FuerteTekst

Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ognisko

Sol de Tejate znajdowało się osiem kilometrów na północ od Tindai, pośrodku malpaís, czyli pól lawowych, na których piętrzą się zielonkawe, pokryte porostami, bazaltowe skały. To ziemie pełne grot, wądołów, rozpadlin, gdzie rosną pojedyncze tabaiby (Euphornia regis-jubae – w tej łacińskiej nazwie zaklęte są początki osadnictwa na Fuerte), gorzkie i wystarczająco toksyczne, żeby swoim białym sokiem zatruwać baseny skalne powstałe po przypływie, a uwięzione w nich ryby, po chwili martwe lub oszalałe, wypychać na powierzchnię. To ziemie na tyle nieprzyjazne, że stały się doskonałym schronieniem zarówno dla ptaków (stepówek, dudków, dzierzb i hubar), jak i dla ukrywających się przed konkwistadorami Guanczów.

Była to labiryntowa budowla składająca się z kręgów oraz korytarzy (na zdjęciach satelitarnych jej pozostałości wyglądają jak dziecięcy rysunek przedstawiający lwa). Stanowiła swoistą mapę nieba, ale nie tylko – służyła też jako kalendarz księżycowy, obserwatorium oraz świątynia. Najważniejsza część konstrukcji była idealnie okrągła. W jej centrum znajdował się najprawdopodobniej ołtarz ofiarny. Nad nim ze wschodu na zachód wędrował bóg Magec (Słońce). Odchodzące od centrum ścieżki wychodziły na poszczególne punkty na niebie: miejsca wschodu i zachodu najjaśniejszych gwiazd, maksymalnej i minimalnej deklinacji Księżyca, na pozycje Słońca podczas przesileń i równonocy – a także na… Tindayę. Jeżeli na rysunku przedłuży się te ścieżki aż do samego środka świątyni, to stworzą one coś w rodzaju spirali, przywodzącej na myśl amonity.

Rola Tindai w tym systemie nie jest jasna. Biorąc jednak pod uwagę, że Sol de Tejate nie tylko miało charakter praktyczny – pozwalało określić pory suche oraz deszczowe, czas zasiewów i żniw – ale również, wpisane w guanczowskie mityczne uniwersum, służyło wyznaczaniu świąt, można się domyślać, że święta góra, axis mundi ludu północnej Fuerteventury, była centralnym punktem tej astronomicznej układanki. Ku niej kierowały się oczy Majoreros, przemierzających gwiezdny labirynt, odtwarzających drogę Mageca.

Leonardo Torriani, pochodzący z Cremony budowniczy fortec, na prośbę Filipa II miał skontrolować, ocenić i zinwentaryzować całą infrastrukturę obronną Wysp Kanaryjskich, od lat plądrowanych przez piratów z Maghrebu. Pracę tę dokumentuje dzieło Descripción e historia del reino de las Islas Canarias, które prócz uwag na temat istniejących fortów i ewentualnych przyszłych umocnień zawiera informacje dotyczące samego archipelagu (wraz z mapami wysp, miast oraz rysunkami przedstawiającymi Kanaryjczyków i miejscowe krajobrazy). W części poświęconej Fuerteventurze autor zamieścił rysunek świątyni Majoreros. Była to przypominająca ślimaczą muszlę budowla, w której środku znajdowała się figura wielkości człowieka. Torriani pisał, że „czczony posąg był z kamienia i miał ludzką formę”[4]. Nie wiedział jednak, kogo przedstawiał ani do jakiego rzędu bogów ów się zaliczał – niewykluczone, że był to Magec. Królewski budowniczy stwierdził, że w świątyni składano ofiary i nazywano ją Fquenes. Na upartego można w tym słowie usłyszeć łacińskie focus – ognisko, palenisko – od którego pochodzą hiszpańskie fuego (ogień), włoskie fuoco (ogień), francuskie foyer (ognisko) czy wszystkie tak popularne współcześnie słowa związane z koncentracją, skupieniem: angielskie focus czy hiszpańskie enfoque. Redaktorzy dzieła Torrianiego w przypisie dotyczącym nazwy świątyni odsyłają do siedemnastowiecznej Historia de la conquista de las siete islas de Canaria franciszkanina Juana de Abréu Galinda, gdzie znajduje się opis okrągłych konstrukcji z Lanzarote, zwanych efequenes, w których ludzie gromadzili się na nabożeństwa. W tym wypadku bardziej niż focus przychodzą na myśl łacińskie efficere (zrobić, ukończyć, sprawić) i effectum (skutek). Niewykluczone jednak, że gdzieś u początku kojarzące się zarówno z ogniskiem domowym (albo po prostu domem: aedifico), jak i trudnym (difficilis) rozpalaniem, czyli „sprawianiem” ognia, focus jest spokrewnione z wymagającym skupienia efficere.

