PocieszkiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis pocieszek

Karta redakcyjna

Dedykacja

Brak Pomorza

Na co czekasz?

Najlepszy strzelec i róża

Wyobrażanki

Mój wróbelek

Pociągi i świerszcze

Moja rodzina pojechała na wakacje

Dwadzieścia siedem sześćdziesiąt

Cud z trumną w tle

Bardzo często czasami

Łączenie

Jeśli nie masz czym posłodzić...

Powrót rozumu

Kiedy nie mogę zrozumieć

Prośby niekaralne

Od całowania będziesz miał próchnicę

Sama jesteś pijana

Śniło mi się, że mam misie

Wydaje mi się, że kotek i świnka

Zginął pies z czarnym ogonem, do którego była przywiązana dziewczynka

Zupa była za słona

Święta przyjaźń

Wybieram prezent pod choinkę

Bajka prawdziwa

Dla tych, co wierzą i tych, którzy nie wierzą

Żyj albo gnij, czyli styczniowe stokrotki

Placebo i pstryczek-elektryczek

Bieganie z niespodzianką

Twój na zawsze

Idzie lato

Poranek

Ty pójdziesz górą...

...a ja doliną...

Chwilowe kłopoty

Co wyrabiają w nocy słowiki

Obietnica nagości

Wróżka z pająkiem

Pająk przeciwlękowy

Za dużo słów

Sos chrzanowy z Księżycową

Ot, tak sobie, na golasa

Samolot na spadochronie

Trzydzieści sześć i osiem

Okazyjne dodatki

Dawno temu w Europie

Wywalić przydaśki

Biorę wszystkie trzy

Trzy wesela

Gotowi na podział

Mówiła, że można

Mam nowe, lżejsze

Myślisz, że za rok...

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Adiustacja: HENRYKA SALAWA

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, EWELINA KOROSTYŃSKA, ANNA DOBOSZ, JACEK BŁACH

Projekt okładki i stron tytułowych wersji papierowej: ANDRZEJ PĄGOWSKI

Skład i łamanie: Nordic Style

© Copyright by Anna Katarzyna Grochola

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06699-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Ani i Aleksandrowi

z podziękowaniem za przeszłość

i z życzeniami pięknej przyszłości

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Za pieniądze można mieć budynek, ale nie dom.

Za pieniądze można mieć zegarek, ale nie czas.

Za pieniądze można mieć seks, ale nie miłość.

Za pieniądze można mieć lekarstwa, ale nie zdrowie.

Za pieniądze można mieć stanowisko, ale nie poważanie.

Za pieniądze można mieć pościel, ale nie sen...

Za pieniądze można mieć, ale nie można być...

Musi być wstęp.

Przedwczoraj na schodach pewnego ekskluzywnego hotelu spotkałam przemiłą i prześliczną Dyrektorkę. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała:

– Jak to miło panią spotkać, pani Kasiu. Po pierwsze, bardzo mi się podoba kolor pani włosów. Zawsze chciałam taki mieć.

– Trzeba poczekać jeszcze ze trzydzieści lat – odpowiedziałam szybko, choć moja siwa głowa została nareszcie oblana miodem. Poprzednio wylano na nią kubeł pomyj, a czy to moja wina, że mam naturalny kolor? – A po drugie?

– Uwielbiam ten pani tekst. – Tu piękna (i młoda) Dyrektorka wyjęła telefon i pokazała mi moje zdjęcie oraz powyższy tekst. I wtedy moje serce zostało oblane miodem.

– Ja też – powiedziałam. – Ale nie jest mój.

– Nie szkodzi, i tak wszyscy myślą, że pani.

Z największą przykrością oświadczam, że nie jestem, niestety, autorką tego tekstu. Podobno pochodzi ze starej przypowieści chińskiej. Dodałam tylko ostatnie zdanie, zresztą pod wpływem Fromma. I zawsze to dziennikarzom powtarzałam.

To mój ulubiony tekst, ale nie mój tekst!

Moją ulubioną książką jest Mistrz i Małgorzata, ale to nie znaczy, że to moja książka! Chociaż jeśli ją mam na półce, to jest moja.

Ale jest różnica, prawda?

