FuerteTekst

Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12 listopada 2017 roku

Na placu Świętej Barbary jest klepisko, kilka kamieni i palma. Pod okapami zrujnowanych domów świergoczą wróble w gniazdach z wyschłego igliwia. Fale miarowo uderzają o brzeg. Na horyzoncie jachty i żaglowce płyną w kierunku Ameryki. Zaczyna się czas rejsów transatlantyckich.

Rozbitkowie z nieistniejących wysp
Przyjazd

Tamtej nocy, gdy pierwszy raz stanąłem u stóp Tindai i światło księżyca błyskało w kalimie, przez którą przeświecały jedynie najjaśniejsze gwiazdy, też zresztą wyglądające jak drobiny przywiane znad pustyni, święta góra zdawała mi się odległą halucynacją – nierzeczywistą i wyśnioną. Kiedy wszystkie szczyty dookoła były w zasadzie zagęszczoną ciemnością, Tindaya swoją fakturą odcinała się od nieba i horyzontu, mieniąc się w srebrno-złotej poświacie, jak głaz na wyspie Kamień. Pamiętam, że bardzo ożywcze wydało mi się wtedy to wcale nie tak oczywiste odkrycie, że nad Atlantykiem świeci ten sam księżyc co nad Wigrami.

Zaledwie kilka dni wcześniej, kiedy jechałem autem przez La Manchę, zaobserwowałem, że to, co jest najbliżej poruszającego się ciała, przemija najszybciej, natomiast im coś jest dalej na horyzoncie, tym dłużej pozostaje widoczne, więc również obecne. Jakby świat kręcił się w kilku tempach naraz niczym zegar astronomiczny, którego tarcze przemieszczają się z różnymi prędkościami. Gdyby rozszerzyć tę obserwację na czas, to mój nagły powrót nad wigierską wyspę Kamień byłby w pełni zrozumiały. Fuerteventura bowiem mi umykała, pozostawała nieuchwytna – była wielką iluzją. Natomiast odległy sierpień 1990 roku nabierał realnych kształtów, wydawał się wreszcie uchwytny. Dlatego dopiero trzy lata po mojej przeprowadzce na Wyspy Kanaryjskie byłem gotowy coś o nich napisać.

Na Fuerteventurę przyjechałem w styczniu 2017 roku. Nissanem navarą, z psem Kapslem na pace, w kilka dni przemierzyłem Europę chwilę po zamachu w Berlinie. Na granicach wróciły kontrole. Korki ciągnęły się kilometrami. Pamiętam, że na przejściu między Belgią a Francją snajperzy celowali w głowy kierowców, gdy ci przejeżdżali przez punkt kontroli paszportów. Klara i chłopcy mieli do mnie dolecieć dopiero w lutym.

„Dlaczego wybraliście Fuerteventurę?” Zawsze, gdy ktoś odwiedza mnie na wyspie, zadaje mi to pytanie. Jakby nie dało się wybrać Fuerteventury tak po prostu – bo można… Odpowiadam za każdym razem w ten sam sposób, choć wiem, że nie do końca jest to zgodne z prawdą: „Wybraliśmy Fuerteventurę ze względu na klimat. Nasz synek miał w Polsce problemy z płucami (no tak, smog – stwierdza rozmówca), długo się leczył, aż w końcu lekarz zalecił nam zmianę klimatu. Na Fuerte mieliśmy znajomych, bywaliśmy tam już i tak dalej… no a przede wszystkim jest tania. Bardzo tania. I nie ma akcyzy na alkohol, papierosy i paliwo. A za palenie jointów nie wsadzają do więzień”. Taka jest oficjalna wersja, którą jak mantrę powtarzam ciekawskim, gdy wiozę ich z lotniska do El Cotillo, a oni nie mogą zrozumieć, jak można mieszkać na tak jałowej, pozbawionej drzew ziemi.

