LampionyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


CZTERY ŻYWIOŁY SASZY ZAŁUSKIEJ

Tetralogia kryminalna

tom I

Pochłaniacz

POWIETRZE

tom II

Okularnik

ZIEMIA

tom III

Lampiony

OGIEŃ

wkrótce

tom IV

Czerwony pająk

WODA

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

© by Katarzyna Bonda

All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

Fotografie na okładce:

© Carlos Caetano/Arcangel Images

© Jag_cz/Shutterstock; Eky Studio/Shutterstock

W książce wykorzystano fragmenty następujących utworów:

Nowy dzień, Kamil Rutkowski (Zeus), s. 35, 65

Łódź, Julian Tuwim (Tekst © Copyright by Fundacja im. Juliana Tuwima i Ireny Tuwim, Warszawa 2006), s. 43, 48

Domek w górach, Kamil Rutkowski (Zeus), s. 65, 577

Iskry, Tomasz Jamroziński, utwór z tomu Przylądek do skrócenia, Olsztyn 2007, s. 95, 97

GangstaZ, Marcin Sprusiński (WuWunio), s. 96

Kochankowie z ulicy Kamiennej, słowa Agnieszka Osiecka (www.okularnicy.org.pl, muzyka Andrzej Solarz), s. 299–300

Ta książka jest fikcją literacką.

Ewentualne podobieństwo postaci, zdarzeń, okoliczności nie jest zamierzone i może być jedynie przypadkowe.

Natomiast niektóre elementy intrygi pochodzą z akt prawdziwych spraw kryminalnych. Poza tym historia opisana w powieści może nieco odbiegać od realiów.

ISBN 978-83-287-0384-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

WSZYSTKO RODZI SIĘ Z OGNIAI DO NIEGO POWRACA

Mieszkańcom Łodzi

Według Empedoklesa zasadę bytu tworzą cztery korzenie wszechrzeczy, nazywane też żywiołami, elementami lub pierwiastkami: powietrze, ziemia, ogień i woda. Elementy te są wieczne, bo „to, co jest”, nie powstaje, nie przemija i jest niezmienne. Z drugiej strony zmienność istnieje, bo nie ma powstawania czegokolwiek, co jest śmiertelne, ani nie jest końcem niszcząca śmierć. Jest tylko mieszanie się i wymiana tego, co pomieszane.

– Khaire. Czy wiesz, że skazano Herostratesa, podpalacza Artemizjonu?

– A na jaką karę? Z pewnością na śmierć, tak strasznego zbrodniarza.

– Owszem, a jego rodzinę sprzedano w niewolę, ale ponieważ dokonał tego czynu tylko dlatego, by stać się sławnym, w Efezie postanowili, że nikt nie będzie wymieniał jego imienia, aż w końcu wszyscy je zapomną.

– I mają po trzykroć rację. Przecież nikt nie będzie mówił o tym Herostratesie zbrodniarzu, oby jego imię zginęło w Tartarze. A teraz wybacz, przyjacielu, gdyż twa nowina tak mnie zainteresowała, że muszę wspomnieć o niej przyjaciołom.

Z. Kosidowski, Gdy słońce było bogiem, Warszawa 1966

Miasto składa się z ludzi różnego rodzaju; ludzie podobni nie mogą stworzyć miasta.

Arystoteles, Polityka, przeł. Aneta Konikowska

Spis treści

Prolog

1. MENELE

2. CZYŚCICIELE

3. BABCIA BOMBKA

4. KOCHANKOWIE

5. MIASTO ŚWIATEŁ

6. MUDŻAHEDINI

Od Autorki

Podziękowania

Przypisy

Prolog

Okolice Pruszcza Gdańskiego, 20 czerwca 2015

Droga zwężała się i kończyła bramą ze szpikulcami. Tu Sasza zatrzymała się, włączyła latarkę. Do pordzewiałej balustrady przytwierdzono tablicę: „Teren lotniska. Wstęp surowo wzbroniony”. Obok ostrzeżenia i zeżartych przez czas sygnatur Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych ciągnęły się kilometry zwalonej siatki, a za nią, aż po horyzont, w zarośniętych trawą pozostałościach po szkoleniowym lotnisku wojskowym ukrywały się śmigłowce szturmowe Mi-24 oraz Mi-2. Czterdziesta Dziewiąta Baza Lotnicza, zwana kiedyś 49. Pułkiem Śmigłowców Bojowych, jeszcze dekadę temu nie była oznaczona na mapie, jej współrzędne zaś pozostawały utajnione.

