OkularnikTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CZTERY ŻYWIOŁY SASZY ZAŁUSKIEJ

Tetralogia kryminalna

tom I

Pochłaniacz

POWIETRZE

tom II

Okularnik

ZIEMIA

wkrótce

tom III

Lampiony

OGIEŃ

tom IV

Czerwony pająk

WODA


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Ring

© by Katarzyna Bonda

All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2015

Fotografie na okładce:

las © Dave Wall/Arcangel Images

kobieta © Kevron 2001/Fotolia

Ta książka jest fikcją literacką.

Ewentualne podobieństwo personaliów, postaci, zdarzeń, okoliczności nie jest zamierzone i może być jedynie przypadkowe. Natomiast niektóre elementy intrygi są prawdziwe i zostały zbudowane na podstawie dokumentów historycznych, akt spraw kryminalnych, Instytutu Pamięci Narodowej bądź zostały mi opowiedziane przez żyjących mieszkańców Podlasia. Poza tym historia opisana w powieści może nieco odbiegać od realiów.

ISBN 978-83-7758-981-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2015

Wydanie I

NIE MA CIAŁA, NIE MA ZBRODNI

Pamięci mojej babci Katarzyny,

która została zamordowana w 1946 roku

w pogromie wsi prawosławnych na Podlasiu.

Mojej mamie – Ninie,

która w wieku sześciu lat została sierotą.

W hołdzie za jej hart ducha,

który odziedziczyłam w genach.

Z miłością

Według Empedoklesa zasadę bytu tworzą cztery korzenie wszechrzeczy, nazywane też żywiołami, elementami lub pierwiastkami: powietrze, ziemia, ogień i woda. Elementy te są wieczne, bo „to, co jest”, nie powstaje, nie przemija i jest niezmienne. Z drugiej strony zmienność istnieje, bo nie ma powstawania czegokolwiek, co jest śmiertelne, ani nie jest końcem niszcząca śmierć. Jest tylko mieszanie się i wymiana tego, co pomieszane.

Słynni zaklinacze wężów posługują się właśnie okularnikami. Na oczach widzów straszliwe gady potulnieją, posłuszne magicznej mocy zaklinacza. Rzecz polega czasem na zupełnie prymitywnym chwycie: węże mają pourywane zęby jadowe albo zaszyte pyski. Niekiedy zaklinacz jest uodporniony na działanie jadu przez wielokrotne wprowadzanie do krwi minimalnych jego dawek. Czasami jednak zdarza się, że zaklinacza nie chroni nic, poza mistrzowską znajomością psychiki okularników i wirtuozerią w obchodzeniu się z nimi. Nierzadko fakir, zbyt pewny swoich umiejętności, za pozorną władzę nad wężem płaci cenę najwyższą – własnym życiem.

V.J. Stanek, Wielki atlas zwierząt

Jesteś „tutejszy”, jeśli prochy twoich przodków leżą w tej ziemi.

Spis treści

Prolog

KOLA (2000)

STASZEK (1946)

DUNIA (1957)

PIOTR (1977)

ŁARYSA (1995)

JOWITA (1999)

JAKUB (2000)

DAWID (2014)

Posłowie

Podziękowania

Przypisy

Prolog

Sopot, maj 2014

Kiedy po trzecim sygnale podniósł słuchawkę, nie odezwała się, choć powinna spytać o Zofię.

W tle słyszała odgłos telewizora i śmiech dzieci. Wyobraziła sobie spotkanie rodzinne. Rosół w wazie na stole, domowe ciasto na porcelanowych spodkach. Dzieciaki, nieświadome tego, czym zajmuje się dziadek, który co roku udaje Świętego Mikołaja, robią z mieszkania tor przeszkód. Z głośników huczy Tom i Jerry. Dorośli przekrzykują bohaterów kreskówki. Piją domową nalewkę z gruszek. Służbowa broń, z wyjętym magazynkiem i zapasem dodatkowej amunicji, drzemie w szafie pancernej.

– Zofii nie ma – odezwał się pierwszy. – Zawieźli ją na porodówkę.