Tak jak wyspy konserwują naturę, jej prehistoryczne, niespotykane na kontynencie formy i gatunki, tak też impregnują język, zachowując często zamierzchłe związki i kolokacje, utrzymując przy życiu umarłe już gdzie indziej znaczenia. Być może Sol de Tejate było opisywanym przez Torrianiego Fquenes – kręgiem, w którym podczas ekwinokcjum na ogniu składano sprawioną, wypatroszoną ofiarę Magecowi, symbolizowanemu przez zrobiony z kamienia posąg. W efekcie nadchodziła pora deszczowa. To mogłoby oznaczać, że poza amforą znalezioną na Graciosie oraz ruinami kolonii farbiarskiej na Lobos (nazwanej tak z powodu wyjących jak wilki atlantyckich fok, łacińskich phocas) czy dzikimi oliwkami są jeszcze inne dowody na rzymską kolonizację wysp.

Wiadomo, że z powodu precesji układ ciał niebieskich w stosunku do Ziemi ulega zmianie. Dokładnie ten sam powtarza się co 25 700 lat. Wystarczy przeanalizować, jak w Sol de Tejate zostały umiejscowione wschody i zachody poszczególnych gwiazd oraz słońca, aby w miarę dokładnie określić datę powstania obserwatorium. Jest to XI wiek naszej ery. Kult Mageca mógł być zatem poślednią wariacją pochodzącego z III wieku rzymskiego kultu słońca, który przetrwał na Fuerteventurze setki lat i pogrzebany został dopiero przez konkwistadorów.

La Bruja

Tindaya nazywana była czasem Górą Wiedźm (Montaña de Brujas). Jeszcze w XX wieku urządzano na niej sabaty. Wiedźmy na Fuerteventurze cieszyły się wielką estymą, podobnie jak szeptuchy na wschodzie Polski. Z tym że brujas się nie ujawniały. To, kto jest wiedźmą, było, przynajmniej w teorii, sekretem znanym tylko wtajemniczonym. W pewnym sensie tworzyły więc tajne stowarzyszenie. W antropologii i religioznawstwie istnieje jednak pojęcie „jawnej tajemnicy”, czyli tego, co ukryte w świetle (choćby w świetle księżyca). Wszystkim znana, ale niewypowiadalna, jest ona – podobnie jak tabu – fundamentem społeczności. Mieszkańcy położonego u stóp góry miasteczka Tindaya, zbudowanego w miejscu przedhiszpańskiej osady, w większości zdawali sobie sprawę z tego, które kobiety są wiedźmami, i darzyli je szacunkiem. Ich wysoką pozycję w hierarchii społecznej oraz otaczający je kult wielu badaczy wywodzi od legendarnych, obdarzonych wielką mądrością wieszczek: Tibiabín i Tamonante, których pozycja w guanczowskiej wspólnocie była niewiele niższa od królewskiej.