Jestem propagatorką.

Muszę wynajdywać fajne rzeczy, żeby pocieszać swoją duszę.

Kiedy wydawca poprosił mnie o krótkie teksty, takie, które byłyby pokrzepianiem serc, o które proszą czytelnicy – westchnęłam.

– Pocieszki? – upewniłam się. – Na pewno nie.

Ja mam pocieszać? To ja straciłam w ciągu ostatnich trzech lat troje przyjaciół i ciotkę, ostatnią osobę, która pamiętała mnie jako dziecko. I ukochanego psa. I nic mnie nie obchodzi, że pies był starutki i było mu dobrze u mnie tyle lat, i że taka jest kolej rzeczy, że dzieci rosną, a wszyscy umrzemy.

– Wydawca chce, żebym przygotowała pocieszki – poskarżyłam się przyjaciółce i sąsiadce, bohaterce paru opowieści.

– Ale fajny tytuł – ucieszyła się Marzena.

– To mnie trzeba pocieszać – fuknęłam.

– To zacznij od siebie – powiedziała Marzena.

Nie rozumiałam.

– Pociesz sama siebie – wyjaśniła i poszła przez furteczkę, która kiedyś była furteczką między mną a Zosią, a od kiedy zamieszkała tam Marzena, jest furteczką pomiędzy mną a Marzeną.

 

Potem zadzwoniłam do Marylki.

– Wydawca mnie prosi o jakieś miłe teksty. Takie pocieszki – poskarżyłam się.

– Ale fajnie! Napisz o braku Pomorza.

– Nie mamy go już? – zainteresowałam się, bo nie oglądam wiadomości i mogło się ostatnio coś zmienić.

– Moja wnuczka tak powiedziała. Zosia zawiadomiła mnie, że „Brak Pomorza” wypłynął w rejs dookoła świata! Poprzypominaj sobie te wszystkie historie, które ci się przydarzają, i pisz!

Uśmiechnęłam się.

Brak Pomorza to dobry tytuł na początek.

I teraz przechodzę do rzeczy.

Wszystko, co tu opisałam, naprawdę się zdarzyło. Niektóre historie były drukowane w pismach, wtedy musiałam nadać moim przyjaciołom albo rodzinie inne imiona. Wszystkie opisane pocieszki są prawdziwe. Na wszystkie dostałam zgodę tych, których dotyczą. Największe opory miałam, prosząc moją przyjaciółkę Anię, która jest po podwójnej mastektomii, o zgodę na opisanie jej historii. Wszyscy ją tu znają i będą wiedzieć, że nie ma piersi.

Odpowiedziała, cytuję: „W lecznicy mam wagę. Pacjenci się ważą. Nie tylko swoje psy i koty. I odejmują potem kilogram na ubranie, i wydają się zadowoleni. Ja mówię, że odejmuję sobie kilogram na ubranie i kilogram na cycki. Jeśli nie rozumieją, to dodaję, że od czasu operacji cycki trzymam w szafce i wkładam je rano w stanik. Więc de facto mam lepiej. Dwa kilogramy mniej. Daj spokój, ci, co mnie znają, i tak wiedzą”.

W jej przypadku brak piersi jest darem życia.

Wszystkim bardzo dziękuję.

Dzięki Wam moje życie jest lepsze.


– Na co czekasz? – krzyknęła moja młodsza przyjaciółka do synka.

A akurat przeszedł przez Polskę silny wiatr, nazwany tym razem, żeby nie drażnić feministek, wdzięcznym i niekonfliktowym imieniem męskim Ksawery, i byliśmy tutaj na wsi bez prądu już drugą dobę.

W domu było zimno, bo mieszkanie poza miastem ma to do siebie, że taki męski wiatr od razu pozbawia nas ogrzewania, a w efekcie i ciepła rodzinnego.

Z gorących rzeczy na gazie stała wyłącznie gorąca pomidorowa, którą moja przyjaciółka próbowała wmusić swojemu męskiemu potomkowi, tyle że ów męski potomek miał zupełnie inne pomysły na zagospodarowanie tych cennych chwil, które spędzał na bawieniu się jej telefonem komórkowym. Telefon komórkowy odczuwał skutki wichury, bo nie dostał jeść w wyniku wyżej wspomnianej awarii prądu, a na zupę pomidorową nie mógł się załapać.

