Dwie twarze IoanyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Polecamy także:

Katarzyna Archimowicz Miłość w Burzanach

Katarzyna Archimowicz W kolejce po życie

Katarzyna Archimowicz Nadwiślańskie serca

Katarzyna Archimowicz
Dwie twarze Ioany


Wołowiec 2019

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce © by Małgorzata Maj / Arcangel; zagorodnaya / Shutterstock; udmurd / Shutterstock

Copyright © by Katarzyna Archimowicz, 2019

Redakcja Małgorzata Holender

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-806-8

Rozdział 1

Siedziały naprzeciw siebie przy kuchennym stole i popijając mocną herbatę, z sentymentem przeglądały plik starych fotografii.

– O, tutaj dziadek przebrany w twoją chustę i bluzkę. – Młodsza z kobiet roześmiała się serdecznie na widok ukochanej twarzy, w jej oczach zaszkliły się łzy.

– Pokaż. – Starsza wyciągnęła szczupłą pomarszczoną dłoń i ze wzruszeniem spojrzała na swojego męża tak cudacznie przebranego przez wnuczkę. – Byłaś jego oczkiem w głowie. – Westchnęła po chwili zadumy.

– Wiem, babciu. Bardzo mi go brakuje…

– Mnie też, kochanie. Mnie też…

Z oddali dolatywał warkot dławiącego się silnika, na twarzy Ioany pojawił się lekki uśmiech.

– Dziś poniedziałek – stwierdziła. – Może Ivan przywiezie ci bilet do twojej Polski?

Ledwie to powiedziała, na drodze zatrzymał się stary motocykl, a do ich uszu dobiegło wołanie listonosza:

– Pani dziedziczko, prasa jak zwykle!

Aniela wyszła przed dom i jak co tydzień odebrała bukareszteńską gazetę. Zawsze kiedy to robiła, budziła się w niej nowa nadzieja.

– Babciu, naprawdę wierzysz, że wygrasz? – W głosie Ioany kryły się troska i niedowierzanie. – Za te wydane leje kupiłabyś sobie jakąś ładną spódnicę albo bluzkę.

Aniela Averescu od ponad dwóch miesięcy w każdy poniedziałek cierpliwie zdrapywała srebrną farbę ze sztywnego kartonu i z coraz większą ekscytacją przyglądała się, jak odkrywane małe obrazeczki ciągną się gęsiego, biegnąc ku brzegowi kartki, i wieszczą rychły koniec konkursu. Z całego serca wierzyła, że choć raz w życiu uda jej się coś wygrać. I bardzo liczyła na główną nagrodę, którą była jednoosobowa wycieczka do stolicy Polski. Byłby to idealny prezent na podróż poślubną jej jedynej wnuczki, przecież nie grała dla siebie. Co prawda trzeba by dokupić drugi bilet, ale na to też miała pomysł. Skrupulatnie odkładała zaskórniaki na ten cel.

Siedemdziesięciotrzyletnia Aniela Averescu de domo Oleśniewska była Polką urodzoną w majątku swych dziadków na Podkarpaciu. Pochodziła, ze strony ojca, z dawno zubożałej szlacheckiej rodziny z Tworylnego, a jej matka była daleką krewną ordynatów łańcuckich. Przyszła na świat jako ich drugie dziecko. Państwo Oleśniewscy utrzymywali się głównie z hodowli bydła, a także z wyrębu i sprzedaży kiepskiej jakości bieszczadzkiego drewna. Wojna, która wybuchła w trzydziestym dziewiątym, powoli, acz skutecznie pogrążyła ich gospodarstwo, aż wreszcie zniszczyła całą rodzinę. Oleśniewskich dręczyły choroby, głód i wszechobecny strach przed bandami UPA oraz własnymi parobkami, którzy dla byle korzyści gotowi byli zawrzeć pakt z nieprzyjacielem. Ponadto przez Tworylne przebiegała granica niemiecko-radziecka i zagrożenia spodziewano się także od tamtejszych żołnierzy stacjonujących przy granicznych strażnicach.