Wspomniany wyżej Leonardo Torriani pisze, że w czasach podboju Fuerteventura rządzona była „przez wielu książąt i dwie kobiety”. Tamonante odpowiadała za rozsądzanie sporów między zwaśnionymi książętami oraz włodarzami, czyli zajmowała się sprawami kluczowymi dla skutecznych i spokojnych rządów oraz pokojowego współistnienia. „Drugą była Tibiabín – pisze Torriani – kobieta niesamowita, posiadająca sporą wiedzę dotyczącą demonów i praw natury”, „umiejąca wieszczyć”, czczona niczym bogini. Jako kapłanka Tibiabín sprawowała pieczę nad obrzędami, również tymi na Tindai.

Juan de Abréu Galindo w swojej historii podboju Wysp Kanaryjskich stwierdza: „Były [na Fuerteventurze – przyp. K. B.] dwie kobiety, które rozmawiały z demonami […], matka i córka; jedna odpowiedzialna była za łagodzenie sporów między królami i dowódcami, […] druga za przebieg obrzędów”[5]. Tibiabín, fuerteńska wyrocznia, miała przepowiedzieć konkwistę. Za pośrednictwem Tamonante poradziła władcom, aby nie przeciwstawiali się zbrojnie „potężnym przybyszom w pływających domach”[6], tylko przyjęli ich pokojowo. Było to, jej zdaniem, gwarancją przyszłego dobrobytu i harmonii. Tak przynajmniej utrzymywali francuscy i hiszpańscy kronikarze, którzy na każdym kroku próbowali usprawiedliwić rzeź, jaką na Wyspach Kanaryjskich urządzili miejscowym europejscy konkwistadorzy. Potem z gorzką satysfakcją miała się Tibiabín przyglądać eksterminacji swoich ziomków i – według Leonarda Torrianiego – jako pierwsza na Fuerteventurze przyjęła chrzest, po czym żyła skromnie i w pokucie, jak przystało na przykładną neofitkę.

Kilkaset metrów na zachód od Tindai, nieopodal strumienia okresowego Barranco de Esquinzo, który od tysięcy lat podczas pór deszczowych drąży świętą górę, znajduje się grota, a w zasadzie wielkie zapadlisko zwane Bailadero de las Brujas – swoiste wejście do świata podziemnego, gdzie spotkać można było duchy zmarłych. Przez wieki funkcjonowało ono jako miejsce schadzek okolicznych wiedźm. Podczas nocy świętojańskiej nagie lub półnagie kobiety oddawały się tutaj transowym tańcom, zabawom, praktykom seksualnym – swoistym bachanaliom. Jeszcze na początku XX wieku dobiegały stamtąd ekstatyczne jęki i krzyki, wzmocnione akustyką jaskini. Tak przynajmniej każą nam wierzyć męskie fantazje, na wyspie bardzo żywotne. To podczas owych zlotów, które były – jak się dzisiaj mniema – reliktem zamierzchłego matriarchatu, pasterze z okolic Tindai zbierali się wokół Bailadero i nasłuchiwali ech kobiecej ekstazy. Wedle legendy mężczyzna, który zobaczył wiedźmę, rozpoznał ją, ale nie zdradził sekretu, cieszył się potem jej względami, raczej erotycznymi niż ezoterycznymi, oczywiście. Tak różne od żon pilnujących ogniska domowego, wyzwolone, dzikie brujas jawią się dzisiaj bardziej jako wymysł machismo, emanacja samczych pragnień, niż symbol feminizmu. Obecnie w miasteczku Tindaya, u stóp świętej góry, w jednym z domów wciąż mieszka ostatnia bruja. Wszyscy wiedzą, jak się nazywa, kim jest, kto jest jej mężem i gdzie dokładnie znajduje się jej chałupa. Nieraz widuje się tę kobietę w miejscowej kawiarni lub restauracji na skraju osady. Czasem odwiedzają ją sąsiedzi – przychodzą po rady dotyczące małżonków albo chcą zapytać o wyroki losu.