Wbrew znakowi zapytania na końcu nie było to pytanie. To był rozkaz.

Jak świst bata nad głową.

Jak ostatnia zapowiedź pospiesznego. Jak JUŻ! NATYCHMIAST zrób to! Dlaczego się zastanawiasz??? Wykonać!!!

Same wykrzykniki, przysięgam.

Co prawda, moja przyjaciółka prosiła swojego synka już z siedemdziesiąt razy, żeby usiadł do stołu, ku mojemu zdziwieniu.

Ja bym przestała strzępić język po próżnicy po trzecim wezwaniu, a potem sama zjadła coś ciepłego, według zasady, że jak dziecko zgłodnieje, to się samo zgłosi do lodówki, ale nie jestem matką synka mojej przyjaciółki. Na szczęście. Dla obojga.

Z zaciekawieniem, jak też mały zechce wyjaśnić powody swojej głęboko uzasadnionej zwłoki, czekałam.

I nic.

Dziecko milczało z nosem w dogorywającej komórce.

Na co czekasz – zabrzmiało mi jakoś znacząco.

Ja na przykład mam stałą tendencję, żeby sobie coś obiecywać. No i życzyć, rzecz jasna. Nie czekać na nowy rok, nowy tydzień itd.

W taki oto pogodny dzień zaczęłam się zastanawiać: na co czekamy?

Moja przyjaciółka czekała, aż synek odłoży komórkę.

Zadzwoniłam do swojego wnuka i szybko zapytałam (dziecku nie można zawracać głowy), na co on czeka.

– Po co ci to? Znowu coś piszesz? – zapytał mój wnuczek, albowiem jest miłym, inteligentnym dzieckiem i wie, że bez bardzo ważnego powodu nie zadaję takich pytań.

– No – potwierdziłam.

– No to najbardziej czekam na wakacje. Ale właściwie czekam na dzień, kiedy w ogóle przestanę chodzić do szkoły. W ogóle. Na zawsze. I będę dorosły.

– I będziesz chodził do pracy?

– Jeszcze o tym nie myślałem, mam dopiero dwanaście lat, chyba rozumiesz – wyjaśnił spokojnie. – To cześć.

Nie dyskutowałam z nim, znam to marzenie z własnego dzieciństwa.

Ja od trzech dni czekałam na natchnienie.

Moja sąsiadka czeka, aż jej córka przejdzie przez okres burzy hormonalnej, niezwykle bolesny, szczególnie dla matek. Ma w tym pewne doświadczenie, bo ma też starszą córkę, i liczy, że tej młodszej też minie.

Moi sąsiedzi z naprzeciwka czekają, aż dzieci wyjdą z domu. Nie w sensie, że wyjdą i wrócą, bo te dzieci do nich wracają (czasem o trzeciej nad ranem), ale że w ogóle wyjdą z domu. Gdzieś się wyprowadzą w końcu. Znajdą sobie jakieś mieszkanie. Szczególnie że ich córka jest prawnikiem, a syn prezesem dużej firmy.

I mogą sobie iść, ale nie chcą.

Za to moja druga przyjaciółka czeka, aż jej dziecko wróci do domu. Z Anglii. Wyjechało biedactwo na dwa miesiące sześć lat temu i nie może trafić z powrotem, choć adres zna. Poznało ono w owej mglistej Anglii pewnego mężczyznę i zakochało się na zabój. Mężczyzna jest Polakiem. Ona więc nie może przeboleć, że jej córka z Warszawy spotkała faceta z Warszawy w Londynie.

Inna moja koleżanka czeka na okres wyprzedaży. Wiosną czeka na wyprzedaż letnią, jesienią na zimową, a zimą na wiosenną. Tak od paru lat.

Pomyślałam sobie, że zawsze czekamy, aż będziemy mieli:

– dość czasu;

– więcej pieniędzy;

– nową kartę kredytową;

– lepszego partnera;

– jakiegokolwiek partnera;

– grzeczniejsze dzieci.

