PocieszkiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ilekroć słyszę: „Ona o tym marzy” albo: „Ja wiem, co ty masz na myśli”, albo: „On na pewno będzie zadowolony”, albo mój faworyt: „Kasiu, ja wiem lepiej, co czujesz!” – nóż mi się w kieszeni otwiera.

Otóż sprawdź, człowieku, czy ona o tym marzy, czy ona na pewno ma to na myśli, czy on będzie zadowolony, i zapytaj mnie, co czuję!

I na poparcie mojej tezy, że warto się jednak porozumiewać w kwestiach zasadniczych, a nie domyślać i wiedzieć lepiej, opowiem historyjkę, która dotyczy mojej przyjaciółki.

To będzie krótka przypowieść o tym, co myślimy, że inni myślą.

Moja przyjaciółka ma syna. Syn mieszka od dawna z dziewczyną. Tak sobie razem żyją. Mieszkają, pracują itd.

Ale wstęp musi być, bo ta para, od lat żyjąca na kocią łapę – choć zgodnie – jest przeciwnikiem małżeństwa.

On, nazwijmy go na przykład Jan, od razu jak tylko poznał ją, nazwijmy ją Basią, zapowiedział, że owszem, żyć szczęśliwie ma zamiar, owszem, kocha ją, uczciwym człowiekiem jest również, i dlatego z góry zapowiada, że żadne śluby w grę nie wchodzą, bo on w wyniku przemyśleń już dawno doszedł do wniosku, że małżeństwo na ogół się nie udaje, papier niczego nie zapewnia, o dzieciach zaś nie myśli, i co ona na to.

Ona na to, że na ślubie jej nie zależy, że pracę ma fajną i nie będzie jej niszczyć urlopem macierzyńskim, zaręczyny i ten cały cyrk i tak w pięćdziesięciu procentach przypadków kończą się rozwodem, że go kocha i że się zobaczy.

Wszystko to uzgodnili sześć lat temu i przez te sześć lat żyli sobie szczęśliwie, owszem, kłócąc się czasami o drobiazgi, owszem, nawet czasem ze sobą nie rozmawiali przez parę godzin, owszem, nawet się kiedyś obrazili na siebie, ale rozwodu żadnego nie było.

W tym roku udali się na urlop. Jaś leżał na plaży i jak co roku drażnił się z Basią.

– Wiesz, że nigdy się nie oświadczę, ale powiedz mi, o jakim pierścionku marzyłaś, jak byłaś mała?

– Nie marzyłam – odpowiedziała Basia, przyzwyczajona do jego prowokacji.

– Ale gdybyś marzyła, to o jakim?

– Nie wiem, nie marzyłam.

– Nie możesz mi powiedzieć? A możesz wymyślić?

– Z kamieniem. No nie wiem... Ale płaski.

– Taki jak ten? – Jaś grzebał w piasku i wyciągał kolejne kamyki.

– Nie bardzo. Ten jest za okrągły.

– Oczka są na ogół okrągłe.

– Ale się zahacza o wszystko. Rajstopy drze. Pierścionki są niewygodne.

– Ale miałby być złoty czy srebrny?

– No przecież ci mówię, że nie miał być.

– Co ty, nie umiesz się bawić?

– Złoty. Ale z białego.

– Ze złotego jest złoty.

– Niekoniecznie, jest jeszcze białe złoto.

– Białe jak ściana?

– Białe jak srebro.

– Po co ci pierścionek ze złota, który wygląda jak ze srebra?

– A czy ja mówię o pierścionku? Ty o nim mówisz. Daj mi spokój – zdenerwowała się w końcu Basia. – Mam gdzieś pierścionki, wszystko jedno, czy ze złota, czy z brylantami, czy z kamieniami okrągłymi, które wygrzebujesz z piachu.

– Ten zaręczynowy też? – Jaś wyciągnął z kieszeni spodni mały, zgrabny pierścionek, z białego złota, z płaskim pojedynczym brylantem, który od tygodni nosił w kieszeni, wyobrażając sobie, jak Basia zareaguje na tę niespodziankę.

Wiadomo, że kobiety mówią, że nie chcą wyjść za mąż, ale każda o tym marzy. Może się rozpłacze, może wzruszy, może nawet zemdleje?

