PrzeznaczeniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Więc zdecydowała się na kurs.

Angielski może nie był najlepszy, ale wystarczający. Z normalnym liczeniem nie miała kłopotów, chociaż to, co zobaczyła, przerosło ją już na początku.

– Na dwójce stoisz – usłyszała komendę i ruszyła na salę.

Stoły do blackjacka, ruletki, pokera rosyjskiego. Czerwone sukno. Odgłosy jednorękich bandytów. Maszyny już bez wajch, jedna stara stała jeszcze w kącie, wszystkie błyszczały, guziki zachęcały do naciskania, kolorowe ekrany błyszczały ruchomymi obrazkami, wszystko dzwoniło, szumiało, brzęczało.

Na dźwięk fanfar ogłaszających wygraną odwracali głowy ci, którzy grali przy stołach. Stoły na środku, ściany pomalowane na czerwony kolor, brązowa wykładzina, wytarta. Z niewidocznych głośników płynęła muzyka.

Jej kasyno śmierdziało, śmierdziało ludźmi, czasem perfumami, czasem potem, ale najgorszy był zapach zjełczałej nikotyny. Był wszechobecny, tak głęboko wszedł w ściany i stoły, obicia i krzesła, że nie pomagała klimatyzacja. Zresztą nie działała jak trzeba, albo było za gorąco, albo za duszno, albo za zimno.

– Karta lubi dym – powtarzali wszyscy w nieskończoność, jakby odkrywali świat. Słyszała to zdanie przynajmniej raz w ciągu zmiany i za każdym razem uśmiechała się i kiwała głową, że tak, oczywiście, ach, jakie to zabawne.

Przeszła przez salę, lustra odbijały jej postać.

– Na piątkę idziesz – wskazał na nią palcem kierownik stołów.

Stanęła przy stole do ruletki.

– Dzień dobry, zmiana krupiera. – Dotknęła pleców kolegi i stanęła za nim. On zrobił ostatnie wypłaty, wyczyścił ręce.

– Dziękuję, życzę szczęścia – powiedział rutynowo i potarł dłoń o dłoń, pokazał je graczom i odszedł od stołu.

Stanęła naprzeciwko obstawiających. Pokazała czyste ręce, przetarła je takim samym gestem jak kolega, pokazując, że niczego tam nie ma.

– Dzień dobry, proszę obstawiać.

– Pani kiler przyszła, ja pierdolę – przywitał ją ten, który siedział najbliżej koła. Uśmiechnęła się.

– Proszę obstawiać.

Kiedy pierwszy raz stanęła na pit standzie, była przerażona.

Wszystko wirowało, stołów było za dużo i ludzi za dużo, ekrany powieszone na ścianach pokazywały albo jakieś zawody sportowe, albo filmy o znajdowaniu skarbów, zachęcające do gry na automatach, albo jakieś reklamy. Wszystkiego było za dużo, a przede wszystkim było za głośno. W kasynie panował szum. Szum składający się z rozmów, trzasków, dzwonienia maszyn, chrzęstu zsuwanych ze stołu żetonów, dźwięków szkła, przygotowywanych drinków i napojów, stukotu kulek wpadających niepewnie w numery koła ruletki, czasem coś się tłukło, czasem rozlało, czasem wybuchała awantura. Każdy coś mówił, niektórzy krzyczeli, na to wszystko kładła się wszechobecna muzyka.

Pierwsze przekleństwo, które usłyszała, omal nie zwaliło jej z nóg, mimo że na kursie była przygotowywana do tego, że ludzie różnie się zachowują i trzeba ich zrozumieć, zostawiają swoje ciężko zarobione pieniądze i mogą być zdenerwowani.

Na przekleństwa nie odpowiadać, nie traktować ich osobiście, nie zrażać klienta, gościa właściwie, gość musi się czuć jak gość, nie jak klient. To są dorośli ludzie, wszyscy mają dowody, i to nie nasza sprawa, jak się bawią. Naszą sprawą jest, żeby bawili się dobrze i zostawiali jak najwięcej. Nie na darmo kasyno płaci pięćdziesiąt procent podatku. Zarobki beznadziejne, ale tipy mogą być duże, jest o co powalczyć, będziecie mili, będziecie zarabiać. Nie możecie się puścić z gościem, to znaczy przegrać, ale wejdźcie z nim w kontakt. Jak się krupiera lubi, to się chce z nim grać.

Tak, przez pierwsze miesiące była przerażona.

Przerażona słowami, gestami, złością przegrywających, przerażona sumami, jakie ludzie potrafili w ciągu minuty rzucić na stół do wymiany, ona tyle w rok nie zarabiała. Przerażona szybkością obstawiania, gwałtownością graczy i liczbą żetonów do policzenia. Przerażona tym, że nie da sobie rady, i ogarnięta współczuciem dla tych, co przegrywali na jej oczach wszystko. Niektórzy płakali.