Załuska odpięła z kieszeni krótkofalówkę i wydukała idiotyczny kryptonim. Wszystkie wydawały się jej podejrzanie głupie, a do tego długie, trudne do zapamiętania w warunkach stresu oraz kłopotliwe, jeśli wziąć pod uwagę potencjalną dynamikę sytuacji. Mimo to powtórzyła zgodnie z zaleceniem:

– Sarna Dziewięć do Łysego Łosia, odbiór.

– Łysy Łoś, słyszę cię. Gdzie jesteś, Sarna? Odbiór.

– Zbliżam się do bazy. Dwie minuty. Bez odbioru.

Sasza przekroczyła siatkę i natychmiast zapadła się po kolana w mokrej brei. Czuła, jak spodnie przemakają, a do butów wlewa się woda. Kiedy próbowała wydostać się z jaru, omal nie zgubiła kalosza. W ostatniej chwili schwyciła go i wspięła się poza obręb fosy.

– Sarna Dziewięć, nie widzę cię – usłyszała.

– Ja ciebie też – powiedziała do siebie. A potem nacisnęła przycisk. – Podaj współrzędne.

Coś zatrzeszczało, rozległ się pisk. Straciła łączność.

Zdjęła gumowiec i wylała z niego wodę. Oświetliła przestrzeń przed sobą i zbadała teren, na ile pozwalał jej posiadany sprzęt. Poza fosą, do której wpadła, przestrzeń była płaska jak stół. O istnieniu dołu także powinna była pamiętać. Znała go z ćwiczeń. W dzień jednak wszystko wyglądało inaczej. A ta ciecz z pewnością nie była deszczówką. Cała Polska cierpiała suszę. Ktoś napełnił dół specjalnie. Ta sama osoba wskazała dokładnie to wejście na teren dawnego Amigazu, a wcześniej szkoleniówki pilotów MON. Załuska pomyślała, że trzeba mieć jej szczęście, żeby wybrać akurat to wejście. Gdyby wzięła udział w loterii, w której każdy los wygrywa, jej z pewnością okazałby się pusty. Przesunęła bejsbolówkę daszkiem do tyłu, włączyła czołówkę i ruszyła przed siebie. Było jej gorąco, jednak nie mogła zdjąć ekwipunku. Kamizelka kuloodporna pod polarem grzała jak skurwysyn.

– Sarna Dziewięć do Łysego Łosia – ponowiła komunikat kilkakrotnie. – Nie widzę cię.

Odpowiedziała jej cisza. Urządzenie zamokło, pomyślała w pierwszej chwili. Albo padły baterie. Całe szczęście na taką okoliczność miała w plecaku dwa komplety nowych. Przerzuciła krótkofalówkę na dziewiętnasty kanał i usłyszała rozmowę tirowców. A więc wyłączył się. Sprzęt ma sprawny. Chce, żebym go szukała. Wiedziała, że na czwórce czeka na nią wsparcie, ale jeszcze się zawahała. Musi najpierw spróbować sama.

Oczy przyzwyczaiły się już do ciemności. Szła teraz w miarę równo, zerkając co jakiś czas na kompas w zegarku. Woda chlupotała jej w butach, ale Sasza stąpała pewnie, czując już teraz twardy grunt pod stopami. Śmiglaki szturmowe stały pod chmurką, poprzykrywane jedynie brezentem. Poza hangarem Polowych Warsztatów Lotniczych nie było żadnych budynków ani przeszkód. Niestety nie było też człowieka, na którego liczyła. Mrok, cisza i niepewność wystarczały, by czuła się nieswojo. Wyjęła z kieszeni komórkę i spojrzała na martwy wyświetlacz. Miała zakaz włączania wszelkich urządzeń ze względu na możliwość zlokalizowania. Do tego była na podsłuchu. Choć to niezgodne z ustaleniami z odprawy, włożyła baterię do telefonu i nadal go nie włączając, ruszyła szybkim marszem przed siebie. Umówili się z Dziadkiem, jej oficerem prowadzącym, że gdy tylko włączy komórkę, odbiorą sygnał i zgarną ją natychmiast, niezależnie od przebiegu akcji. Wiedziała, że zanim sprzęt zaloguje się w sieci lokacyjnej, minie kilka minut. W tym czasie wiele może się zdarzyć, jeśli na przykład Łoś ma złe intencje. Ale wtedy, nawet gdyby została ranna, zwiększy swoje szanse na znalezienie. Broni ze sobą nie miała. Palnej, białej, nawet gazu pieprzowego. Facet, który chciał z nią rozmawiać, postawił twarde warunki.

