Ucieczka z nieznajomymTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


When holding your breath is safer than breathing

When letting go is braver than keeping

When innocent words turn to lies

And you can’t hide by closing your eyes*

* Sara Bareilles, Lori McKenna, A Safe Place to Land, w: Amidst the Chaos, 2019 [album muzyczny].

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Hannah

Wybiegam z opery, usilnie starając się zwolnić, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Plączą mi się nogi. Jeśli upadnę, to narobię zamieszania i ktoś na pewno zwróci na mnie uwagę. Na przykład ten miły chłopak, który chciał mi wezwać taksówkę. Nie chodzi o to, żeby teraz wszystko zepsuć. Cholera, Hannah, weź się w garść! Zatrzymuję się, bo przecież nie chcę wpaść pod samochód. Nie teraz, kiedy niemal mi się udało. Biorę kilka głębokich wdechów, spoglądam w obie strony i przechodzę przez ulicę. Dopiero wtedy zwalniam. Powtarzam sobie, że bieganie w szpilkach na pewno obróci się przeciwko mnie.

Krew buzuje mi w całym ciele, gdy idę wzdłuż budynku, stukając obcasami o chodnik i przytulając torebkę do boku. Stopniowo dociera do mnie rzeczywistość. Słyszę gwar rozmów, szum ulic, trzaskanie drzwi, dźwięki telefonów. Z każdym krokiem oddalam się coraz bardziej od swojego dotychczasowego życia. Nie pozwalam sobie jednak na uśmiech. Jak to mówią? Nie chwal dnia przed zachodem słońca? Właśnie. Mimo wszystko czuję jakieś podniecenie na myśl, że zrealizowałam swój plan. Nie wierzę, że to dzieje się naprawdę! Trzęsą mi się ręce. Chyba schodzi ze mnie napięcie, które towarzyszyło mi od kilku godzin. Skręcam za róg i rozglądam się uważnie. Nikt za mną nie idzie. Na szczęście.

Niemal wpadam na jakąś kobietę. Ma zbyt mocny, kolorowy makijaż i kusą sukienkę. Lustruje mnie wzrokiem od góry do dołu, co sprawia, że czuję się jak szara myszka. Ona za to jest jak papuga. Schylam głowę i mijam barwną postać. Co ona może wiedzieć! Nie ma pojęcia, co się właśnie dzieje. Jeszcze raz zerkam przez ramię i upewniam się, że nie jestem śledzona. Poprawiam torebkę i stawiam kolejny krok ku lepszej przyszłości. Przeciskam się między obściskującą się parą oraz staruszkiem z psem. Jeszcze tylko chwila i wszystko się zmieni.

Zostawiam za plecami gmach opery i ruszam przed siebie. Cały czas powtarzam sobie, że wszystko się uda, a moje obawy z czasem znikną. Zapomnę o nich. Zapomnę o wszystkim, przed czym teraz uciekam. Łapczywie wypełniam płuca haustem powietrza i brnę przez tłum. Ktoś beztrosko się śmieje, rozmawiając przez telefon. Nawet nie wie, jak mu teraz zazdroszczę.

Powolnym, choć rozdygotanym krokiem docieram do końca ulicy. Dłonie przestają mi się pocić. Zaciskam je na pasku torebki. Wtedy w ułamku sekundy wszystko się zmienia. Otacza mnie tłum ludzi, ale wyczuwam, że on się zbliża. Oblewa mnie zimny pot. Przełykając ślinę, zerkam za siebie. Widzę go. Jest daleko. Biegnie w moją stronę, lecz jeszcze mnie nie zauważył. To moja szansa! Szybko skręcam i gorączkowo rozglądam się za jakimś rozwiązaniem. Myślałam, że uda mi się dotrzeć do hotelu, zanim dostrzeże moje zniknięcie. Tamten plan jest już nieaktualny. Cholera. Trzeba było wymyślić plan B.

Może schowam się w jakiejś knajpie? Tam mi nic nie zrobi. Za dużo świadków. Mogłabym zwiać tylnym wyjściem, przez kuchnię. Rzucam okiem na swoją sukienkę. Świetny pomysł, Hannah! W barze szybkiej obsługi na pewno wtopisz się w tłum w koronkowej kiecce i szpilkach. Zagryzam wargę i pędzę przed siebie, żeby jak najszybciej zniknąć mu z pola widzenia. Jest szybszy. Jeśli mnie zobaczy, nie uda mi się uciec. Torebka jest ciężka i niełatwo z nią biec. I jeszcze te pieprzone szpilki!