Zdarza się, że się doczekujemy. Ale to nie jest koniec czekania. Wtedy zaczynamy czekać na zupełnie inne rzeczy:

– aż on się zmieni;

– aż ona coś wreszcie pojmie;

– aż szef coś zrozumie;

– aż poczucie naszej własnej wartości wzrośnie.

Czekamy uparcie, aż nabierzemy odwagi.

I rzecz jasna – na lepszy moment.

Na urlop.

Na zmianę rządu, partii, przepisów, podatków, prawa.

Czekamy na zielone światło, wolną drogę i żeby w końcu nikt nam nie przeszkadzał.

Czekamy, aż spłacimy kredyt, alimenty, długi, czekamy na lepszy horoskop, lepszy rok, lepsze czasy.

Czekamy na znak z nieba, sprzyjające okoliczności, pokój na świecie, na jutro, na koniec tygodnia, aż nam się zaparzy herbata.

Czekamy na lekarstwo na raka, na spadek, aż ktoś nam da dobry przykład.

I na tym czekaniu spędzamy godzinę, dzień, tydzień, miesiąc, rok, życie.

– Gdybym tylko mógł sobie pozwolić na urlop, natychmiast bym pojechał – powiedział mi wczoraj mój znajomy, inspektor ruchu lotniczego, bardzo wspaniały mężczyzna, lekko przyprószony siwizną.

– To przykre, że już wykorzystałeś urlop.

– Wcale nie wykorzystałem – obruszył się. – Mam jeszcze z zeszłego roku ponad dwa tygodnie.

– To cudownie! – ucieszyłam się. – Ja w ogóle nie mam urlopu, bo nie mam posady.

– Jakie cudownie? – zdenerwował się, nie troszcząc się o mój brak urlopu i posady. – W grudniu? Zwariowałaś? Przed świętami? Przed sylwestrem? Wszędzie tłumy.

Przed sklepem spotkałam znajomego z sąsiedniej wsi.

Wysiadał z supernowej bryki w kolorze bordo. Wszystko automatyczne, jak drzwi nie zamknie, to samochód na niego krzyczy, tyle że po angielsku. I sam parkuje. Pokazał mi auto, ale jakoś mało był zadowolony.

– Ale cudo – westchnęłam, choć nie uważam, by samochód powinien jeździć bez kierowcy, i wolę swój, który daje się prowadzić, jak chcę ja, a nie zestaw automatycznych pilotów i komputerów.

– Gdybym mógł, tobym kupił porsche – powiedział sąsiad, którego akurat stać nie tylko na porsche, ale na wszystko.

– Przecież mogłeś – stwierdziłam i w ogóle już nie chciałam stać na tym parkingu, bo byłam umówiona w domu, a zakupy czekały.

– Żartujesz chyba. Nie ma dróg w tym kraju. Ani pogody. Krawężniki za wysokie. Człowiek nie ma jak się poruszać.

Zostawiłam go na parkingu przy tym gracie i poszłam kupić śmietanę, pierś kurzą oraz ziemniaki, bo po piątej miała przyjechać moja ciocia, może bliżej szóstej, tak zapowiedziała, a z obiadem chciałam zdążyć przed jej przybyciem.

Szybciutko zrobiłam zakupy i podjechałam pod dom.

Przed domem stała moja ciocia.

– Miałaś być po piątej, a jest piętnaście po – powiedziała z pretensją. – Czekam tu i czekam.

– Nie mogłaś zaczekać u sąsiadów?

– Gdybym mogła, tobym zaczekała – stwierdziła lekko wyniosłym tonem.

Spojrzałam na zegarek. Było dwanaście po i ugryzłam się w język. Choć korciło mnie, żeby poczekać te trzy minuty przed własnymi drzwiami razem z ciocią, żeby wszystko się zgadzało.

– Na co czekasz? – Trąciła mnie w ramię. – Gdybym wiedziała, że sprawiam ci kłopot, tobym cię nie absorbowała swoją osobą.

– Ciociu – powiedziałam serdecznie – po co się denerwujesz?

– Gdybym się mogła nie denerwować, tobym się nie denerwowała. Ale to niemożliwe w dzisiejszym świecie.

