Fuerte

Tekst
Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mapa/obraz

Potrzeba porzucenia tego, co zastane, wyjścia poza – jak to się dzisiaj zgrabnie nazywa – strefę komfortu, podanie w wątpliwość obowiązujących kanonów oraz tradycji – słowem: potrzeba wyspy, na pozór bardzo szlachetna, kryje w sobie pewne niebezpieczeństwo. Nawet pozbawiony całego swojego dobytku, ogołocony i głodny rozbitek wychodzi na ląd z bagażem doświadczeń, kultury, tradycji. Tak jak w naturze ciała oddziałują na siebie i nawet najmniejsze zakłóca w jakiejś mierze ruch tych największych, tak przybysze destabilizują i przekształcają krainy już samym przyjazdem – samym odmiennym postrzeganiem. Czynią je swoimi.

Być może nie istnieją miejsca, ale tylko ich interpretacje. Na średniowiecznych mapach Fuerteventura nie przypomina wyspy znanej nam ze współczesnych atlasów i Google Maps. Jest nieforemnym, przywodzącym na myśl pantofelka kawałkiem lądu rzucanym raz dalej od kontynentu, a raz bliżej niego. Istotna jedynie w charakterze punktu orientacyjnego dla łodzi halsujących wzdłuż wybrzeży Afryki, przez wieki nie odgrywała żadnej roli jako miejsce. Wiadomo było, że znajduje się mniej więcej na wysokości Ifni, znanego z targów niewolników, i że należy mijać ją od wschodu, gdy podróżuje się na południe. Już we wczesnym renesansie obszary istotne gospodarczo i kulturowo zyskiwały dość wierne odwzorowanie kartograficzne, podobnie jak linie brzegowe krain, z którymi handlowano. Kreślenie map zaczynało się od portów – one stanowiły punkt centralny. Im dalej od portu, tym mapa stawała się mniej dokładna. Precyzja była bowiem znamieniem istotności. Dla miejsc, do których dopływały statki, gdzie cumowały i gdzie trwał barter lub rozładunek, kapitanowie potrzebowali jak najdokładniejszych planów, aby uniknąć wszelkich niebezpieczeństw i jak najszczęśliwiej przybić do brzegu. Miejsca, w których z różnych względów nie zamierzano się zatrzymywać, przedstawiano zaś symbolicznie. Odstraszać od nich miały nie mielizny, skały czy prądy, ale malowane smoki, kanibale i dwugłowe bestie.

Studiując dawne mapy, portolany, można się dowiedzieć, które obszary świata były niegdyś bardziej istotne, a które – mniej. Do tych drugich bez wątpienia należała właśnie Fuerteventura. Przez stulecia nikomu niepotrzebna, otoczona oceanem afrykańska łacha piachu. Z tego względu jej forma na portolanach i pierwszych mapach była wyobrażona, a nie odwzorowana. Nikt specjalnie nie miał czasu, interesu ani ochoty, by ją mierzyć czy opisywać. Dopiero wraz z konkwistą i otwieraniem się na świat Fuerteventura zaczęła na mapach nabierać konkretniejszego kształtu. Musiało jednak minąć jeszcze kilka wieków, nim uzyskała znaną nam dzisiaj, przypominającą kaszalota sylwetkę. Podwaliny pod to położył wspomniany już cremończyk Leonardo Torriani, który na jednej ze swoich ilustracji w Descripción e historia del reino de las Islas Canarias wpisał Wyspy Kanaryjskie w sylwetkę raka (do czego zainspirował go przebiegający opodal zwrotnik). Szczypcami były La Palma, La Gomera oraz El Hierro, tułowiem – Teneryfa i Gran Canaria, a ogonem – Fuerteventura i Lanzarote. Dla Torrianiego, przeprowadzającego na życzenie Filipa II inspekcję Kanarów, położona najbliżej Afryki i najbardziej narażona na ataki piratów „Forteventura” (jak ją nazywał) miała pierwszorzędne znaczenie. Włoch zjeździł ją zatem z północy na południe oraz ze wschodu na zachód – i poznał dość dokładnie. Oprócz sporządzania notatek i rysunków odwzorowywał w szkicowniku jej linię brzegową (długą, trudną do obrony), najpewniej zastanawiając się, gdzie najdogodniej byłoby zbudować antypirackie i antybrytyjskie forty. W efekcie powstała pierwsza wiarygodna mapa Fuerteventury. Dzięki pracowitości i skrupulatności Torrianiemu udało się dość dokładnie, jak na ówczesne warunki, oddać kształt wyspy. Za jego sprawą Fuerte zaczęła przeobrażać się z terra incognita w teren rozpoznany. Niemniej przybieranie kształtu było procesem powolnym. Jeszcze dziewiętnastowieczne mapy pozostawiają wiele do życzenia i częstokroć nie mogą się równać z rysunkami Torrianiego.

