Nadwiślańskie sercaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Polecamy także:

Katarzyna Archimowicz Miłość w Burzanach

Katarzyna Archimowicz W kolejce po życie

Katarzyna Archimowicz

Nadwiślańskie serca


Wołowiec 2017

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce © by Marc Owen / Arcangel;

pryzmat / Shutterstock

Copyright © by Katarzyna Archimowicz, 2017

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Korekta Agnieszka Rymarowicz / d2d.pl, Agnieszka Kutylak-Hapanowicz / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-546-3

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Kolofon

Rozdział 1

Na schodach i placu przy kościele farnym gromadziło się coraz więcej odświętnie ubranych ludzi. Przystawali w kilku- lub kilku­nastoosobowych grupkach, witali się, spoglądali na miasto w dole, po czym rozpoczynali kurtuazyjne pogawędki. Tylko nieliczni wysiadali z samochodów, reszta przybywała pieszo z różnych stron Kazimierza. Przyczyną tego zgromadzenia mog­ło być święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, ale balony zawieszone u klamek niektórych aut, bukiety dzierżone przez panie i panów oraz liczne torebki z prezentami wskazywały raczej na inny powód. Gdyby chodziło o zwykłą mszę, ludzie znikaliby od razu we wnętrzu kościoła, tymczasem z ich niecierpliwych spojrzeń rzucanych wokół jasno wynikało, że na coś czekają.

Janusz Bilski, siedząc przy piwie w pubie Mars, miał dobry widok na tłum gęstniejący pod świątynią. Mimo woli zaczął czekać razem z nim i raz po raz się rozglądał, czy przypadkiem z którejś uliczki nie wyjeżdża limuzyna z młodą parą. Po kilkunastu minutach powstało wyraźne zamieszanie i wszyscy zgromadzeni spojrzeli w kierunku ulicy Nadwiślańskiej. Janusz odruchowo powiódł wzrokiem w tę samą stronę i po chwili dostrzegł idącą spacerem młodą parę. Narzeczeni szli, trzymając się za ręce, a za nimi podążało jeszcze kilkanaście osób. Kilkuletnia dziewczynka próbowała nadążyć za młodymi, podtrzymując tren sukni panny młodej i jednocześnie z trudem zachowując równowagę na kazimierskim bruku.

Janusz był w swoim życiu na kilkunastu ślubach, ale nigdy nie widział ani nie słyszał, by państwo młodzi pieszo wędrowali do kościoła. Widok był niecodzienny, ale bardzo urokliwy, zapewne także dzięki czarowi i klimatowi Kazimierza.

Młodą parę powitano u bram kościoła gromkimi brawami, po chwili w wejściu pojawił się ksiądz i przy dźwiękach marsza Mendelssohna poprowadził narzeczonych do ołtarza. Bilski dopił piwo i zamierzał wrócić do hotelu, lecz po chwili namysłu zamówił jeszcze jedno. Pogoda w ten długi majowy weekend dopisywała, lekki wiatr wiał chłodem od Wisły, ale słońce jeszcze całkiem mocno grzało. Słowem: było tak przyjemnie, że Januszowi wcale nie chciało się iść do pokoju. Poza tym miał wielką ochotę powtórnie przypatrzeć się nowożeńcom, kiedy będą wychodzić z kościoła. Powoli sączył piwo, rozmyślając o mającym się odbyć za cztery miesiące własnym ślubie.

Niecałą godzinę później z kościoła dobiegły dźwięki skrzypiec i trąbki, a delikatny dziewczęcy głos z powagą i w skupieniu zaśpiewał Ave, Maria. Po chwili ze świątyni wysypał się tłum poprzedzany młodą parą. Janusz z niesłabnącym zainteresowaniem przyglądał się temu widowisku, aż do momentu, kiedy cały orszak weselny zniknął z pola widzenia. Zwrócił szczególną uwagę na parę idącą tuż przy pannie młodej. Byli to młodzi ludzie, którzy właściwie niczym specjalnym się nie wyróżniali spośród barwnego tłumu. Może po prostu przechodzili najbliżej Bilskiego i dlatego ich zauważył? A może w dziewczynie dostrzegł coś innego niż w pozostałych kobietach? Była nieco bardziej naturalna, mniej ufryzowana i zwiewnie ubrana, przez co sprawiała wrażenie, jakby jej gibkiej postaci nic nie mogło ograniczyć i skrępować. Albo może jednak wzrok Janusza przykuł towarzyszący jej młody mężczyzna, który kilkakrotnie próbował chwycić ją za rękę, ale ona wciąż robiła uniki? Może to przez niego i jego górującą nad pozostałymi sylwetkę Bilski zatrzymał spojrzenie właśnie na tej parze?

