powiedział, że to oczywisty idiotyzm odmówić wujowi, zwłaszcza że ten hojnie ofiarował wikt, opierunek i wysokie kieszonkowe. Popłakując i zapewniając się o miłości wyższej od Himalajów, rozstaliśmy się, ufni, że nasze uczucie przetrwa, podgrzewane przez listy i cierpliwość.

Rozdział trzeci

W Londynie czekały na mnie własny pokój z łazienką w pięknym mieszkaniu wuja, bardzo dogodne kieszonkowe i szkoła językowa. Wujek był wielkiego wzrostu i miał równie wielkie poczucie humoru. Kochał życie, kobiety i whisky. Sąsiedzi uprzejmie mu się kłaniali, a on z każdym zamieniał choć kilka słów. Był uroczym sybarytą i wspaniałym gawędziarzem. W mig się polubiliśmy.

Miał poczucie misji, że wyrywa biedne polskie dziecko zza żelaznej kurtyny, ze szponów okropnych komunistów, więc musi je wyprowadzić na prostą. Przede wszystkim, jak mówił otwarcie, trzeba mnie utuczyć, bo chuda jestem, ubrać, wykształcić i w końcu wydać za mąż za któregoś z bladolicych wnuków jego kolegów. Koniecznie dobrze ułożonego, po Oxfordzie bądź Cambridge i o ładnie brzmiącym arystokratycznym nazwisku.

Czułam się jak pralinka w pudełku czekoladek. Chodziłam grzecznie do szkoły i śmiertelnie nudziłam się na towarzyskiej pustyni, bo nie miałam tam żadnych koleżanek. Nie mówiąc już o tym, że szalenie tęskniłam za rodziną i Jankiem.

Wujek chętnie zabierał mnie do restauracji, bo uwielbiał dobrze zjeść. Pewnego dnia w jednej z nich spotkaliśmy kolegę wujka z wnukiem. Doprawdy co za przypadek! Mój rówieśnik z trądzikiem jak ospa, tłustymi włosami, zupełnie nie w moim typie – i chyba nie w typie żadnej młodej kobiety, bo siorbał i nie trzymał łokci razem. John czy też Will przez całą kolację patrzył w talerz, a ja – wściekła, bo wyczułam, że to spisek – siedziałam nadąsana, rozgrzebując jedzenie widelcem.

Po kolacji wujek udawał, że „wcale nie o to chodziło”, i od razu zmienił temat. Ja za to z radością szybko urwałam się na film Rattle and Hum o zespole U2. Odreagowałam głupawe swaty!

Janek pisał często. Z jego listów wybrzmiewały cudne obietnice wspólnego życia, miłości, tęsknoty, naszej przyszłej rodziny. Były tam kwieciste zapewnienia o wierności i czułości. Wszystko już w tych listach przewidzieliśmy i urządziliśmy. Oprócz słodyczy i planów pojawiały się w nich jednak także mroczne wersety o ciemnych siłach targających Jankiem, dziwaczne porównania i wiele pytań o sens istnienia, ale nie widziałam w tym niczego niepokojącego. Cierpienia młodego Wertera przerabiałam w szkole, a Dostojewski był wtedy tak samo popularny jak Black Sabbath.

To nie były moje klimaty, ale rozumiałam, że w Janku tkwi jakieś fatum albo… on chce, żeby tkwiło. Przechodziłam do przyjemniejszych akapitów i z listów wyczytywałam tylko to, co karmiło mnie dobrem, pięknem i słodyczą. Mrok i dramat wkładałam z powrotem do koperty, a tę – do szuflady.

Tuż przed świętami do londyńskiego domu wuja listonosz przyniósł paczkę z Polski. Była w niej taśma magnetofonowa dla mnie. Natychmiast usiadłam na podłodze w swoim pokoju i wrzuciłam kasetę do magnetofonu. Zaraz miałam usłyszeć jego kochany niski głos! Przekręciłam pokrętło i… najpierw szum, a potem:

– Raz, dwa, trzy, próba mikrofonu. Khmmm, khm. No. – Pauza. – To ja, Janek, hmm… Najdroższa moja, jest koło mnie cała twoja rodzina, mama, tata, obie babcie, które cię pozdrawiają, i siostry. – Usłyszałam stłumione chichoty Anki i Sylwii. Młodsze są, to i chichoczą. – A teraz… chciałem prosić was wszystkich o rękę Dominiki.

W tle dały się słyszeć zaskoczone komentarze: „Co? Jezu, o Jezu, cudownie, wspaniale!”. Piski i okrzyki, i bas taty: „No, to się porobiło”. A potem mama jak zwykle racjonalnie: „Janek, a Dominikę może poprosisz, ona coś o tym wie?”.