Sasza odetchnęła z ulgą. Kiedy odchodziła, jej oficer prowadzący miał już przepracowane czterdzieści jeden lat służby, ale, jak widać, wciąż był na posterunku. Jego pierwszy wnuk przyszedł na świat, kiedy ją werbował. Zauważyła wtedy zdjęcie niemowlaka na pulpicie jego komputera. Marcel, wyjawił z dumą, i dodał: a jego siostra w drodze. Od tamtej pory zwracała się do oficera per „Dziadku”. Pseudo szybko doń przylgnęło i mówili tak wszyscy. Przez lata nie znała jego prawdziwego nazwiska. Do wczoraj. Liczyła, że Dziadek jeszcze tego nie wie. Choć raz miała nad nim przewagę.

– Na porodówkę? – Sasza się uśmiechnęła. Teraz już oficer nie odłoży słuchawki. Jest zbyt ciekaw, czego od niego chce była protegowana. – A co jej jest?

– Nie wiem – mruknął według dawnych instrukcji.

Słyszała teraz świszczący oddech, kaszlnięcie i stuki. Musiał przeprosić gości, wolno przemieszczał się do innego pokoju. Kiedy zamknął drzwi i zapadła cisza, chciała dodać coś na usprawiedliwienie, ale ją uprzedził.

– Książek telefonicznych już nie ma. Na Fejsbuku mnie nie uświadczysz. – Urwał.

– A ty skąd miałeś mój numer, kiedy wkręcałeś mnie w sprawę Igły?

– Aż tak mocna nie jesteś.

– Racja – przyznała. – Ale też mam swoje sposoby.

– Jeszcze dwie sekundy i włączy się nagrywanie – ostrzegł ją. W jego głosie nie było wrogości. Raczej rutyna. – Oboje będziemy mieli kłopoty.

Rozłączyła się. Usiadła na podłodze po turecku. Zapaliła.

Ekran komputera zamigotał i przeszedł w stan uśpienia. Przez chwilę, zanim zamarł, na pulpicie widziała twarz profesora Abramsa. Mieli do omówienia zaległe seminarium. Profesor martwił się jej milczeniem. Od kilku dni próbował złapać ją na Skypie. Napisał jej z dziesięć wiadomości. Pracowała, ale najpierw chciała skończyć ostatni rozdział i omówić z nim całość doktoratu. Obiecała sobie, że jutro z samego rana dorwie go w instytucie. Papieros się kończył. Kiedy wstała, by zgasić go pod kranem, zagrał Jism Tindersticks. Zerknęła na wyświetlacz. Numer zastrzeżony. Odebrała, zanim zaczął się refren.

– Jedno pytanie – rzuciła bez wstępów. Wciąż trzymała w ręku tlący się niedopałek. – Jaka była moja rola w sprawie Igły? I czy Łukasz pracował dla nas? Mam prawo wiedzieć.

– Nigdy cię oszukiwałem – odparł Dziadek. Głos miał spokojny. Mniej chropawy niż ostatnio. Syczenia prawie nie było słychać. Zanim zadzwonił, musiał skorzystać z inhalatora. – Takie miałem rozkazy. Poza tym to dwa pytania.

Nabrała powietrza.

– Łukasz wie?

– Nawet ja nie wiem wszystkiego – zaczął, ale zatrzymał się. – A jeśli chodzi o ciebie? Modliszka diabelska.

Sasza podeszła do lodówki. Nalała sobie zimnego mleka. Upiła łyk. Czekała.

– A więc „Czerwony Pająk” to zasłona dymna?

– Byłem tego prawie pewien, ale po wszystkim, jak wyjechałaś, okazało się, że to nie jest oczywiste. Ciotka Polaka, żona znanego reżysera… Jeden telefon wystarczył. Wiesz, jak to się załatwia. Obstawiam Sońkę, przydupasa Karpa. Dowodził wtedy ekipą sprzątającą. Potem lawina poszła niżej. Dochodzeniowiec zadbał o czyste papiery. Nie miałem nic do gadania.

– Pracował dla nas?

– Miało być jedno.

– Czyli tak – westchnęła. – Więc wrzuciłeś mnie na minę.

– Tak bym tego nie ujął – szybko odbił piłeczkę. – Ale jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, to nie sądzę.

– On dalej to robi.