Pod koniec roku czterdziestego czwartego przy życiu została jedynie Julia oraz jej kilkumiesięczna córka Aniela. Nocami niosły się po okolicy dalekie odgłosy wystrzałów i szczekanie psów. Kobieta przerażona jak zaszczute zwierzę spakowała w niewielką walizkę kilka ubranek dla dziecka, swoją starą suknię, bieliznę na zmianę, plik dokumentów zawierający akty ślubów, urodzin i zgonów, album rodzinnych zdjęć i dwie garści rodowych pamiątek, których nie zdążyła jeszcze wymienić na żywność. Choć instynkt podpowiadał jej, by jak najszybciej uciekać z Tworylnego, pozostała tam jeszcze przez tydzień. Gospodarstwo właściwie już nie istniało, trzodę dawno skonfiskowało wojsko, a czego nie zdołało zabrać, dojadała bez pytania okoliczna partyzantka. Jedynie dwór stał jeszcze i opierał się tym mrocznym czasom, ale Julia miała przeczucie, że jeśli go opuści, to rozgrabią w mig wszystkie meble, zastawy i dywany, a książkami będą palić w piecach. Przez chwilę marzyła, że znajdzie bezpieczne schronienie u kuzyna w Łańcucie, ale bała się podjąć trud przeprawy do niego, bo nie wiedziała, czy uzyska tam pomoc. Słyszała, że u Potockich mieścił się sztab wermachtu i pałac nie ucierpiał w działaniach wojennych, ale czy Alfred jeszcze tam jest i zechce jej pomóc, tego pewna nie była. Do Tworylnego dochodziły jedynie słuchy, że hrabia Potocki za pozwoleniem Niemców wywozi majątek do Wiednia.

Julia zwlekała z ucieczką, aż pewnej nocy do dworu nerwowo zastukał stajenny. Wyjrzała z lękiem przez uchyloną zasłonę w oknie – nie miała pojęcia, czy jest to brutalne najście rozwścieczonego nieobytego człowieka czy też jakaś konieczna wizyta.

– Niechże pani otworzy! – zawołał, tłukąc do drzwi.

Przycisnęła do piersi maleńką Anielę i zrobiwszy znak krzyża, odsunęła rygiel. Do domu wpadł zdyszany Vlad, który do Tworylnego przybył przed kilku laty z Rumunii w poszukiwaniu chleba i dachu nad głową.

– Niech pani zabiera dziecko i ucieka! – wrzasnął. – Od strony Studennego pożoga idzie, ludzie poszaleli, ogień podkładają i szabrują! Tu już nie ma po co siedzieć, do rana pani nie dożyje!

Julia zbladła i zaniemówiła. Serce tłukło się w piersiach jak oszalałe, przez głowę przebiegało tysiące myśli. Sparaliżował ją strach. Czuła się bezsilna.

– Nie mam dokąd iść – tylko tyle zdołała wyszeptać.

– Byle dalej stąd! – krzyknął Vlad i już był przy niej, pociągał za rękaw jej sukienki i nie dbał o etykietę. Jeszcze niedawno nie ośmieliłby się dotknąć dziedziczki. – Niech pani pomyśli o dziecku! Ja w każdym razie dłużej tu zostać nie mogę, pójdę dokądkolwiek. A jeśli Bóg da, to przedrę się do Rumunii. Idzie pani ze mną?

Nie było na co czekać. Przecież tę ucieczkę przeczuwała od kilku dni. Teraz jeszcze wrzuciła do walizki komplet srebrnych łyżeczek i owinięty w płótno bochen czerstwego chleba. Nic więcej nie była w stanie zabrać.