I Janek nieco ochryple znów do mikrofonu:

– Dominiko, moja cudowna kochana Miko, czy zostaniesz moją żoną? Mam błogą nadzieję, że tak. – Po czym dodał szeptem: – Koniec nagrania, kocham cię.

Siedziałam w pokoju na hinduskiej poduszce, koło siebie miałam magnetofon, który w imieniu Janka poprosił mnie o rękę, w dłoni ściskałam kasetę. Próbowałam zebrać myśli do kupy.

W końcu zerwałam się i pobiegłam do wuja, wołając z ósmego nieba szczęśliwości o oświadczynach, a wuj… się załamał!

– Dziecko – wymamrotał – przecież mieliśmy spędzić święta na Majorce, snuliśmy plany związane z twoją szkołą i życiem. Nu, jak to tak?

– Wujku kochany, pojadę tylko na święta do Polski, odbiorę pierścionek zaręczynowy i zaraz wracam! Obiecuję!

Nie uwierzył i miał rację. Mózg zakochanej dziewiętnastolatki jest irracjonalny, podstępny i kłamliwy. Zupełnie nieprzewidywalny, nasiąknięty emocjami i hormonami jak gąbka.

Odczytałam wujowi z dumą i radością papierowe podanie od narzeczonego znalezione w opakowaniu kasety:

Do pyszczka słodkiego

Dyrektora i Klucznika

Najważniejszych drzwi

W Labiryncie zdrady i miłości

Podanie

NIE BĘDĘ O NIC PROSIŁ!

KRZYCZĘ GŁOŚNO: KOCHAM CIĘ!

ZOSTAŃ MOJĄ ŻONĄ!

Janek

Wuj potarł białe wąsy gestem, który mu zawsze towarzyszył, gdy się zamyślał i wzruszał. W końcu powiedział:

– Dziecko, ja nic nie rozumiem oprócz tego, że zwariowałaś. Chłop powinien być tutaj, uklęknąć, nałożyć ci na palec pierścionek z wielkim brylantem, a ty no, płacz, ale zostań! Tu masz świat u stóp, szkoły, wiesz, no! Miłość musi poczekać, a on ci zaraz dziecko zrobi i figa z kariery! Ot co!

„Czemu wuj niczego nie rozumie?!” – wołałam w myślach. Decyzję podjęłam już podczas następnego odsłuchiwania taśmy. Jutro się pakuję i lecę do Polski! Do Janka!

Nasłuchałam się jeszcze, że jestem uparta jak osioł, że źle robię, że jak kocha, to poczeka, na co odkrzyknęłam trochę za głośno:

– Ale ja już dłużej nie mogę, wuju! Nikt nigdy tak nie kochał, ja muszę!

Kupiłam bilet, spakowałam walizki i czekałam na dzień odlotu.

Z Londynu zostały wspomnienia, wizyty w galeriach, kinach, modnych restauracjach, poznani ludzie, dyskusje z wujem i nocne Polaków rozmowy. Tyle się od niego dowiedziałam, nasłuchałam. To nie był zmarnowany czas. Wiozłam też nowe nabytki – większą pewność siebie, doskonały angielski, lepsze ciuchy i świadomość, że gdyby znów otworzyły się przede mną takie drzwi, znakomicie sobie poradzę, bo już wiem, że jestem obywatelką świata. Czasowo uwięzioną w Polsce…

„Szanowni państwo, proszę zapiąć pasy, za piętnaście minut lądujemy na lotnisku Okęcie. Temperatura na zewnątrz: minus dziesięć stopni, pogoda: nieco pochmurna. Życzę miłego pobytu”.

Na lotnisku porwałam walizkę i jak najszybciej biegłam do wyjścia, modląc się, żeby nikt mnie nie zatrzymywał, bo tam czeka na mnie mój Janek!

Czekał! Z bukietem róż i gradem pocałunków. W taksówce tulił mnie do siebie. Brakowało nam słów.

– Wiesz, Dominisiu – wyszeptał mi do ucha – twoi rodzice pozwolili mi mieszkać w twoim pokoju. Możemy być razem, zanim czegoś nie wymyślę. Wspaniali są!

Wcale mnie to nie zdziwiło. Rodzice byli nowocześni, jeśli chodzi o kwestie wychowawcze, i doskonale pamiętali, jak sami byli młodzi.