Przy herbatce lekko odtajała i oznajmiła:

– Zupełnie zapomniałam! Wiesz, gdybym wiedziała, że masz obiad, tobym nie dźwigała tego słoika z leczo, myślałam, że odgrzejesz i po kłopocie. Postawiłam siatkę przy lodówce. No, ale skoro okoliczności nam sprzyjają... – Odprężyła się. – Kanasta? Na co czekasz? Gdzie masz karty?

Wyjęłam karty.

I otworzyły się przede mną nowe przestrzenie.

To gdybym...

Gdybym, gdybym, gdybym... tobym... pojechał, ożenił się, zakochał, nie był taki smutny, nie martwił się, zrobił, odłożył, odpoczął, zaczął, skończył i tak dalej.

Gdyby tylko były sprzyjające okoliczności, tobym zmienił dużo. Przestał pić. Palić. Martwić się. Zadbałbym o siebie.

Ale w tej sytuacji?

Mam dla wszystkich kapitalny prezent.

N a j l e p s z e O k o l i c z n o ś c i.

Najlepsze Okoliczności do wszystkiego.

Od tej chwili na zawsze. Niezwracalne. Niepodlegające reklamacji. Nieopodatkowane. Niekłopotliwe. Nieobciążające. Niezwykłe i niewyczerpane. Pomnażające się. Im więcej ich wykorzystasz, tym obficiej będą pączkować. Niezbywalne i prawnie dozwolone. Niezależne od pogody, władzy, zasobów finansowych.

Najlepsza Okoliczność istnieje właśnie w tej chwili.

Delikatna jak leciutki powiew wiatru i zupełnie przezroczysta.

Prawie niezauważalna.

Nie ma śmiałości sama podejść.

Nie przepycha się łokciami i nie jest agresywna.

Cierpliwie ci towarzyszy, w nadziei, że w końcu ją dostrzeżesz.

Chce być pomocna, ale nie za wszelką cenę. Siedzi cichutko jak mysz pod miotłą. Ale w pełnej gotowości, jeśli ją zaprosisz do swojego życia.

Nie zniechęca się tak łatwo. Ona będzie czekać na ciebie.

Jest tuż-tuż. Zaufaj jej.

Najlepsza Okoliczność tak bardzo chce uczestniczyć w twoim życiu. Nie odpychaj jej. Zobacz, jak tęskni za tobą.

Na co czekasz...?


Dzisiaj przeczytałam w liście od pewnego mężczyzny, że oczekiwania i marzenia powinno się traktować bardzo poważnie, ale w powiązaniu z realiami.

Nie muszę mówić, że o mało nie spadłam z krzesła.

I tu dygresja.

Pewnego dnia bardzo dawno temu w normalnym sklepie zobaczyłam różę.

Róża była różowa, na wpół rozwinięta, wyprostowana i dumna, o świeżych zielonych liściach, które nie chyliły się ku upadkowi. Była różą w najlepszym tego słowa znaczeniu, różą oczywistą i zachwycającą.

Przyniosłam ją do domu i nie wiedziałam, co z nią zrobić.

Nie wiedziałam i zaraz się z tego wytłumaczę.

Jedna rzecz, której zdecydowanie nie lubię, nie zachwycam się nią i jej nie pochwalam – to sztuczne kwiaty w moim domu. Nie drażnią mnie u innych. Drażnią mnie u mnie.

A właśnie na czerwonym obrusie w swojej kuchni miałam śliczną przedstawicielkę tego gatunku. Całkowicie sztuczną. Plastikową.

Uczucia miałam mocno mieszane. Nie lubię sztucznych kwiatów! Nie! Nie!

Ale ona była ładna. Delikatna. I wyglądała jak prawdziwa.

 

„Nie lubisz kwiatów nieprawdziwych, które wyglądają jak prawdziwe” – krzyczała we mnie jedna połówka, podczas kiedy druga mówiła: „Nie przesadzaj, i tak w kuchni jest pełno kiczu, a ta kobieta na koniu, z jeleniem przewieszonym przez siodło, mniejszym niż pies, który idzie obok konia? Róża pasuje do tego jelenia i tego konia, i tego psa”.

