Zielone pastwiska

Tekst
Z serii: Saga wiejska #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zielone pastwiska
Zielone pastwiska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,50  58,80 
Zielone pastwiska
Zielone pastwiska
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jakże piękne by były lekcje historii, gdyby w tak wyśmienity sposób opowiadano o Polsce i Ukrainie lat 1913–1946. Jesteśmy świadkami przemian gospodarczych i społecznych wsi tamtego okresu. Nie wymyślonych, ale do bólu autentycznych. Na naszych oczach rosną kolejne pokolenia Hubów, Dołęgów, Mazurów, Połajów czy Lipczewskich. Pojawiają się dzieci, umierają seniorzy, poznajemy socjalizm, bolszewizm, czasy, gdy Ukrainiec i Polak zaczynają być wrogami, mimo że mieszkają obok siebie i tworzą mieszane rodziny. Podczas lektury stałam się częścią społeczności tej powieści. Pani Kasia używa wiejskiej gwary, raczy nas tradycyjnymi przepisami, wyjaśnia pochodzenie roślin. Tak jak w poprzednich częściach obserwujemy życie codzienne wsi, pracę w gospodarstwie, święta i tradycje. Pięknie opisane są zmiany pór roku, czuje się oddech ziemi tamtych terenów. Widać, że książka powstała dzięki przodkom autorki i na ich wspomnieniach bazuje. Ostatnia kropka w książce wywołuje tęsknotę za bohaterami, uświadomiłam sobie, że od trzech tomów jestem z nimi zżyta i już tęsknym wzrokiem wypatruję ciągu dalszego.

Westa Kowalska,

bibliotekarka w Miejskiej Bibliotece Publicznej

im. Stanisława Staszica w Lubinie

To porywająca, a zarazem intrygująca opowieść, której akcja rozgrywa się w pierwszej połowie XX wieku, na tle ważnych dla Polski wydarzeń historycznych. Odnajdujemy tu autentyczne losy mieszkańców Tyczyna, malowniczej wioski położonej na Zamojszczyźnie. Autorka w sposób wyjątkowo obrazowy opisuje ich codzienne życie, które toczy się własnym rytmem, a zakres obowiązków wyznaczają pory roku. Życie, wypełnione ciężką pracą i niepokojem o to, co wydarzy się w niedalekiej przyszłości. Czytelnik ma okazję poznać panujące na wsi obyczaje i zaobserwować relacje rodzinne. Lektura wzbudza wiele emocji, a przede wszystkim sprawia, że trudno się oderwać od czytania.

Mogę śmiało powiedzieć, że Saga wiejska Kasi Bulicz-Kasprzak to książkowy bestseller, bardzo chętnie wypożyczany przez czytelników naszej biblioteki. Z wielką niecierpliwością czekają oni na kolejny tom cyklu, czyli Zielone pastwiska.

Marzena Gardiasz, bibliotekarka z Krynic

Z przyjemnością przeczytałem Sagę wiejską Kasi Bulicz-Kasprzak. Powieści napisane wspaniale, barwne i chwytające za serce. Losy rodzin Lipczewskich i Połajów śledzimy od roku 1904 aż do 1938. To trudne czasy: wojna, odzyskanie niepodległości, kryzysy dwudziestolecia, a na tle tych wydarzeń życie w Tynczynie zostało przedstawione bardzo pięknie.

Z przekonaniem będę polecać tę sagę swoim bliskim, nauczycielom i rodzicom, a przede wszystkim uczniom. To cenna lekcja historii.

Tomasz Oleszczuk,

nauczyciel bibliotekarz V Liceum

Ogólnokształcącego im. Jana III Sobieskiego w Białymstoku


Copyright © Katarzyna Bulicz-Kasprzak 2021

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© Joanna Czogala/Arcangel.com

Redaktor prowadząca

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-896-5

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Ani

Już zaszedł nad doliną

Złocisty słońca krąg:

Ciche odgłosy płyną

Z zielonych pól i łąk.


Wraz z wonią polnych kwiatów,

Z gorącym blaskiem zórz

Cicha poezja światów

W głąb ludzkich spływa dusz.


Adam Asnyk, Letni wieczór

Bełżec, 1946

Lokomotywa wtoczyła się na peron. Wydmuchnęła ze stalowych nozdrzy kłęby pary, sapnęła ciężko, coś w niej zazgrzytało i cała ta kupa żelastwa nagle stanęła w miejscu. Stłoczeni w wagonach ludzie z trudem łapali równowagę.

– A bodajby cię! – krzyknął ktoś, ktoś inny zaklął. W sąsiednim wagonie zapłakało dziecko. Płakało za każdym razem, gdy pociąg się zatrzymywał.