– Chyba cię zupełnie popierdoliło, chłopcze – powiedziała Basia, która zwykle nie klęła. – Absolutnie nie chcę wychodzić za mąż.

To, co powiedziała potem, jeszcze bardziej nie nadaje się do powtórzenia. Basia na ogół nie używa słów powszechnie uznawanych za obraźliwe, ale tym razem udało jej się wygłosić przemówienie, które Jaśka wbiło w piasek.

Po wielu tygodniach przekonywania jej, że skoro papier nic nie znaczy, to nie będzie przeszkadzał, zaręczyli się, robiąc niespodziankę sobie oraz wszystkim innym.

W październiku zawiadomili rodziców, że Basia jest w ciąży, bo czas najwyższy i dojrzeli do tego, nareszcie są szczęśliwi, od dawna o tym marzyli, dziecko ma już sześć tygodni, jest wielkości ziarnka grochu, chodzą do lekarza co dwa tygodnie, wyniki badania krwi świetne, USG trzy razy już robione, bo najpierw nie było widać, a potem niewyraźnie, a teraz o tu, ten punkcik, to maleństwo takie ciemne z prawej strony to Staś. Albo Franciszek. Nie mają jeszcze pewności, czy Franek, bo może Bogusław.

No, chyba że będzie dziewczynka, to też byłoby nieźle, z tym że dla dziewczynki imię już mają. Irena. Bo Irena to ukochana babcia Jaśka. Jedyna. Niepowtarzalna. Kocha ją całym sercem.

Jest niezwykła, przeżyła powstanie warszawskie, ma dziewięćdziesiąt lat, i w sobotę jadą do niej, żeby ją zawiadomić, że zostanie prababcią.

Taką jej chce zrobić niespodziankę, pokazać, że jest dla niego ważna i jedyna. I już sobie wyobraża, jak babcia się ucieszy, jak się wzruszy, jaka będzie dumna z niego i z małej, słodkiej dziewczynki, którą za niecałe osiem miesięcy weźmie pierwszy raz na ręce i która będzie miała tak samo na imię jak ona.

I pouczał wszystkich, żeby absolutnie nikt się nie wygadał przed babcią, bo on sam ją o tym zawiadomi, i wszyscy muszą przysiąc, że się nie wygadają.

Rodzice obiecali, a on zadzwonił do babci, która mieszkała sama, i próbował się z nią umówić na obiad. Że ją zaprosi, przyjedzie po nią, pojadą do restauracji.

– Ależ kochanie, do jakiej restauracji? Po co? Ja coś zrobię – powiedziała babcia, która ma dziewięćdziesiąt lat.

– Bardzo mi zależy – nalegał Jaś. – Może jutro?

– Kochanie, jutro mam lekarza, w środę idę do banku, w czwartek jestem umówiona z panią Krysią, o, wpadnij, to razem posiedzimy, ona cię lubi – ucieszyła się babcia.

– Nie, chciałbym tak sam z tobą pogadać, to znaczy z Basią chcieliśmy cię zabrać gdzieś...

– Zrobię pierożki z kapustą, Basia je lubi, w niedzielę przyjdźcie.

Musiał biedak ze swoją niespodzianką czekać do niedzieli.

Przez cztery dni Jasiek się zastanawiał, jak babcia zareaguje.

Jak się wzruszy, jak zabłysną być może w jej oczach łzy. Jak się roześmieje. Jaka będzie uradowana. Niespodzianki to jest to, co lubił najbardziej.

W niedzielę pojawili się na Mokotowie. Babcia czekała, stół był nakryty, oprócz pierożków była przygotowana pieczeń wieprzowa w sosie grzybowym i zupa pomidorowa, którą babcia robiła najlepiej na świecie.

– Babuniu, będziemy mieli dziecko – zakomunikował Jasiek. – Zostaniesz prababcią!

– To cudownie – ucieszyła się babcia. – Spróbuj mięsa, takie jak lubisz.

– Babciu kochana – Jasiek poważny, z napięciem wpatrywał się w krzątającą się babcię – mam dla ciebie, specjalnie dla ciebie, jeszcze jedną wiadomość...

– No mów, kochanie...

– Jeśli to będzie dziewczynka, damy jej na imię... – zawiesił głos – Irenka... – dokończył i czekał na łzy wzruszenia.