Sasza przysunęła do siebie tabloid. Z okładki krzyczał żółty tytuł: Bułka strachu. Tekst zilustrowano zdjęciem nieatrakcyjnej kobiety z oczami wytrzeszczonymi na widok monstrualnego hamburgera. Sasza pośpiesznie przerzuciła strony gazety. Na czwartej rozkładówce, w wąskiej szpalcie z kryminałkami, dziś rano przeczytała notkę o zaginięciu Lidki Wrony, studentki turystyki z Tarnowa. Sprawa sprzed trzech lat, dotąd niewyjaśniona. Dla mediów stary kotlet. Nie zasługiwał nawet na trywialny tytuł i zdjęcie. Saszą jednak ta informacja wstrząsnęła. Kiedy była za granicą, nie czytała tabloidów. W „Polityce” o Lidce nie pisali. Dziś z małej notki dowiedziała się, że w dniu zniknięcia dziewczyna zamieściła na swoim profilu portalu społecznościowego artystyczną fotografię. To zdjęcie dziś każdy mógł znaleźć w sieci. Wystarczyło wpisać: „Lidka Wrona, zaginięcie”. Kiedy Sasza to zrobiła, sparaliżowało ją. Natychmiast rozpoznała unikatowy styl przestępcy. Wykonano je z góry. Piękny, malarski kadr, jak wyjęty z albumu „Czerwonego Pająka”. Kontrastowe, wzmocnione w Photoshopie barwy grały tu rolę ważniejszą niż fotografowany obiekt. Lidka leżała w czerwonej sukience, niczym w plamie krwi, na tafli zielonej trawy. Dziennikarz podpisujący się skrótem (PN) informował, że policja wykluczyła ostatni trop. Sprawę umorzono z powodu niewykrycia sprawcy. Wciąż jest rozwojowa, zapewniał rzecznik. Ale dopóki nie pojawią się nowe przesłanki, będzie leżała w Archiwum X, razem z tysiącem innych, nigdy niewyjaśnionych.

 

– Tego nie wiemy – Dziadek odezwał się po długim milczeniu. – Mogę ci tylko powiedzieć, że Pająk nie działał sam. Nie był to sprawca seksualny ani szaleniec psychopata, jak początkowo sądziliśmy. Tylko ze względu na nagonkę medialną przesiewaliśmy informacje do publikacji. Siatka powiązań sięgała wysoko. Znacznie wyżej niż możesz podejrzewać.

– Polityka?

– Nie tylko. W materiałach operacyjnych zaplątało się kilka znanych gęb biznesu. Dwie partie były umoczone. Tyle że same pionki. Wyślizgnęły się. Nie doszło do oficjalnych zatrzymań. Nic przeciwko dzieciom, jak ze sprawą Centralniaka[1]. Raczej – zawahał się – tak zwana idea wyższa.

– Krew i honor?

– Coś w tym stylu, ale nie oni.

– Więc chodzi o kasę?

– Zawsze chodzi o kasę, skarbie.

Sasza nie bardzo wiedziała, co o tym myśleć. Idea wyższa mogła znaczyć wszystko. Rozumiała, że mimo oficjalnych zapewnień o zamknięciu śledztwa CBŚ nadal ma na tę sprawę oko. Gdyby znaleźli coś nowego, natychmiast wznawiają dochodzenie.

– Weźmiesz mnie do tego?

– Nie mogę – zareagował zbyt gwałtownie. – Nie dlatego, że nie chcę.

– Już nie piję.

– Wiem, Sasza.

Na dźwięk swojego imienia poczuła ukłucie. Zawsze zwracał się do niej, używając służbowej ksywy: Milena vel Calineczka, lub bezosobowo numerem jej odznaki 1189. Zastanawiała się, czy wyjąć asa z rękawa. Ale jeśli Dziadek dowie się, że go zdemaskowała, może się spłoszyć. Wzięła kartkę i zaczęła rysować mandalę z kwiatów. Sama nie wiedziała, kiedy na kartce pojawił się inicjał: K.W.

– Ostatnio musiałem prosić technika, żeby kupił za swoje pieniądze dysk zewnętrzny, na który skopiowaliśmy dane ze sprzętu podejrzanego – mówił tymczasem oficer. – Wiedziałem, że potrzebny nam dupochron, bo jakbyśmy coś znaleźli, klient mógłby się bronić, że go wystawiliśmy. Ale firma nie dała kasy.

– Żenujące. – Sasza nie wierzyła własnym uszom: naprawdę w dwudziestym pierwszym wieku polska policja miała takie problemy?