Orszak weselny przeszedł przez cały rynek, śmiejąc się i wesoło gawędząc, aż zniknął gdzieś w jednej z wąskich uliczek. Prawdopodobnie przyjęcie weselne będzie się odbywać na tyle blisko kościoła, że nie warto było wsiadać do samochodów. Tylko nieliczni odłączyli się od pochodu, by odstawić auta, którymi przyjechali, zapewne pod dom weselny.

Wieczór robił się już naprawdę chłodny. Janusz zapłacił za piwa i ruszył w kierunku hotelu Dwa Księżyce, w którym zatrzymał się na dwa noclegi. Kazimierz Dolny był miastem jego dzieciństwa, tu spędzał każde wakacje i święta, bo z tych okolic pochodzili jego dziadkowie. Odkąd jednak skończył liceum, przyjeżdżał tu coraz rzadziej, a od śmierci dziadków prawie wcale. Ich opuszczony dom stał po drugiej stronie Wisły, w Janowcu, z dala od ludzkich obejść, i coraz bardziej chylił się ku upadkowi. Gdyby nie przymusowy wyjazd służbowy, Janusz pewnie nieprędko zawitałby znów w te strony, zwłaszcza że ostatnio zajęty był pracą, a także organizacją ślubu.

Bez pośpiechu dotarł do hotelowego pokoju, zdjął polarową bluzę, rzucił ją na szerokie małżeńskie łoże, po czym otworzył na oścież drzwi tarasowe. Do środka natychmiast wdarło się rześkie wieczorne powietrze. Z ochotą wyszedł na zewnątrz i ogarnął wzrokiem wijącą się nieopodal wstęgę Wisły. Zbliżała się dwudziesta i zachodzące słońce oblewało okolicę malowniczym ciepłym światłem. Janusz nie mógł się powstrzymać, by nie uwiecznić tego widoku. Sięgnął do kieszeni po telefon i lekko wychyliwszy się poza poręcz, zrobił parę zdjęć. Następnie wybrał numer Doroty. Odezwała się po kilku sygnałach.

– Dobry wieczór, kochanie – przywitał się ciepło.

– Cześć – odpowiedziała uprzejmie, choć z charakterystycznym dla siebie dystansem. – Jak ci minęła podróż?

– W porządku – odparł – ale już za wami tęsknię. – Mówił to jak najbardziej szczerze.

– Przecież wyjechałeś zaledwie kilka godzin temu – w głosie Doroty pojawiło się jakby niedowierzanie.

– Ale i tak już tęsknię – upierał się Janusz.

– Tatusiu, tatusiu, wracaj szybciutko, bo chcę ci coś pokazać! – W słuchawce rozszczebiotał się piskliwy dziewczęcy głosik. – Jak ja bym chciała być teraz z tobą – wyznało dziecko.

– Skarbie, ja też bym chciał, żebyś była tu ze mną. – Janusz poczuł, że naprawdę już tęskni. – Wracam pojutrze, wytrzymamy bez siebie?

– Wytrzymamy – westchnęła dziewczynka.

Gardło ścisnęło mu się z rozczulenia i miłości. W jego sercu znalazło się dość miejsca dla dwóch kobiet. Jedną z nich była Dorota, drugą – jej siedmioletnia córka Julia. Obie kochał ogromnie i bez wahania poszedłby za nimi w ogień. Gdyby tylko mógł, przychyliłby im nieba. Były dla niego wszystkim i nie wyobrażał sobie życia bez nich. Uważał się za bardzo szczęśliwego człowieka dlatego właśnie, że kiedyś spotkał Dorotę i niejako w bonusie dostał Julkę. Więcej od życia nie chciał, scenariusz na pozostałe dni miał od dawna ułożony w głowie i od siedmiu lat konsekwentnie go realizował.

Dorotę poznał prawie osiem lat temu w Chorwacji, dokąd ze swoją ówczesną dziewczyną i dwojgiem innych przyjaciół wybrał się na urlop. Dorota Zagórna pracowała całe lato w tamtejszym hotelu jako przewodnik do wynajęcia. Zauroczyła Janusza prawie od pierwszego wejrzenia, i to tak bardzo, że nie mógł przestać o niej myśleć. Na pozór sprawiała wrażenie wyniosłej i niedostępnej, wydawała się nieco posągowa i brakowało jej spontaniczności. Ale była piękna. Jej długie kasztanowe włosy opadały falami na plecy, ciemne oczy podkreślała starannym makijażem, a usta miała karminowe. Perfekcyjnego wyglądu dopełniały zawsze świetnie na niej leżące stroje porządnej marki oraz niesłychanie wyprostowana sylwetka. Dorota nigdy, nawet na chwilę, nie przygarbiła pleców. Dziś, po kilku latach znajomości, nie zmieniła się wcale. Wciąż była tą samą dystyngowaną damą, zadbaną, nieco sztywną w obejściu i nadal piękną. Przyjaciele Janusza długo, a niektórzy nawet do dziś uznawali ją za oziębłą, i mieli sporo racji. Dorota bowiem skrywała swoje uczucia i z pewnością mogła sprawiać wrażenie nieczułej. Janusz jednak tego jakby nie dostrzegał. Wystarczały mu jej lakoniczne zapewnienia o jej zadowoleniu i zawoalowane przejawy miłości. Bo Dorota bardzo rzadko mówiła wprost, że kocha. Trzeba było się raczej tego domyślać, niż oczekiwać od niej takich wyznań.