 

Virgen de la Peña

Tak jak postać Tibiabín została zagospodarowana przez zapobiegliwy Kościół i we franciszkańskich podaniach z pogańskiej wieszczki przeobraziła się w rzeczniczkę nowej wiary, tak i kult brujas został zaanektowany przez zawsze czujnych rzymskich katolików. Od strony Bailadero zboczem Tindai miał biec niedługi szlak pokutny: Camino de la Virgen.

Maria, która w dziele chrystianizacji Afryki i obu Ameryk odegrała kluczową rolę, albowiem łatwo adaptowała się do niejednokrotnie feminocentrycznych lokalnych wierzeń, została patronką Wysp Kanaryjskich jako Virgen de Candelaria. Postać Matki Boskiej z Dzieciątkiem na ręku i z gromnicą w dłoni objawiła się Guanczom z Teneryfy w jaskini niedaleko dzisiejszego – nazwanego na jej cześć – miasta Candelaria. Według pierwszych kronikarzy Teneryfy cudowna, boska obecność La Morenity, bo tak z uwagi na ciemną karnację jest nazywana, nakłoniła miejscowych do zmiany wiary… jeszcze przed konkwistą. Niemal natychmiastowa akceptacja oraz kult, którym Guanczowie otoczyli Virgen de Candelaria, mogły wynikać z utożsamienia jej z matką wszystkich bogów Chaxiraxi, która na początku roku – w okresie deszczowym – pojawiała się na południowym horyzoncie pod postacią Kanopusa, drugiej co do jasności gwiazdy na niebie. Chaxiraxi, potężna i wywyższona, odpowiedzialna była za ulewy gwarantujące urodzajne miesiące wiosenne. Swoje święto podobno obchodziła na początku lutego, być może w dzień Matki Bożej Gromnicznej.

Patronką Fuerteventury jest Virgen de la Peña (Matka Boska Skalna), której podobizna znajduje się w kościele w Vega de Río Palmas. Niewielka gotycka rzeźba przedstawia siedzącą ukoronowaną Maryję, która obejmuje wiercące się Dzieciątko. U jej stóp mieni się złoty półksiężyc. Wyobrażenie to ma związek z rozpowszechnianiem się kultu Matki Bożej z Guadalupe, która w 1531 roku objawiła się Juanowi Diegowi Cuauhtlatoatzinowi. Skupiona, z dłońmi złożonymi do modlitwy, La Morenita z Tapeyac, jak zwie się potocznie Matkę Bożą z Guadalupe, okryta była błękitnym gwiaździstym płaszczem ze złotą lamówką. Stała na półksiężycu, a jej szaty przytrzymywał serafin. Depcząca półksiężyc Matka Boska była dla Europejczyków zapowiedzią ostatecznego triumfu chrześcijaństwa nad islamem, co sto lat po rekonkwiście, której sukces po czasie okazał się złudny, na Fuerteventurze, gęsto zaludnionej przez mauretańskich niewolników oraz ich potomków mieszanej krwi, miało symboliczne znaczenie.

Virgen de la Peña jest chronologicznie drugim przedstawieniem Marii na Wyspach Kanaryjskich, najpewniej przywiezionym w XV wieku przez pierwszych osadników. Chociaż wedle legendy wizerunek ten odnaleźli u zarania konkwisty franciszkanie. Znajdował się w grocie w wąwozie skalnym. Stoi tam teraz mała kaplica, wciśnięta w wąskie przejście między dwoma masywami. Ermita de las Peñitas góruje nad szlakiem, którym konkwistadorzy zmierzali w głąb wyspy i gdzie stoczyli pierwszą bitwę z miejscowymi. Tędy przed laty płynęły potoki, w górę których pięli się zdobywcy. U ich brzegów rosły tysiące palm. Tutaj Guanczowie zbierali owoce i zioła, poili zwierzęta, spędzali wolny czas.