Zaczynam panikować. Wbiegam w uliczkę, wzdłuż której stoją zaparkowane samochody. Kucam między dwoma z nich. Może po prostu mnie minie i pobiegnie dalej? Czuję ból nóg i obezwładniające zmęczenie całą tą sytuacją. Zamykam oczy, jakby to miało sprawić, że zniknę. W dzieciństwie zawsze pomagało. Lucy szukała mnie po całym domu, a ja chowałam się za zasłoną i zamykałam oczy. Wiedziała, że tam stoję, ale pozwalała mi wierzyć, że jestem niewidzialna. Lucy. Przełykam ślinę, bo w gardle zbiera mi się gula żalu i gniewu. Wstrzymuję oddech, jakby ktoś mógł go usłyszeć w ulicznym gwarze.

Lekko się cofam, żeby oddalić się od krawężnika. Nasłuchuję. Mnóstwo kroków. Które z nich będą moją zgubą? Wpatruję się w szczelinę między samochodami, mając nadzieję nie zobaczyć w niej jego twarzy. Spuszczam głowę, by spojrzeć na swoje trzęsące się dłonie, i wtedy to zauważam. Samochód nie jest zamknięty. Tylne drzwi lekko odstają – ewidentnie ktoś ich nie domknął. Wyciągam rękę, ale nagle się zatrzymuję. A co, jeśli uruchomię alarm? Potrząsam głową. A co, jeśli on mnie dorwie? Jeżeli auto zacznie wyć, pobiegnę dalej. Podejmuję decyzję. Chwytam za klamkę.

– Ja pierdolę – szepczę sama do siebie, kiedy nie rozlega się dźwięk alarmu, a drzwi się otwierają.

Robi mi się zimno i gorąco jednocześnie. Ostrożnie wsuwam głowę do środka i rozglądam się po obitych skórą siedzeniach i przestronnym wnętrzu SUV-a. Kanapa z tyłu jest wolna, nie ma na niej zakupów ani fotelika, więc delikatnie wsiadam i osuwam się na podłogę. Nie wiem, co powiem właścicielowi samochodu, kiedy mnie zauważy, ale w tej chwili nie to jest moim największym zmartwieniem.

Wsuwam się między fotele a kanapę i znów zaciskam powieki. Chciałabym być teraz niewidzialna. Bardzo. Wokół słyszę dźwięki kroków i rozmów, przytłumione przez szyby samochodu. Ciekawe, w jakim języku mówi właściciel auta. Czy uda mi się z nim dogadać? Nie spojrzałam na rejestrację, a Wiedeń odwiedza mnóstwo turystów. Modlę się, żeby osoba, która zostawiła dla mnie otwarte drzwi, nie okazała się jakąś francą i nie kazała mi się wynosić na ulicę. Prosto w jego ręce. Wzdrygam się na tę myśl.

Uspokajam oddech i odtwarzam w głowie wydarzenia dzisiejszego dnia. Trochę mi niewygodnie, ale nie jestem na tyle odważna, żeby teraz wyjść na zewnątrz. On na pewno mnie szuka. Muszę tu przeczekać, o ile kierowca mnie nie zauważy. Oby to była jakaś starsza pani, która niedowidzi i nie zorientuje się, że tutaj jestem. Może nawet uda mi się z nią zabrać na przedmieścia i oddalić od niebezpieczeństwa.

Wydaje mi się, że mijają godziny, kiedy nagle słyszę, że drzwi od strony kierowcy się otwierają, a do środka dostaje się lekki powiew letniego powietrza. Boję się podnieść głowę, więc udaję, że mnie tu nie ma. Kątem oka pomiędzy siedzeniami dostrzegam męskie przedramię opięte czarnym rękawem. Cholera, to nie jest staruszka. Duża dłoń opuszcza reklamówkę z jakimś pachnącym żarciem i zostawia ją na tylnym siedzeniu. Chyba mnie nie zauważył.

Dociera do mnie dźwięk zapalanego silnika i samochód wycofuje z miejsca parkingowego. Wstrzymuję oddech i przyciskam torebkę do piersi. Wyłączyłam dźwięk w telefonie? Tak. Na pewno? Na pewno. Przecież byłam w operze. Głupio by było, gdyby telefon rozdzwonił się w trakcie występu. Albo teraz, gdy leżę na podłodze czyjegoś samochodu i nie wiem, co robić. Zresztą na ten numer nikt nie zadzwoni.

Kierowca włącza radio i poprawia się w fotelu. Powoli rusza ulicami Wiednia, a ja zaczynam się zastanawiać, czy celem jego podróży jest tutejszy adres, czy może wywiezie mnie z miasta. Postanawiam leżeć i być cicho, a na najbliższym postoju dyskretnie wysiąść i ruszyć w swoją stronę. Nie dotarłam do hotelu po walizkę, ale wszystko, co najważniejsze, mam w torebce. Kupię bilet na jakikolwiek środek transportu i dotrę do rodziców.