A pierwsza połowa przekonywała drugą mnie: „Jesteś niekonsekwentna, będzie cię drażniła, kup sobie żywą różę!”. A druga ja odpowiadała: „Bez przesady, kup sobie drugą żywą, wyrzucisz, jak zwiędnie, a do tej się przyzwyczaisz”.

Po wielominutowej kłótni między mną a mną róża została umieszczona w zielonym flakonie.

Następnego dnia przyszła moja ukochana Zośka, moja przyjaciółka i pierwowzór Uli z Nigdy w życiu, i powiedziała:

– O rany, nie zauważyłaś, że nie ma wody?

I nalała do sztucznej róży prawdziwej zimnej wody.

A potem przyszła Zuza z dzieckiem. Dziecko płci męskiej usadowiło się na krześle, dotknęło róży, potem wylało wodę z flakonu (niechcący), potem powąchało kwiat, potem zgięło łodygę, potem powiedziało:

Sztuczne – potem zajęło się odrywaniem liścia, przed czym bohatersko różę uchroniłam.

Od tego czasu minęło pięć lat.

Róża dalej stoi u mnie w kuchni i przypomina mi o tym, jak z wiekiem zaczynamy odzwyczajać się od marzeń i jak robimy się coraz mniej ciekawi świata. Jak dopasowujemy się do realiów.

Moja przyjaciółka Zośka wiedziała, że nie lubię sztucznych kwiatów. Nieraz dolewała wody do różnych wazonów (takie tulipany na przykład to ci wychleją wodę, zanim się obejrzysz).

Jej mózg wiedział doskonale – róża u Kasi, która nie znosi sztucznych kwiatów, jest prawdziwa, a jeśli jest prawdziwa, musi mieć wodę – wody trzeba nalać, żeby jak najdłużej była ładna.

Dziecko Zuzy postanowiło różę zbadać. Powąchać, wytarmosić. Dotknąć i posmakować. Zdziwić się. Próbować jej coś oderwać, żeby sprawdzić, co to takiego, z czego i dlaczego.

Tony Buzan, nominowany do Nagrody Nobla, badający pracę mózgu, twierdzi, że tylko dzieci wykorzystują 95 procent jego możliwości. Już szkoła średnia ogranicza to do 50 procent, studia do 25 procent, dorośli i wykształceni ludzie używają około 10 procent, a na co dzień angażują tylko 1 procent możliwości!

Dziecko, kiedy się bawi, nie zna ograniczeń. Jeśli ma rycerzyki, które toczą bitwę pod Grunwaldem, a chce wygrać, bierze poduszkę i nagle krzyczy:

Nalot! – i wali poduszką w pole bitwy, likwidując Krzyżaków.

Dorosły próbuje się mądrzyć i mówi:

Ależ to są rycerze średniowieczni, wtedy nie było samolotów.

Inne dzieci patrzą na niego jak na wariata, bo przecież jak jest poduszka, to mogą być koce, jak są koce i stół, to możemy mieć wigwam i Indian, a krzesło to będzie straż pożarna, bo w wigwamie ktoś zapalił ogień, i hurra!!! Zwyciężyliśmy! I teraz kto pierwszy na stole, tego nie zaleje potop! A kto nie ma czym się nakryć, to go pył kosmiczny przetnie na pół! Bo właśnie wylądował przy drzwiach statek Obcych! I jeden Obcy schował się pod łóżkiem! Wygląda jak kot, ale nie dajmy się nabrać! Kto pierwszy dotknie podłogi, ten przegrywa! Tam jest skażenie!!!

A dorosły z rycerzykiem w ręku na polu bitwy, z tłumaczeniem, że w czasie bitwy pod Grunwaldem jednak nie było samolotów, straży pożarnej, Indian ani Obcych, jest jedynym prawdziwym Obcym – bez wyobraźni, z ograniczeniem stworzonym w wyniku, chciałoby się rzec, nauki i techniki.