Jednak gdybym miał szczerze odpowiedzieć, dlaczego tak naprawdę wybrałem Fuerteventurę, to powiedziałbym przede wszystkim, że to Fuerteventura wybrała mnie. I to dość dawno temu. Razem z Klarą siedzieliśmy wtedy nocą na plaży przy Playa Blance na Lanzarote. Chłopcy spali, ocean chlupotał, a naprzeciwko nas, na horyzoncie, tliły się światła Fuerteventury. I jakkolwiek pretensjonalnie to zabrzmi, podskórnie czułem, że tam, za tą cieśniną, którą wchłaniała noc, jest miejsce, być może jedyne na świecie, które mnie zaakceptuje. Wiele lat później, kiedy mieszkałem już w El Cotillo, musiałem opuścić wyspę na dłużej. Przygnębiało mnie to, powodowało lęki i frustrację, bo miałem poczucie, że opuszczam kogoś – tak: kogoś – najbliższego na świecie. Moja przyjaciółka powiedziała mi wtedy, cytując naszego znajomego z Tahiti, abym pamiętał, że wyspa zawsze będzie na mnie czekać. Bo Fuerteventura zawsze czeka. Czeka na mnie za tą cieśniną, którą jest czas.

Erotyzm

Kiedy odbijałem od europejskiego brzegu na promie Volcán de Tinamar, czułem przesyt i znużenie. Siedząc na plastikowym krzesełku na górnym pokładzie, ukryty przed wiatrem za plastikową szybą, wizualizowałem sobie, jak za sprawą zmian klimatu ocean, w który teraz wypłynąłem, w końcu podniesie się tak znacznie, że zaleje to wszystko, co opuszczam. Zaleje Europę.

Fuerteventurę można tylko kochać albo jej nienawidzić. Jest przeciwieństwem kontynentu par excellence. Natura kontynentu jest otwarta, rozlana, ekspansywna, nie stanowi zamkniętej całości. Ma swoją dynamikę, wiele obliczy. Naturą Fuerteventury natomiast jest uparte trwanie i powolne karłowacenie. Życie przybiera tu formy pokraczne – na stałym lądzie nieznane, bo wyparte przez silniejsze organizmy. Na kontynencie nie ma gatunków prawdziwie endemicznych, które stanowią o tożsamości wysp: smoczych drzew broczących krwią, pokurczonych palm, prehistorycznych gadów, zdeformowanych roślin, organizmów sprzed ewolucji, pozostałości prastarych języków, tutaj wciąż żywych, tajemniczych zgłosek, gwizdów i zaklęć, bestii, umarłych – bo kontynent nie ma sztywnych granic. To nieprzerwana work in progress. Wyspa natomiast jest skończona jak amonit.

To, co na kontynencie jest niemożliwością, na Fuerteventurze staje się jedną z wielu opcji. Tu znalazło schronienie wszystko, co poślednie, niespełnione – od bezkręgowców aż po myśli. To rzucone na ocean laboratorium popędów; laboratorium życia i umierania. Przy tym Fuerteventura, jak każda wyspa, jest czystym potencjałem, zmaterializowanym „co by było, gdyby…”. Z tego powodu na wyspach może realizować się utopia. Wiedzieli to starożytni, rozumieli to Jonathan Swift i George Perec.

Zamieszkanie na Fuerteventurze było dla mnie próbą obiektywizacji własnego doświadczenia. Dla ludzi skazanych na samych siebie, dla ludzi wciąż poszukujących samych siebie jedynym ratunkiem jest ucieczka od samych siebie – w kierunku żyć możliwych, innych, nigdy niespełnionych. Wyspy nadają się do tego wprost doskonale – z racji swojego ambiwalentnego statusu (czy to ląd, czy może ocean?) oraz immanentnej cechy, którą określić można zdaniem: „Łatwo je zdobyć, trudno obronić”.