Lekko się wzdrygam, kiedy facet zmienia stację i z radia zaczyna lecieć jakiś rockowy kawałek. Spokojnie. Na pewno w końcu zatrzyma się po paliwo lub na jakimś parkingu i będę mogła się wydostać. Najlepiej, jakby stanął przy hotelu. Mogłabym tam dziś przenocować. Chociaż może lepiej nie. Muszę się znaleźć jak najdalej stąd – dopiero wtedy pozwolę sobie na odpoczynek.

Mój oddech wraca do normy. Wdycham zapachy rozchodzące się w samochodzie. Dominuje aromat tego, co znajduje się w reklamówce. Robię się głodna. Nagle żołądek kurczy mi się na myśl, że mogłoby mi zaburczeć w brzuchu i tym samym zdradziłabym swoją obecność. Staram się lekceważyć zapach jedzenia i skupiam się na oddychaniu. Jak długo jedziemy? Biodro mnie pobolewa. Podłoga nie jest zbyt wygodna, ale w tej chwili to mój sposób na odzyskanie wolności, więc leżę i pozwalam nieznajomemu facetowi wieźć się w nieznane.

Po jakimś czasie noga mi cierpnie, boli mnie łokieć i czuję zawroty głowy. Pewnie od nadmiaru emocji. Mimo że wciąż jestem zdenerwowana sytuacją, w jakiej się znalazłam, stres wywołany ucieczką powoli odpuszcza. Mam nadzieję, że szybko uda mi się dotrzeć do rodzinnego domu. Tam spokojnie spakuję swoje rzeczy, wytłumaczę wszystko mamie i tacie, a potem zniknę. On nigdy mnie nie znajdzie. Nikt mnie nie znajdzie.

Mija chyba wieczność, kiedy auto zaczyna zwalniać i zatrzymuje się. Wokół jest jasno, więc to pewnie stacja benzynowa albo jakiś supermarket. To dobrze. Od razu będę mogła kupić sobie coś do jedzenia. Muszę tylko uważać na kamery. Poczekam, aż kierowca opuści pojazd, i wtedy zniknę. Jest wieczór, więc wtopię się w mrok i poszukam sposobu podróżowania, który nie wymaga leżenia na podłodze. Słyszę trzaśnięcie drzwiami. Wysiadł. Odczekam chwilę i zrobię to samo. Powoli wypuszczam wstrzymywane powietrze i pozwalam sobie na lekki uśmiech.

 

Wtedy drzwi tuż za moją głową się otwierają. Podskakuję na twardym podłożu, obijając sobie biodro. Ktoś chwyta mnie mocno za włosy i przytyka mi do twarzy szmatę. Nie mogę się ruszyć. Trudno mi oddychać. Znam ten zapach. Zanim zdążę pomyśleć, biorę wdech, żeby krzyknąć. Łudzę się, że ktoś mi pomoże. Nagle zapada ciemność.

* * *

Otwieram oczy i czuję mdłości. Mrugam, próbując przypomnieć sobie, gdzie jestem i co się stało. Leżę na łóżku. Mój policzek dotyka miękkiej tkaniny w jasnym kolorze. W pokoju pali się mała lampka. Jest dość ciemno, a źródło światła znajduje się gdzieś za mną. To chyba hotel, ale niezbyt wysokich lotów. Postanawiam się podnieść i opuścić pomieszczenie, ale w tym momencie odkrywam, że moje nadgarstki i kostki nie chcą się ruszyć. Spoglądam na swoje nogi. Jestem spętana taśmą. Jeśli przed chwilą było mi niedobrze, to nie wiem, jak nazwać to, co czuję teraz.

Próbuję się poruszyć, ale czuję tylko ból w rękach, które są unieruchomione za plecami. Zaczynam szybciej oddychać. Co robić? Gdzie jestem? Znalazł mnie? Czuję, jak pod powiekami zbierają mi się łzy. Ta bezradność doprowadza mnie do szału. Zaczynam szarpać nogami, ale taśma nawet nie drgnie. Opadam na pościel z cichym szlochem. Wtedy słyszę, że ktoś za mną głęboko wzdycha. Nieruchomieję. Krzyczeć? Mogłabym, ale z mojego gardła nie chce się wydobyć żaden dźwięk. Ktoś się zbliża. Czuję to. Nie słyszę kroków, bo pewnie tłumi je wykładzina, lecz włosy na moim ciele stają dęba.

– Dobry wieczór, Jane. – Jego głos jest niski i spokojny.

Kimkolwiek jest, grzebał w mojej torebce i znalazł fałszywe dokumenty, które miały mi umożliwić ucieczkę. Mam nadzieję, że nie dokopał się do tych prawdziwych, ukrytych pod dorobionym dnem. Próbuję na niego spojrzeć, ale stoi za mną. Nie mogę się obrócić.

– Kim jesteś? – pytam cicho przez ściśnięte gardło.

– Kim ja jestem? – Chyba jest zdziwiony. – Nie uważasz, że to ja powinienem zadać to pytanie, skoro jechałaś na gapę w moim samochodzie?