Jedna rzecz pewna, kolejarzem nie będzie, pomyślał. I uśmiechnął się, bo po raz pierwszy od lat trafiła mu się zabawna myśl. Może nawet pierwszy raz w życiu? Może, bo co też to było za życie. Splunąłby, gdyby nie to, że jedna z kobiet, z którą dzielił wagon, patrzyła na niego podejrzliwie.

Miała coś do niego, to pewne. Już gdy ładowali się do pociągu w Tłustem, w jej wzroku dostrzegł niechęć. Przez całą drogę szeptała do męża, a gdy które z dzieci zbytnio się zbliżyło, odciągała je, tak jak kwoka odciąga kurczęta z zasięgu łap kocura.

Udawał, że tego nie widzi, ukrywał się przed nią, a gdy musiał przejść obok, uśmiechał się jak najżyczliwiej. Z nadzieją, że to wystarczy, modlił się o jak najrychlejsze zakończenie ich wspólnej podróży.

– Stacja Bełżec! – ryknął zawiadowca.

Zgrzytnęły rozsuwane drzwi, załomotało uradowane serce. Przepchnął się przez ciżbę i wyskoczył na peron.

Człowiek, którym był osiem lat temu, z zadziwieniem patrzyłby na budynek stacji, tak inny od wszystkiego, co znał. Człowiek, którym był teraz, widział bardzo wiele i nic już go nie mogło zadziwić.

Sięgnął do kieszeni, wyciągnął kapciuch z tytoniem, skręcił papierosa, zapalił. Rozglądał się niby obojętnie, niby bez ciekawości, podobnie jak inni pasażerowie.

Na peronie zjawili się urzędnicy repatriacyjni. Podeszła do nich paniusia, ta, która tak wrogo na niego patrzyła przez cały czas.

– To tu teraz będzie się zaczynała Polska? – spytała.

– Ona to się tu, proszę pani, będzie kończyła.

Powoli, noga za nogą, oddalił się od nich. Bał się, że kobieta poprosi urzędników, by sprawdzili jego dokumenty. Odruchowo dotknął kieszeni, w której je trzymał. Solidne, nie do odróżnienia od prawdziwych. Niech tam, niech sprawdzają, pomyślał. Cóż mogą mi zarzucić? Tyle tylko, że moja twarz nie spodobała się jakiejś przewrażliwionej paniusi. Z drugiej jednak strony mógł tu się znaleźć, nawet między tymi urzędnikami, ktoś, kto by go rozpoznał. Tego się bał.

Rozsądniej byłoby nigdy nie wracać, ale tego zrobić nie mógł. Nie mógł jej zostawić.

Zgasił papierosa, niedopałek wrzucił do kapciucha.

Na peronie, jeszcze niedawno pustym i spokojnym, powstało zamieszanie. Jedni chcieli wysiadać, dość już mając tej podróży, dni spędzanych w wagonach bydlęcych, w których podróżowali z tym, co im pozwolono zabrać – krową, koniem, kurami, piernatami. Inni chcieli jechać dalej. Mężczyźni rozprawiali między sobą, co też im robić, osiedlać się tu czy lepszego miejsca szukać.

Nie ma lepszego, chciałby im powiedzieć. Ziemia tu czarna, dobra, ludziom oddana. Kocha jak matka i jak ona karmi obficie. Najlepsze to, najszczęśliwsze miejsce. Łzy go zapiekły w oczach. Zapragnął jeszcze raz zobaczyć swoją wioskę, konia do pługa zaprząc, rolę zorać, krowę na wygon zaprowadzić, nad rzeką usiąść, modlitwę na grobach bliskich odmówić.

Może kiedyś będzie mu to dane, ale nie teraz.

Jedyne, co mógł zrobić, to zabrać ją i znaleźć miejsce, gdzie wszyscy będą mogli żyć spokojnie.

Rozdział pierwszy


Kosa to jedno z najstarszych narzędzi rolniczych. Pierwsze kosy powstały prawdopodobnie w starożytnym Rzymie. Na terenach Polski narzędzie to upowszechniło się w trzynastym wieku. Części składowe to metalowe ostrze, zwane właśnie kosą, czasem nożem, i drewniane kosisko, czyli długie drzewce z dodatkowym uchwytem, ułatwiającym trzymanie, a przez to i koszenie. Kosę montuje się na kosisku prawie prostopadle do niego, za pomocą metalowej obręczy i klina. Istnieje szereg modyfikacji kosy, polegających na dodawaniu elementów ułatwiających odrzucanie pokosów czy trzymanie narzędzia.

Ostrze kosy znajduje się po wewnętrznej stronie. Kośba polega więc na zagarnianiu partii roślin i przeciągnięciu po nich ostrzem u podstawy.