Fuerteventura jest miejscem przepływu (ludzi, towarów, chorób, narkotyków, wiatrów, prądów, ptaków, idei), pasem transmisyjnym, przystankiem. W przeciwieństwie do miejscowej natury, karłowatej, nieforemnej, prastarej, ale jednak skończonej, kultura wydaje się tu prowizoryczna, jakby zatrzymana w pół drogi. Życie wyspiarza to wciąż powtarzana beznadziejna próba zrozumienia żywiołów i podporządkowania się temu, co go przerasta. Nie jest zatem skupione na drążeniu własnej istoty, tak jałowym i próżnym. Tożsamość wyspiarza jest tożsamością rozbitka: zanurzona w tragicznej przeszłości, skierowana w niepewną przyszłość, nie ma jednego punktu oparcia. Dlatego na Fuerteventurze się żyje, a nie konstruuje życie.

Temu wszystkiemu sprzyja na pewno erotyzm Fuerteventury („tutaj nawet krajobrazy są erotyczne” – powiedziała mi koleżanka). Złączony z poczuciem wszechwładnej i bardzo realnej śmierci, która przychodzi nagle – zarówno z zewnątrz (pod postacią korsarzy, konkwistadorów, ale też jako sztorm lub choroba), jak i z wewnątrz (trzęsienia ziemi, lawiny błotne, susze) – erotyzm zyskuje na sile i staje się bardziej kompulsywny, doraźny, nastawiony na przetrwanie. Wyspa pozwala na więcej, bo jest jakby emanacją śmierci za życia.

Ogygia

Plutarch pisał, że za panowania Tyberiusza marynarze i podróżni na statku płynącym nieopodal wyspy Paksos usłyszeli wołanie: „Wielki Pan umarł!”. W tej opowieści interesujących jest kilka tropów: związanie bożka Pana z konkretną wyspą, jego śmierć oraz postać Tyberiusza – cesarza, który uciekł od siebie na Capri, gdzie poświęcił się erotycznym ekscesom i pogrążył w szaleństwie.

Pan umarł na Paksos w wyniku seksualnego wyczerpania. W manieryzmie przedstawiany był z odciętym fallusem. Wręczał go kobiecie, której nie mógł zaspokoić. Seksualnie wyczerpany wydaje się też Odyseusz przebywający na wyspie nimfy Kalipso. Co ciekawe, Ogygię czasem umiejscawiano na Atlantyku. W dwunastej księdze Odysei Odyseusz opowiada, że nim dotarł do „pięknowłosej Kalipso”, omal nie został wchłonięty przez Charybdę, potwora, który w równych odstępach czasu zasysa morze, by potem na powrót je wypluć:

Niosło mnie przez całą noc, a ze wschodem dotarłem do skały Skylli i do strasznej Charybdy. Właśnie połykała gorzką wodę morza, ale ja uczepiłem się wysokiego figowca i zawisłem na nim jak nietoperz. […] Wytrwale się trzymałem, póki nie wyrzyga z powrotem masztu i stępki. Długo musiałem na nie czekać. W porze kiedy sędzia […] z rynku idzie na wieczerzę, w tej porze dopiero wydobyły się z Charybdy moje drewna[9].

Ci, którym fikcja nie wystarcza, dopatrują się w tym opisie odpływów i przypływów, jednak te, jak wiadomo, nie występują na Morzu Śródziemnym. Heros musiał zatem wypłynąć na Atlantyk[10]. To oznaczałoby, że Scylla i Charybda czyhały nie po obu stronach Cieśniny Mesyńskiej, ale Gibraltaru. Puszczając jeszcze bardziej wodze fantazji geograficzno-literackiej, Scyllę moglibyśmy umieścić na Graciosie, Charybdę – na Lanzarote, a niedaleką Wyspę Syren – na Lobos, w cieśninie Bocayna. Ogygią byłaby natomiast Fuerteventura. Na jej klifach, wrzynających się w ocean, tęskniłby za domem Odyseusz. W jej jaskiniach i nadmorskich grotach kochałby się z Kalipso, która dotąd żyła tu samotnie, wyrzucona przez czas na peryferie świata – tam, gdzie niebo łączy się z ziemią.