Czuję jednocześnie ulgę i strach. To nie on. A więc mnie nie znalazł. Ale kim, do cholery, jest ten facet? I co ma zamiar ze mną zrobić?

– Co robiłaś w moim samochodzie? – pyta, a ja nie zamierzam kłamać. Przecież nie powiem, że się pomyliłam, bo był podobny do mojego. Ludzie zwykle nie kładą się na podłodze w swoich autach. W cudzych raczej też nie.

– Musiałam się stamtąd wydostać. Nie zamknąłeś drzwi.

– Nie pomyślałaś, że warto najpierw zapytać, czy możesz wsiąść? – W jego głosie zaczyna pobrzmiewać rozdrażnienie. Kulę się na łóżku. Jestem związana i zdana na łaskę tego człowieka. Mogę go tylko błagać, nic innego nie przychodzi mi do głowy. Przełykam ślinę i poddaję się. Chcę tyko, żeby mnie wypuścił. Denerwowanie go nic mi nie da.

– Przepraszam – szepczę.

Chyba go zaskoczyłam, bo milknie. Po chwili znów się odzywa, ale jego głos jest nieco spokojniejszy:

– Zastanowię się, co z tobą zrobić. Zdrzemnij się. Jak będziesz krzyczała, zakleję ci usta.

Po tych słowach słyszę, jak otwiera drzwi i wychodzi. Kiedy przekręca klucz w zamku, wzbiera we mnie panika. Zamknął mnie w pokoju? Mam ochotę wezwać pomoc, ale wzięłam na serio ostrzeżenie, jakie mi rzucił. Chcę się podnieść. Może znajdę coś, czym rozetnę taśmę. Rzucam się na łóżku, co musi wyglądać żałośnie. Po kilku próbach rezygnuję. To się nie uda. Cholera. Nie wierzę. Uciekłam przed jednym szaleńcem, żeby wpaść w ręce kolejnego.

Leżę przez chwilę i zastanawiam się, kim jest facet, który mnie związał. Może nie ma złych zamiarów i po prostu obezwładnił potencjalnego napastnika? Jasne, a chloroform i taśmę wozi ze sobą na co dzień, bo wiecznie ktoś się zakrada do jego wozu. To jego wina, że nie zamknął drzwi. Ale ty nie musiałaś z tego korzystać, Hannah. Z bezsilności wzdycham i opadam na posłanie. Jest wygodniejsze niż podłoga w aucie, ale skrępowane ręce coraz bardziej mnie bolą.

Jakiś kwadrans później słyszę kroki na korytarzu. Zamykam oczy. To nic nie da, wiem, nie stanę się niewidzialna. Kiedy w zamku obraca się klucz, czuję, że puls mi przyśpiesza. Tajemniczy facet wrócił. Wchodzi do pokoju i zamyka drzwi. Chyba przyniósł walizkę, bo coś głucho uderza o podłogę. Po chwili pyta:

– Jaki miałaś cel, wsiadając do mojego auta?

– Powiedziałam ci prawdę. Miałam kłopoty i nadarzyła się okazja. Przeprosiłam. Proszę, wypuść mnie.

– Co zamierzałaś zrobić, gdybym cię nie obezwładnił?

– Wysiąść i pójść w swoją stronę.

Podchodzi do łóżka i kuca, a nasze oczy znajdują się na tym samym poziomie. Przyglądam się jego twarzy. Jest poważny, ale patrzy na mnie bez złości. Raczej próbuje ocenić, czy mówię prawdę. Wygląda, jakby bardzo uważnie analizował sytuację. Wyraźne cienie pod oczami mogą świadczyć o tym, że nie sypia dobrze lub że niedawno przeżył jakieś załamanie. Jest gładko ogolony, a ciemne włosy nie są ani krótkie, ani długie. Przesuwa wzrokiem po mojej twarzy, skupiając się wreszcie na oczach. Przełykam ślinę i spojrzeniem błagam go, żeby nie robił mi krzywdy i pozwolił odejść.

– Przecież nic ci nie zrobię – szepczę, czując, że zbiera mi się na płacz. Ból rąk jest nie do wytrzymania, aż mi niedobrze. On chyba to zauważa.

– Cholera – syczy, a następnie chwyta mnie za ramiona i jednym szarpnięciem sadza na łóżku. Świat zaczyna mi wirować przed oczami, a żołądek podchodzi do gardła. – Nie chciałem cię wystraszyć. Myślałem, że mam w aucie złodzieja, więc potraktowałem cię tak, a nie inaczej.

– Nie jestem złodziejem – mówię, powoli odzyskując ostrość widzenia.

– Załóżmy, że ci wierzę – oznajmia, po czym wyciąga z kieszeni scyzoryk i rozcina taśmę na moich nadgarstkach i kostkach. Prostuje się i patrzy na mnie, jakby oceniał wiarygodność moich słów. Nie umiem odczytać żadnych emocji. Jest po prostu skupiony.