Uciekli z dworu. Julia obejrzała się za siebie, przycupnąwszy za starym dębem, i oczom jej ukazał się widok straszny. Mogłaby przysiąc, że dostrzega Jana Czarneckiego, jak z siekierą dobija się do jej drzwi. Za nim zbiegali się inni okoliczni chłopi i wśród pokrzykiwań i przekleństw wszyscy znikali we wnętrzu domu. Jak to możliwe? Czy się nie przewidziała? Czyżby najporządniejszy z jej sąsiadów właśnie przyszedł ją ograbić? Musiała się pomylić, Jan by przecież czegoś takiego nie zrobił…

Vlad ocalił życie jej, Anieli i swoje. Przez wiele tygodni wędrowali przed siebie, polami i lasami, w ciągłym strachu i głodzie. Nocami podchodzili do ludzkich obejść, Vlad czasem ukradł jajko z kurnika, a Julia udoiła niekiedy kubek mleka, jeśli udało jej się zakraść do jakiejś obory. I były to te lepsze dni podczas ich wędrówki. Bywało, że podjechali kawałek na furmance, wziąwszy chłopa przy lejcach na litość, a raz nawet Vlad zabrał stary rower pozostawiony nieopatrznie pewnie przez jakiegoś kłusownika na skraju lasu.

Julia do końca życia nie miała pojęcia, że nawet gdyby zdołała przetrwać wtedy we dworze, to dwa lata później i tak by już nie mogła mieszkać w Tworylnem, bo wieś została doszczętnie spalona na oczach mieszkańców, którym dano godzinę czy dwie na spakowanie dorobku życia i przesiedlono gdzieś na Mazury.

W czterdziestym piątym roku Vlad postawił wreszcie stopę na rodzinnej ziemi i po ponad dekadzie nieobecności wkroczył do wioski Vadu. Wraz z nim przyszła polska zubożała szlachcianka z niemowlęciem na rękach.

Julia Oleśniewska wpadła poniekąd z deszczu pod rynnę, bo choć ocalała i przez chwilę miała nadzieję na lepszą egzystencję w wolnym kraju, a jak Bóg da – kiedyś powrót do Polski, to resztę swego życia spędziła w reżimowej Rumunii, która czciła ojczulka Stalina, ograniczała swobody mieszkańców i za wszelką cenę czyniła społeczeństwo sobie poddanym. Julia miała bardzo mgliste pojęcie o tym, że jej ukochana Polska była w podobnych tarapatach, dlatego uparcie do samego końca marzyła o powrocie do ojczyzny – silnej, stabilnej, pięknej i szanującej prawa jednostki.

Pod koniec czterdziestego piątego poślubiła Vlada, popełniając tym samym mezalians, ale nigdy swej decyzji nie żałowała. Miłość i szacunek chłopca stajennego odwzajemniała najpierw przyjaźnią, aż wreszcie przyszedł czas i na prawdziwe uczucie. Od tej chwili urodzenie Oleśniewskiej nie miało żadnego znaczenia, prowadziła dom, karmiła świnie, pasała krowy i dbała o męża, który przychyliłby jej nieba, gdyby tylko było go na to stać.

 

Aniela Averescu od ponad siedemdziesięciu lat mieszkała w Vadu i choć nie miała powodów, by narzekać na swój los, podświadomie nosiła w sercu tęsknotę, którą przekazała jej matka. Nie pamiętając i praktycznie nie znając Polski, mogła wzrastać wśród życzliwego rumuńskiego narodu i czuć się jego integralną częścią, ale Julia nie pozwoliła jej nigdy zapomnieć o ojczyźnie i sprawiła, że Aniela zawsze uważała się za Polkę.

– Babuniu, naprawdę wierzysz, że wygrasz tę wycieczkę? – Ioana życzliwie uśmiechała się do Anieli.

– Kochanie, ktoś ją wygra. Dlaczego nie miałabym to być ja? – Babka puściła do niej oko i odwzajemniła uśmiech. – Myślisz, że na starość zwariowałam?