– Czyś ty kompletnie zwariował, chłopcze?! – krzyknęła dziewięćdziesięcioletnia babcia Irena. – Irenka??? A cóż to za imię?! Nie możecie dać jakiegoś ładniejszego? Żeby tak krzywdzić dziecko!


– Mogłabyś coś zrobić z tą kuchnią – mówi do mnie moja córka raz na jakiś czas.

Mam bardzo porządną kuchnię.

Owszem, listwa, która pilnowała dziury między ścianą a lodówką, leży na podłodze i od lat czeka na życzliwego stolarza.

Listwa została oderwana na siłę przez przystojnego mężczyznę, a mnie przypomina, że są na świecie życzliwi ludzie.

Więc właściwie lubię swoją dziurę koło lodówki. Wyglądającą nieestetycznie.

Ale muszę zacząć od początku.

Pewnego dnia, jakiś czas temu, siedziałam w kuchni przy komputerze nad końcówką Kryształowego Anioła i za cholerę moja bohaterka nie chciała się związać z facetem, którego jej przeznaczyłam.

Lubię pracować w kuchni. Pies leżał pod stołem, za oknem śpiewały ptaki, włączyłam czajnik, zaczął szumieć, zrobiłam herbatę, ale prawdę powiedziawszy, nie miałam nic do powiedzenia światu i nie wiedziałam, jak przekonać moją Sarę do tego, by zauważyła człowieka, którego w ogóle nie brała pod uwagę.

Rozejrzałam się po kuchni, pogłaskałam kota i zorientowałam się, że w dalszym ciągu coś szumi. Czajnik już nie pracował.

Wsłuchiwałam się w jednostajny szelest, który cichł na chwilę, żeby znowu wrócić. Drgało coś koło lodówki. Uchyliłam drzwiczki – przestało.

Zamknęłam szybko. Cisza. Siadłam przy stole.

– Trrrrr, trrrrrr – zaczęło.

Kot wskoczył na blat.

Pies postawił uszy.

Zdenerwowałam się.

Coś mam w lodówce, żywego. Niedobrze. Otworzyłam ją znowu i wyjęłam wszystko. Albo było martwe (patrz: kurczak), albo w plasterkach (kiełbasa), albo w słoikach. Nic nie trzepotało. Cisza. Otwarte drzwi, światło i nagle: trrrrrrrrr.

Lodówkę miałam obudowaną ze wszystkich stron, z wyjątkiem góry. Wlazłam na blat z latarką i mocno się wychyliłam. W ciemności coś trzepotało.

Zadzwoniłam do sąsiadów mężczyzn – trzeba było rozmontować obudowę i wysunąć lodówkę.

Sąsiadów nie było, przyszła tylko sąsiadka, która oznajmiła:

– Ptak. Zdechnie.

Gdzie tu dzwonić po pomoc? Straż pożarna jest od kotów i szerszeni. Tych ostatnich powiedziała, że się boi. Hydraulik wezwany przez moją ciotkę do studni powiedział, że nie zejdzie, bo tam jest żaba, i się brzydzi, zostały mi policja i pogotowie. Pogotowie odpuściłam.

 

– Policja? – zapytałam sąsiadkę.

– Nie ryzykowałabym – odparła.

Wykręciłam więc, zdesperowana, numer straży miejskiej.

– W czym mogę pomóc? – zapytał mnie miły głos.

Pokrótce wyjaśniłam, że mam za lodówką ptaka, do którego nie mogę się dostać, że jest trzydzieści stopni w cieniu, lodówka chłodzi jak szalona, czyli grzeje z tamtej strony, i czy oni chcą, żebym ugotowała ptaka?

– Zaraz ktoś u pani będzie – powiedział miły męski, zdziwiony głos.

Straż miejska była w ciągu paru minut.

Składała się z samochodu i jednego młodego, dobrze zbudowanego, przystojnego strażnika.

– Mogę zdemontować, ale potem nie naprawię – uprzedził mnie. – Nie mam narzędzi.

– Mam młotek – pochwaliłam się.

W try miga opróżniłyśmy z Marzenką lodówkę. A on rozmontował bardzo dobrze umocowane listwy, chwycił oburącz lodówkę i wystawił na środek kuchni. Ptaka nie było. Ale gdzieś dalej coś szeleściło, popiskiwało i trzepotało.