Dopiero po tygodniu zauważyła wytartą wykładzinę, oblazłe z farby krzesła, wyświechtane sukno stołów.

W kasynie w istocie panował brud, choć jak tu przyszła pierwszy raz, wydawało się jej, że wszystko lśni i błyszczy, a ona wkracza w elegancki świat, oświetlony żyrandolami, niezwykły, prawie filmowy.

Teraz czuła nieświeże powietrze, ciężkie od adrenaliny, a czasem smrodu tych, którzy grali drugą albo trzecią dobę, przysypiając na swoich wysokich krzesłach. Nieświeże były oddechy, przesycone alkoholem, papierosami, a czasem wonią zepsutych zębów. Zakurzone dywany i boazerie były siedliskiem niespełnionych oczekiwań w takim samym stopniu jak bakterii. Oczywiście sukno na stołach było wysokiej klasy, można było rozlać nawet sok pomidorowy i po krótkiej interwencji kelnera nie było po nim śladu. Ale ona wiedziała, co w tym materiale siedzi.

Od współczucia szybko przeszła do dystansu.

Tylko dorosłych wpuszcza się do kasyna. Jeśli są na tyle głupi, żeby oddawać swoje ciężko zarobione, a może ukradzione, pieniądze – nie jej sprawa.

Poza kasynem była gorszym rodzajem człowieka, bo pracowała w kasynie.

Ale w kasynie była lepsza od każdego po drugiej stronie stołu.

Widziała rozproszone i pełne napięcia spojrzenia, spocone ręce, sprawne palce przerzucające żetony, palce niezdarne, wbity w kulkę wzrok i pozory uprzejmości, które znikały, jak tylko kulka wpadała w nieobstawiony numer.

– Koniec obstawiania – przesunęła ręką nad stołem, poprawiła kupkę żetonów, pytając obstawiającego, czy to siedem, czy siedem-dziesięć.

– Siódemka, królowo ty moja – usłyszała i czekała, aż kulka się zatrzyma.

– Kurwa, mówiłem, oboki rzuca, nigdy w środek, zawsze obok. Oboki, kiler, ja nie gram z nią, kierowniku, kiedy będzie zmiana?

– Była przed chwilą. – Kierownik uprzejmie się uśmiechał. – Panie Jacku, pierwsze koty za płoty.

Zgarniała sprawnie żetony i nie zwracała uwagi na rozgoryczenie graczy.

Znała ich, ten z prawej przychodził codziennie. Grał po dwa pięćdziesiąt, a oczekiwania miał, jakby rzucał tysiącami. Odbierał ukradkiem telefon, zasłaniając mikrofon i mówił to, co wszyscy.

A wszyscy mówili:

– Jeszcze w robocie jestem.

– Na myjni jestem.

– Muzyka z samochodu, mówię ci.

– Na spotkaniu jestem, nie mogę gadać.

– Oddzwonię, bo z szefem rozmawiam.

– Z klientem jestem, nie mogę teraz.

– Za dwie minuty, sorki.

– W korku stoję i się spóźnię, nie mogę gadać, mam inny telefon.

Ten z lewej nigdy nie przychodził wieczorem, urywał się z pracy, tak jak większość tych, którzy przychodzili przed południem. Oprócz emerytów, rzecz jasna. Niby tylko na kawę albo między spotkaniami, albo samochód myli i musieli gdzieś przeczekać.

Przez pierwszy miesiąc nie widziała w tym kłamstwa, ot, po prostu ktoś wpadł, i tyle. Pobawić się. Odprężyć. Zapomnieć o czymś. Rozerwać się. Przecież wszystko jest dla ludzi!

A potem zrozumiała, że to nigdy nie jest zabawa, tylko świeży narybek. Do wyłowienia w odpowiednim czasie.

– Tego już mamy na holu – powiedział kiedyś kolega, wskazując oczami pana Mietka.

– Na holu? – zdziwiła się. – Na jakim holu?

– No, że zaszczepiony jest – roześmiał się kolega krupier. – Mamy dożywotniego klienta.

Oni wszyscy byli zaszczepieni, wcześniej czy później, to była tylko kwestia czasu. Z dnia na dzień uczyła się nie zwracać uwagi na rozpaczliwe próby odbicia się od dna tych (z pozoru wyglądających na normalnych) ludzi.

W kasynie każdy był albo prawnikiem, albo lekarzem, albo właścicielem firmy. Innych ludzi na świecie nie było. I wszyscy zachowywali się tak, jakby nie wiedzieli, że dziesiątki kamer rejestrują każdy uśmiech, każde przekleństwo, każdy grymas, każde skrzywienie, każde słowo i każdy ukradkowy nawet gest.