– Łazienka? – pytam, rozcierając obolałe miejsca. Czuję, że mój żołądek zaraz fiknie salto.

– Tam. – Wskazuje palcem drzwi w rogu pokoju.

– Mogę? – Czuję, jak coraz bardziej zbiera mi się na wymioty.

Kiwa głową, marszcząc brwi. Zeskakuję z łóżka tak szybko, jak tylko pozwala mi na to ból głowy, i biegnę we wskazanym kierunku. Dopadam sedesu i zwracam wszystko, co miałam w żołądku. Kiedy kończę wymiotować, zamykam klapę i spuszczam wodę, po czym siadam pod ścianą i opieram o nią głowę. Jak dobrze czuć chłód płytek na skroni.

– Wszystko okej? – pyta mężczyzna, stając w drzwiach łazienki.

Podnoszę na niego wzrok. Nie wygląda na naprawdę zatroskanego, ale nie jest nieuprzejmy. Jego spojrzenie nie wyraża żadnych emocji. Nie wiem dlaczego, lecz nie czuję strachu. Powinnam, bo to obcy człowiek, który w dodatku unieruchomił mnie za pomocą taśmy, ale jest w nim coś, co każe mi być ostrożną, jednak nie panikować.

– To tylko nerwy. Dużo nerwów. I ten chloroform, którym mnie poczęstowałeś – informuję, starając się popatrzeć na niego z wyrzutem, ale chyba jestem na to zbyt zmęczona.

– To jedno przyszło mi do głowy, żeby cię obezwładnić.

– Zawsze wozisz w aucie chloroform?

– Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda – mówi spokojnie, wzruszając ramionami.

– Skąd go masz?

To pytanie chyba mu się nie podoba, bo lekko rozszerzają mu się nozdrza.

– Jestem lekarzem – odpowiada i odwraca się, żeby wyjść z łazienki. Lekarzem, akurat. Chociaż to tłumaczyłoby fakt, że ma dostęp do takich środków chemicznych.

– To tak jak ja.

Przytulam się do ściany, chłonąc jej przyjemny chłód.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jonathan

Kurwa, mogłem wymyślić coś innego. Na przykład ogrodnika albo kierowcę taksówki. Ale skoro nie zadaje dalszych pytań, zostańmy przy tym lekarzu. Kuli się w kącie i nie wiem, czy się mnie boi, czy po prostu źle się czuje. Wolałbym, żeby wsiadła do innego samochodu, ale skoro jak ostatni kretyn nie domknąłem drzwi, to teraz muszę się z nią chwilę pomęczyć. Wygląda na wystraszoną. Nie wypuszczę jej w takim stanie, bo ktoś może to zauważyć i będę miał na głowie nowe problemy. A tego nie chcę. Poza tym nie mam pewności, że nie pobiegnie wypaplać glinom, że ją skrępowałem.

– Zejdę na dół po coś do jedzenia. Co ci przynieść? – pytam, a ona wzdryga się na dźwięk mojego głosu. Marszczy brwi i przez chwilę analizuje moje słowa.

– Mogę sama zejść i sobie coś kupić.

– Przykro mi, ale nie mogę cię teraz stąd wypuścić. Nie wiem, kim jesteś. Mówiłaś, że masz kłopoty. Może szukają cię niebezpieczni ludzie i oberwie mi się, kiedy cię znajdą. Nie chcę ryzykować.

Mówię jej prawdę, bo co mam powiedzieć? Nie prosiłem jej, żeby wsiadała do mojego auta. Właściwie nie mojego, tylko z wypożyczalni, ale mniejsza o to. Skoro zabrała się na przejażdżkę, to musi wiedzieć, że wszystko odbywa się na moich zasadach. A zasady obejmują niezwracanie na siebie uwagi.

– Masz zamiar mnie więzić? – pyta, odsuwając się w końcu od ściany.

– Nie zapraszałem cię na wycieczkę – ostrzegam. – Dzisiaj zostaniesz tutaj, żebym miał cię na oku, a jutro rano podwiozę cię na stację albo lotnisko i się pożegnamy.

Wpatruje się we mnie, ale milczy. Unoszę brwi, czekając na jej reakcję.

– Nie zrobisz mi krzywdy? – To brzmi jak ciche skomlenie.

– Nie mam takiego zamiaru. Jestem po prostu ostrożny.

Przybiera wojowniczy wyraz twarzy. Przynajmniej tak jej się chyba wydaje.

– Sama wynajmę sobie pokój.

– I zwiejesz, kiedy tylko zamkną się za tobą drzwi? Nie ma mowy. Widzieli, jak wchodzimy tutaj razem. Nie chcę mieć przez ciebie kłopotów.

Zagryza wargę i spuszcza wzrok na podłogę. Po kilku sekundach się odzywa:

– Zjem rogalika.