– Łysy Łosiu, gdzie jesteś?

Zatrzymała się na jednym z większych pasów, po czym wyciągnęła lornetkę noktowizyjną. W zasięgu wzroku nie było nikogo. W oddali majaczył tylko stary hangar, ale nie poszła w tamtym kierunku. Zdjęła plecak, wyciągnęła z niego pakunek i zaczęła składać lampion w kształcie czerwonego serca, z ckliwym nadrukiem dedykowanym nowożeńcom. Wyprostowała cienką papierową czaszę do wysokości trzydziestu centymetrów, a potem podpaliła płomień na środku metalowej ramki. Musiała chwilę poczekać, by lampion się podgrzał, zanim łagodnie wzbił się w niebo.

Niech stare odejdzie, niech przyjdzie nowe, poprosiła w myślach.

 

– Wszystkim życzę wszystkiego dobrego – rzekła na głos.

Obejrzała się strachliwie, ale nie było opcji, żeby Łoś to usłyszał. Nie pojawił się znienacka za jej plecami, jak zwykle dzieje się w filmach. Mimo to czuła, że czerwieni się ze wstydu po czubki uszu. Nawet w takiej sytuacji wyszła z niej przesądna baba. Kiedy wypuszczała w niebo drugą sztukę i, już bez słowa, wpatrywała się, jak lampion dryfuje po czarnym niebie, usłyszała trzaski, a potem wyraźny dźwięk. Wiedziała, że tym razem informator jest bardzo blisko. Z całą pewnością nie siedzi w zdemolowanym hangarze. Tam co najwyżej znajduje się worek czarnego prochu z lontem przywiązanym do klamki. Nie zamierzała tego sprawdzać na własnej skórze. Wciąż liczyła, że nie opłaca mu się jej skasować.

– Łysy Łoś do Sarny Dziewięć, odbiór. Gdzie ty, kurwa, jesteś?

– Patrz w niebo, Łosiu – odparła i wyjęła papierosa. – Palę setki R1, więc masz o minutę więcej, niż jara się normalny pet. Mam jeszcze trzy lampiony. Potem się zmywam i zgłaszam fiasko w bazie.

– N54°22’34,1”, E18°28’19,1” – padło w odpowiedzi.

– Nie będę się z tobą ganiała. Wyłaź. Gdy wkoło gęsta ciemność, oko zaczyna widzieć.

– Minęłaś dół melioracyjny bez przeszkód?

– Tak, Łosiu, bądź dumny – powiedziała już bez nacis­kania przycisku w krótkofalówce, bo mężczyzna szedł w jej stronę. Musiał leżeć tutaj cały czas, przyczajony w wysokiej trawie, domyśliła się. I doskonale się bawić, kiedy Sasza krążyła wokół niego niczym ślepiec. – Wpadłam w twoją słabiutką pułapkę, ale jestem cała. Obsikałam sobie jedynie kolana.

– Odłóż papierosa!

Rzucił się na nią. Zapalniczka wypadła jej z ręki.

Sasza nie zdążyła odparować ataku. Uderzyła gnatami o asfalt. Poczuła, jak agresor osłania jej głowę, by nie gruchnęła czaszką, a po chwili owionął ją jego kwaśny oddech. Nie palił, to pewne, ale lubił pożywienie z surowej cebuli. Chwycił Saszę obiema rękami i odturlał od źródła ognia – nadpalonego papierowego serca, które właśnie spadło na trawnik, a potem zgasło – po czym drobiazgowo przeszukał. Dopiero kiedy upewnił się, że kobieta nie jest uzbrojona, puścił ją i odsunął się na bezpieczną odległość. Sasza ciężko dyszała. Podniosła się powoli i otrząsnęła jak pies po kąpieli w jeziorze, ale wciąż kręciło się jej w głowie od uderzenia o twardy grunt. Wreszcie usiadła w kucki na asfalcie. Odetchnęła ciężko i spojrzała pytająco w ciemność, z której przyszła.