Einstein nie wymyśliłby, że E równa się mc kwadrat, gdyby skłaniał się ku realiom. Ameryka nie zostałaby odkryta, gdyby Kolumb nie wyruszył w nieznane. Bo GPS-u nie posiadał, że przypomnę. Marco Polo nie opisałby świata, a my do dzisiaj siedzielibyśmy na płaskiej ziemi umieszczonej na grzbietach czterech słoni. Gdyby nie oderwanie od realiów. Próba odnalezienia nieznanego. Jakieś marzenie uznawane przez tysiące ludzi za głupie, a przez tego jednego wariata – za możliwe do spełnienia. Ktoś zwiedził pół świata, bo sprzedał jakąś lodówkę, jedyną cenną rzecz, jaką posiadał, a za to kupił tani bilet na pierwszy wyjazd. Realia były kiepskie, ale marzenia – śmiałe.

Ważne było, żeby coś jednak zrobić. Mimo tych realiów, a nie zgodnie z nimi. Bo zgodnie z nimi ten od lodówki mógł sobie coś zamrozić, li tylko i jedynie.

Trzy lata temu moja Zośka nalała do zielonego flakonu wodę po raz ostatni.

– Zośka, przecież wiesz, że ona jest sztuczna!

– Co z tego? Może zakwitnie... – powiedziała Zośka.

W oderwaniu od realiów...

Naprawdę wykorzystujemy mózg w coraz mniejszym stopniu? Im więcej w nas wiedzy, tym mniej... czego? Ciekawości? Odwagi?

Nie zabijajmy w dzieciach tego, czego nas tak dobrze oduczono.

Dajmy im wędki, a nie ryby.

Nie likwidujmy do końca tych możliwości mózgu, które każdy z nas ma, a o których zapomnieliśmy.

Uczmy się od dzieci – one wiedzą, że świat jest fascynujący. Że można marzyć. Że może się zdarzyć wszystko. Że należy oczekiwać dobrego. Owszem, czasem temu dobremu trzeba pomóc – ale jakże łatwo wpaść w pułapkę: nie mogę, nie potrafię, nie sprawdzę, nie chcę się rozczarować, wolę nie mieć oczekiwań, bo potem cierpię, i tak dalej, i tak dalej.

List, który dostałam od mężczyzny, napawa mnie wielkim smutkiem. Nie oczekiwać deszczu tylko dlatego, że prognoza mówi o upałach? A mało razy zebrało się na niespodziewaną burzę i ziemia odetchnęła z ulgą? A jeśli nie padało, to co? Przejmujemy się rzeczami, na które nie mamy wpływu. Pogodą. Podwyżką. Korkami. Nieprzyjeżdżającym tramwajem. Kimś, kto jest niegrzeczny.

Zacznijmy się przejmować sobą i tym, co myślimy, co robimy, co możemy, jacy możemy być.

Moja sąsiadka, cudowna i mądra, w czasie lipcowych upałów, kiedy w nocy temperatura sięgała dwudziestu siedmiu stopni (tak było!), przyszła do mnie z szalem.

– Jest i tak chłodniej o dziesięć stopni, niż było w południe – powiedziała. – Nie tracę nadziei, że będzie mi zimno.

Jak popatrzyłam na nią, to przypomniałam sobie chłopca, który na boisku samotnie ćwiczył strzelanie bramek. Za każdym razem krzyczał: „Jestem najlepszym strzelcem! Jestem najlepszym strzelcem!”.

Najczęściej jednak do tej bramki nie trafiał.

A potem podszedł do ojca, który przyglądał się jego zmaganiom, i zapytał: „Jak?”. „No wiesz, żeby być najlepszym strzelcem, musisz dużo ćwiczyć” – powiedział dyplomatycznie ojciec. „Ja przecież jestem najlepszym strzelcem, ale miałem kiepskiego podającego” – odrzekł chłopiec.

Bądźmy najlepszymi strzelcami. Przynajmniej jeśli chodzi o marzenia i oczekiwania. Tego, co nam się przydarza, nie możemy zmienić.

Teraz siedzę w kuchni i patrzę na różę.

Sztuczną, którą bardzo, bardzo lubię.

Czasem nawet nalewam wody.

Tak sobie, dla zabawy.

Tak jak robiła to moja ukochana Zośka.

Zośka mi już do niej wody nie naleje.

Nie można jej było uratować.

Więc teraz od czasu do czasu robię to ja i czekam, bo może jednak róża zakwitnie?