 

Tak o niej i o jej zapomnianej wyspie pisze Calasso:

Żadna nimfa nigdy nie była tak samotna jak Kalipso. Z wejścia do swej groty patrzyła na fiołkowe fale, wiedząc, że żaden z bogów nie pojawi się u niej. […] Kalipso odznaczała się boską gościnnością, a czas odmawiał jej gości. Dlaczego morze wokół niej było puste, a z ziemi nie unosił się dym ofiarny? Dystansu między Kalipso a światem nie dałoby się wymierzyć tylko bezkresnym grzbietem wód, ale głównie wymierzał go czas. Jak jej ojciec Atlas […] Kalipso żyła w miejscu kosmicznego spojenia: Ogygia była wyspą pierwotną […]. Ale nikt nie dbał już o to, co pierwotne[11].

W pierwotności Ogygii zaklęta jest pierwotność Fuerteventury. Wynika ona z odklejenia się od czasu, bycia na uboczu. Jej mieszkańcy często powtarzają, że zdani są tylko na siebie, i choć wyspę odwiedzają rocznie ponad dwa miliony ludzi, uważają, że świat o nich zapomniał.

Tę samotność, dojmującą oraz melancholijną, widać późnymi wieczorami w barach, gdzie czerwoni od słońca i wysokiego ciśnienia, spuszczeni ze smyczy codziennych obowiązków, na krótko uwolnieni od swojego w gruncie rzeczy przygnębiającego życia i mogący w końcu przez chwilę poczuć się klientami – tymi, którzy żądają (myślę, że turystyka potrafi skutecznie wykorzystać resentymenty) – ubodzy pracownicy tak zwanego najniższego szczebla z północy Europy zalewają się w trupa. Miasteczko już się wyludniło. Wróble śpią w figowcach. Tylko z jednej lub dwóch knajp dochodzą pojedyncze krzyki i rockowa muzyka. Pomiędzy stolikami i za barem krzątają się młode kobiety, niespotykanie piękne, wyniosłe i wyzywające, najbardziej samotne na wyspie. Ich znudzenie jest bezkresne jak ocean. Marzą o kontynencie, choć wiedzą, że przyjdzie im się zestarzeć na tej pustyni, wśród popielatych gór – w huku morza. Ich czas liczy się w turnusach, a twarze gości zlewają im się w jedną napuchniętą, ziejącą alkoholem, obleśną gębę. I tak jak nimfa widziała herosa takim, jakim był naprawdę, tak i one widzą mężczyzn takimi, jakimi są. To są współczesne Kalipso na dzisiejszej Ogygii.

Odyseusz odczuwał do Kalipso taki pociąg, jaki Gilgamesz do szafarki Siduri. Kobieta nalewająca za ladą napój, mówiąca i słuchająca […]: jest to kobieta, która przyjmuje do przedsionka królestwa zmarłych.

W tym miejscu przejściowym, prowizorycznym, w jedynym miejscu, gdzie można się łudzić, że znalazło się poza życiem i poza śmiercią, pije się i gra w kości. Rozmowy z kobietą podającą napój ciągną się przez niekończącą się noc, bez obawy, że zaraz pojawi się świt za oknami. Później, po Odyseuszu, mężczyźni zapomnieli o tym, jednak w dalszym ciągu odczuwali mroczny pociąg do barmanek, jakby każda lada, przy której się pije, była progiem innego świata.

Odyseusz przeżył z Kalipso siedem lat […]. Były to lata, gdy czas wessał go wstecz, gdy go umieścił w tym cudownym okręgu, który był unoszącym się na wodzie grobem. […] W Hadesie podczas rozmowy z Achillesem Odyseusz poruszył temat okrucieństwa śmierci. Teraz wokół niego była śmierć inna, która ujawniała prowizoryczne rysy lepszego życia i była statycznym pogrążeniem się w czasie. Odyseusz wiedział, że lepsze życie nie istnieje. Jak Pola Elizejskie, jak ogród Hesperyd, tak też Ogygia była miejscem do zdobycia poznania, a nie do życia[12].