– Co tam było? W tej wodzie.

Odwrócił głowę. Pomyślała, że powalił ją fachowo. Przeszukanie poszło mu nadzwyczaj sprawnie. Zastanowiła się, czy takie umiejętności są konieczne na morzu, czy może raczej pracują w podobnej firmie.

– Czego tam nalałeś i po co? – powtórzyła, tym razem z nutą wyrzutu w głosie.

– Eter dwuizopropylowy. Preparat studencki.

– Nie byłam zbyt dobra z chemii, ale korzystając z wrodzonej inteligencji, wnoszę, że powinnam je zdjąć? – Wskazała swoje spodnie. – Wpadłam w to, jak przewidziałeś. Po kolana. Gówniana sprawa by była, jakbym nagle wybuchła. – Przysunęła się do niego bliżej. Spojrzał na nią jak na wariatkę, ale nie odsunął się, więc dodała, siląc się na uśmiech: – A może lepiej nic nie ruszać?

– Eter dwuizopropylowy zazwyczaj daje głównie efekty dźwiękowe – burknął. Dopiero wtedy zaczęła się bać. – Chciałem wiedzieć na pewno, ile osób wchodzi. To taka bardziej pokazówka.

– Ale czasem można od tego oślepnąć albo stracić dwa palce? – mruknęła. – Wolę jednak mieć wszystkie dziesięć. I wszystkie dwie nogi.

Urwała, a następnie znieruchomiała niczym sfinks. O delikatnych inicjatorach nie wiedziała zbyt wiele, ale jak mawiał Jekyll, jej ulubiony ekspert kryminalistyki z Gdańska, na przykład jodek azotu eksploduje nie tylko od dotknięcia piórkiem, lecz także od krzywego spojrzenia. Wprawdzie pracownicy ISIS cały czas posługują się nadtlenkami acetonu albo urotropiny, bo łatwiej je samodziałowo bezpiecznie syntetyzować, ale przy ich produkcji ginie najwięcej konstruktorów. Nie miała ochoty dziś tak zacnie zasłużyć na niebo.

– Wywalczyłam ten kwit dla ciebie, szmaciarzu. – Była teraz wściekła. Mówiła powoli, zniżonym głosem, choć z każdą chwilą czuła coraz większy strach. Ręce jej drżały, na gardle zaciskała się obręcz grozy. – Czeka na ciebie gotów do złożenia w sądzie rodzinnym. Możesz wracać do kraju, zasrany bigamisto. Ale jeśli ja skończę w kawałkach, to ty z pewnością będziesz się modlił o piekło. Nie darują ci tego – dodała groźnie, ale biorąc pod uwagę swoją nadwyrężoną po nieudanej akcji w Hajnówce reputację, wcale nie była tego taka pewna.

Sasza bała się w życiu tylko dwóch rzeczy: wysokości i ognia. Nigdy dotąd nie znalazła się w sytuacji, kiedy musiałaby doświadczyć obu tych fobii jednocześnie. W razie wybuchu to z pewnością by się zmieniło. Poza tym skończyć jako puzzle to nie było to, o czym marzyła w dniu dzisiejszym. Nawet nie wpisaliby jej na honorową listę policjantów, którzy zginęli na służbie. Po sprawie Okularnika czekało ją wewnętrzne śledztwo i rozprawa dyscyplinarna. A jeśli coś pójdzie nie tak, a to pewne jak trzy plus dwa równa się pięć, wkrótce będzie musiała także przetrwać szereg rozpraw przed sądem. Jedyne, na co mogła liczyć, to utajnienie procesu. Wyrok będzie już jednak jawny i każdy dziennikarz zyska do niego dostęp. Nie wątpiła, że wielu nie może się już tego doczekać.

– Może był stary – wyszeptał Łoś i wskazał hangar. – Butle stały w magazynie ze dwadzieścia lat.