Dorota w chwili poznania Janusza wiedziała, że jest w ciąży, ale przez czas pobytu w Chorwacji nie dzieliła się z nikim tą wiadomością. Po zakończonym urlopie Bilski wciąż się nią interesował, zapraszał na kolacje i spacery, a ona – porzucona przez kochanka – dość chętnie poświęcała mu czas. Wreszcie nieśmiało się przyznała, że oczekuje dziecka. Sądziła, że będzie to równoznaczne z definitywnym zakończeniem ich znajomości. On nawet jakby trochę się stropił tą nowiną, ale był już w niej tak zakochany, że postanowił zaryzykować i mimo wszystko chciał spróbować ułożyć sobie z nią życie. Co prawda trochę się obawiał narodzin dziecka, zupełnie nie wiedział, czy da radę je zaakceptować, pokochać i wychować jak swoje, ale gdy tylko Julka się pojawiła na świecie, stracił dla niej głowę. Ubóstwiał tę małą od momentu, kiedy po raz pierwszy spojrzał w jej niebieskie oczka. Od tamtej chwili nie wyobrażał sobie już życia bez Doroty i przede wszystkim bez Julii. Nabrał niezachwianej pewności, że chce z nimi być na zawsze, i wtedy po raz pierwszy poprosił Dorotę o rękę. Ona jednak odmówiła. Tłumaczyła, że ślub niczego nie zmieni, że nie jest im do niczego potrzebny, że dziecko jest jeszcze zbyt małe, jak podrośnie, to wrócą do tego tematu. Sprawiła mu tym ogromną przykrość, ale nie nalegał. Poprosił jedynie, by podała go w urzędzie jako ojca Julki. Tego jednak też odmówiła, a on poczuł się niezwykle dotknięty. Właściwie do dziś nie rozumiał jej decyzji, która przez lata kładła się cieniem na ich związku. Mimo wszystko nadal kochał Dorotę tak samo jak w pierwszych miesiącach, a od narodzin Julii nawet mocniej. Obie stanowiły cały jego świat i wypełniały go absolutnie, po same brzegi.

 

Po zakończonej rozmowie Bilski wrócił do pokoju, włączył telewizor i próbował skupić uwagę na zmieniających się na ekranie obrazach. Po pewnym czasie znudził się i zaległ na łóżku ze wzrokiem wbitym w sufit. Wreszcie wstał i znów wyszedł na taras. Spojrzał na wyświetlacz komórki, schował ją do kieszeni i zapatrzył się za linię Wisły, gdzieś lekko w lewo, w kierunku Janowca. Choć nie spodziewał się, że dojrzy siedlisko swoich dziadków, nie mógł się oprzeć i wciąż tam patrzył. Wystarczyła mu sama świadomość, że niedaleko stąd jest kraina jego dzieciństwa. Postał tak przez chwilę, po czym szybko się odwrócił, wszedł do pokoju, chwycił polar i niemal biegiem opuścił hotel. Nie wiedział, która dokładnie jest godzina, do północy brakowało pewnie jeszcze godziny, a może dwóch, ale on miał w tym momencie ochotę na spacer. Bliskość nabrzeżnej promenady zdecydowała, że wybrał ten właśnie kierunek. Światła lamp i księżyca pięknie odbijały się w spokojnych wodach Wisły, ścieżką spacerowali nieliczni turyści pozostali w mieście po długim weekendzie. Janusz głęboko zaczerpnął świeżego powietrza, spojrzał w wody rzeki, po czym obejrzał się na przycupnięte na wzgórzu miasteczko. Ten widok zachwycał go zawsze i chyba nigdy mu się nie znudzi. Po chwili kontemplacji i marszu usiadł na ławce. Znów odetchnął głęboko, a potem przymknął powieki. Dookoła panowała cisza przerywana jedynie dalekim stukotem kobiecych obcasów i cykaniem owadów.