Brak okien i zegarów, celowy przecież. Wiedziała, że tu jest miejsce rozrywki i relaksu i nic nie może przypominać o upływającym czasie, zachodzie czy wschodzie słońca. Tu jest inny świat, w którym możesz zapomnieć o prawdziwym życiu, tu może przyjść do ciebie szczęście, tu możesz wygrać los na loterii, tu możesz postawić wszystko na jedną kartę, Los się do ciebie uśmiechnie, przecież nie wiesz, jaką niespodziankę szykuje ci przeznaczenie – a my zadbamy o ciebie, wiemy, co pijesz i co jesz, zamówimy ci sałatkę albo parówki. Pan Jan na przykład zawsze o siódmej pił ostatnią kawę latte, żeby dobrze spać, a i tak nie wychodził przed pierwszą w nocy. Pan Jarosław zaś narzekał na bóle w zoperowanym kiedyś biodrze i opowiadał o operacji i o lekarzach, i o środkach, jakie bierze, i wiadomo było, że trzeba mu podawać i herbatę, i wodę do popicia leków.

Najważniejsze były kontakt i zrozumienie ich problemów.

– Jak sprzedaż domu?

– Jak praca?

– Jak było na urlopie, panie Wojtku?

– Czy samochód już naprawiony?

Rozjaśniali się wtedy jak dzieci, o których się pamięta.

I od czasu do czasu musieli wygrywać, żeby zła passa nie trwała zbyt długo. Gdy przegrywali, trzeba było wyrazić współczucie:

– Może to nie pana dzień, panie Włodku?

– Może przy innym stole panu pójdzie?

– Może następnym razem, dziękuję bardzo za grę, tak mi przykro.

– Ja bym panu oddała te wszystkie żetony, przecież to nie moje.

Na stole spotykała różnych ludzi.

Nie przy stole, przy stole to jest w domu, tutaj spotykamy ich na stole. Na stole do blackjacka, do pokera, do ruskiego, do ruletki.

Najgorsza była konfrontacja z prawdą, która z każdego wychodziła w sposób nieubłagany, wystarczyła tylko odpowiednio wysoka przegrana. Z szarmanckiego przystojnego mężczyzny wychodził prymitywny prostak. Jakby nagle wszedł w ciuchy tamtego, podszył się pod niego tak dobrze, że był na pierwszy rzut oka nie do rozpoznania.

 

– Pani Gabrysiu, jak pani rzuca, to ja się nawet o losy świata nie boję. Ciężko tak pewno stać i słuchać tych wszystkich rzeczy, prawda? A pani ma takie piękne oczy... Pani powinna pracować w takim miejscu jak pani, pięknym, zadbanym i zacnym... To nie dla pani ten szmelc...

Dziesięć minut później od tego samego mężczyzny usłyszała:

– A żeby ci umarli wszyscy, których kochasz!

Sparaliżowało ją. Zdrętwiała. Poczuła wtedy całą potworność złorzeczenia, przekleństwo oblepiło ją tak bardzo, że nie była w stanie się poruszyć.

Chciała się rozpłakać i uciec, ale nie mogła.

Tak jakby ktoś rzucił na nią klątwę. Jakby ją zaczarował. Jakby to się miało spełnić.

Opowiadali sobie potem w pit roomie, swoim własnym pokoju, z telewizorem, kanapą, najtańszą herbatą, gdzie wychodzili na krótkie przerwy, o takich krupierach, którzy nie wytrzymali. Nie wiadomo było, ile w tym prawdy, a ile legendy.

– A Piotr, który jest teraz pit bossem, to podobno jak kiedyś stał na ruletce, to sczyścił faceta do zera, i on się tak wkurzył, że tylko cały czas powtarzał: no chuj ci w dupę, chuj ci w dupę, i Piotrek się odwrócił, podniósł marynarkę i powiedział: właź pan.

I śmiała się razem ze wszystkimi, bo czasami sama miała ochotę odpowiedzieć tak, żeby im poszło w pięty.

Oczywiście to było niedopuszczalne zachowanie, można było wylecieć z pracy. Bo praca polega również na tym, żeby wszystko wytrzymać. Im gracz był bardziej zgrany, tym bardziej chciał się odegrać, a im bardziej chciał się odegrać, tym więcej kasy zostawiał, a im więcej kasy zostawiał, tym więcej zarabiało kasyno.

I tym więcej zarabiała ona.

Najpierw było jej żal tych ludzi.