Obejrzał żebra chłodziarki.

Tam właśnie siedział wróbelek.

– Nie do wyjęcia – stwierdziła straż.

– Niech pan oderwie te żebra – poświęciłam dobytek.

– Nie da rady, dobra lodówka, solidnie zamontowane.

Siedziałyśmy z sąsiadką w środku absolutnego bałaganu – warzyw, owoców, słoików, nóg kurczaka, pojemników, weków, które się odnalazły po dwóch latach – i nie wiedziałyśmy, co robić.

– Niech pan coś wymyśli – poprosiłam.

– Odkurzaczem może pójdzie. Jakby go wydmuchnąć od spodu... Ma pani odkurzacz? Z tym że może umrzeć z przerażenia.

Umrzeć z przerażenia wydało mi się bardziej humanitarne niż ugotować się w gorącej żelaznej klatce tylnych oprzyrządowań lodówki.

Straż miejska wsadziła rurę z odwrotnej strony, ja stanęłam na stołku, żeby łapać trupa, sąsiadka włączyła odkurzacz.

W moje ręce wpadł wróbelek. Nie ruszał się.

Kuchnia była rozmontowana, listwy do wyrzucenia, wszystko na nic.

Wyniosłam ptaszka na powietrze.

Leżał z łapkami do góry, jak sztuczny.

Marzenka powiedziała:

– Mam klatkę po papudze, daj mi go.

Podałam jej wróbla, poszła. Kiedy była już za domem, rozległ się krzyk:

– Poleciał, żyje!

Straż miejska się uśmiechnęła i pojechała spełniać swoje zadania.

Ja zostałam z dziurą przy ścianie i nieopisanym bałaganem. Nie miałam pojęcia, że moja lodówka jest tak pojemna!

Dobra wiadomość jest poczwórna: przede wszystkim – rzecz jasna, dla ptaka, dla mnie – że okazałam się osobą wysoce szlachetną, poświęcając dobra materialne na rzecz wartości duchowych, dla sąsiadki – że postawiła trafną diagnozę tej skomplikowanej sytuacji, oraz dla straży miejskiej w Milanówku – do dzisiaj pewno opowiadają sobie o pewnej wariatce, która gotowa była rozmontować dom, żeby tylko nie robić tego, co powinna!


„Pani Kasiu, coś, co rozbawi chociaż jednego człowieka. Jakąś dykteryjkę wakacyjną”.

Niełatwo się pisze w takie upały.

Człowiek nie wie, gdzie się schować, roślinność kładzie się na ziemi w poszukiwaniu cienia, sucho i duszno, deszczu ani widu, ani słychu. Podlewać trawy nie można w dzień, bo się zagotuje, i nie można wieczorem, bo wody w naszym wiejsko-podmiejskim wodociągu brakuje. A brakuje, bo wszyscy podlewają. I ciśnienia nie ma. I weź tu, człowieku, coś wesołego wymyśl. Albo śmiesznego. Coś, co by choć jednego człowieka rozbawiło.

Nie, nie da się pisać w ogrodzie, wszystko odciąga od pracy. Każda latająca istotka jest bardziej interesująca niż klawiatura.

Wzięłam laptopa pod pachę i udałam się do kuchni.

Kuchnia jest miejscem spokojnym, bezpiecznym i chłodnym, w sam raz na takie upały.

Zrobiłam sobie herbatę i zaczęłam rozmyślać, kiedy ja ten ogród podleję, skoro wody nie ma. Uschnie. Na nic cały wysiłek. Woda taka oczywista, a wtedy, kiedy jest potrzebna, nie ma jej. Że na świecie jest coraz mniej wody. Choć powinnam być szczęśliwa, że mogę zrobić sobie herbatę. Jestem miłośniczką herbaty z cytryną i z cukrem. Czyli fałszywą miłośniczką, jak twierdzi moja bliska koleżanka Hania, bo prawdziwa herbata nie lubi cukru ani cytryny.

Moja lubi.

Nieprawdziwa taka.

Bez cytryny i cukru w ogóle może nie istnieć.

Całe szczęście, że miałam wodę w czajniku.