Kilka minut później usłyszał dobiegające z dala ludzkie głosy. Nabierały wciąż na sile i w końcu dostrzegł dwoje ludzi idących promenadą i prowadzących ożywioną konwersację. Przeszli obok niego, wciąż rozmawiając, a on odruchowo odprowadził ich wzrokiem. Bez cienia wątpliwości rozpoznał parę spod kościoła: swobodną i naturalną dziewczynę oraz przygarbionego dryblasa, który jej wtedy towarzyszył. Zatem wesele musiało trwać w najlepsze gdzieś niedaleko stąd.

Już prawie z powrotem przymknął oczy, by oddać się rozmyślaniom, gdy do jego nozdrzy wdarł się nieoczekiwany zapach. Za odchodzącą parą rozsnuwał się niezwykle świeży aromat mięty i herbaty. Janusz zaciągnął się głęboko i oprócz zapachu wody oraz świeżej majowej trawy rozpoznał jeszcze raz rześką woń zielonej herbaty. Docierała do niego jakby ze zdwojoną siłą, na rękach poczuł gęsią skórkę. Olejki eteryczne z bergamotki, herbaty, mięty i cytryny jeszcze przez chwilę przyjemnie drażniły jego zmysły, aż w końcu zanikły zupełnie, ustępując miejsca typowym kazimierskim zapachom. Dopiero wtedy mógł znów spokojnie przymknąć powieki i skupić się na swoich myślach.

– Jest świetnie – odezwał się wysoki mężczyzna. – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak ja się tu relaksuję… Uwielbiam Kazimierz, a ciebie kocham – pochylił się nad dziewczyną i cmoknął ją w policzek.

Jej jedyną reakcją był wymuszony śmiech. Podzielała jego zdanie, że jest świetnie. Ślub był piękny, wesele bardzo udane, pogoda dopisała, no i widoki – urocze jak zawsze.

– Kocham cię – powtórzył i znów się pochylił, by ją pocałować, ale ona tym razem zrobiła wyraźny unik.

– Rafał, przestań – poprosiła.

– No co? Wszystko psujesz – naburmuszył się, choć doskonale wiedział, że Marta nie lubi, kiedy on przekracza określoną dawkę alkoholu.

Właśnie po to wyciągnęła go na spacer, aby zrobił sobie choć krótką przerwę w piciu i trochę się przewietrzył. Po jednym piwie czy nawet dwóch zachowywał się zupełnie normalnie, ale już po kolejnych stawał się zrzędliwy, rozpamiętywał jakieś zadawnione sprawy, roztrząsał wyimaginowane krzywdy i czasami Marta odnosiła wrażenie, że jeszcze chwila, a będzie bardzo nieprzyjemny.

Byli razem zaledwie od dwóch miesięcy i wciąż jeszcze nie dość dobrze się poznali, by z całą pewnością stwierdzić, czy chcą ze sobą dzielić życie. Na razie ona wiedziała na pewno, że Rafała lubi. Czy go kocha? Raczej nie. W każdym razie jeszcze nie. Nie zgadzała się z ogólnie przyjętym truizmem, że kocha się za nic. Gotowa była się zgodzić, że rodziców można kochać bez powodu, za samo to, że są, uważała jednak, że mężczyzna na jej miłość powinien sobie zasłużyć. Ona także zamierzała ciężko pracować na to, by w przyszłości ktoś ją pokochał, tak naprawdę, szczerze i na zawsze. Dla niej miłość to uczciwie zdobyta nagroda za określone postępowanie wobec drugiej osoby. Jak dotąd nie zauważyła u siebie żadnych symptomów zakochania. Owszem, Rafał mógł się podobać kobietom, z pewnością mogły brać go pod uwagę jako kandydata na męża, ale Marta na razie w ten sposób o nim nie myślała. Po prostu go lubiła. Zachowywała przy tym sporą czujność i bardzo wnikliwie obserwowała jego zachowania. Podskórnie czuła, że być może wcale nie z takim człowiekiem chce dzielić swoje życie. Pierwszym sygnałem ostrzegawczym było jego zachowanie po alkoholu. Niby nic złego się nie działo, ale wyczuwała w nim coś na kształt tłumionego rozdrażnienia, jakby miał ochotę wyrzucić z siebie nadmiar złych emocji, lecz powstrzymywał się ze względu na nią. Kolejną rzeczą, która ją hamowała, było nadmierne, według niej, marudzenie. Zrzędził często i prawie na wszystko. Przeważnie na sytuację polityczną i gospodarczą, na dziury w jezdniach i na zbliżającą się ponoć do Polski falę emigrantów. Nie podobały mu się też własne zarobki, ale nie zrobił nic, by zmienić pracę albo w jakikolwiek sposób spróbować polepszyć swoją sytuację.