Kryterium fizycznej dokładności jest tylko jednym z wielu możliwych (i wcale nie wiem, czy najlepszym) w konstruowaniu map, będących zawsze w jakimś stopniu wyobrażeniem o miejscu, a nie jego reprezentacją. W pogoni za hiperrealizmem, tak bardzo symptomatycznej dla współczesności, Google – za pomocą między innymi satelitów – stara się jak najdokładniej zobrazować zmieniający się świat. Nie jest to jednak mniejsza donkiszoteria od tej, którą przypisuje się pierwszym kartografom. W rzeczywistości mapy Google’a nie są wcale bliższe prawdy i mniej schematyczne od portolanów, czy nawet wczesnośredniowiecznych mappae mundi, których autorzy ukazywali świat takim, jakim go człowiek postrzegał, i nie trwonili energii na kartograficzne banialuki.

Świat umyka kartografom i nie chce dać się ująć. Jedynie aktualizowana w każdej nanosekundzie mapa mogłaby rościć sobie prawo do bycia czymś więcej niż tylko fantazją na temat świata. Ale czy byłaby wtedy jeszcze mapą, czy może już światem? Mapy są zatem zawsze anachroniczne i poglądowe. Więcej mówią o swoich twórcach i epoce, w której powstały, niż o tym, co przedstawiają. Bywają też – i to często – dokumentem przemocy. Organizują przestrzeń wedle przekonań kartografa lub konwencji, która każe na przykład północ umiejscawiać na górze, a południe na dole – oraz tak przedstawiać kontynenty, by Europa była najbardziej wyeksponowana i najmniej zniekształcona. Celem wielu map jest podkreślenie, że posiada się dany obszar, lub symboliczne wyrażenie chęci jego zdobycia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że europejska kartografia nierozłącznie związana jest z kolonializmem. To ludzie Zachodu kreślili pierwsze mapy ziem, w których topografii miejscowi świetnie się orientowali. Dla tych ostatnich krajobraz był mapą samą w sobie, rezonował w pieśniach i mitach, przekształcających się razem z nim.

Wraz z tak zwanymi odkryciami geograficznymi i ekspansją Europejczyków na zachód, na Wyspy Kanaryjskie zaczęli przybywać z kontynentu (przeważnie z hiszpańskich Niderlandów, ale też z Włoch, Niemiec i Irlandii) kupcy, matematycy, a także rysownicy map. Kanary, ostatni przystanek przed przeprawieniem się przez Atlantyk i pierwszy w drodze powrotnej, na jakiś czas stały się jednym z centrów światowej kartografii. Kartografowie – nieszukający przygód, stroniący od zamorskich wojaży, zakochani w swoich deskach kreślarskich i mieszczańskich gabinetach – odwzorowywali całe kontynenty na podstawie zeznań marynarzy, często wycieńczonych szkorbutem czy ogłupiałych od syfilisu lub rumu. Wraz ze złotem i przyprawami z południa i zachodu spływały na Kanary – głównie na Teneryfę, La Palmę i Gran Canarię – topografie, pomiary i opowieści. Na ich podstawie bystrzy Holendrzy wyrysowywali linie brzegowe, ujścia rzek, wyspy, masywy górskie. Po tych nie tak niewinnych, ale jednak romantycznych czasach pozostały domy inspirowane architekturą flamandzką i pałace, między innymi w Santa Cruz, jak również fajansowa porcelana z Delft, na którą czasem można natrafić na targach staroci, i biało-błękitne flizy, mieniące się w promieniach afrykańskiego słońca na fasadach budynków lub we wnętrzach kościołów. Sprowadzane z kontynentu za grube pieniądze talerze, misy, wazy, wazony, żardiniery lub przypływające jako balast na statkach z Północy kobaltowe kafle przypominały Flamandom o kraju ich pochodzenia i wygnanie pod zwrotnik czyniły mniej przykrym.