Wedle jednego z wariantów mitu, gdy Odyseusz dotarł w końcu na Itakę, zastał swoje domostwo w opłakanym stanie. Było zdewastowane przez owładniętych chucią mężczyzn. Penelopa żyła między nimi i prowadziła dom publiczny, „[ogołacając – przyp. K. B.] mężowskie komnaty, oddając na biesiady dorobek nieszczęśnika”[13]. Dlatego Odyseusz zaraz po powrocie wygnał ją z królestwa. Miała wrócić do swojego ojca – do Sparty. Po kilkudniowej wędrówce stanęła na zboczach Mantinei. Przed sobą miała spartańską równinę. Kiedy pojawił się Hermes, złączyła się z nim, a potem urodziła Pana. „Od tamtego czasu [Pan – przyp. K. B.] biega po urwiskach Arkadii i gra na syrindze”[14].

Zdaniem innych, gdy Odyseusz wrócił na Itakę, Penelopa już zdążyła oddać swoje ciało stu ośmiu zalotnikom. To z nimi spłodziła Pana. Kroki Odyseusza dudniły w pustych korytarzach pałacu, zalotnicy już leżeli zatopieni we krwi, a Penelopa jeszcze spała. Odyseusz otworzył drzwi do jakiejś komnaty, o której istnieniu zapomniał. Była całkiem pusta. Z ciemności patrzyło na niego dziecko o sprytnym wyrazie twarzy, z dwoma wzruszającymi małymi rogami wystającymi mu z kosmyków włosów i z łapami kozła. Dwa błyszczące kopytka wystawały spod skórki zajęczej, w którą mały Pan był owinięty. Odyseusz od razu zatrzasnął drzwi z powrotem. Nie mówiąc ani słowa, zszedł do portu w Itace i na nowo wciągnął żagiel na maszt. Nie wiedział, gdzie ma pożeglować, i znów był na statku zupełnie sam[15].

Lubię myśleć, że wrócił na Ogygię, która zawsze czeka. Tam, gdzie się pije i gra w kości. Do Kalipso nieufnej wobec morza. Jej słowa wypowiedziane kiedyś do Odyseusza, gdy fala zatarła namalowane przezeń rysunki, mogłyby powtórzyć mieszkające na Fuerteventurze kobiety: „Widzisz, co czyni morze? I chcesz morzu zaufać?”[16]. Wielu z nich morze zabrało mężów, braci, ojców. Dlatego niektóre nawet nie podchodzą do brzegu. Inne jeszcze pamiętają, jak ojcowie uczyli je pływać. Daleko od lądu wyrzucali je z łodzi do wody i odpływali. Dlatego one wolą teraz robić swoje koronki. A sieci niech zarzucają mężczyźni.

Prom

Prom, którym płynąłem na południe, wzdłuż brzegu Maroka, wiózł na swoim pokładzie około półtora tysiąca Europejczyków. Nie było na nim Afrykańczyków ani Azjatów. Byli za to turyści, handlarze, wracający z kontynentu Kanaryjczycy, hipisi, kierowcy, zakontraktowani Hiszpanie, backpackersi i ekspaci. Wszyscy ci współcześni bezprizorni. Przez dwadzieścia sześć godzin rejsu umiarkowanie pili, oglądali seriale, słali na kontynent ememesy jak Noe gołębicę, czytali kilkusetstronicowe książki, których tytuły nic mi nie mówiły, i kolorowe magazyny, śniadaniowali, obiadowali, jedli kolację i znów śniadaniowali, grali w bingo i planszówki, drzemali w kątach, palili. Wiercili się. Co cztery godziny wyprowadzali psy. Przesiadali się, wychodzili na zewnątrz, wracali, maszerowali wzdłuż okien po skrzypiącym parkiecie, robili zdjęcia, zagadywali, milczeli, rzygali.