– Nie, ale co zrobisz, jeśli nie wygrasz?

– Nic – odparła z prostotą. – Cóż ja mogę?

Rodzina Averescu nigdy nie była bogata, przeciwnie, raczej klepała biedę. Aniela tak zawzięcie zdrapywała te okienka na kuponie, bo miała nadzieję, że choć raz w życiu przyjdzie jej coś łatwo i niemal za darmo. Gdyby to nie wycieczka do Polski była stawką w tym konkursie, z pewnością nie brałaby w nim udziału, ale w tej sytuacji, gdy o ojczyźnie marzyło się przez całe życie, grzechem byłoby nie spróbować szczęścia w grze. Tym bardziej że za kilka miesięcy Ioana wychodzi za mąż i taki prezent byłby z tej okazji jak znalazł.

Tymczasem pod domem zatrzymał się samochód, który po chwili głośno zatrąbił. Ioana poderwała się z krzesła i już miała wybiec na zewnątrz, ale babka przytrzymała ją za ramię.

– Poczekaj – powiedziała spokojnie. – Nigdy nie pozwalaj mężczyźnie, by na ciebie trąbił.

– Babciu… – jęknęła Ioana, ale posłusznie przysiadła z powrotem przy stole.

– Kotku, jeśli ty sama nie będziesz siebie szanować, to nie licz na to, że inni będą cię szanować. Kto jak kto, ale narzeczony nie powinien traktować cię w ten sposób.

Aniela nigdy nie przepadała za Costinem. Według jej opinii był to chłopak próżny, porywczy i zbyt pewny własnej wartości. Wysoko cenił sobie rozrywki, stronił natomiast od konkretnej pracy. Imał się różnych dorywczych zajęć, by mieć na bieżące wydatki. Ioanę mamił pięknymi słówkami i obiecankami, że od jutra poszuka stałego zatrudnienia.

Minęły może dwie minuty i zniecierpliwiony młodzieniec pojawił się wreszcie w drzwiach.

– Dzień dobry pani – powiedział całkiem nieźle po polsku i podszedł do Ioany. – Cześć, kochanie – przywitał się z nią już po rumuńsku.

W domu Averescu mówiono niemal wyłącznie w języku polskim. Julia Oleśniewska od samego początku uczyła Anielę polskiego na równi z rumuńskim, a po latach Aniela wpajała język przodków swoim dzieciom. Jak na razie Ioana była ostatnim ogniwem tego łańcucha, ale babka żywiła głęboką nadzieję, że w przyszłości jej prawnuki także będą znały polską mowę.

– Czekam na ciebie, dlaczego nie wychodzisz? – Costin przeszedł już tylko na rumuński, a w jego głosie dało się słyszeć nutkę pretensji.

Aniela w milczeniu dyskretnie obserwowała młodych. Nie podobało jej się zachowanie chłopaka, ale miała nadzieję, że Ioana jakoś zdoła zrobić z niego kulturalnego młodego człowieka.

– Nie wiedziałam, że już przyjechałeś – skłamała.

– No przecież trąbiłem – odparł, nieświadomy, że pokazuje tym swoje prostactwo.

– Aha. – Dziewczyna uniosła brwi w zdziwieniu. – A, to przepraszam, nie przyszło mi do głowy, że tak się komunikujemy.

Costin speszył się, poniewczasie dostrzegając swój nietakt. Przeprosił narzeczoną i po chwili wyszli razem z domu.