Więc tak siedziałam sobie w kuchni i mój mózg zajmował się duperelami, kiedy nagle dobiegł mnie dziwny dźwięk. Jakby rura była nieszczelna. Albo piec gazowy postanowił nagle przepuścić przez siebie coś niepokojącego. Jakieś brzęczenie dziwne się rozległo, co słuch postawiło na nogi, a potem ucichło...

Wyostrzyłam zmysły, serce przyspieszyło, chciałam sobie wmówić, że przecież w moim domu nic niebezpiecznego dziać się nie może, ale, niestety, działo się.

Coś pod schodami pobrzmiewało niepokojąco.

Coś się tam działo, i to wcale nie śmiesznego.

Nie chciałam w swoich własnych oczach uchodzić za histeryczkę.

Postanowiłam pójść gdzieś, gdzie nie będę słyszeć rozszczelniającego się pieca i w razie wybuchu być może ocaleję.

Wyniosłam laptopa z powrotem do ogrodu.

Sąsiedzi zamachali zza płotu, więc zamachałam i ja. Może by wpadli? Owszem, mogą na chwilę. Wpadli. Wymieniliśmy poglądy na różne tematy, z troskliwym omijaniem polityki, bo z sąsiadami żyjemy dobrze i chcemy mieć dobre stosunki zawsze i mimo wybuchów z powodu awarii instalacji gazowej.

Zapytałam, czy może dysponują jakimiś dykteryjkami wakacyjnymi.

Nie dysponowali niczym takim, niestety.

Serce powoli mi się uspokajało.

Psy ledwo dyszały w dogorywającym dniu, więc przyniosłam wino i lód, żeby nam się lżej na nie patrzyło. W kuchni brzęczało w dalszym ciągu, teraz jakby głośniej.

Wieczór obniżył temperaturę do dwudziestu pięciu stopni, lód w szklankach zrobił swoje, ale im na pamięć nie podziałało.

– Wymyślcie mi coś wesołego ku pokrzepieniu serc – odważyłam się powiedzieć, bo wizja tego, że wylecę w powietrze z powodu pieca, wydawała mi się bliska spełnienia.

– Nie mamy nic wesołego na miejscu – powiedziała sąsiadka.

– Ale jak wyjeżdżaliście, to może mieliście jakieś kłopoty? Kiedyś, może nie w zeszłym roku, ale w ogóle? – nie dawałam się zbić z tropu, bo jak człowiek ma zginąć z powodu pieca, który lada moment wybuchnie, to nie wybiera tematów, a każdy cudzy problem był lepszy niż mój.

Nie, nie mieli, jeśli wyjeżdżają na wakacje, to jadą samochodem i bezkłopotliwie.

– Może jakaś delegacja wam się trafiła i coś zabawnego, pociąg nie przyjechał czy coś?

Owszem, ona była w Poznaniu niedawno, pociąg przyjechał, nie spóźnił się, Intercity przyjemne, czyste i z miłą obsługą.

Patrzyłam na nich z rozpaczą.

Mnie się też nie przydarzyło nic, co byłoby warte opisania, a na dodatek miało jakąś optymistyczną pointę. Albo nawet tylko lekko zabawną. Było za gorąco. Na pewno z powodu tych upałów coś się zrobiło z gazem.

– Czy ty, tatusiu, zapomniałeś, że masz zagrać ze mną w badmintona? – Dziesięcioletni synek sąsiadów przeszedł przez furtkę i usiadł przy nas na tarasie.

– Nie zapomniałem, już idziemy – odpowiedział ojciec, który jest dobrym ojcem, i sięgnął po wino z lodem. – Może znasz jakąś fajną dykteryjkę?

– Dykteryjkę? – zapytał synek sąsiadów. – Znaczy do dyktowania?

– No, jakąś fajną historyjkę, którą mogłabym opisać – chwyciłam się tej deski ratunku.

– Ja to najbardziej lubię horrory – stwierdził bardzo nieduży synek sąsiadów i machnął mocno nogami.

– Mamo, powiedzieliście, że za chwilę wracacie. – Przez furtkę przeszła Nimfa, nieletnia córka sąsiadów, bardzo zgrabna.

– Tak, tak, już wracamy, za sekundę, nie znasz żadnej historii, którą ciocia mogłaby wykorzystać? Pomagamy napisać tekst – powiedziała matka i sięgnęła po wino.

– Znam, ale nie mogę powiedzieć, bo one się rozpoznają.