– Rogalika – powtarzam, kiwając głową.

– I poproszę herbatę, jeśli to nie kłopot.

– Nie ma problemu. – Odwracam się i zbliżam do wyjścia. – Nie dzwoń nigdzie i nie wychodź. Okej?

– Okej – szepcze i słyszę, że odkręca kran.

Mam nadzieję, że nie sprawi mi problemu i nie będę musiał znów krępować jej taśmą. Zamykam drzwi na klucz. Niech nie myśli, że jej ufam. Wolałbym, by nie przyszło jej do głowy nic głupiego. Schodzę na dół, żeby wziąć jedzenie z samochodu i kupić jej tego rogalika. Hotel nie należy do ekskluzywnych, ale jest tu czysto, można płacić gotówką i nie zadają zbyt wielu pytań. Kiedy mijam recepcję, pulchna kobieta koło pięćdziesiątki uśmiecha się na mój widok, jakbym był, kurwa, jej kolegą. Nienawidzę, jak ktoś na siłę spoufala się z każdą napotkaną osobą. Ale może praca w hotelu tego wymaga. Chuj wie.

– Żona ma się lepiej? – pyta recepcjonistka.

– Tak, tak. Odpoczywa.

Mijam ją pośpiesznie i idę zaopatrzyć się w prowiant. Kiedy wnosiłem tu swoją nieproszoną pasażerkę, dziwnie na mnie patrzyli. Powiedziałem, że żona źle się poczuła i zasnęła w samochodzie. Łyknęli to, ale koniecznie chcieli wiedzieć, jak ma na imię. Powiedziałem, że Jane, bo takie widnieje w jej dokumentach. Lewych, ale całkiem nieźle podrobionych. Nie powinno mnie obchodzić, dlaczego się ukrywa, bo ewidentnie to robi, ale moja pierdolona ciekawość wciąż nasuwa mi pytania, które staram się lekceważyć.

Kiedy wracam do pokoju, kobieta podająca się za Jane Connely właśnie wychodzi z łazienki. Staje na środku pokoju, jakby czekała, czy pozwolę jej usiąść. Kładę jej zamówienie na stole i gestem zapraszam ją, by zajęła krzesło. Powoli siada i chwyta kubek z herbatą. Widzę, że tego jej było trzeba, bo po pierwszym łyku lekko się rozluźnia i opada na oparcie.

– Chciałabym dostać swoją torebkę – mówi, niepewnie spoglądając mi w oczy. – Mam tam szczoteczkę do zębów.

– I sporo gotówki – zauważam, wstając i wyciągając z szafy jej ogromną torebkę. Jak można, kurwa, ważyć z pięćdziesiąt kilo i nosić coś tak ciężkiego? Odwracam się i od razu zauważam na jej twarzy przerażenie. W oczach lśnią łzy. – Hej. Nie obrobię cię. Pamiętaj, że w tej historii to ty miałaś być złodziejką.

Głośno wypuszcza powietrze i drżącymi rękami sięga po torebkę.

– Dziękuję.

– Nie musisz się mnie bać – wyjaśniam. – To tylko środki ostrożności. Ty nie znasz mnie, ja nie znam ciebie, ale to ty wsiadłaś do mojego samochodu, więc w tej chwili ja ustalam zasady.

– Rozumiem. – Kiwa głową i wyciąga z torebki opakowanie tabletek przeciwbólowych. Podsuwam jej rogalika, bo jest cholernie blada i nie chcę, żeby mi tu wykitowała z głodu. – Dziękuję.

Jemy w ciszy, a ja zastanawiam się, kim jest ta kobieta. Ewidentnie przed czymś lub przed kimś ucieka. Może okradła jakąś firmę i teraz ukrywa się ze szmalem w torebce? Nie. Widzę, jak się trzęsie, i nie wyobrażam sobie, jak z pokerową miną robi przekręty finansowe. Od razu ktoś by się zorientował. Może odziedziczyła spadek i nie chce, żeby reszta rodziny dopomniała się o swoje, więc wrzuciła forsę do torebki i zwiała ze stypy? To mogłaby być prawda. Jej czarna sukienka z długimi rękawami pasowałaby na taką uroczystość. Ktoś jej szuka, a ja nie mam zamiaru odgrywać roli jej wspólnika. Gdyby ktoś ją teraz zobaczył, zapewne miałbym problemy.

 

– Mogę wziąć jeden ręcznik? – Jej cichy głos wyrywa mnie z zamyślenia. Widzę, że skończyła jeść i wyjęła z torebki niewielką kosmetyczkę.

– Oczywiście.