– Co za nieokrzesaniec – westchnęła do siebie Aniela. – Żeby tylko Ioana nie żałowała…

Jak dotąd Ioanie nie przyszło do głowy, że mogłaby czegokolwiek żałować. Owszem, miała świadomość, że Costin nie jest najwspanialszym kawalerem w Rumunii, zresztą jak i ona najcudowniejszą panną, ale jak na warunki tutejszej prowincji wydawał jej się zupełnie odpowiedni. Dlaczego miałby nie być? Oboje pochodzili z tych stron, znali się od dawna i nie nudzili się ze sobą. Poza tym w pojęciu Ioany byli na tym samym szczeblu drabiny społecznej, co stanowiło kolejny argument, że związek się uda: bo skoro oboje nie mają prawie nic, to z równym zacięciem wezmą się do pracy, by zapewnić sobie wygodne życie. Może rzeczywiście Aniela miała ciut racji w tym, że uważała Costina za lenia, ale Ioana szczerze wierzyła, że wykrzesze on z siebie wreszcie trochę ochoty do pracy. Tym bardziej że przecież obiecał.

Nie miał dla niej najmniejszego znaczenia fakt, że jej przodkowie to szanowany szlachecki ród. Takich panów od dawna już nie ma, a nawet gdyby byli, to urodzeniem się przecież nie wykarmią, trzeba zakasać rękawy i nie bacząc na szlachetną krew, wziąć się do roboty.

Praca była dla Ioany priorytetem, bo wiedziała, że to ona, a nie pochodzenie, może ją wynieść wyżej. Zresztą, o jakim pochodzeniu mogła być mowa, kiedy polska szlachecka krew od ponad siedemdziesięciu lat mieszała się z krwią chłopską? I Ioana nie miała nic przeciw temu, może tylko czasem troszkę żałowała, że nie mieszka w Bukareszcie albo chociaż w Konstancy. Ale nic to, Costin obiecał, że po ślubie na pewno przeniosą się do miasta. I ona mu wierzyła.

– Dokąd jedziemy? – spytała narzeczonego, kiedy już wyjechali z Vadu.

– Do Năvodari – odpowiedział i przechylił się w bok, by skraść jej całusa.

– Na obiad? – dociekała i już oczyma wyobraźni widziała się w romantycznej scenerii.

– Może wpadniemy na pizzę – zaproponował. – Ale to potem.

Cały Costin. Prosto i bez ceregieli.

Kilkadziesiąt minut później podprowadził Ioanę do witryny lombardu i z niejaką dumą wskazał wyeksponowaną tam parę złotych kolczyków. Wypatrzył je całkiem niedawno i przyszło mu do głowy, że będą idealnie pasowały do pierścionka zaręczynowego, który nosiła od kilku miesięcy. Miały identyczny splot i taką samą kobaltową druzę agatu.

Ioanie oczy rozbłysły na widok kolczyków i z niedowierzaniem przez szybę przyrównywała je do pierścionka. Rzeczywiście, w komplecie biżuteria ta prezentowałaby się wspaniale, ale temu marzeniu dziewczyna poddała się tylko przez moment.

– Chodźmy stąd – powiedziała zaniepokojona i nerwowo spojrzała przez ramię.

– Dlaczego? – Costin nie rozumiał jej reakcji. – To niepowtarzalna okazja, taki kamień rzadko występuje w złocie. A jeszcze rzadziej druza – starał się ją przekonać.

– Na pewno są drogie. – Chwyciła go za rękę i próbowała odciągnąć spod sklepu.

Prawdziwym powodem, dla którego chciała jak najszybciej stamtąd pójść, był fakt, że pierścionek podarowany jej przez Costina był znaleziony na plaży w Vadu. Szperanie z wykrywaczem metali od dawna było pasją Costina i czasem udawało mu się znaleźć całkiem ładne rzeczy. Przeważnie były to co prawda kapsle od piwa, ale zdarzały się też pojedyncze srebrne kolczyki, rozerwane łańcuszki lub ich fragmenty, drobne monety albo bransoletki. W zdecydowanej większości był to jubilerski złom, choć dawało się z tego niekiedy wyłuskać coś nadającego się do użycia lub spieniężenia. Z pewnością najbardziej wartościowym znaleziskiem był właśnie ten pierścionek.