Przychodzili po nadzieję, załatwić jakąś sprawę, przychodzili jak do banku, jak po pożyczkę albo darowiznę. Bo im się należy. Zbierali na obóz dla syna albo na prezent dla żony, na rodzinne wakacje, na nowy samochód, na mieszkanie albo spłatę kredytu. Rzucali na stół banknoty, pięćdziesiąt złotych, sto, pięćset, tysiąc, dziesięć tysięcy, sto tysięcy.

Przez pierwszy tydzień aż trzęsły jej się ręce, gdy układała je na stole, świeciła lampką, sprawdzając, czy nie fałszywe, i zamieniała je na żetony.

Dla tych ludzi żetony to już nie były pieniądze, to były plastikowe zabaweczki w różnych kolorach. To, że każdy kolor miał inny nominał, w którymś momencie przestawało się liczyć.

– Daj mi, kochana, żabki i troszkę kurczaczków.

Zielone po dwadzieścia pięć, żółte na bonus po dwa pięćdziesiąt.

– Rzuć trochę żałoby, królewno.

To czarne, po sto złotych.

– W pinkach proszę.

To pięćsetki.

Przegrywali w pięć minut tysiąc złotych, prawie całą jej podstawową miesięczną pensję.

Na początku im współczuła, a potem zobojętniała. Mają, są na tyle głupi, żeby marnować, proszę bardzo, nie jej sprawa. Ona pracowała naprawdę ciężko na chleb.

W pit roomie mieli kiepską herbatę, a ci tutaj za darmo luksusowe drinki. Jeśli krupier nie przyniósł sobie cytryny i własnego cukru, to pił gorzką. A tych tu się poiło do woli najdroższymi alkoholami, im bardziej byli pijani, tym szybciej tracili nad sobą kontrolę, a im bardziej tracili kontrolę, tym łatwiejszym byli łupem dla kasyna.

– Czarne, dziesięć – postawiła dolly na dziesiątce, zgarnęła te żetony, które nie wygrywały, poprawiła te, które stały na numerze i obok, i szybko przeliczyła w myślach: trzy razy dwadzieścia pięć, siedemdziesiąt pięć, plus dwa razy siedemnaście, trzydzieści cztery, razem sto dziewięć.

– Wypłata sto dziewięć, bardzo proszę – podsunęła prawą ręką równo ułożone kupki żetonów. – Dziękujemy bardzo.

– Podziękuję, jak się odegram – burknął gracz. – Jeszcze mi wisicie tysiąc dwieście.

– Tego życzę, proszę obstawiać. – I uśmiech, nie dał tipa.

I tak przez osiem godzin.

A co by się właściwie stało, gdyby zadzwoniła? Przecież to do niczego nie zobowiązuje. Może zadzwonić i powiedzieć na przykład, że dzwoni tylko dlatego, żeby nie myślał... Czego ma nie myśleć, jak zadzwoni?

– Koniec obstawiania.

Zawsze czekają do ostatniego momentu, jakby myśleli, że gdy rzucą żetony w ostatniej sekundzie, to kulka się gdzie indziej zatrzyma. Jakby specjalnie wyczekiwali tej ostatniej komendy.

Znała wszystkie teorie graczy – a to że kable idą od dyrektora, który naciska guzik, jaki numer ma paść, a to że stół od ruletki to waga i waży ilość żetonów, posyła sygnał, gdzie jest najlżej, i tam kulka wpada, w puste miejsce, a to że z kamer idzie sygnał, bo „oni” wiedzą, co się obstawiło, i wynajdują ten jeden jedyny numer, na którym nic nie stoi. Była znużona tymi teoriami spiskowymi, choć wiedziała, że warto czasem zmienić kulkę na mniejszą albo zmienić krupiera, to wytrącało graczy z równowagi, a byli tacy, którzy potrafili trafić w określony wycinek koła. Kwestia wprawy.

– Koniec obstawiania! – Podniosła trochę głos i zdjęła kupkę żetonów, które ktoś jeszcze próbował umieścić na czerwonym. – Za późno. Siedem, czerwone.

– Kurwa twoja mać, widzieliście, obstawiłem, to zdjęła. Wiedziała, co padnie, kurewstwo takie. Wczoraj...

Liczyła żetony z numeru siedem. Sześciu graczy, dwa sixline, trzy na pełny numer, triplet.

– Kto z panów gra zielonymi?

– Ja. Tylko, kurwa, już mnie ogoliłaś, to nie mam. – Starszy pan rozłożył ręce przed sobą, a ona posunęła posłusznie kupkę w jego stronę. Żółte dla pana Jacka, niebieskie dla pani w środku.

Zadzwonię, ot, tak sobie. Zapytam, czy się nie przeziębił, ale się nie umówię, postanowiła Gabrysia i wyjęła kulkę z numeru.