Potakuje i wstaje. Kiedy znika za drzwiami łazienki, kończę jeść i rozważam możliwe rozwiązania zagadkowej sytuacji swojej nieproszonej pasażerki. Otwieram na chwilę okno, żeby wpuścić nieco świeżego powietrza. Odwracam się i nagle dociera do mnie, że mamy jedno łóżko. A niech to chuj. Zerkam na kanapę pod oknem. No trudno. Może nie grzeszę uprzejmością i urokiem osobistym, ale nie jestem łajdakiem. Nie pozwolę kobiecie spać na kanapie. I tak długo pozwoliłem jej leżeć na podłodze w samochodzie, lecz musiałem wyjechać za miasto, żeby nie przykuwać uwagi wścibskich idiotów podczas usypiania jej chloroformem.

Zabieram dwie poduszki i narzutę, żeby przygotować sobie posłanie. Parskam śmiechem na myśl, że odezwał się we mnie dżentelmen. Zdarzało się, że spałem w samochodzie na siedząco, ale to były obowiązki służbowe. Teraz z własnej woli rezygnuję z łóżka, za które zapłaciłem. Obudziła się we mnie, kurwa, rycerskość.

Siadam na kanapie i ściągam buty. To był cholernie długi dzień. Przymykam oczy i delektuję się lekkim wiatrem, który wdziera się przez otwarte okno. Wstaję, żeby je zamknąć. Zdejmuję koszulę, a kiedy wyciągam pasek ze spodni, drzwi łazienki się otwierają. Zmyła makijaż i włożyła hotelowy szlafrok. Dziwi mnie, że w takim hotelu mają szlafroki. Odkłada sukienkę na krzesło i spogląda na mnie niepewnie. Przenosi wzrok na kanapę i kieruje się w jej stronę.

Kiedy jest blisko, za jej plecami zauważam wielkiego komara. Nienawidzę skurwysynów. Zatrzymuję ją gestem i unoszę pasek, żeby wycelować w brzęczącego krwiopijcę, który z pewnością jest tutaj po to, żeby w nocy upierdolić mnie w ramię. Szybkim ruchem rozpłaszczam go na ścianie, po czym wytrzeszczam oczy ze zdziwienia. Wszystko staje się dla mnie jasne.

Moja przypadkowa towarzyszka wydaje cichy pisk, zamyka oczy i unosi ręce, żeby osłonić twarz. Kuli się, a ja w tym momencie doznaję olśnienia. To ofiara przemocy. Zapominam o teoriach z okradaniem firmy i spadkiem. Odkładam pasek na kanapę i odzywam się najdelikatniej, jak potrafię:

– Nie uderzę cię. – Opuszcza ręce i otwiera oczy. Widzę w nich strach. – Nie bój się. Chciałem tylko zabić komara.

Przełyka ślinę, szybko spogląda na pasek leżący na kanapie, a później jej wzrok zatrzymuje się na mojej klatce piersiowej. Gołej. Świetnie! Pewnie pomyślała, że skoro czekam na nią półnagi i z pasem w ręce, to chcę ją pobić i zgwałcić. Teraz nie zmruży oka. Muszę załagodzić tę sytuację, żebyśmy oboje mogli się zdrzemnąć.

– Posłuchaj, naprawdę cię nie skrzywdzę. – Moje słowa lekko ją uspokajają. Patrzy mi w oczy. – Jestem cholernie zmęczony i muszę się przespać. Łóżko jest dla ciebie, ja zajmę kanapę. – Widzę, że otwiera usta, żeby zaprotestować. – Bez dyskusji.

– Dziękuję – mówi, po czym szybko podchodzi do łóżka i wskakuje pod kołdrę. Co chwilę mi dziękuje. Jak na kogoś, kto bez pytania wozi się cudzymi samochodami, ma całkiem niezłe maniery.

Idę do łazienki i odkręcam wodę pod prysznicem. Wreszcie chwila relaksu. Wchodzę pod ciepły strumień i po prostu stoję, pozwalając, żeby moje ciało się rozluźniło. Układam w głowie plan na najbliższe dni. Zmiana samochodu, długa droga, trochę pracy, zarezerwowany pokój, powrót do domu po mamie. Mam nadzieję, że podczas mojej nieobecności zgłosił się jakiś kupiec i nie będę musiał przemierzać oceanu, żeby w końcu sprzedać tę ruderę. Mama od dawna nie robiła żadnych remontów, więc dom nie robi wrażenia na potencjalnych nabywcach, ale liczę na to, że atrakcyjna cena kogoś skusi. Nie chcę latami tam wracać i wspominać. Wspomnienia są zbyt bolesne.

Zakręcam wodę i powoli się wycieram. Wskakuję z powrotem w spodnie, żeby nie wystraszyć swojej towarzyszki widokiem tyłka w samych bokserkach. Cicho wchodzę do pokoju i zauważam, że nakryła się kołdrą po same uszy. W czerwcu. Uśmiecham się na ten widok i na palcach podchodzę do kanapy. Gaszę lampkę, zrzucam spodnie i wsuwam się pod narzutę. Ledwo przykładam głowę do poduszki, a już czuję, jak powieki robią mi się ciężkie. To był dzień pełen wrażeń i cieszę się, że dobiegł końca. Od strony łóżka dobiega ciche pochrapywanie. Powstrzymuję uśmiech i układam się wygodniej na tym pseudoposłaniu. W co ja się wjebałem?