Wśród tego tłumu wyróżniali się czterej mężczyźni. Zwróciłem na nich uwagę już w porcie, gdy czekałem na zaokrętowanie. Wszyscy mieli nowe półterenowe BMW. Dobrze znali pracowników odpowiedzialnych za nawigację aut wjeżdżających na pokład. Co ciekawe, każdy z nich był z innej parafii. Jeden wyglądał jak raper, drugi jak geek, trzeci to był typowy południowy lowelas, a czwarty, w bluzie Everlast – wypisz wymaluj pięściarz. Ten ostatni nie ruszał się nigdzie bez amstaffa. Podczas całego rejsu chodzili we czterech. Byli nierozłączni. Luksusowe auta nijak pasowały do ich wyglądu. Kiedy w końcu dopłynęliśmy na Wyspy Kanaryjskie i prom dobił do nabrzeża w Arrecife na Lanzarote, jako pierwsi zeszli pod pokład. Byli nerwowi. W kolejce do wyjazdu trąbili na innych kierowców. Kiedy tylko opuścili port, na pierwszym rondzie czekała na nich policja. Obserwowałem ich aresztowanie z przyportowej kawiarni, w której się zatrzymałem, żeby wypić kawę i wypuścić psa. Spytałem pracującego tam kelnera, czy to są złodzieje aut. Popukał się w głowę. „Drug dealers” – odparł. Potem dodał, że to już trzecia zasadzka w tym miesiącu. „Szmuglują hasz z Maroka” – powiedział i cmoknął w palce na znak wysokiej jakości towaru.

Bez wątpienia prom to jedno z tych miejsc, w których się wyczekuje i przeczekuje, a nuda jest dominującym doświadczeniem na jego pokładzie. Można by się spić, zalać wódą te godziny i potem je zwymiotować, ale świadomość, że na dolnym pokładzie stoi auto, którym w końcu trzeba będzie wyjechać, uniemożliwia to jedyne sensowne rozwiązanie. Ogrom niezmiennego oceanu za oknem, wyabstrahowanie z kontekstu, kojący na początku szum fal i turkot śruby, które z czasem zaczynają doprowadzać do szału, a także ta dojmująca niemożność schlania się, zapomnienia – czynią wyczekiwanie na port chińską torturą. Czas spędzony na promie jest czasem przeczekanym, ale w swojej surowej, bezwzględnej arytmetycznej logice przeżytym do głębi – do cna. Na promie dostrzec można kościec czasu, którym jest monotonia. Zimna i jednorodna, nieskryta za wrażeniami. Nie da się jej tutaj niczym zagłuszyć ani przysłonić, nic nie odwraca od niej uwagi. Nawet krajobraz nie wychodzi nam naprzeciw. Nie ma przebacz.