Często wracam myślami do tych ryżych, wysokich cudzoziemców (bo tak sobie ich wyobrażam), których na Kanary przywiały geopolityka, biznes i jakaś tymczasowa potrzeba opisania świata, pozostającego na dobrą sprawę poza zasięgiem. Jednym z nich był Levinus Apollonius (czyli pochodzący z Middelburga Liévin van Gentbrughe), który przez lata wykładał łacinę w pewnej miejskiej szkole na Teneryfie. Na jego postać natrafiłem dość przypadkowo w… Warszawie, na wystawie poświęconej sztuce wicekrólestwa Peru. Była tam wydana w Antwerpii De Peruviae, regionis, inter Novi Orbis provincias celeberrimae, inventione & rebus in eadem gestis libri V. Opasła, oprawiona w skórę księga poświęcona jest w znacznej części podbojowi Peru przez Francisca Pizarra i Diega de Almagra, a kończy się przybyciem do Peru Pedra de la Gaski, któremu Karol V powierzył misję spacyfikowania zbuntowanych konkwistadorów, w tym Gonzala Pizarra, młodszego brata Francisca. Poza wątkami awanturniczymi autor poświęcił sporo miejsca kulturze Inków oraz im samym, a także miejscowej florze. W De Peruviae… znajduje się jeden z pierwszych opisów kakaowca. W katalogu wystawy można przeczytać:

Apollonius […] pragnął uzupełnić lukę w wiedzy o Peru, dotychczas ograniczającej się do wzmianek w dziełach Pietro Martirea d’Anghiera (1457–1526) i Sebastiana Münstera (1489–1552).

Do lektury zachęcał szczególnie swoich rodaków, którzy – powszechnie trudniąc się handlem – mogli nawiązać korzystne interesy z Peru. Cieniem na dobrych intencjach Apolloniusa kładzie się jednak fakt, że po prostu przetłumaczył, skrócił i przerobił Historia del descubrimiento y conquista del Peru… (Antwerpia 1555) hiszpańskiego historyka i urzędnika skarbowego w Peru – Augustina de Zárate (1514–1560). Trudno też pozbyć się wrażenia, że dla Apolloniusa ważniejsze były efekty retoryczne niż przekazanie rzetelnej wiedzy, stąd na przykład latynizowanie nazw miejscowości, często bez uwzględnienia ich źródłosłowu, za to z dbałością o efekt dźwiękowy[18].

De Peruviae… uzupełniała mapa obu Ameryk autorstwa Joannesa Bellerusa. Widać na niej doskonale, że Ameryka Północna była w XVI wieku poznana znacznie słabiej niż jej południowa siostra, której kontury przypominały kształty znane ze współczesnych map. Wzdłuż wybrzeża wschodniego (od Ziemi Ognistej aż po Nową Fundlandię) i zachodniego (od Chile mniej więcej do Acapulco) wypisane są jedna pod drugą nazwy geograficzne (głównie pojedyncze miejscowości, porty, kolonie). Uwagę zwraca to, że w zasadzie interior jednej i drugiej Ameryki nie jest opisany. Poza Cuzco i dwoma innymi inkaskimi miastami, z dala od oceanów nie ma żadnych nazw, żadnych punktów orientacyjnych. Wydaje się, że w ten sposób wyrażono merkantylny charakter podboju. Zakładane wzdłuż wybrzeża porty i osady służyły handlowi ludźmi, przerzucaniu niewolników, jak również wysyłaniu z drenowanego interioru bogactw naturalnych do Europy. Naoczną pozostałością tej polityki kolonizacyjnej są między innymi nazwy miast w Kalifornii. Idący ku północy zdobywcy nazywali zakładane nad Pacyfikiem osady na cześć świętych: San Diego, San Clemente, Santa Monica, Santa Barbara, Santa Maria, San Francisco…

 

Mapa Fuerteventury narysowana przez Torrianiego jest pod tym względem podobna. Wyspa, położona na przecięciu dwóch linii, wyznaczających cztery kierunki świata, okolona jest ręcznie napisanymi nazwami nadbrzeżnych osad, wysepek i innych punktów geograficznych, z których gros przetrwało do naszych czasów. Natomiast w głębi lądu znajdziemy tylko trzy toponimy: La Oliva, Santa Inés i Villa de S. Maria de Betancor.