– To samo im powiedziałem – zgodził się Dziadek. – Stary aż się zapowietrzył. Gdyby coś tam było, usłyszałem, zwróciliby założony wkład. Ale jeśli nie, nie mógłbym tego rozliczyć z budżetowych pieniędzy. Okazało się, że dupa blada. Komputer był czysty. Za to technik ma teraz wolny dysk za kilka stów. Kupiłem mu flaszkę. Żadną tam single malt. Uczciwego łyskacza za dwie paczki. To chyba siódma tego typu akcja w tym roku. Jakby ktoś cały czas był o krok przed nami. Dwa lata roboty na marne. Nie wiem, czy ktoś klienta ostrzegł. Byłem pewien, że jesteśmy w domu. A może to od początku były lewe sanki? Słowem, mam w ręku same pomówienia. I kupę znanych nazwisk, bardzo znanych. Jak się domyślasz, nikt nie puszcza pary z ust. Kilka zatrzymanych drobiazgów, które chciały sypać, nagle kojfnęło w pierdlu. Samobóje oczywiście.

– I wypadki – dodała. – Klasyk.

– Jak widzisz, żadnego argumentu, żeby powiększyć zespół.

– Mogę pracować za darmo – zapewniła. – Chcę robić ten profil.

– Słyszałem, że jesteś niezła, naprawdę – wszedł jej w słowo. – Ale tajemnica służbowa. Zresztą, nie ma ciała. A jak nie ma trupa…

– Ex nihilo nihil fit[2] – dokończyła za niego. – Były już precedensowe procesy skazujące, choć zwłok nie znaleziono.

– Przyjdzie czas. Nie to, że ci nie ufam.

Nie wierzyła mu. Jednak z jakiegoś powodu z nią rozmawiał. Powiedział jej tak dużo. Między informacyjną watą odczytała kontekst i oboje o tym wiedzieli. Zdawała sobie sprawę, że zaryzykował. Czuła, że Dziadek jest w kropce. Może boi się o stanowisko? A może już wie, że wkrótce oddadzą tę sprawę komuś innemu. Na przykład temu, kto ją skutecznie schowa. Ale z jakiegoś powodu wciąż mówił. Przewidywał zapewne, że wkrótce może być mu potrzebna. Wkrótce się spotkają. Czuła to. Nagle przemknęło jej przez głowę, że znaczenie mogło mieć to, że zmienił się premier. Sprawa była priorytetem, kiedy u sterów była ta konkretna partia. To oni dali zlecenie na intensywne prace CBŚ i innych służb. Wtedy nikt nie żałował na dyski zewnętrzne.

– Możesz mi chyba powiedzieć – urwała.

– Już za dużo powiedziałem.

– Doceniam – zapewniła. – Ale muszę wiedzieć. Prywatnie.

– To nie jest prywatna rozmowa. – Nagle zaczęło mu się śpieszyć. Przestraszył się? Byli na wewnętrznym podsłuchu? Z całą pewnością.

– Czy brałeś pod uwagę, że Łukasz Polak jest niewinny?

– Ty powinnaś wiedzieć lepiej. Ja z nim nie spałem przez tydzień. Nie mam z nim dzieci.

Zagryzła wargę.

– Może się myliliśmy?

– Nie wiem.

– A jak sądzisz? – nie odpuszczała. – Mam Karolinę i jeśli posądzono go niesłusznie…

Przerwała. Wrzuciła peta do kosza. Stanęła przed oknem i patrzyła na swoje odbicie jak w lustrze.

– Ta informacja wiele dla mnie znaczy. Zmienia właściwie wszystko. W moim życiu nie, ale to sprawa kluczowa dla mojej córki. Już zaczęła pytać o ojca. Co jej mam mówić? Wiem, że mnie rozumiesz. Sam masz dzieci, wnuki.

– To nie on – wychrypiał. Usłyszała odgłos inhalatora. Serce zaczęło bić jej szybciej. Zdawało się, że trwa to wieki. – W każdym razie nie działał sam. I z pewnością nie on był mózgiem. Ale w jakimś stopniu brał w tym udział. Na mojego nosa wie, kto za tym stoi.

– Stoi? – upewniła się. – To się wciąż dzieje? Miałam rację.

Trawa zielona jak niedojrzałe awokado. Czerwona sukienka. Białe, krągłe piersi Lidki. Rude, kręcone włosy. Martwe oczy. Dziewczyna mogłaby być młodszą siostrą Saszy. Podobieństwo było uderzające. Dlaczego dopiero teraz przyszło jej to do głowy? Hipoteza pewnie zbyt odważna, ale Załuska była przecież profilerką. Musiała wziąć pod uwagę każdą ewentualność. Także tę, że „Czerwony Pająk” porwał ją, bo wpisywała się w profil jego ofiar. To nie mógł być przypadek. Włoski na karku stanęły jej dęba.