Dziś wyschniętą doliną spływa jedynie wąska strużka wody. Pozostało tylko kilkadziesiąt palm, postrzępionych przez wiatr, nędznych. Susze i działalność ludzi unicestwiły ostatnią na wyspie oazę. Przy strumyczku, który przypomina ściek, ale z uporem maniaka drąży ziemię, spotkać można chłodzące się świergotki, sikorki, wróble i gilaki. Przyleciały z innych części wyspy. Słodka woda jest na Fuerteventurze towarem deficytowym. Virgen de la Peña, która miała przejąć rolę guanczowskich wieszczek i kapłanek umiejących wywoływać deszcze, nie zadbała o swoją wyspę Kamień – przynajmniej dotychczas. Fuerteventura od setek lat nieprzerwanie wysycha. Z każdym rokiem jest coraz mniej deszczów. A jak już pada, to ulewy są krótkie i gwałtowne. Jałowa, wysuszona ziemia nie jest zatem w stanie zaabsorbować wody. Podczas suchych letnich miesięcy resztki gleby wywiewa wiatr. Wyspa powoli zamienia się w nieprzyjazny życiu, wyrastający z oceanu głaz. Podobny do kamiennej Madonny.

Virgen del Buen Viaje

Piętnastego sierpnia Virgen de la Peña opuszcza kościół w Vega de Río Palmas i kroczy na czele procesji modlącej się o pomyślność oraz deszcz. W tym samym mniej więcej czasie kilkadziesiąt innych ukwieconych Madonn zostawia swoje kaplice i na półksiężycowych tratwach przemierza ulice miasteczek, którym patronuje.

W El Cotillo, gdzie mieszkam, pod koniec sierpnia świętujący tłum eskortuje opiekunkę osady – Virgen del Buen Viaje (Matkę Boską – patronkę szczęśliwej podróży, a w zasadzie szczęśliwego powrotu do domu) – na wybrzeże. Tam czeka na nią łódź, którą wraz z miejscowymi rybakami wypływa w ponadgodzinny rejs po oceanie. Podróżując między zatokami, święcąc miejsca połowów, obłaskawia morze. Niestety, ostatnio jej interwencje okazują się nie dość skuteczne. Z roku na rok połowy są coraz skromniejsze. W oceanie ubywa życia. „Kiedyś – opowiadał mi jeden z tutejszych rybaków – ławice były tak wielkie, że gdy wiosną przepływały obok El Cotillo, to ocean aż się srebrzył. Dziś cieszymy się, jak cokolwiek złowimy. Zabieramy ze sobą nawet narybek, który kiedyś wypuścilibyśmy do wody”. W miasteczku jest coraz mniej rybaków. Połowami zajmują się głównie mężczyźni ze starszych pokoleń. Robią to jednak bardziej z przyzwyczajenia niż dla wymiernych zysków. Młodzi albo wyjechali, albo pracują w hotelach, restauracjach, które jeszcze skupują ryby od ich ojców. Połowy są skromne, więc o hurtowym handlu trudno tutaj mówić. Co obrotniejsi kupili wysokie łodzie motorowe i przestawili się na wędkarstwo sportowe. Za kilkadziesiąt euro od osoby zabierają turystów na kilkugodzinne spiningowe wypady, podczas których kierowcy autobusów z Manchesteru, hanowerscy taksówkarze, pracownicy holenderskiej poczty i Polacy, zawsze chętni, by zamoczyć kija, mogą wyłowić kilkukilogramową sierrę, marlina, a przy odrobinie szczęścia zobaczyć też delfiny. W koszt takiej przygody wliczony jest posiłek i kilka puszek piwa. Oczywiście nie wszystkie złowione ryby wolno zabrać ze sobą (no, chyba że zapłaci się ich równowartość). Tylko jedna może wylądować na grillu spalonych słońcem rumianych ludzi z Północy. Długo zatem wybierają swoją zdobycz, fotografują się z nią na kei i wreszcie z martwą, broczącą jeszcze krwią rybą, zawiniętą w plastikową torbę, ruszają z powrotem do swoich apartamentów lub hotelowych pokoi. Ten urlop z całą pewnością będą mogli uznać za udany.