– O co ci chodzi? – Costin zaczynał się denerwować.

– O nic – burknęła. – Po prostu nie chcę tych kolczyków.

Przed chwilą poczuła się bardzo niepewnie. Pomyślała, że kiedy wejdą do lombardu, ktoś zobaczy jej pierścionek o takim samym splocie i kamieniu co kolczyki na wystawie i na pewno uzna ją za złodziejkę. Siłą zaciągnęła zdziwionego i coraz bardziej wściekłego Costina do samochodu, a gdy już w nim siedzieli, roztrzęsioną ręką zdjęła pierścionek i wcisnęła go chłopakowi w garść.

– Przecież go nie ukradłem! – Costin już teraz kipiał złością. – Wiesz o tym!

– Wiem, przepraszam. – Ioana powoli się uspokajała i zaczynała dochodzić do wniosku, że trochę przesadziła.

Costin natomiast coraz bardziej się rozkręcał:

– Nie jestem złodziejem, do cholery!

Położyła rękę na jego ramieniu, chcąc go ugłaskać, ale strącił ją i fuknął coś pod nosem. Zrozumiała z tego jedynie tyle, że z pogardą nazwał ją kapryśną dziedziczką. Nie lubiła takich chwil, gdy przypominał sobie o jej pochodzeniu. Prawie zawsze bywał wtedy rozdrażniony i niesprawiedliwie ją oceniał.

– Boże… – jęknęła. – Całe życie siedzę na wsi, jestem córką i wnuczką rolników, sama też uprawiam ziemię i karmię świnie, nie mam pojęcia, jak wygląda życie dziedziców, a ty śmiesz zarzucać mi wielkopańskość. Jeśli tak o mnie myślisz, to ja nie chcę z tobą być! – Przy ostatnim zdaniu z furią walczyła z zacinającą się klamką rozklekotanych drzwi aro.

– Siedź – burknął, co miało oznaczać przechodzącą mu złość. – Odwiozę cię do domu, przecież nie pójdziesz na piechotę.

Miło zapowiadające się popołudnie wypadło fatalnie. Do Vadu wracali w bardzo kiepskich nastrojach. W czasie drogi oboje milczeli, oczekując przeprosin jedno od drugiego. Costin był przekonany, że całą winę za zaistniałą sytuację ponosi Ioana, bo dała się porwać babskiej logice, z czego – jak widać – nie wyniknęło nic dobrego. Ona z kolei uważała, że winien wszystkiemu był Costin, bo jak zwykle niczym się nie przejmował i nawet nie próbował jej zrozumieć.

– Co tak szybko? – zdziwiła się Aniela na widok wnuczki wchodzącej do domu. – Stało się coś?

– Nie, babuniu – odparła czule, przytulając się do niej. – Wszystko w porządku… Tylko trochę nie dogadaliśmy się z Costinem – westchnęła.

– O co tym razem poszło?

– Głupstwo – zbyła ją wnuczka. – Napijemy się herbatki? – zmieniła temat, dając tym do zrozumienia, że wątek Costina uważa za skończony.

– Skarbie – nie dawała za wygraną Aniela – pamiętaj, że jeszcze możesz się wycofać. Nie brnij w małżeństwo, jeśli nie jesteś go pewna.

Ioana zastanowiła się chwilę nad słowami babki, ale nie rozumiała jej rady. Dlaczego niby miałaby nie być pewna Costina? Zna go przecież całe życie i wie, czego może się po nim spodziewać.

Aniela spoglądała na krzątającą się przy kuchni wnuczkę. Średniego wzrostu, szczupła, rozpuszczone długie czarne włosy sięgały jej do połowy pleców. Twarz owalna z ładnym prostym noskiem, a pod czarnymi brwiami błyszczały równie czarne, wielkie oczy. Karnację miała śniadą, zapewne po ukochanym dziadku, który bardziej wyglądał na Roma niż Rumuna. Przy Ioanie jasna cera Anieli wydawała się alabastrowa. No i te usta, zmysłowe, które rozchylając się w uśmiechu, ukazywały rząd równych białych zębów.