Już na tej podstawie rewelacje o nawracaniu niewiernych i kulturowej roli Europejczyków w rozwoju terytoriów zamorskich, na które wielu obrońców kolonizacji próbowało i czasem wciąż próbuje się powoływać, można włożyć między bajki. Skolonizowane ziemie były eksploatowane w celach handlowych (chodziło głównie o handel ludźmi) i nikt o żadnej misji cywilizacyjnej (czymkolwiek ona miałaby być) nie myślał. Kolonie służyły wyłącznie krótkotrwałemu bogaceniu się metropolii. O ich prowizorycznej organizacji i braku planu na zagospodarowanie tych miejsc świadczy właśnie nadreprezentacja portów i brak osad w głębi lądu, które mogłyby się stać zalążkiem miast, bo skądinąd wiadomo, że te lepiej budować z dala od oceanu. „Zarówno handel niewolnikami, jak i kolonizacja zbiegły się w czasie z powstaniem na Zachodzie idei merkantylizmu, o ile nie stanowiły jej źródeł”[19] – zauważa Achille Mbembe. U zarania wszystkie kolonie miały zatem charakter eksploatacyjny. Mbembe pisze, że „były teoretycznie tymczasowe”, a osiedlenie się w nich Europejczyków prowizoryczne – i dopiero z czasem przemieniły się w osiedleńcze[20].

Tak samo wyglądało to na Fuerteventurze, w najstarszej obok Lanzarote europejskiej kolonii. Z początku służyła ona jako rezerwuar niewolników, kóz i orchilli – rosnącego na stromych skałach, ciemnego, przypominającego kołtun porostu, z którego pozyskiwano purpurę. Pierwsi kolonizatorzy wyspy wywodzili się z Francji i byli potomkami Normanów. Na ich czele stali Gadifer de La Salle i Jean de Béthencourt. Ten ostatni pochodził z Grainville-la-Teinturière, małego normandzkiego miasteczka farbiarzy, i doskonale wiedział, jaką wartość ma niepozorny porost[21]. Dopiero z czasem, gdy handel atlantycki spotężniał, wyspa trochę zyskała na znaczeniu jako terytorium i jeden z głównych przystanków w drodze na południe Afryki i do Indii. Z tego właśnie czasu pochodzi mapa Torrianiego sporządzona dla Filipa II. Kolonia z eksploatacyjnej powoli zmieniała się w osiedleńczą i jako część habsburskiego supermocarstwa miała być chroniona. Proces ten jednak nigdy się nie dokonał. Istotą Fuerteventury na zawsze pozostały tymczasowość i prowizoryczność.

Wyjazdy i powroty

To, że pod koniec XVI wieku topografia wyspy została przez Torrianiego sprowadzona do kilkudziesięciu punktów przy brzegu, dużo mówi nie tylko o miejscu, które przedstawia mapa, ale także o jego postrzeganiu. Delikatnie rzecz ujmując, chęć dogłębnego poznania Fuerteventury była umiarkowana. I taka pozostała aż do XIX wieku. Jeszcze za czasów cremońskiego kartografa ostatni Guanczowie ukrywali się w jaskiniach na szczytach gór i w wulkanicznych zapadlinach pomiędzy naniesionymi przed tysiącami lat bazaltowymi skałami, tworzącymi malpaís, pola lawowe, wewnątrz załomów kamiennej równiny rozciągającej się w samym środku wyspy. Zostawieni sami sobie, odcięci od źródeł słodkiej wody, wypchnięci z terenów uprawnych na powulkaniczną pustynię, umierali z głodu i wycieńczenia.

To był drugi etap zagłady, powtarzający się niemalże we wszystkich koloniach na wszystkich kontynentach. Po okresie krwawych wojen zakończonych aneksją następowała rozciągnięta na dziesięciolecia faza powolnej, systemowej eksterminacji. Nie ma ona w sobie bezpośredniości stalowego ostrza, ale jest równie skuteczna. Opierała się na wykluczeniu podbitego ludu z nowo powstałego porządku. Miało ono kilka aspektów.