W domu czekała na mnie cała rodzina, był też wielki napis wykonany przez moje młodsze siostry: „Witaj w domu, Mika!”. Stół z obiadokolacją, Anka i Sylwia, obie babcie, mama Hanka i tata Irek. No i my. Były też pierścionek i prawdziwe zaręczyny, które zrodziły zachwyty i łzy szczęścia. Babcie popłakiwały. Uwielbiały Janka, bo to dżentelmen i „tak świetnie wychowany”. Pierścionek był piękny, stary… Odetchnęłam głęboko. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że przy zupie od razu zaczęły się rozmowy na temat ślubu, wesela i… dziecka.

 

Dziecka?! Zupa stanęła mi w gardle. No tak, nawet widywałam w marzeniach gromadkę rumianych dzieci, ale teraz?! Zaraz?! Czy oni wszyscy poszaleli? Owszem, byłam bardzo zakochana, owszem, miło było planować ślub, menu i kieckę, ale po co ten pośpiech? To nie jest Wielka Pardubicka, to nasze życie, jeszcze jest czas! Spanikowałam.

STOP!

Stop-klatka. Jak w filmie.

Faszerowany pomarańczami schab w sosie barbecue rósł mi w ustach. Bałam się zareagować kategorycznie, bo kochałam ich wszystkich, ale każda komórka we mnie wołała: „Czy wam odbiło?”. Jeszcze nie chciałam tej dorosłości, odpowiedzialności, prozy życia, codzienności, budzika świtem, butli mleka pod drzwiami, jajecznicy dla męża, rat za meblościankę i kolorowego telewizora. Chciałam studiować, robić karierę, a może wrócić do Londynu? No i bawić się – miałam zaledwie dziewiętnaście lat! Chciałam zwiedzać świat, wyjechać z mężem z szarej Polski, poznawać ludzi! Móc robić głupstwa, popełniać błędy! Upić się białym winem na moście Ponte Vecchio, całować się w Bari, wysyłać kartki z biało-niebieskiej Santorini, może nawet upalić się trawką w Amsterdamie. Nie byłam gotowa na dom i dzieci.

Te i inne myśli przelatywały mi przez głowę z prędkością światła. Ale uprzejmie milczałam. Bo taka byłam grzeczna i miła…

***

Po tym rodzinnym obiedzie, podczas którego połykałam kolejne potrawy, nie czując smaku, wstałam nagle i wymamrotałam, że muszę odwiedzić przyjaciółkę. Natychmiast! Przeprosiłam wszystkich i wybiegłam, jakbym uciekała. Babcia Wanda, zdumiona i zgorszona, wołała za mną, gdy wkładałam w pośpiechu buty:

– Dziecko, ledwie przyleciałaś! Co to ma znaczyć?

Babcia Janka machnęła ręką i dołożyła sobie schabu, siostry – jak to one – chichotały, a mama pokazała mi kuku na muniu. Tylko tata milczał. On rozumiał.

Szepnęłam Jankowi do ucha: „Ja zaraz, zaraz, poczekaj, muszę, zrozum”, a on pokiwał głową, choć widziałam, że był bardzo zawiedziony, a i zdziwiony.

– Idź – powiedział tylko, a ja w tamtej chwili pokochałam go jeszcze bardziej.

„Rozumie mnie”, śpiewała moja dusza, gdy zbiegałam po schodach.

U Haliny akurat była impreza, słyszałam to już na schodach. Nie pogadamy. Mimo to weszłam, a tam otoczył mnie tłum przyjaciół. Byli wszyscy! Nareszcie! Oddychałam nimi – naszym spotkaniem i tym, że nadal mnie lubią. Potrzebują mnie, a ja ich. Uściskom nie było końca. Usiadłam na oparciu od kanapy i opowiedziałam o Londynie, a oni słuchali z wypiekami na twarzach. O ślubie nie wspomniałam. Nie teraz. Chciałam na chwilę zapomnieć o powadze sytuacji i poczuć beztroskę.

Poczułam. Wróciłam do domu nieźle wstawiona. Wino, nawet nie tak dużo, i emocje zrobiły swoje. A w domu – ojej, zapomniałam! – czekał Janek. Był wściekły. Gdy zobaczył mój głupawy uśmiech i potargane włosy, wyszedł i trzasnął drzwiami.

Tata spojrzał na mnie, podał mi szklankę wody i powiedział:

– No to masz problem… Na razie idź spać. – I cmoknął mnie w grzywkę.

Próbowałam zasnąć, choć świat wirował, a wyrzuty sumienia wobec Janka bolały jak diabli. Nagle poczułam mdłości i wybiegłam z pokoju. Nie zdążyłam dotrzeć do łazienki. Zwymiotowałam w przedpokoju. Tata na bosaka wyszedł z sypialni i szepnął:

– Kładź się, ja posprzątam.

Wiedziałam, że nic nie powie mamie.