Noc spędziłem na zewnątrz, na rufie. Nade mną delikatnie migotał Jowisz. Koło pierwszej, po trzynastu bezdennie długich godzinach, zasnąłem owinięty śpiworem na jednym z plastikowych łóżek stojących wokół pustego basenu. W środku nie dało się spać. Sufitowe halogeny raziły zimnym światłem, ludzie się wiercili, obsługa krzątała, jakieś niedopite pary tańczyły na parkiecie w ponurej restauracji. Około dwudziestej trzeciej pasażerów uraczono „programem kulturalnym”. Były karaoke, loteria i – jak się zdaje – dużo śmiechu. Czworo prowadzących robiło, co mogło, by wykończeni ludzie nie zignorowali surowego zakazu i nie pokładali się na stołach, kanapach i podłodze. Armatorowi zależało na utrzymaniu pozorów elegancji. Morze co prawda nie było bardzo wzburzone, ale nawet lekkie kołysanie wystarczyło, by wszystkie toalety poza dwiema zostały zapchane jeszcze przed północą. Kiedy w umieszczonych w boazerii głośnikach zabrzmiało YMCA, zszedłem pod pokład, do auta. Wyciągnąłem śpiwór i ostatni raz zabrałem Kapsla, który spał w środku, na kilkuminutowy spacer na najwyższy dek, gdzie wyprowadzało się psy. Noc była gęsta. Silnik rzęził. Słychać było łoskot fal rozbijających się o kadłub. Na wschodzie, po afrykańskiej stronie, nie było widać żadnego światła. Nawet ognisk. Przypomniałem sobie zdjęcie satelitarne Ziemi nocą. Europa była cała rozświetlona. Najjaśniej świeciły Londyn, Zagłębie Ruhry, Paryż, Beneluks i północ Włoch. Skrzyły się też wybrzeża Portugalii i Costa Brava, Rimini et consortes, Côte d’Azur. Wielkie turystyczne molochy, rozjarzone promenady, restauracje, kluby, dyskoteki, noc w noc żywiące się miliardami kilowatów. Rozpromienione miasta i łączące je migoczące szlaki – szosy i autostrady – z przyklejonymi do nich miasteczkami i wsiami, których nocne życie skupia się na stacjach benzynowych, przypominały neurony połączone aksonami. Może najważniejszą zasadą wszechświata jest przepływ informacji. Nieważne, czy są one prawdziwe, czy nie – przecież układ nerwowy też przekazuje tysiące fałszywych danych, a fake news to też news. Liczy się tylko nieskończony ruch impulsów. W jednym z numerów „Nature” Michael Nielsen, współautor Quantum Computation and Quantum Information, pisał: „Coraz liczniejsi naukowcy podejrzewają, że […] trzeba przyznać fundamentalną rolę informacji. Niektórzy posuwają się tak daleko, że sugerują, iż pojęcia oparte na informacji połączą się na koniec z tradycyjnymi kategoriami, takimi jak cząsteczki, pola i siły, bądź je zastąpią. Być może wszechświat jest dosłownie utworzony z informacji”[17].

W przeciwieństwie do Europy Afryka, poza kilkoma wyjątkami (deltą Nilu i Kairem, północą Tunezji oraz Marokiem, Kapsztadem i Johannesburgiem), była na fotografii zupełnie ciemna. Próżno tutaj szukać sieci połączeń. Na czarnym – dosłownie – kontynencie przepływ informacji trwa dłużej. Impulsy często rozpływają się w niebycie, w ciemności, i nie docierają do celu. Afryka jest kontynentem pokawałkowanym, poprzedzielanym i tylko tajemne szlaki koczowniczych plemion i saharyjskich nomadów próbują złączyć to, co przerwały berlińskie ustalenia z 1885 roku. Ale nawet nomadowie muszą czasem poddać się twardym decyzjom geopolitycznym – i zmienić swoje odwieczne ścieżki.

Afrykańska noc rodzi się z głębi ziemi i dna oceanu. Czarna jest jak lustro. Przedzierając się przez nią, pomyślałem o ludziach, którzy na tym bliskim, a jednak tak bardzo dalekim, niewidocznym kontynencie również spoglądali w stronę Jowisza – tamtej zimy to on robił bowiem za drogowskaz. Moja droga – z północy na południe – była odwróceniem szlaku przebywanego obecnie przez miliony migrantów, którym świeci Gwiazda Polarna. W pół wieku jezioro Czad, nieoceniony, dający zatrudnienie setkom tysięcy Afrykańczyków rezerwuar wody oraz pożywienia, skurczyło się ponad dziesięciokrotnie. Sahara z każdym rokiem się rozrasta, jej piaski pochłaniają kolejne obszary zarówno na północy, jak i na południu. Pory deszczowe są coraz krótsze lub nie ma ich wcale. Wyschnięte, niekiedy od dekady niezaznające wody koryta okresowych i epizodycznych rzek przypominają krakelury. To wszystko sprawia, że mieszkańcy afrykańskiego interioru, synowie i córki spalonej ziemi, szykują się do wielkiej wędrówki w kierunku Morza Śródziemnego – starym, nieoświetlonym handlowym szlakiem z Lagosu do Trypolisu, którego kierunek wskazuje tylna oś Wielkiego Wozu.