Symboliczny – miejscowych zmuszano do zmiany religii.

Społeczny – stawali się niewolnikami.

Biologiczny – mieszane małżeństwa powodowały łączenie się genów ludności miejscowej i przyjezdnej.

Materialny – miejscowych pozbawiano własności oraz prawa do ziemi.

Topograficzny – zbuntowanych, którzy nie zgodzili się zostać niewolnikami lub związać z konkwistadorami, spychano na margines świata (o ironio, często było to centrum kolonii!), na tereny jałowe, pustynne, nieludzkie, gdzie umierało się długo i w cierpieniach.

Jeszcze dzisiaj we fuerteńskich górskich jaskiniach odnaleźć można szkielety zmarłych z głodu Guanczów. Obok leżą naczynia, których nie było już czym wypełnić, narzędzia niezdatne do niczego i okrycia chroniące wychudłe ciała przed bezwzględnym słońcem oraz pustynnym nocnym chłodem. Owe jaskinie często znajdują się u samych szczytów sepiowych gór. Stąd konający mogli spoglądać na ziemię, której nie potrafili obronić.

Ci natomiast, którzy nie chcieli umierać z głodu, decydowali się zejść i oddać w ręce Hiszpanów. Nie dane im było nawet zamoczyć ust w słodkiej wodzie. Natychmiast pędzono ich do jednego z portów, których nazwy tak skrupulatnie odnotował Torriani. Tam czekały na nich statki: zawsze w gotowości, zawsze na miejscu. Na ich pokładach deportowani byli na Półwysep Iberyjski albo do Nowego Świata, gdzie ich udziałem miały być podobna nędza i niewolniczy żywot. Potomków Guanczów jeszcze pod koniec XVI i na początku XVII wieku można było spotkać na ulicach Sewilli oraz Walencji. Nieznający hiszpańskiego, głodni, obdarci, bez nadziei włóczyli się po cuchnących brukowanych drogach i żebrali. Ich los w jakimś sensie był prefiguracją tego, co współcześnie spotyka handlujących na ulicach hiszpańskich miast imigrantów z Afryki, zwanych manteros – od koców, na których rozkładają towar i w które mogą go szybko zawinąć w przypadku ucieczki przed policją.

Na nowożytnych mapach często widuje się namalowane statki, które gnane przez pasaty płyną do Ameryki właśnie z Wysp Kanaryjskich. Wypełnione rdzennymi mieszkańcami archipelagu oraz Afryki, trzodą, owocami, bronią i Pismem Świętym, przemierzają bezkres oceanu ku chwale imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce. Handel niewolnikami i konkwista przyczyniły się do największej redystrybucji ludności po obu stronach Atlantyku. Razem z ludźmi przewożone były też zwierzęta i rośliny. O tych nie mniej brutalnych przesiedleniach rzadko się wspomina, a jednak ogrody botaniczne, zwierzyńce i powstające u zarania nowożytności parki, a także obfite w przyprawy kuchnie europejskie i takie chociażby spaghetti pomodoro – są owocami kolonializmu oraz świadectwem cierpienia. Podobnie zresztą jak tea time w Anglii, kawiarnie, w których wykuwano idee, dobre obyczaje i muzea – z muzeami historii naturalnej na czele.

Fuerteventura płaciła swoją daninę na rzecz podboju obu Ameryk. Musiała wysyłać do kolonii niewolników, rolników, jak również mikre plony. Tak było w zasadzie do końca XIX wieku. Współcześnie wielu potomków owych osadników – z Kolumbii, Argentyny, Chile, Urugwaju, Karaibów – wraca na jałową ziemię przodków i tu się osiedla. Pierwsze powroty związane były z utratą przez Hiszpanię kolonii na Filipinach i Kubie pod koniec XIX wieku. Kolejne – z powstaniem w Ameryce Łacińskiej republik bananowych kontrolowanych przez USA. Współcześnie przeważnie wraca się ze strachu. Znajoma, która pracuje w pobliskim sklepie, gdzie kupuję tytoń i colę, przyjechała z Kostaryki. Tam właściwie każdego dnia, jak mówi, bała się, że zostanie zgwałcona. Na Fuerteventurze po raz pierwszy w życiu mogła poczuć się swobodnie. Dawni właściciele surferskiego hotelu Lajf w El Cotillo wyemigrowali z Meksyku. Nie chcieli wychowywać córki wśród kartelowych porachunków, w ciągłym strachu o jej życie. „Nawet nie wiesz, jaki to jest luksus móc dziecko wypuścić na ulicę” – mówią.