– Kto?

– No wiesz, A i K...

– A?

– No nie mogę powiedzieć nawet imion. – Nimfa przeciągnęła się i spojrzała na nas bez zrozumienia.

– Ja to najbardziej lubię horrory, mogę ci opowiedzieć jeden, o laleczce Chucky.

Westchnęłam. Horror był blisko, w kuchni, z której uciekłam.

– Przecież ty nie oglądasz takich filmów – sprostował szybko ojciec.

Mały rozwalił się na fotelu wiklinowym i spojrzał na ojca wręcz wrogo.

– Właśnie że oglądałem kawałek i mogę ci opowiedzieć, na aiksenie w południe, i ona...

– To ty mu pozwalasz oglądać takie rzeczy pod naszą nieobecność? – Matka Nimfy spojrzała na córkę, która wdzięcznie przysiadła na oparciu wiklinowego fotela i wyglądała jak z obrazu rosyjskiego malarza, bardzo sprzed rewolucji, rzecz jasna.

– Oczywiście, że nie pozwalam. Nie gadaj takich rzeczy.

– A właśnie, że widziałem, i ta laleczka nagle tak mrugnęła, i się przestraszyłem, i...

– Nie możesz oglądać takich filmów. – Siostra spojrzała na brata z wyraźnym pouczeniem.

– A kiedy będę mógł?

– Kiedy będziesz miał na przykład dwanaście lat – odpowiedziała szybko matka.

– Mam już siedemdziesiąt psich. – Synek machnął ręką w kierunku psów, które udawały, że nie żyją.

– Jakich psich? Co ty gadasz? – Nimfa nie poruszyła się, ale spojrzała na brata karcąco.

– Sama mówiłaś, że dla psa rok życia to jak siedem dla mnie.

– Ale ty masz swoje lata, a nie psie – prychnęła Nimfa.

– Mamo, niech ona tak do mnie nie mówi.

– Ja to sobie przypominam tylko jedną historię i mimo upływu lat wydaje mi się ona aktualna. I chyba dotyczy pociągów. – Sąsiad przeciągnął się i sięgnął po wino.

– Ale naszych czy obcych?

Wszystko było lepsze od mojego strachu przed piecem. Laleczka Chucky była zbawieniem, a nawet pociągi.

– No wszystkich. Facet mieszkał w Zalesiu i kupował bilet do Tokio. No to go skierowali do Warszawy. A w Warszawie mu sprzedali bilet do Moskwy. A w Moskwie do Bangkoku i dopiero z Bangkoku do Tokio. I po dwóch tygodniach...

– Tato, no chyba nie chcesz powiedzieć, że jechał pociągiem, tato, są samoloty. – Córka Nimfa spojrzała na ojca z wyrzutem i osunęła się na oparcie fotela mamy.

– Ale on akurat jechał pociągiem. Ciocia chciała coś o pociągach.

Nie prostowałam. Chciałam cokolwiek, co by odwróciło moją uwagę od niebezpieczeństwa, które skrywało się sprytnie w moim piecu gazowym. Mogło być o wakacjach, a pociągi to była desperacka próba naprowadzenia siebie i innych na jakieś optymistyczne historie.

– Na pewno przez Bangkok? To jest po drodze? – Nimfa trochę się skrzywiła.

– Nie wiem, to jest tylko dowcip! Mogę skończyć? Po dwóch tygodniach wracał do swojego Zalesia, prosi w tym Tokio o bilet, i wtedy w kasie go zapytali, czy do Zalesia Górnego, czy Dolnego.

– Jezu, przecież są komputery... – powiedziała Nimfa.

– Ale kiedyś nie było – ratowałam sytuację.

Dzieci spojrzały na siebie z dezaprobatą, a ja zastanawiałam się, co takiego zrobiłam, że mój piec może eksplodować. Może nie było prądu przez moment i się wyłączył, a potem nie wiedział, jak się włączyć i coś się przerwało w obiegu? Albo wprost przeciwnie?

– To wcale nie jest śmieszne.

– Jest – powiedział sąsiad ojciec.

– Nie jest – stwierdził synek. – A ja chcę grać w badmintona, za chwilę będzie ciemno. Niech ciocia coś wymyśli o psach albo kotach, bo to jest fajne. Albo o innych zwierzętach. Gramy czy nie gramy, i właśnie że będę oglądał horrory wcześniej, zanim skończę dwanaście lat.