– Proszę obstawiać.

*

Wygrał los na loterii, tego był pewien. Szczęście się do niego uśmiechnęło.

Kuba przyjechał z Polski do Chicago trzy dni temu i już wiedział, że chwycił pana Boga za nogi.

Jurek, którego poznał na mityngu w polskiej dzielnicy Chicago, wydał mu się nie tylko człowiekiem sukcesu, ale mężem opatrznościowym. Jakie to szczęście, że Kuba postanowił nawet tutaj, tyle tysięcy kilometrów od domu, pilnować swojej trzeźwości. Tym bardziej że praca, którą rzekomo miał załatwioną, jakoś od razu nie wypaliła. Może coś za tydzień, może za dwa.

Jurek, a właściwie Jerry, tak kazał do siebie mówić, roztoczył nad nim szczególną opiekę.

– Nie masz gdzie mieszkać, ja ci pomogę. Mnie też kiedyś ludzie pomogli. Ty pomożesz mi, a ja tobie, ręka rękę myje. Don’t worry, be happy, ludziom takim jak my należy pomagać. Możesz się u mnie zatrzymać, mam wolny pokój, urządzisz się, staniesz na nogi, to będziesz mi wdzięczny, teraz nie dziękuj, każdy by tak zrobił na moim miejscu.

Zawiózł go do siebie eleganckim samochodem. Kuba wziął tylko bagaż od kuzyna, niewielki, i wylądował u Jerry’ego.

– Dobrze mieszkać w domu, gdzie się nie pije. Żona wróci wieczorem, to ją poznasz, a ja ci spróbuję załatwić gdzieś jakąś robotę.

Wieczorem na podjeździe pojawił się niebieski chrysler i wysiadła z niego śliczna szatynka. Przywitała się z Kubą chłodno, wyjęła z zamrażalnika jakieś pudełka, włożyła do kuchenki mikrofalowej, nakryła do stołu i włączyła telewizor.

Kiedy usiedli przy dużym stole ze szklanym blatem, Kuba mimo zachwytu nad Jerrym nie mógł się nadziwić.

Jak taki starszy, siwiejący facet, z głębokimi zakolami, które starał się przykryć staromodną zaczeską – z lewej strony miał dłuższe włosy, które bez przerwy przesuwał na prawą stronę, jakby nie zdawał sobie sprawy, że to wygląda jeszcze gorzej – mógł zdobyć tak śliczną i młodą kobietę? Bo pieniądze? Tylko to liczy się tutaj, w tej Ameryce? To jest jedyna siła, która zmusza piękną kobietę do życia z o dwadzieścia przynajmniej lat starszym panem?

Przyglądał się im uważnie w czasie kolacji. Nie zdołał dostrzec żadnego miłego gestu, ona była chłodna jak ten szklany stół, on za to dwoił się i troił, żeby ich zabawić.

– Myśmy się poznali przypadkiem, w barze, prawda, Halinka? Pracowałaś, a jak spojrzałem w te oczy, prawda, Halinka?, to już wiedziałem, będzie moja. – Kładł swoją grubawą dłoń na dłoni kobiety, a ona wtedy sięgała po szklankę z wodą albo serwetkę. – I tak nam się dobrze potoczyło to życie. Halinka czasem niezadowolona, ale jakoś sobie daje radę, prawda, Halinka?

Wtrącał co chwila to „prawda?”, szukając potwierdzenia, ale kobieta wyglądała jak duża, bardzo dobrze zrobiona plastikowa lalka. Jakby była na prochach. Twarz nieruchoma, oczy olbrzymie, smutne. Ciemne włosy spadające na ramiona zagarniała od czasu do czasu za ucho.

Nawet nie była ciekawa, skąd Kuba się wziął u nich w domu.