Trudno jest kochać takiego człowieka. Na szczęście poza tymi wadami miał także kilka zalet. Umiał być czuły, opiekuńczy i romantyczny, co Marta naprawdę doceniała.

Chociaż chwilami utyskiwała na niego w głębi ducha, musiała jednak przyznać, że dzisiejszy dzień i wieczór były całkiem przyjemne. Adorował ją, komplementował jej wygląd, był ciepły i kulturalny. Może jeszcze coś z tego będzie?

– Wracajmy – powiedziała, kiedy uznała, że już wystarczająco ochłonął i może znów bawić się na weselu.

W poniedziałkowy poranek przez kazimierski rynek przechodzili prawie wyłącznie tutejsi mieszkańcy. Jeden z pierwszych w tym roku weekendowy najazd turystów właśnie się skończył. Janusz, po sutym śniadaniu, wyszedł z hotelu i pieszo wyruszył na Senatorską, gdzie w Urzędzie Miasta miał sporą robotę do wykonania. Firma, którą prowadził wraz z przyjacielem, przed kilkoma miesiącami wygrała przetarg na obsługę informatyczną tutejszego magistratu i od tego momentu zajmowała się modernizacją miejscowej sieci, oprogramowaniem oraz szkoleniami dla urzędników. W związku z tym co najmniej kilka najbliższych godzin wypełni mu praca. Wieczorem właściwie mógłby już wrócić do domu, postanowił jednak poczekać z wyjazdem do jutra, żeby dać trochę czasu pracownikom urzędu na sprawdzenie, czy wszystko w komputerach działa jak powinno. Zdarza się bowiem, że ktoś ma z czymś kłopot lub coś szwankuje i wtedy trzeba wracać do klienta. Aby sobie oszczędzić podróżowania, zamierzał nieco przedłużyć pobyt w Kazimierzu. Zwłaszcza że czuł do tego miejsca ogromny sentyment.

Przed czternastą wyszedł wreszcie z magistratu. Był zmęczony i głodny. Napięte mięśnie karku nieprzyjemnie ciągnęły. Sięgnął lewą ręką do prawej łopatki, ucisnął bolący mięsień i spróbował się rozprostować. Niewiele to jednak pomogło, zignorował więc dyskomfort i poszedł w kierunku rynku, gdzie na straganie zamierzał kupić pyszne kazimierskie koguty. Wypiekany z drożdżowego ciasta, maślany w smaku i trochę przypominający chałkę okazały ptak z pieczęcią od dawna był wizytówką Kazimierza, a dla Janusza dodatkowo nieodłącznym wspomnieniem dzieciństwa. Coraz bardziej zgłodniały dotarł przed stragan ze świeżutkimi kogutami i od razu kupił sześć. Pulchne ciasto uginało się pod palcami, ale, o dziwo, nie wydzielało aromatu. Nie dowierzając, Janusz wetknął nos do foliowego worka i zaciągnął się mocno. A jednak pachniały. Pachniały jak dawniej, jak należy, jak wtedy, gdy babcia wróciwszy z zakupów, wyjmowała je z ciężkich, wyładowanych po brzegi toreb.

Nie mógł się powstrzymać i jeszcze stojąc przy sprzedawczyni, odpakował jednego i zachłannie wepchnął sobie spory kawałek do ust. Cudo! Ledwie przełknął pierwszy kęs, już wbił zęby w koguci grzebień. Delektował się tym znajomym smakiem z takim upojeniem, że aż na chwilę przymknął powieki. A gdy je otworzył, dostrzegł dziewczynę z wesela. Tę, która minionego wieczoru na promenadzie roztaczała za sobą tę cudowną woń zielonej herbaty. Był absolutnie pewien, że ją rozpoznał. Wyszła właśnie z galerii Lawenda i ślicznie się uśmiechała, rozmawiając przez telefon. Przechodząc obok, na sekundę zatrzymała na nim swój wzrok. Zauważył, że miała urocze dołeczki w policzkach, które pięknie się odznaczały przy uśmiechu, oraz nietypowe skośne oczy. Lekko skośne, ale to wystarczało, by dodać jej buzi nieco egzotyki i wiele oryginalności. To była niebanalna twarz okolona burzą gęstych, niesfornych, choć krótkich włosów. Dziewczyna minęła go, wciąż rozmawiając przez komórkę. Na chwilę przestał przeżuwać, coś kazało mu się za nią obejrzeć, jednak ona szybko zniknęła wśród przechodniów. Wsunął niedojedzonego koguta do reklamówki i nie wiadomo dlaczego wszedł do galerii, którą przed chwilą opuściła nieznajoma. Już od progu uderzył go mocny aromat lawendy, tak intensywny, że aż przesadny. Sklep był pełen bibelotów i rozmaitych artykułów. Głównie chyba interesujących dla kobiet, bo Janusz nie bardzo wiedział, czy cokolwiek stąd mogłoby mu się przydać. Skoro już tu jednak wstąpił, postanowił rozejrzeć się za jakimiś drobnymi suwenirami dla swoich pań. Po długim zastanowieniu dla Doroty wybrał elegancko zapakowaną w szklany flakonik sól do kąpieli oraz mydło lawendowe, a dla Julci mały bukiecik suszonej lawendy.