Sasza potarła ręce o spodnie. Ciecz była lekko śliska, w dotyku przypominała kamforę. Ale nie miała zapachu. Przez moment poważnie rozważała zdjęcie spodni, ale pod spodem miała jedynie wycięte figi, więc poprzestała na pozytywnym myśleniu i niewykonywaniu gwałtownych ruchów. A może to był tylko blef? Zwykła breja, a klient próbuje ją nastraszyć? Sasza miała kiedyś absztyfikanta – słuchacza medycyny. Bawili się z kumplami w doświadczenia pirotechniczne. Jeden z nich – zdrowy dwudziestolatek – po kontakcie z jakimś eterem nabawił się dychawicy oskrzelowej. Gdyby „zabawa” nie odbywała się w klinice, mogło się to nieciekawie skończyć. Ale czy to był eter dwuizopropylowy, czy jakiś inny – nie miała szansy zweryfikować. Starała się więc zachować spokój. Nic innego jej nie zostało. Jeśli chcesz pokonać swój strach, stań z nim twarzą w twarz. Zmierz się z nim.

– Jaką masz dla mnie informację, Łosiu? – zmieniła temat.

– Ryszard – przedstawił się. – Rychu Dźwiękoński. Od trzydziestu lat na morzu. Prawdę mówiąc, nie czuję się najlepiej na lądzie. Byłem bosmanem na największych polskich tankowcach.

– Nie ma już polskich tankowców. Wszystko przejęły zagraniczne konsorcja – fuknęła.

Zmierzył ją czujnym spojrzeniem.

– Dziś tak – potwierdził. I dodał z przekąsem: – Potem już pikowałem do dna. Chlanie, degradacja społeczna, finansowa ruina. Wreszcie zostały mi tylko śmieciówki na drobnicowcach za psi grosz. Klientela inna. Więcej chlania, degradacji i zero finansów. Rodzina mi się posypała, a potem i zdrowie. – Zawiesił się, dotknął twarzy, ale nie mogła niczego dostrzec w jego oczach, bo odwrócił głowę. – Generalnie miałem przerwę w życiorysie. Hibernowałem siedem lat w Grudziądzu, a potem jeszcze dwa karniaki w Szczecinie. Znów wóda. Bójka na morzu. Kolega wypadł za burtę. Winę przybili mnie, bo byłem najbardziej pijany. Tak trafiłem na zamek.

– Wzruszające – szepnęła Sasza. – Do puenty.

– W kiciu poznałem szefa mechaników „Czerwonego Pająka”.

Sasza podniosła głowę.

– Stara łajba naszpikowana elektroniką – kontynuował. – Spełnia funkcję morskiego drona wywiadowczego.

– Słynny statek współczesnych piratów. – Sasza zaśmiała się jak z dobrej bajki. – On nie istnieje.

– To nie legenda – rzekł marynarz i zawiesił głos. – Osobiście stałem za jego sterem i przetrwałem na nim wiele sztormów. Istnieje. W przeciwieństwie do jedynego mordercy, którego wymyśliły na potrzeby propagandy władze komunistyczne. Pewnie to nie przypadek, że tak się nazywa, bo stacjonuje na wodach terytorialnych na Morzu Czarnym, ale przemieszcza się i widziany był nawet wokół spornych wysp Senkaku. Początkowo większość załogi stanowili Polacy. Zresztą, jak wsiadałem na pokład w dwa tysiące dwunastym roku, wiedziałem dokładnie, czym się zajmują. Te kilka zabójstw, które cię interesują, to tylko odpryski. Głupie dzierlatki, ostatnie płotki w piramidzie żywienia. Ale może dlatego większość można udokumentować. Ja nie miałem wyboru. Nikt w kraju nie chciał mnie zatrudnić, a Niemiec, Grek czy Szwed wymagał referencji. Chciał, żeby znać języki. Te siedem lat w Grudziądzu nie pomagało. Żony krzyczały o zaległe alimenty. Komornik siedział na karku. Zresztą, tak po prawdzie, gdziekolwiek się ruszałem, tam chwytała mnie psiarnia. Po alko dostaję małpiego rozumu.