Kiedyś wiosną o zmierzchu na morze wypływało kilkadziesiąt łodzi. Dziś na horyzoncie chybocze się co najwyżej czternaście światełek. Niewielka to konstelacja. W bezksiężycową noc wciąż jednak łatwo pomylić dół z górą. Czasem wyobrażam sobie, że przekręcam ocean jak klepsydrę. Łodzie rybackie stają się wtedy gwiazdami, a gwiazdy przemieniają się w kołyszące się na wietrze lampy kutrów. Ławice trzepoczą w sieciach z mgławic. Choć postawiony na głowie, świat wraca we właściwe ramy. Pomiędzy Krzyżem Południa a konstelacją Kruka rozwieszam sznur na bieliznę i klipsami do prania przyczepiam doń rozpłataną Południową Rybę. Suszę ją tak, jak na dachach swoich domów robią to starzy mieszkańcy El Cotillo, których rytm życia wciąż wyznacza porządek pływów i faz Księżyca. Im współczesność, podobnie jak Maria, nie ma do zaproponowania nic poza rozczarowaniem.

El Cotillo

Na kilka dni przed adoracją Dziewicy odbywa się tradycyjna calada. O świcie, podczas przypływu, w pobliskich zatokach (las calas – stąd nazwa rytuału) rybacy rozkładają trójścienne sieci, które wyciągną po kilku godzinach, w czasie odpływu – a wraz z nimi setki uwięzionych ryb (salpy, tu zwane salemami, ale też sparysomy i samy). Ten sposób łowienia, tak zwany trasmallo, stosuje się tylko raz w roku. Poza tym jednym dniem jest zakazany i uznawany za kłusownictwo.

Kolejne plastikowe pudła zapełniane są trzepoczącymi rybami, które po skończonym połowie transportuje się do El Cotillo. Tutaj są patroszone. Mieszkańcy przy stołach ustawionych w porcie rozcinają je wzdłuż i tak rozpłatane układają na kamienistej plaży. Następnie czerwono-perłowe zwłoki, ułożone rzędami na bazalcie, suszą się w sierpniowym słońcu. Koty łakomie zerkają w ich kierunku z murków i chodników. W całym miasteczku śmierdzi rybim mięsem. Ususzone, słone tusze nazywane są tutaj jareas. Ich nazwa wywodzi się z używanego w Saharze Zachodniej i Maroku języka tamazight. Sposób przygotowywania ryb przywędrował na Fuerteventurę także z Maghrebu. Być może już na początku naszej ery, a może dopiero czternaście wieków później – na statkach z niewolnikami. Suszące się na sznurach salpy wciąż widuje się na wybrzeżach Maroka i Mauretanii. Tak zakonserwowane przez słońce i sól tusze mogą tygodniami czekać na spożycie. W przeszłości skupowali je żeglarze, kupcy oraz handlarze ludźmi, przeprawiający się przez Atlantyk czy płynący wzdłuż wybrzeży Afryki do południowych kolonii, na Antypody i do Indii. Odporne na wilgoć i upały, niepsujące się jareas były idealnym pożywieniem na ciągnące się tygodniami rejsy.

Podobnie jak apanada, czyli coroczne liczenie kóz na Fuerteventurze, calada jest tradycją wywodzącą się jeszcze z czasów przedhiszpańskich. Guanczowie z Fuerteventury, którzy nie dysponowali łodziami (nie mieli specjalnie z czego ich zbudować), do połowów wykorzystywali zmieniający się poziom oceanu. Podczas przypływów, u ujścia powulkanicznych, skalnych zatok, które jak koronki ciągną się wzdłuż północnego wybrzeża, montowali sieci. Gdy woda zaczynała się cofać, odsłaniając piaszczyste dno, ryby wpadały w pułapkę. Były to najczęściej salemy, pożądane przez Guanczów nie tylko ze względu na walory kulinarne (bardzo delikatne mięso, przypominające trochę pierze), ale także właściwości halucynogenne. Wywar z ich głów służył podczas ceremonii religijnych za naturalny wyzwalacz wizji i być może spożywany był przez mężczyzn podczas rytuałów inicjacyjnych na Tindai. W okolicach świętej góry, między innymi przy drodze prowadzącej do El Cotillo, odnaleźć można paleniska. Wokół nich zachowały się porozrzucane skamieniałe szkielety ryb, z których przyrządzano ten specyfik.