Zadowolony z zakupów wrócił na hotelowy parking, schował prezenty do bagażnika, a koguty położył na siedzeniu pasażera. Następnie wskoczył za kierownicę i ruszył ulicą Krakowską w kierunku przystani, skąd promem zamierzał przedostać się na drugi brzeg, do Janowca.

Kilkadziesiąt minut później wjeżdżał na polną drogę, która prowadziła prosto do domu jego dzieciństwa. Było to obejście leżące na skraju Janowca, kiedyś w niedalekim sąsiedztwie innych gospodarstw, ale dziś, z powodu rozplenionej wokół dzikiej roślinności, sprawiało wrażenie, jakby odsunięto je od ludzi całkiem daleko. Spoza rozrastających się wokół krzewów, traw i drzew niewiele już można było dostrzec, dom wyglądał na wybudowany w zupełnej dziczy i na kompletnym odludziu. Janusz śmiało jechał drogą doszczętnie porośniętą bujną trawą, zostawiając za sobą odciśnięte w niej ślady kół. Po chwili zatrzymał się przed starym drewnianym płotem z powyłamywanymi sztachetami. Pomiędzy zmurszałymi deskami dostrzegł niewielki bielony wapnem dom. Na jego widok poczuł w piersi ucisk. Wzruszenie ścisnęło mu gardło, a oczy zaszkliły się łzami. Bilski był twardym facetem, ale wobec ogromu miłości, jakiej doznawał w tym miejscu przez tyle lat, zawsze był bezradny i rozczulał się jak dziecko.

Sięgnął dłonią do schowka pod przednią szybą i wyszperał stary klucz z przytroczonym do niego plecionym, brudnym od używania sznurkiem. Otworzył drzwi mercedesa GLK i wysiadł z samochodu. Podszedł do wykoślawionej furtki zamkniętej jedynie na zardzewiały haczyk i otworzył ją przy akompaniamencie lekko zgrzytających żelaznych zawiasów. Zanim zdążył wejść na podwórze, dostrzegł wyłaniające się zza ściany domu jakieś zwierzę. W pierwszym odruchu z powrotem domknął furtkę, ale już po chwili jego oczom ukazał się w całej okazałości duży rudy pies. Prawdopodobnie zareagował na skrzypnięcie bramki i wyszedł wiedziony instynktem lub ciekawością. Janusz zupełnie nie wiedział, co o tym sądzić. Dom od kilku lat był niezamieszkany i z całą pewnością nie powinien się tu znajdować żaden pies. Ani jakiekolwiek inne zwierzę domowe. Stali naprzeciw siebie, w niedużej odległości, oddzieleni furtką, i wnikliwie przyglądali się sobie nawzajem. Janusz miał trochę obaw, czy aby pies nie jest groźny, zwierzę zaś nieśmiało zaczynało merdać ogonem i śmiesznie przekrzywiało głowę, obserwując nieznajomego człowieka. Żaden z nich nie wydał z siebie najmniejszego dźwięku.

 

Nabrawszy nieco odwagi, Janusz powoli otworzył bramkę. Pies ani drgnął. Zrobił więc krok naprzód, potem drugi, zwierzę zaś wciąż stało bez ruchu, jedynie koniec ogona falował delikatnie. Prawdopodobnie nie był to pies z rodowodem, bo takiego nikt by raczej nie wyrzucił, ale z pewnością był to długowłosy owczarek szkocki. Miał piękne rudo-białe umaszczenie, lekko skośne brązowe oczy i długą kufę. Był duży, ale wyglądał bardzo łagodnie. Janusz nie miał pomysłu, co z nim zrobić. Jedno wiedział na pewno: to pies wyrzucony, a on nie zamierza go przygarnąć. Ale zostawić go na pastwę losu także nie mógł. Najlepiej by było, gdyby zwierzak po prostu sobie poszedł, rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy nie istniał. W przypływie bezradności Bilski tupnął nogą. Owczarek w popłochu uciekł gdzieś za dom.