– Nie zwracaj uwagi, ona wie, że czasem przyprowadzam ludzi, którzy potrzebują pomocy, jest z tym pogodzona, ale ona nas nie rozumie. Nie wie, że trzeba się wspierać nawzajem i pomagać. Ale mówię ci, lekkiego życia nie miała, matka grzebie po śmietnikach, a jest ze trzy lata starsza ode mnie, wygląda na moją matkę – roześmiał się Jurek. – Każdy ma takie przeznaczenie, na jakie sobie zapracuje, wyjechała do Polski, i lepiej, choć tu miejsca było dosyć. Ja powiedziałem: Halinka, dla każdego z twojej rodziny miejsce u nas jest, ale jak jeszcze raz coś przyniesie, to na policję pójdę. Wszystko zbierała, wstyd było przed sąsiadami. My tu czasem wystawiamy rzeczy, takie różne, co nawet w sprzedaży garażowej nie poszły, i ona chodziła i wybierała, a to torby jakieś, a to zabawki zepsute, a to ubrania śmierdzące. Ja to najpierw wyrzucałem, a potem powiedziałem: albo wte, albo wewte. No a ona pozwolenia na pobyt nie miała, bo jej się skończyło ze trzy lata wcześniej, kazali jej opuścić Stany, ale bilet kupiłem, na lotnisko zawiozłem, człowieka w potrzebie nie zostawię. Halinka, jak chce, to do Polski leci, ale teraz tam różnie bywa, zresztą one się nie dogadują. Myślały, że tu do raju przyleciały. Matka sprzątała po domach, Halinka w barze pracowała, ale bez pozwolenia, rzecz jasna. Dopiero jak wzięliśmy ślub, to się papiery załatwiło. I dobrze jest. Ona nie bardzo się pogodziła, że ja odzyskuję kontrolę nad życiem, sama na terapię nie poszła, ale wiemy, jak to jest. Ułoży się. To teraz taki okres przejściowy... – Jurek, rubasznie jowialny, gadał i gadał, od czasu do czasu zwracając się do Haliny:

– Powiedz Kubie...

Jakby szukał potwierdzenia w jej pięknych, smutnych oczach.

Z pracą co prawda łatwo nie było, Kuba był umówiony na jakieś wykańczanie domu, ale Jurek mimo wszystko roztaczał przed nim fantastyczne perspektywy.

– Kuba, trzeba było dwadzieścia lat temu przyjechać. Teraz to już nie jest to samo. Trzeba walczyć, trzeba przeć do przodu, parę to ja mam, znajomości mam, wspólnika szukam, uczciwego, inteligentnego jak ty, możemy rynek rzucić na kolana. – Tu wyciągnął jakieś papiery, jakieś zdjęcia, jakieś szpargały i wizytówki. – To dyrektor całej sieci, kontrakt mam w kieszeni, ale od ciebie zależy bardzo wiele, wiesz, ja tu ludziom nie ufam, a widzę, że tobie zależy. Na ludziach to ja się znam. – Klepnął Kubę po ramieniu. – Widzisz, sam do wszystkiego doszedłem, ale szukam świeżej krwi i kontaktów w Polsce. Ja tam jestem przynajmniej sześć razy w roku, mam celników ustawionych, chodzi o to, żeby odbiorców przybyło. Ja tu na miejscu muszę pilnować interesów, ale jak ciebie posłuchałem, to pomyślałem: to człowiek, któremu muszę zaufać. Ty wiesz, czego chcesz, ja wiem, czego chcę. Ja tu jestem ustawiony, w Polsce nie mogę siedzieć, podział będzie uczciwy, papiery ci dam, kontrakt podpiszemy, z każdych dwóch tysięcy, które wsadzisz, będziesz miał dwa pięćset, moje słowo. Żaden bank na świecie nie da ci takiego przebicia. Spróbujesz, zobaczysz, ja cię do niczego nie zmuszam, ja ci po prostu proponuję. Ja mam osiemset samochodów do sprzedania, sprawdź w Internecie, jak chodzą. Tu masz audi za czterdzieści tysięcy dolarów, w Polsce za dwieście dwadzieścia. Przelicz sobie po kursie bankowym, dodaj te wasze podatki i zobacz, jaka to kasa. A na papierach będzie dziesięć tysięcy, podatek od dziesięciu, papiery ja przygotuję, ty żadnego ryzyka nie podnosisz. Kupca w Polsce znajdziesz, na przykład w Krzewajnie odbierzesz, papiery będą na ciebie, proste. Teraz próbuję przez Niemcy pchnąć, to może się bardziej opłacić, ale na razie to plany. A od czego są plany? – Znowu klepnął go mocno w plecy. – Od wprowadzania w życie. To ja ci nawet bardziej ufam w tej sprawie.

– Nie ponosisz ryzyka, nie: nie podnosisz. O ryzyku mówiłeś – poprawił go Kuba.

– Taaa, to robi sens. Wchodzisz, nasza sprawa, nie wchodzisz, moja sprawa. Chętnych tutaj do interesów ze mną to mam na pęczki, ale ja muszę mieć człowieka z Polski. Ty znasz tam rynek, ja ci zaproszenie kolejne załatwię, zresztą masz wizę na dziesięć lat, problemu nie będzie.

 

– Ale ja jestem bez grosza – Kuba w końcu przebił się przez potok słów Jerry’ego.