Sasza nie mogła dłużej tego słuchać. Przegoniła niechciany flesz, kiedy budziła się w sukience z poprzedniego wieczoru, z epickim kacem i obitą twarzą. Dopiero po jakimś czasie dowiadywała się, co nawywijała i skąd ma otarcia na policzku.

– Broń, kobiety, prochy… – Przerwała. – Co jeszcze?

– Moje zadanie polegało na technicznej obsłudze łajby – wykpił się.

– Ilu w tej grupie jest naszych?

– Większość zmieniła już paszporty, ale jest sporo nowego narybku. Choć konkurencję rodakom robią uchodźcy z Bliskiego Wschodu.

– Jak się nazywa ten facet? – Odchrząknęła. – Kolega spod celi. Z Grudziądza.

– To kobieta – odparł po namyśle. – Szefem mechaników na „Czerwonym Pająku” była wtedy kobieta.

Sasza nie ukrywała zdziwienia.

– Wstawiasz mi kit i myślisz, że uwierzę?

– Jak sobie chcesz – odburknął, ale po chwili dodał już łagodniej: – Zapytaj Dziadka. Ma jej akta.

– Nie omieszkam – przytaknęła. – Zależy, jak zamierzasz dokończyć te baśnie.

– Zatrzymali ją w Bangkoku, deportowali. Drobna sprawa o handel śniegiem. Wcześniej w papierach miała praktycznie czysto. Mówiła, że ją wystawili, na śpiocha. Zapisała się w pierdlu na kurs hiszpańskiego, studiowała historię dyplomacji w więziennej bibliotece i rozwiązywała zadania z chemii. Mówiła, że dla relaksu. Wtedy wszystkiego o niej nie wiedziałem. Prawdę mówiąc, później się to okazało, nic nie wiedziałem. Tylko tyle, ile sama chciała ujawnić. Pisaliśmy do siebie. Potem kilka miękkich widzeń… Nawet ślub miał się odbyć, ale wyszła pierwsza.

Sasza zmierzyła mężczyznę czujnym spojrzeniem. Speszył się. Był wysoki, żylasty. Zaniedbane uzębienie i wiele blizn na twarzy psuło ewentualny efekt. Trudno było dostrzec więcej w świetle latarki. Głos miał natomiast męski. Niski, stanowczy.

– To było wiele lat temu. Wyglądałem inaczej. Ona zresztą też. Sama mnie znalazła i ściągnęła do pracy. Okazało się, że jest już bardzo wysoko. Już nie byłem jej godzien.

– Czekaj, Łosiu, twierdzisz, że kobieta była szefem kolumbijskiego kartelu? Polka?

– To nie La China – zniecierpliwił się, jakby tłumaczył dziecku. – Nie ta liga, ale lubi być do niej porównywana. Też ma latynoskie korzenie. I była kiedyś znacznie ładniejsza. Odziedziczyła urodę po matce, blondynce z Sieradza. Prowadzi swój biznes. Można powiedzieć, że świadczy wyłącznie usługi transportowe. Działa na niezawisłych wodach terytorialnych. Otacza się prawnikami i analitykami. Ma ponoć doktorat z logistyki i filozofii, ale to blaga. Eva jest łebska, choć ma tylko licencjat z administracji. Krążą opowieści, że jej dziadek był piratem. To może być prawda, bo korzysta z kontaktów Rodriga Sancheza i jest w stanie opłacić wszystkich oraz szmugluje wszystko. Słono bierze za milczenie i daje siedemdziesięcioprocentowe gwarancje. Z ruskimi jest skonfliktowana i japońce na nią polują. Reszta pracuje z nią i tylko czeka, aż powinie się jej noga.

– A ty? Dlaczego chcesz ją wystawić? I jak zamierzasz to zrobić, skoro już nie jesteś jej godzien? – dopiekła mu.

– Z tobą nie będę o tym mówił – odparł i pochylił głowę jakby ze wstydem. – Jesteś za krótka.

– Może. Ale muszę coś wpisać w raporcie. Przecież nie to, że wnoszę o wyczyszczenie kwitów pijaka bigamisty, bo zna dziewczynę z Grudziądza. O przepraszam, tam razem siedzieliście, z Sieradza. Ponadto ma na imię Eva, a ty pewnie Adam. Raj ci uciekł sprzed nosa i się mścisz?