Janusz postał jeszcze chwilę, po czym podszedł wreszcie do drzwi wejściowych, wsunął klucz w zamek i przekręcił go z chrobotem. Stare drzwi szybko ustąpiły i niemal natychmiast uderzyła go woń dawno niewietrzonych pomieszczeń. We wnętrzu było przygnębiająco, dość ciemno i zimno. Wszedł do sieni, potem do kuchni. Przystanął pośrodku, spojrzał na zatrzymany nie wiadomo kiedy zegar wiszący nad kredensem, dotknął zimnych kafli pieca i westchnął mimowolnie na wspomnienie niezwykłego dobra, jakiego tu kiedyś zaznał. Po ludziach, których kochał, zostało tylko tych parę marnych sprzętów i stęchły zapach wilgotnych murów. Po co właściwie tu przyjechał? Nic go tutaj już nie trzymało, a mimo wszystko tu jest. Z własnej woli, wiedziony potrzebą duszy, która tęskni i nie może pogodzić się z nieuniknionym.

Rozejrzawszy się po kuchni, otworzył drzwi do jedynego pokoju i wszedł do niego. Spojrzał na starą szafę, wersalki i niemodną serwantkę. Na ścianach wciąż wisiały monidło dziadków i fotografie rodzinne sprzed wielu lat, a na parapetach dwóch maleńkich okien stały wyblakłe sztuczne pelargonie. Zbliżył się do pożółkłej żakardowej firanki i spojrzał przez zakurzoną szybę. Jego oczom ukazał się widok dziko rozkrzewionej tarniny oraz kawałek starego sadu i puste poletko, na którym babcia zwykła sadzić warzywa. Pod jednym z orzechów dostrzegł zwiniętego w kłębek psa. Zrobiło mu się niewymownie przykro i jakiś potężny żal ścisnął mu serce. Odwrócił się szybko od okna, zaklął siarczyście i wyszedł z domu. Podbiegłszy do samochodu, wyjął torbę z kazimierskimi kogutami i głośno zagwizdał. Owczarek przydreptał prawie natychmiast, znów machając ogonem. Janusz rwał ciasto na kawałki i rzucał mu, a on łakomie chwytał kęsy i połykał prawie bez przeżuwania. Nasycił się dopiero pod koniec drugiego koguta. Pozostałe Bilski podrobił i zostawił pod ścianą domu, po czym wszedł do środka, zdjął z suszarki na ścianie starą blaszaną miskę, nalał do niej wody i wyniósł na zewnątrz. Pies pił zachłannie, rozchlapując wodę na boki.

Owczarek był piękny, ale zaniedbany i wychudzony. Janusz nie mógł pojąć, jakim trzeba być potworem, by skazać zwierzę na tak okrutny los. I co on w ogóle ma teraz z nim począć? Jak zapewnić mu dalsze życie, nie biorąc go pod swoją opiekę? Bilski był w rozterce. Im dłużej patrzył w skośne psie oczy, tym bardziej był poruszony jego marnym żywotem. W końcu w poczuciu bezradności wsiadł szybko do auta i odjechał. We wstecznym lusterku widział jeszcze przez chwilę, jak pies śledzi jego ucieczkę.

Do Kazimierza musiał wracać okrężną drogą, przez most w Puławach, ponieważ spóźnił się na prom. Ani po drodze, ani w hotelu nie potrafił skupić się na niczym innym – bez przerwy myślał o podrzuconym psie. Humoru nie poprawiła mu nawet rozmowa z Julką. Wyszedł po niej na rynek, usiadł U Fryzjera i zamówił gęsi pipek oraz piwo. Choć kolacja była naprawdę smaczna, jakoś nie sprawiła mu większej przyjemności.

Następnego ranka nie śpieszył się z wyjściem z łóżka. Jeszcze leżąc, sprawdził pocztę, odpisał na zaległe e-maile i przejrzał internet. Potem wziął długą kąpiel i dopiero około dziesiątej zszedł do sali restauracyjnej na śniadanie. Tu też się nie śpieszył, jadł spokojnie i z nieco większym apetytem niż podczas ostatniej kolacji.

Po jedenastej był gotowy do wyjścia. Chciał wstąpić do Urzędu Miasta i sprawdzić, czy wszystkie komputery działają jak należy, po czym zamierzał wrócić do Warszawy. W magistracie wszystko było w porządku. Spędził w nim około godziny i wyszedł znowu na rynek. Dokupił jeszcze kilka kogutów dla Julci, Doroty i ewentualnie dla swojego wspólnika Mateusza, po czym ruszył w drogę.