Zanim zadzwoniła, wrzuciła jeszcze raz nazwisko zaginionej w wyszukiwarkę grafik Google. Była prawie pewna, że zdjęcie zrobiono po śmierci. Choć nie da się tego udowodnić, dopóki nie znajdą ciała.

– Kto? – rzuciła twardo. – Bo ty wiesz, kto jest prawdziwym „Czerwonym Pająkiem”. Chodzi o dowody. Czy tak?

O dziwo, poczuła ulgę. Jakby ktoś zdjął jej z barków potworny ciężar. Czy jednak mogła zaufać Dziadkowi po tym wszystkim?

– Zapytaj Polaka – wykpił się. – Może zdążysz, zanim go skasują. Nie wiem jak ty, ale ja nie będę po nim płakał.

Rozłączył się. Wybrała numer kontrolnie, ale, tak jak się spodziewała, „abonent był czasowo niedostępny”. Mimo to wstukała go w listę kontaktów pod nazwiskiem: Kajetan Wróblewski – Dziadek.

KOLA (2000)

Prosiak leżał na metalowym stole racicami do góry. Ryjek miał wykrzywiony, jakby pośmiertnym uśmiechem drwił z rozprutego brzucha. Mikołaj Nesteruk kończył jego wytrzewianie. Strzepnął resztkę flaków do stojącego obok wiadra, przesunął je nogą. Zakręciło się wokół własnej osi, ale nie upadło. Dobrze, otarł pot z czoła rękawem. Nie uśmiechało mu się dodatkowe sprzątanie. I tak żona zmyje mu głowę, że szlachtuje świniaki w garażu, gdzie za każdym razem po wejściu czuje zapach krwi. Taka się delikatna zrobiła, odkąd zamieszkali w mieście. Patrzcie ją. Jeść mięso każdy by chciał, ale zabić, oprawić i upiec musi ktoś inny.

Dawniej chłop sam radził sobie ze świnią, królikiem czy sarną. Do zaszlachtowania kury kobiety nie ważyły się wołać gospodarza. Brały ją za łeb i kładły na pieniek. Siekiera w domu zawsze była naostrzona. Tępa znaczyła, że gospodarz zaniedbuje obejście, lenia ma za skórą lub pije w nadmiarze. Ale te czasy dawno minęły. W niektórych domach ludzie nie mieli małego toporka, a nawet porządnego śrubokrętu. Do najdrobniejszej roboty wzywali „złotą rączkę”. Mikołaj krzyczał im wtedy ceny z sufitu.

Kto dziś wie, że przed oprawieniem truchło trzeba zawiesić na haku, by z martwego ciała spłynęła krew. A żeby się nie zmarnowała, zebrać ją co do kropli. Czasami tej juchy było kilka pojemników. Na Podlasiu czerniny się nie robiło. Czarna polewka wciąż znaczyła wypowiedzenie wojny, ale za to kaszanka ze świeżej krwi i kaszy schodziła po świniobiciu jak złoto.

Nie ma już prawdziwych mężczyzn, mruczał pod nosem Mikołaj. Zresztą, kto brałby się dziś do rzeźniczej roboty, skoro „ekologiczny prosiak bankietowy” z pobliskich zakładów mięsnych (cztery kilogramy – mały, sześć czterdzieści – duży), zapakowany próżniowo w folię i z kolorową instrukcją obsługi, kosztuje tyle samo co żywiec, a z żywca wnętrzności samemu trzeba wyjąć. Ale Mikołaj był pewien, że nawet jeśli firma gwarantuje bezkonkurencyjność znakiem towarowym i walorami estetycznymi oraz smakowymi, to nie to samo co wyhodowana na własnych ziemniakach domowa świnia. Poza tym względy estetyczne Mikołaj miał w żopie.