„Śliczna dziewczyna” – pomyślała z rozczuleniem Aniela.

Uroda była rzeczywiście mocnym atutem Ioany, ale tkwiło w niej zbyt małe poczucie własnej wartości, które sprawiało, że czuła się w życiu dość niepewnie. Pielęgnowała w sobie kompleksy, a te nie pozwalały jej zuchwale marzyć o wielkiej przyszłości. Uważała się za gorszą od innych dziewcząt, ponieważ całe swoje życie spędziła w niewielkiej wiosce, wśród prostych ludzi, a jej frustrację pogłębiało to, że miała zaledwie zdaną maturę, choć mogłaby już być po studiach. Zapał do nauki zawsze w niej tkwił, ale z powodu ciągłych kłopotów finansowych nie mogła pozwolić sobie na studiowanie. Zaraz po maturze poszła do pracy, z nadzieją, że uda się odłożyć trochę pieniędzy i rozpocząć naukę na uniwersytecie, ale nie zdołała tego zrealizować.

Przed kilku laty zmarł jej dziadek i wtedy zostały z Anielą same, a z jednej niewielkiej emerytury nie sposób utrzymać dwóch kobiet, w tym jednej w mieście na studiach. Rodzice Ioany zginęli w pożarze ich domu ponad dwadzieścia lat temu. Jej samej pozostała po tym wydarzeniu niewielka, ale brzydka blizna na udzie.

W przeszłości Ioana wierzyła, że jest na tyle silna i zdeterminowana, by coś w życiu osiągnąć. Przede wszystkim miała wtedy na myśli wygodne i dostatnie życie gdzieś w mieście, z dala od Vadu. Z czasem jednak przestała marzyć i pogodziła się z tym, że zawsze będzie wiodła prosty wiejski żywot.

Wieczorem pod dom zajechał Costin. Swobodny, pewny siebie wszedł do środka i uśmiechając się czarująco, wręczył Ioanie czekoladki.

– Dasz się przeprosić? – spytał i nie czekając na odpowiedź, czule ją pocałował.

W takich chwilach kapitulowała i była w stanie wybaczyć mu chyba wszystko. Tym bardziej że była świadoma, o jaką drobnostkę (teraz tak myślała) się pokłócili.

– Chciałbym porwać cię na randkę – szepnął jej do ucha. – Co ty na to?

– Chodźmy – odparła, lekko się uśmiechając.

– Weź ciepły sweter – dodał troskliwie.

 

„A więc jedziemy nad morze…” – pomyślała.

Ogromne połacie piaszczystej ziemi porośniętej niskimi trawami oddzielały Vadu od Morza Czarnego i stanowiły jedyną atrakcję tej okolicy. Znajdowała się na samym końcu tej wielkiej powierzchni i była po prostu dziką plażą. Każde dziecko z Vadu budowało tu zamki z piasku i zbierało muszelki, każdy nastolatek wypijał tu pierwsze piwo i po raz pierwszy skradał dziewczynie całusa, tu zakochani wpatrywali się w zachody słońca, tutaj też starsi chadzali brzegiem morza. Przychodzili tu wszyscy, ale niewielu prawdziwie cieszyło to miejsce. Przychodzili tu, bo tylko tyle było w Vadu.

Turyści docierali tu z rzadka, a jeśli już, to zawsze byli zachwyceni. Radowało ich właśnie to, czego nie lubili tutejsi mieszkańcy: cisza, sama natura i poczucie braku cywilizacji. Rozbijali namioty wprost na plaży i czuli się, jakby byli jej panami.

Tego letniego wieczoru w zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Wszystko wskazywało na to, że Ioana i Costin będą tylko we dwoje. Może i całą noc.