– Teraz jesteś bez grosza, za chwilę będziesz srał pieniędzmi. Wykombinujesz jakieś parę tysięcy dolarów i sprawdzisz mnie, okej? Ja ci pokażę samochody, mam jeszcze ciężki sprzęt, zresztą ja mogę mieć wszystko. Zobaczysz, jak podpiszę kontrakt z hotelami, to jest kwestia miesiąca, to będziesz widział kolejkę chętnych. Ale ja tu ludzi znam, oni myślą, że ja wszystko mam za darmo, a ja wiem, że trzeba ciężko pracować na sukces. To Ameryka, bracie. Wchodzisz w to?

Kubie od natłoku informacji kręciło się w głowie. Jerry był przekonujący, ale Kuba jakoś nie mógł przestać się dziwić, że akurat jemu proponuje od razu wspólnictwo. Jest na tym rynku od dwudziestu pięciu lat, jest ustawiony, ma tu kumpli i znajomych, własną firmę i proponuje interes obcemu?

Halina jadła w milczeniu, była tak bardzo nieobecna, jak to możliwe, przyglądał jej się ukradkiem w czasie wywodu Jerry’ego, ale nie reagowała na nic, po prostu jadła.

– Chodź, pójdziemy do salonu. – Jerry podniósł się i sięgnął do lodówki. – Soku jakiegoś chcesz? Czy po polsku, herbatę? Ciacha mam i lody. Zawsze mam lody, jak przestałem pić, to na słodkie się przerzuciłem. No, ale o linię muszę dbać, dwa razy w tygodniu gym i biegam. Biegasz?

Kuba nie wiedział, na które pytanie najpierw odpowiedzieć. Jerry stał przy otwartej olbrzymiej lodówce.

– Nie jem lodów w zimie. Wody chętnie. Nie biegam.

Jerry wyjął duży karton soku pomarańczowego i nalał do szklanki, potem wyjął butelkę wody i podał ją Kubie.

– Ze mną pobiegasz, tu jest gdzie. Tereny piękne, każdy biega. No, chyba że upał zwali z nóg. Wiesz, że Chicago jest najcieplejszym miastem w Stanach?

Kubie nie chciało się wierzyć. Szczególnie teraz, gdy patrzył w okno. Zima jak się patrzy. Spodziewał się, prawdę powiedziawszy, że będzie cieplej.

– Mówię ci, z siedemset osób nam zmarło z upałów w dziewięćdziesiątym piątym, pamiętam, bo jeszcze świeżak byłem tutaj. Wszystko siadło, temperatura to ze czterdzieści stopni przekroczyła, prawda, Halinka?

– Miałam wtedy dwanaście lat i chodziłam do szkoły w Toruniu – odpowiedziała i stanęła przed lodówką.

– Czego szukasz? – Jerry podszedł do żony i objął ją od tyłu, a Kuba zauważył, że zesztywniała.

Nie odpowiedziała, wyjęła sok, upiła prosto z kartonu, schowała z powrotem i wróciła przed telewizor.

– Chodźmy. – Jerry wziął Kubę pod ramię i zaprowadził na duże kanapy.

Halina podniosła się i powiedziała:

– Pooglądam w sypialni. – I wyszła.

– Lubi seriale, ogląda wszystko jak leci, a najbardziej filmy o miłości. Niech sobie ogląda, co chce, my pogadamy. – Jerry chwycił pilota i zmienił kanał na wiadomości. – Ja muszę wiedzieć, co się dzieje na świecie, bo od tego moje interesy zależą. W sypialni mamy drugi, też taki duży.

Kuba patrzył na duży pokój, umeblowany w dziwny, amerykański sposób. Duże meble, duży telewizor, wygodne kanapy, dwie, jedna obszerna, mogły na niej spokojnie siedzieć cztery osoby, a druga mniejsza, jak duży podwójny fotel.

Jerry położył nogi na stoliku, ręce założył za głowę.

– Pewno się dziwisz, że widzimy się drugi raz, a ja startuję z taką propozycją. Ja ci coś powiem, Kuba. Ja byłem na dnie, mnie dobrzy ludzie podali rękę. Ja spojrzę na człowieka i wiem, z czym go się je. Ja na ciebie spojrzałem i widzę siebie sprzed parunastu lat. Tylko ja byłem głupcem, bo w twoim wieku jeszcze piłem, jeszcze mnie siła wyższa nie dopadła. I potrzebowałem ratunku już wtedy, ale wtedy to tylko życie mnie w dupę kopało. I teraz jak ja widzę ciebie, bracie, człowieka, który przyjechał tu pracować, który chce zacząć coś od nowa, który jeszcze sobie życia nie przesrał, to ja chcę mu pomóc, bo ja mam do ciebie zaufanie. Jakbym sobie w przeszłości pomagał, rozumiesz?

Kubę drażniło to ja. Ja i ja. Drażniło przez moment, bo potem sobie uświadomił, że przecież Jurek jest ponad dwadzieścia lat w Stanach. I tak mówił nieźle po polsku, z wyjątkiem tego ja i archaizmów, które Kuba słyszał od ludzi koło pięćdziesiątki.