– Napisz, że wprowadzę cię na statek piratów. W tym bierze udział światowy biznes, ogromne korporacje. Handel ludźmi, zbrodnie, broń i narkotyki to wyłącznie konieczność. Funkcjonują głównie w czarnym internecie i mają najnowocześniejsze urządzenia, na jakie polski wywiad będzie stać za dwie dekady, ale wciąż mają bazy na morzu i robią narady, bo nic nie zastąpi kontaktu bezpośredniego.

 

– Słodka historyjka – mruknęła Sasza. – Może dokończymy te zeznania w biurze? Trochę mi zimno w tych mokrych galotach.

– Eva właśnie dostała wyłączność od Arabii Saudyjskiej i Emiratów, a oni dają dobre stawki. Wojna sporo kosztuje. ISIS wymaga wsparcia. Iran zakręcił kurek z forsą. Świat boi się islamu. Eva ma teraz dobry czas, ale panicznie boi się zamachu. Znów otacza się krajanami i starą gwardią odrzuconych, jak ja. Europol proponował mi zmianę tożsamości i operację plastyczną za jej wystawienie.

– Ale ty jesteś patriotą – żachnęła się Załuska i pomyślała, że dla Europolu Łoś pewnie też pracuje. W tej samej sprawie.

– Prom wychodzi z Gdyni. Przesiadka w Estonii, na pływającej dyskotece weekendowej. Będę tam, naszykuję szalupę.

– Kiedy?

– Dowiesz się w swoim czasie.

Nagle niebo rozbłysło tysiącem lampionów, które wznios­ły się w przestworza. Zrobiło się na chwilę jasno i Sasza dostrzegła, że mężczyzna rozgląda się niepewnie. Skulił się w sobie, zastygł w oczekiwaniu. Wiatr niósł lampiony wysoko, ale większość spadała na ziemię i szybko gasła.

– To ślub? – zadziwił się marynarz. – Ludzie nie wiedzą, co robić z hajsem.

– Biją rekord Guinnessa, Łosiu – odparła. – Dziś noc kupały.

– Jednak dobrze by było, gdybyś zdjęła te spodnie – powiedział, wskazując dogasające płomyki. – Nigdy nic nie wiadomo ze starymi preparatami studenckimi.

Odwrócił się do Saszy plecami. Ruch był dystyngowany, spojrzenie władcze i śmiałe. Sasza nagle nabrała pewności, że informator nie jest żadnym bosmanem. Byłeś na bank w służbach mundurowych, Łosiu, a może i wywiadowczych, pomyślała. Studia też masz skończone. Choć stylizacja przednia, nie powiem. Za to próby językowe na prostego kiepa słabo. Nie mówiąc już o tych malowanych na czarno zębach.

– Dzwoń po swoich – polecił, wskazując opadające wokół papierowe niedopałki. – I uprzedź, że w dole melioracyjnym są szklane pojemniki z krystaliczną substancją na dnie. Poproś łaskawie, by nie rzucali w nie kamieniami. Eter dwuizopropylowy daje tylko efekty dźwiękowe. Ale to w słojach to nie pokazówka.

– Znamy się? – Sasza zmarszczyła brwi. Coś jej świtało, ale nie była w stanie sobie niczego przypomnieć. – Dla kogo pracujesz?

– Tak jak i ty. Zawsze na swój rachunek.

– Pamiętam cię. – Nagle doznała olśnienia. – Anglicy cię wyhuśtali. Jesteś kretem!

– Anglicy mi nie uwierzyli. Jak kiedyś Karskiemu. Potem powiedzą: „Widziałem straszne, straszne rzeczy. Nie wierzyłem, że to jest możliwe, że on nie kłamie”. To jest dla mnie obrzydliwe. Oni wiedzą. Wiedzą i nic z tym nie robią. Tylko dlatego zgodziłem się na współpracę.

W tym momencie rozległ się huk. Dół melioracyjny musiał eksplodować. Potem na teren wpadła ekipa uzbrojonych po zęby ludzi w czarnych kombinezonach. Sasza została sprawnie odsunięta, Łoś zatrzymany i rzucony na glebę.

– Zmiana rozkazów – wyłowiła z krzyków ekipy szturmowej. – Mamy go skasować.