Za kwadrans zacznie świtać. Na razie, w świetle stuwatowej żarówki, trudno było precyzyjnie skończyć robotę. Nie miał pomocnika. Kiedyś świniobicie robiło się we dwóch. Jeden długim, ostro zakończonym prętem wkłuwał się wprost w serce zwierzęcia, drugi podrzynał gardło. Trzy kwiki i było po zawodach. Dobrze wykonany ubój nie przydawał zwierzęciu cierpienia. Śmierć przychodzi błyskawicznie, jeśli rzeźnik zna się na robocie. Mycie, opalanie i obróbkę mięsa przejmowały kobiety. Jeśli trzeba, zwoływały sąsiadki, kumy, dorastające córki. Im szybciej mięso zostało przetworzone, tym smaczniejsze były wyroby. On sam preferował kiełbasę „palcówkę” zalewaną w wiadrze rozgrzanym smalcem. Stała w komórce całą zimę, aż do Wielkanocy. Nigdy nie zieleniała, jak dzisiejsze kupne szynki. Inna sprawa, że nie miała się kiedy popsuć. Znikała z wiadra przy okazji świąt, niedziel i wizyt gości. Każda gospodyni miała swoją recepturę i przekazywała ją córkom, razem z resztą tajemnic domu. Gdzie tam jego córka do takiej roboty. Na widok krwi Mariola stawała sztywno na nogach i trzęsła się jak osika.

Na szczęście ta świnka nie była duża. Mikołaj sam sobie z nią poradził. Nie był tylko pewien, czy zdąży z zamówieniem. Zanim nadzieje prosiaka kaszą gryczaną, słoniną i podrobami, wsadzi mięso do dołu i je zapiecze, minie dobrych kilka godzin. Jak zwykle sam musiał wszystkiego dopilnować. Weselnicy czekali już w wykrochmalonych koszulach. Za chwilę podjedzie specjalny autokar, by zabrać ich do „restaurana”. A on z robotą w pół drogi.

Rozległ się huk.

Mikołaj zamarł, wsłuchał się w ciszę. Szosa była nieopodal. Pewnie opona komuś pękła, pomyślał, i wrócił do pracy. Ale kiedy po chwili usłyszał jeszcze trzy podobne odgłosy, był już pewien, że to wystrzał z broni. Las był zbyt daleko. To nie kłusownik.

Podszedł do wiadra z czystą wodą. Włożył do niego dłonie, opłukał metodycznie. Wyszedł z garażu. Szarówka przed świtem skutecznie ograniczała widoczność. Ruszył na skuśkę, przez pole, do szosy. Rozejrzał się. Pusto. Ale nie tylko on usłyszał ten dźwięk. W kilku domach rozbłysły żarówki. Kiedy zrezygnowany i zły, że traci czas, zawracał, dostrzegł kontur sylwetki. Ktoś biegł na wpół schylony.

– Ratujcie! Ludzie! – zawołał ostatkiem sił. Padł na kolana i już się nie podniósł.

Mikołaj żwawo ruszył w stronę czarnej postaci. Nie był w stanie biec szybciej. Miał już swoje lata.

– Kto woła!? – wychrypiał, z trudem łapiąc oddech. – Co się stało, człowieku?

– Zabili – wydusił z trudem mężczyzna. Podniósł głowę.

– Piecia? – szepnął zszokowany Mikołaj.

Kucnął, rozchylił marynarkę niemłodego już mężczyzny. Ubranie rannego było zbroczone gęstą czerwoną mazią.

– Kto ci to zrobił?

– Nie widziałem – padło w odpowiedzi.

Musiał dostać w brzuch. Krwawił jak zwierzyna po uboju. Kaliber był spory. Broń myśliwska? Strzelba na jelenie albo żubry. Samodziałka? Jedna kula przebiła obojczyk na wylot. Dziura była na dwa palce. Reszta pocisków nadal zapewne tkwiła w ciele. Mikołaj wiedział, co należy robić. W czasie wojny nieraz miał do czynienia z postrzałem. Ściągnął z grzbietu koszulę, porwał ją na strzępy i próbował zatamować sikającą krew, ale nie szło łatwo. Pracował jakiś czas, aż się zgrzał. Pot zalewał mu oczy. Kiedy wstępnie opatrzył ranę, pierwsze promyki słońca różowiły już niebo. Pogoda znów będzie jak drut.

 

Mikołaj wstał, chciał natychmiast dotrzeć do zabudowań. Wiedział, że w starym młynie jest telefon. By człowiek przeżył, pomoc powinna przybyć natychmiast. Wtedy leżący wyciągnął do niego rękę. Chwycił go rozpaczliwie, zacisnął pięść.

– Ratuj ją, Kola – wyszeptał po białorusku. – Tam jest samochód. Łarysa w nim została. Nieżywa.

Mikołaj podniósł głowę. Rozejrzał się. Na szosie nie było żadnego auta.