Z głosu Jurka wyzierała jakaś szczerość, której Kubie w tym kraju brakowało.

– Ja ci przedstawię plan, a ty go albo zaakceptujesz, albo nie. Ameryka to jest kraj możliwości, ale tu nikt nic za darmo ci nie da.

*

Byłam dość przyjazna wobec ludzi. Zdarzało się, że czasem w sklepie na rogu zostawiali moje książki z karteczkami i prośbą, że na imieniny, urodziny albo dla mojej kochanej mamy z okazji Dnia Matki, a sprzedawczyni uśmiechała się do mnie konfidencjonalnie:

– Bo ja powiedziałam, że pani to u mnie kupuje.

Między kasą a deską do krojenia kiełbasy rozkładałam książki i przepisywałam prośby, dodając jedynie, że to w imieniu córki lub syna... Lubiłam te dowody sympatii.

Zmieniło się to nieco tego lutowego wieczoru.

Kiedy podjeżdżałam pod dom, zobaczyłam dwie skulone przy furtce sylwetki. Brama na pilota otworzyła się, wtedy obie postacie stanęły w światłach mojego samochodu.

– Jestem pani fanką, a to moja córka. Jak to dobrze, że pani już jest, bo tyle tu czekamy!

Spojrzałam na przemoknięte kurtki, padał ni to śnieg, ni to deszcz, odwilż, brzydki dzień i brzydki wieczór, i mimo że to była ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę, zaprosiłam je na herbatę. Artur przyjedzie nie wcześniej niż za dwie godziny, a dziewczynka była zziębnięta, miała sine rączki, matka popychała ją przed sobą jak tarczę, a mnie serce ścisnęło się z żalu.

Po trzech minutach pożałowałam, że w ogóle tego dnia wróciłam do domu.

Fanka wyciągnęła z obszernej szarej torby zwinięte w rulon kartki i pilnie śledząc moje przygotowania – wody nalać, czajnik włączyć, kubki wyjąć, ciastka jakieś nędzne odszukać i wysypać na talerzyk, a wszystko to robić, uważając na lewą rękę, bolała wtedy wyjątkowo – zaczęła tokować:

– O, tu mam gazetę o pani, tu jest napisane: Stary Mokotów, ukochany przez pisarkę, jest miejscem, gdzie tworzy, żyje i cieszy się życiem.

Przeklęłam w duchu tę gazetę, podpisów pod zdjęciami się nie autoryzuje, tak samo jak tytułów wywiadów, jak lidów na okładce, to zawsze sprawa naczelnej, a nie tego, z kim robi się wywiad.

– ...i nie było łatwo panią znaleźć, my od rana jedziemy, Polskim Busem, potem metro, to za daleko, to szukaj tramwaju, a ona marudzi, że zmęczona, potem błądzimy tutaj, bo ktoś słyszał, ale nie wie, myślałam, że każdy wie! – W jej głosie brzmiała pretensja do mnie i do całego świata.

Patrzyłam na tę dziewczynkę, była tak bardzo niepodobna do matki, jak to tylko możliwe. Począwszy od ubrania, które miały na sobie. Nie było w nich nic, co by wskazywało na to, że kupowała je ta sama osoba. Matka miała fioletową kurtkę, dziecko brązową, mocno zużytą, na pewno po kimś, bo nawet najbardziej żywe dziecko tak bardzo nie zniszczy ubrania. Spódnica pani była plisowana, a kremowy sweterek miał długi włos, spodnie dziewczynki wyglądały jak zdjęte ze starszego brata.

– Ja się zwracam z prośbą do pani, ja tu mam opowiadanie, żeby pani z mojego życia napisała książkę. Ja spłacam kredyt. – Wcisnęła mi w rękę trzy kartki papieru i wiedziałam już, że nie powinnam ich czytać.

– Przepraszam, ale na pewno w tej chwili nie znajdę czasu, żeby...

– Nie szkodzi, pani przeczyta jutro czy pojutrze, mnie aż tak się nie spieszy. To jest list do pani, który pisałam. Pani przeczyta, zastanowi się, wymienimy się telefonami, wszystko opowiem, i wtedy pomyślimy, jak podzielić zyski, chyba że chce pani od razu mi zapłacić, z sześć, może siedem tysięcy, to wtedy ja to pani oddam, za prawa autorskie, bo my ciężko żyjemy. Jak pani mi podpisze zobowiązanie, to ja żadnych pretensji nie będę miała. Zrzeknę się wszystkiego, pani to tam wie, jak to się robi. Spiszemy prawną umowę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?