Nazwa zwyczaju pochodzi od słowa cala, oznaczającego zatokę, ale może się też kojarzyć z pleceniem i siecią: calada to przesmyk, przestrzeń między nitkami osnowy, przez które przechodzi czółenko. W przesmykach rozpostarte są sieci, w których „osnowy” wplątują się wysysane przez odpływ ryby. Przez przesmyki przepływają też rybackie czółna. Pokrewne calado oznacza „zanurzenie”, ale też „spokojny”, „cichy” – takie właśnie, odcięte skałami od otwartego oceanu, są zatoki na północ od El Cotillo, gdzie odbywają się połowy. Calado to też „ażurowy”, więc może przywodzić na myśl bazaltowe, pełne uskoków, postrzępione wybrzeże, jak również powulkaniczne porowate skały i podobne do pumeksu kamienie. Stąd caladao canario, tradycyjna sztuka koronkarstwa, która pochodzi z Portugalii lub Estremadury. Kanaryjskie koronki w XIX wieku cieszyły się sporym powodzeniem po obu stronach Atlantyku i konkurowały z rękodziełem z Japonii, Szkocji czy Madery. Ich głównym importerem była przez jakiś czas Anglia, dlatego tkaniny potrzebne do ich wykonania w czasach prosperity przypływały na Fuerteventurę nawet z Londynu i Manchesteru. Ażurowe obrusy i serwety, w większości wykonane w zakopconych izbach przez ogorzałe, zasuszone kobiety, których dzieciom głód zaglądał w oczy, dobrze prezentowały się na bogato zastawionych brytyjskich stołach. Koronkarstwo było zajęciem wyłącznie kobiecym, rybołówstwo – typowo męskim, ale obydwa – wymagające precyzji, cierpliwości i wiedzy – korespondowały ze sobą.

Wszystko to współgra również z nazwą miasteczka. Cotilla to plotkara, cotilleo – plotka, a cotillear to plotkować. Podobnie jak polskie słowa może też jednak przywodzić na myśl plecenie – na przykład sieci. Święto miasteczka nazywa się zwyczajowo Cotilleando. Na cześć osady przy starym porcie, tam gdzie suszą się jareas, powstał mural przedstawiający dłonie wyplatające sieć.

Mężczyźni plotą zatem swoje sieci. Kobiety – swoje. Sieć służy do pętania, co sprawia, że jest nie tylko doskonałym źródłem metafor (w starożytności niejednokrotnie kojarzona była z umysłem lub losem, wszak najlepsze sieci plotły delfickie wyrocznie), ale także harmonizuje z miejscem swojego wykorzystania: morzem. Niejako je odzwierciedla. Kiedy w mniej wietrzne dni spojrzy się na spokojny ocean, od razu dostrzec można jego strukturę. Z lotu ptaka dobrze widać, że przypomina ona sieć. Fale biegnące z północy na południe przeplatają się z zachodnio-wschodnimi, a połyskujące w świetle wierzchołki i ciemniejsze zaklęśnięcia przypominają nici i oczka.

 

Sieć to koronka, ornament, a ten jest ewokacją morza. Splątane rośliny, spiralne i płaskie muszle, lilie, wodorosty, falujące wzory, ryby, węże, delfiny, migoczące słońce – ocean jest ornamentem obramowującym świat. Jest też pozostałością po potworze, który kiedyś „tkwił w centrum […], skąd wytryska źródło”[7] – jak pisze Roberto Calasso. „Potem opasał świat kręgiem, kręgiem utworzonym z łusek i wody. Była to krawędź składająca się ze wszystkiego. Była to rama”[8]. Sieć, tak jak ornament, jest ograniczeniem narzuconym przez konieczność.