– Otóż oświadczam ci, że nie będziesz – powiedziała jego siostra i wstała z oparcia fotela.

– A założysz się? Mamo, dlaczego ona się wtrąca, ona nie ma do mnie żadnych praw – rozżalił się synek.

– Ale ja mam, i nie będziesz. Idziemy. – Marzenka również wstała, zebrała towarzystwo i spojrzała na mnie przepraszająco. – Coś wymyśl, zwierzęta to dobry pomysł. Pamiętasz, jak ratowałyśmy ptaszka? W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby rozbawić chociaż jedną osobę...

Niestety, tego wieczoru chodziło o to, żeby rozbawić mnie. Odciągnąć moją uwagę od pieca, który miał zamiar mnie zabić, do czego za żadną cenę bym się nie przyznała.

 

– Pójdziemy już – powiedzieli moi sąsiedzi i poszli do siebie.

Zostałam z lodem w szklance i laptopem, który przypominał mi, że mam tekst do napisania i że być może jest to ostatni tekst w moim życiu.

Wróciłam do kuchni.

Wieczór zrobił się cichy, spokojny, zapach maciejki wysączył się spomiędzy kamieni, księżyc nieśmiało wychylił się zza drzew.

I wtedy ponownie coś zachrobotało. No, może to nie był pisk, ale dziwne dźwięki. Bardzo dziwne. Rytmiczne.

To nie był mój wymysł.

Każdy człowiek, który miał piec gazowy, wie, że jest to urządzenie ciche, czasem zaszumi, jak nagrzewa wodę, ale nie świszcze. Świszcze ulatniający się gaz, tuż przed wybuchem.

Czas stanąć oko w oko z rzeczywistością. Nie mogę tego dłużej lekceważyć i udawać, że nic się nie dzieje.

Weszłam do pomieszczenia, w którym czaił się mój piec.

Przyłożyłam ucho.

Nie miałam zwidów słuchowych.

Zaczęły mi się trząść ręce ze zdenerwowania.

Mimo późnej pory zadzwoniłam do siostry ciotecznej, bo sąsiadów wstyd mi było niepokoić. Przecież wyszli przed chwilą i myśleli, że mój stan jest spowodowany niemocą twórczą.

Moi kuzynostwo znali specjalistę od gazu i bardzo się przejęli.

– Wyjdź na wszelki wypadek z domu – poradziła kuzynka.

– Zadzwoń do niego i powołaj się na mnie, tylko szybko – powiedział jej mąż.

Zadzwoniłam.

Pan specjalista od gazu głosem sennym i niezbyt zadowolonym przepytał mnie na okoliczność wskaźników, gałek, numerków i wskazówek.

– Coś się ulatnia i to jest bardzo głośne! – prawie się rozpłakałam.

– Jest po dziesiątej, a jestem dwadzieścia kilometrów od pani, pogotowie gazowe ewentualnie niech pani wezwie... – Pan w telefonie chciał jak najszybciej iść spać. Lekceważył mnie.

– Niech pan posłucha! – błagałam, bo dźwięk od strony pieca był coraz głośniejszy. – Ja przyłożę słuchawkę, może pan usłyszy... – Desperacko machałam telefonem przy piecu. – Słyszał pan? – Wiedziałam, że jestem o krok od katastrofy.

– Cokolwiek to jest, niech pani będzie spokojna. – Specjalista próbował mnie upewnić, że piec ma odpowiednie zabezpieczenia.

Nie wierzyłam w ani jedno słowo.

Dźwięk stawał się coraz bardziej przerażający.

– Ale czy może pan posłuchać? – Przyłożyłam słuchawkę do obudowy pieca. – Słyszy pan???

– Teraz słyszę... Jak Boga jedynego kocham... – roześmiał się specjalista – to mi się jeszcze nie zdarzyło!

Zamarłam.

– Naprawdę chce mnie pani wezwać do świerszcza? – I rozłączył się.

No cóż.

Upalny dzień skończył się dość optymistycznie.

Mój piec okazał się jak najbardziej w porządku.

Pogotowie gazowe nie zostało wezwane do świerszcza.

I udało mi się rozbawić jednego człowieka.