Portal

W małym, skrytym pod rozłożystymi fikusami miasteczku Pájara, które przycupnęło nad rzeką, u stóp popielatej góry, znajduje się siedemnastowieczny dwunawowy kościół. Stoi w nim, zresztą jak w większości miejscowych świątyń, drewniany, bogato malowany ołtarz, co ciekawe – przedzielony kamiennym filarem. W mieniących się fantastycznymi barwami i inkaskim złotem retabulach odnaleźć można świętych i dwie ukoronowane Madonny. Niemniej to nie ten trochę kuriozalny, dwudzielny ołtarz najsilniej przykuwa uwagę, ale jeden z dwóch zachodnich portali. Późnorenesansowy, z kamienia piaskowej barwy, monumentalny jak na skalę tego budynku, pełen jest indiańskich symboli.

Cztery pilastry ozdobione gemmami stanowią dla niego ramę. Tympanon z oculusem podobnym do rozety wieńczą dwa jaguary i dwie indiańskie głowy w pióropuszach oraz najprawdopodobniej wizerunek Tonatiuha, azteckiego boga słońca. Obok, za jedną z panter, odnajdziemy ptaka, może turkawkę, który symbolicznie nawiązuje do nazwy miasta (pájaro to po hiszpańsku ptak). Pośrodku fryzu biegnącego między archiwoltą a tympanonem znajduje się para węży połykających własny ogon, co stanowi nie lada gratkę dla miejscowych miłośników gnozy i jedności wszechrzeczy. Zresztą węże właśnie, a ponadto pióra, czteroramienne gwiazdy, geometryczne – przywodzące na myśl labirynty – wzory, żłobienia, rytowane nacięcia, kości, łuski oraz fale wypełniają po brzegi tę konstrukcję, przenikniętą horror vacui.

Jej pochodzenie jest zagadkowe. Zwolennicy tezy o transatlantyckich podróżach Guanczów traktują portal jako dowód prawdziwości swoich przekonań. Inna wersja mówi o meksykańskim osadniku, który przybył na Fuerteventurę w XVIII wieku i z tęsknoty za ojczystą ziemią ufundował budowlę. Abstrahując od nikłego prawdopodobieństwa takiego biegu zdarzeń, wątpliwość mogą budzić także domniemane przywiązanie Meksykanina do wierzeń przodków oraz zgoda na upamiętnienie ich na elewacji kościoła, którą musieliby wydać miejscowi hierarchowie i całkiem jeszcze aktywni w tamtym czasie inkwizytorzy.

Dlatego najbardziej wiarygodne wydaje się przypuszczenie, że portal złożony został przez tutejszych kamieniarzy z elementów azteckiej świątyni, które odłupane z niej, przypłynęły na Fuerteventurę jako balast na jednym z brygów. Wyładowane zwierzętami, zbożem oraz ludźmi statki dzień w dzień płynęły z Wysp Kanaryjskich w kierunku obu Ameryk. Tam były rozładowywane i ruszały w drogę powrotną. A że nie mogły wracać puste, bo ze względu na stateczność musiały być odpowiednio dociążone, więc poza złotem, srebrem, ziarnami kakaowca czy kukurydzą ładowano do nich kamienie. W ten sposób, za sprawą transatlantyckiej redystrybucji przyrody ożywionej i nieożywionej, meksykańskie jaguary, węże, Indianie oraz Tonatiuh zawitali na Wyspy Kanaryjskie. Oczywiście istnieje jeszcze domniemanie, że portal zbudowali kosmici – ci sami, którzy postawili piramidy w Egipcie, kraju Azteków i w Güímar na Teneryfie – ale z braku wystarczających dowodów rozwinięcie tego wątku pozostawię innym.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?