* * *

– Dokąd jedziesz? – pyta nieśmiało, kiedy jemy śniadanie w pokoju.

To pierwsze pytanie, jakie zadała mi od momentu, gdy zadzwonił mój budzik. No nie, przesadziłem. Wcześniej zapytała, czy może iść pierwsza do łazienki. Oczywiście podziękowała, kiedy puściłem ją przodem. Znów ma na sobie czarną sukienkę z koronki. Zapomniała walizki? Może uciekała w pośpiechu. Skup się, chłopie! Coś do ciebie mówiła.

– A ty? – Postanawiam nie zdradzać zbyt wiele na swój temat, jeśli nie muszę. Ostrożności nigdy dość.

– Chcę się dostać do Brighton.

Wiem, co kombinuje. Na lotnisku poproszą ją o dokument i wpiszą na listę pasażerów. Podróżując transportem publicznym, ryzykuje, że uchwyci ją kamera. Ten, przed kim ucieka, będzie miał większe szanse, żeby ją znaleźć. Jadąc ze mną, musiałaby jedynie przedostać się przez granicę na lewym paszporcie. Dokument jest bardzo dobry. Puszczą ją. A od wczoraj chyba nabrała do mnie trochę zaufania, bo już nie trzęsie się przy każdym moim ruchu.

– Też jadę do Anglii. Dziś wieczorem śpię w hotelu we Frankfurcie. Jeśli ci się nie śpieszy, podrzucę cię do Brighton. – Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Powinienem wysadzić ją na najbliższym lotnisku i życzyć powodzenia, jednak, cholera, jest mi jej żal. Wygląda na wystraszoną i zagubioną, w dodatku raczej mi nie zagraża. Mogę ją podrzucić i zrobić dobry uczynek. Ha, ha, jakby miało mi to w czymś pomóc. I tak pójdę do piekła.

– Chętnie skorzystam z twojej propozycji. – Mógłbym przysiąc, że w jej oczach maluje się wdzięczność. – Zapłacę ci.

– Nie trzeba. – Unoszę dłoń. – I tak jadę w tamtą stronę.

Bierze głęboki wdech, a na jej ustach widzę cień uśmiechu. Kończymy śniadanie i opuszczamy pokój. Uważnie obserwuję otoczenie, ale nic nie wzbudza moich podejrzeń. Babka z recepcji macha nam tak zawzięcie, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi. Wsiadamy do samochodu. Włączam radio i ruszam. Moja pasażerka nie odzywa się ani słowem. Jest wpatrzona w okno i ewidentnie bardzo intensywnie myśli. Postanawiam jej nie przeszkadzać i przez godzinę jedziemy w błogiej ciszy, słuchając przyjemnej muzyki. Sądziłem, że będzie gadać przez całą drogę, jak to kobiety, ale ona chyba też jest zadowolona z faktu, że nie rozmawiamy na siłę. No i że siedzi w fotelu, a nie leży na podłodze.

– Mógłbyś zatrzymać się przy jakimś centrum handlowym? – pyta nagle. – Potrzebuję nowego ubrania. Pośpieszę się.

– Lepiej wybierzmy jakiś mały sklepik. Mniejsze prawdopodobieństwo, że będą tam kamery.

Podrywa głowę i wlepia we mnie zdziwione spojrzenie. Wie, że ją przejrzałem. Posyłam jej słaby uśmiech, dając do zrozumienia, że domyślam się, co się dzieje. Nie odzywa się. Ja też nie. Odwraca głowę w stronę okna i znów pogrąża się w rozmyślaniach. Jej milczenie potwierdza moją teorię. Ta dziewczyna nie chce być znaleziona.

Robimy przystanek przy niewielkim sklepie odzieżowym. Chwyta swoją cholernie ciężką torebkę i otwiera drzwi.

– Zaraz wrócę. To zajmie pięć minut.

– Nie śpiesz się. Rozprostuję nogi – mówię i wysiadam z auta. Patrzy na mnie podejrzliwie, ale szybkim krokiem idzie do drzwi.

Wyciągam telefon i udaję, że gdzieś dzwonię. Przez szybę obserwuję swoją pasażerkę, kiedy przemieszcza się pomiędzy półkami i z prędkością światła zgarnia z nich zaledwie kilka rzeczy. Myślałem, że kobiety kochają zakupy, a ona w ogóle nie delektuje się tą chwilą. Staje w krótkiej kolejce, a ja sprawdzam w sieci, czy nie ma żadnych informacji na jej temat.