Wyjechał z Kazimierza i po kilkunastu kilometrach był już w Puławach. Zamiast odbić w prawo na Żyrzyn, skręcił w Piłsudskiego, a potem skierował się na most na Wiśle. Zdał sobie sprawę, że od wczorajszego wieczoru jedna rzecz nie daje mu spokoju i że musi coś z nią zrobić. Jeszcze nie wiedział co, ale coś musi. Po niedługim czasie znów był pod domem dziadków. Bez wahania wysiadł z samochodu i od razu wszedł na podwórze. Pies biegł w jego kierunku od strony stodoły. Dziś też nie zaszczekał, choć z pewnością go rozpoznał, bo był bardziej radosny niż wczoraj. Janusz wyciągnął do niego rękę, a on od razu zaczął ją lizać. Po chwili odważył się położyć dłoń na psiej głowie i przesunął nią po grzbiecie. Wyczuł pod palcami ostre kostki kręgosłupa i sterczące żebra.

– Ale z ciebie bida – westchnął smutno, na co pies zamerdał ogonem.

Głaskał go coraz pewniej i z każdym kolejnym ruchem dojrzewała w nim odważna decyzja. Wrócił do samochodu po klucze do domu, otworzył drzwi i wszedł do środka. Od razu wmaszerował do pokoju i skierował się w stronę szafy. Uchylił drzwi, rozejrzał się i z dolnej półki wyjął dwa koce. Co prawda nieprzyjemnie zalatywały stęchlizną, mimo to rozłożył je na tylnym siedzeniu auta, po czym obejrzał się za siebie. Pies uważnie go obserwował.

– Chodź – klepnął kanapę.

Pies zamerdał mocniej, przygarbił się trochę i niepewnie ruszył w kierunku Janusza.

– Śmiało – zachęcił jeszcze raz, a kiedy owczarek oparł o siedzenie przednie łapy, Bilski podrapał go delikatnie po grzbiecie.

Gdy usadowił się już na kanapie, Janusz zamknął za nim drzwi i odetchnął z ulgą. Zdawał sobie sprawę, że łatwo nie będzie, odtąd jego życie nieco się zmieni, poczuł jednak zadowolenie i był pewien, że postępuje dokładnie tak, jak należy.

– No, stary, nie wiem, jak to z nami będzie, bo mam uczulenie na psy – odezwał się ze śmiechem, kiedy już usiadł za kierownicą. Pies w odpowiedzi ni to parsknął, ni kichnął.

Przed piętnastą Marta z Rafałem pożegnali się obok przystanku na Wojska Polskiego w Puławach, skąd odjeżdżał autobus do Wrocławia. Rozstawali się w zgodzie, choć nie bez cienia jednostronnej goryczy. Wywołanej bynajmniej nie żalem z powodu czekającej ich rozłąki, ale zasianymi w Marcie wątpliwościami co do osoby jej chłopaka. On nie miał sobie niczego do zarzucenia, miniony weekend uznawał za bardzo udany; był coraz bardziej oczarowany Martą i już nie mógł się doczekać kolejnego spotkania. Żałował nawet, że dzieli ich pół Polski, i prawie snuł plany przeprowadzki do Warszawy, gdzie Marta mieszkała, pracowała i studiowała.

Ona początek weekendu także uznała za przyjemny. Rafał był uczuciowy, wesele udane, ale w poniedziałkowy wieczór zdarzyło się coś, na co nie zamierzała nigdy więcej pozwolić. Z kilkorgiem jej przyjaciół ze szkolnej ławy wybrali się do pubu na piwo. Kiedy późnym wieczorem wracali do domu jej rodziców, Rafał, trochę na rauszu, podekscytowany przyjemnym wieczorem i skory do amorów, przytulił się do Marty, pocałował ją za uchem i skomplementował po raz nie wiadomo który tego dnia. Miło mu podziękowała, uśmiechnęła się zalotnie i odrobinę się w niego wtuliła. Nie pozostało to bez echa, ponieważ przyjaciele, z którymi wciąż szli przez miasto, zadziornie skomentowali ich umizgi. Nie było w tym niczego złego ani złośliwego, chodziło o zwykłe przekomarzanie się wśród gromkich śmiechów. Marta odebrała to oczywiście jako niewinny żart, Rafał natomiast potraktował to zupełnie inaczej. Bynajmniej nie bawiło go, że drwi się z jego uczuć. Wprawdzie przemilczał zaczepne uwagi, lecz wyraźnie sposępniał i już do samego domu prawie się nie odzywał. Marta zauważyła w nim tę nagłą zmianę, ale nic nie powiedziała. W środku jednak aż kipiała ze złości, że prawie trzydziestoletni facet zachowuje się jak gówniarz. Była od niego o pięć lat młodsza, za to o wiele dojrzalsza.