Ponieważ ostrza są bardzo cienkie, łatwo ulegają stępieniu i uszkodzeniom, dlatego istotne jest ostrzenie i klepanie kosy. Ostrzy się ją delikatnymi ostrzałkami z piaskowca, które koniecznie muszą być zwilżone wodą. Klepanie, polegające na pocienieniu ostrza, wykonuje się przy użyciu młotka i babki. Czynność ta wymaga wprawy, niewłaściwie przeprowadzona powoduje pofalowanie ostrza.

Wrzesień 1913

Wojtuś ciaśniej owinął się derką. Dni wciąż były ciep­łe, ale noce, zwłaszcza nad ranem, zaczynały być zimne, a do tego czasu zapiecek, nagrzany w ciągu dnia, zdążył wystygnąć. Jeszcze trochę, a każą mi się stąd wynieść, pomyślał ze smutkiem. Natala tu spać będzie, a mnie każą ligać na ławie.

Żal okropny ścisnął go w piersiach. Toż tu cały jego świat był. Tu trzymał kolekcję kamyków, muszlę szczeżui, do cna wysuszone rakowe szczypce i skarb największy – glinianego kogutka, tak kolorowego, że oczy bolały patrzeć. Gdzie będzie chował to wszystko, gdy rodzice każą mu opuścić zapiecek, by młodszej siostrze miejsce zrobić? A może i zabawki będzie musiał jej zostawić? Co to, to nie.

Najbardziej się bał, że wyproszony z kąta za piecem, nie będzie już miał gdzie się schronić. Gdy rodzice zaczynali się kłócić, mógł tu uciec, derką głowę nakryć, dłońmi uszy zasłonić i udawać, że wszystko dobrze.

Tak jak teraz. Leżeli w łóżku, najpierw szeptali między sobą, teraz mówili całkiem głośno. Zaraz zaczną krzyczeć.

 

Gdy był jeszcze całkiem mały i nie rozumiał, co się wokół działo, było najgorzej. Wydawało mu się, że w chałupie panuje spokój, bawił się, śmiał, a tu nagle ojce zaczynali mówić coraz to głośniej, aż wreszcie krzyczeli na siebie, na nic nie bacząc.

Bał się tego. Bał się, że jedno drugiemu zrobi krzywdę, bał się, że zostanie sam i będzie musiał iść w świat, samotny, nikomu niepotrzebny. Najmniej bał się tego, że i jemu mogą zrobić krzywdę. Czasem nawet myślał, że dobrze by było, gdyby spuścili mu lanie i się uspokoili. Miał już sześć lat, znał życie, wiedział, że inni ojcowie czasem z karczmy wracają pełni złości, ale gdy za bat chwycą, żonę czy dziecko po grzbiecie złupią, to im gniew mija i zaraz przepraszają, zarzekają się, że to już ostatni raz, że nigdy więcej. Wszyscy w takiej chałupie czują wtedy ulgę, bo życie, które na moment wypadło z koleiny, teraz toczyć się będzie dalej swoim zwykłym torem. Czy długo? Po cóż się nad tym zastanawiać, skoro dziś jest dobrze?

U Dołęgów dobrze nie było nigdy. Nawet gdy się ojce godzili, co zwykle następowało po nocy pełnej dziwnych posapywań i skrzypienia łóżka, to zaraz pojawiał się ktoś, kto ich na powrót przeciwko sobie obracał. Wojtek znał to już dobrze, za każdym razem było tak samo.

Zaczynało się od wizyty babki.

– Taka pogoda, taka paskudna. Przeciąg straszliwy, alem przyszła, choć mnie to może zaszkodzić. Przyszłam do ciebie, córeczko, zobaczyć, co też robisz.

– Na łąkę się zbieram, siano trza grabić.

Babka wzdychała ciężko.

– Jakże to? Ty siano będziesz grabić, a gdzie ten twój?

– Toż on też ma robotę. W polu.

– Prawda to? – śmiała się babka. – Oj, Weronika, Weronika, jaka ty głupia. On ci mówi, że do roboty idzie, a śpi pod miedzą. Dobrze, jak sam.

– Franek nie z tych.

– Z tych czy nie z tych, chłopy wszystkie takie same. Jak cię brał, to gadał, że na krok z chałupy nie puści, nic robić nie będziesz musiała, najmitów znajdzie. A teraz siano każe ci grabić?

– Niczego nie każe, sama chcę. Jak ludzi do wszystkiego brać będziem, to nigdy się nie dorobim.

– To wam się trza dorabiać? Inaczej by było, gdyby Dołęgi pola wam dali.

– Toż przepisali to, co było obiecane.

– Tyciuńcio tego. Mogli co dodać, stać ich.

– Tego, co mamy, nie dajem rady obrobić.

– A czyja to wina?

I tak kręciła się ta rozmowa, dopóki matka nie wybuchnęła płaczem. Wtedy babka ją przytulała, użalała się, jednocześnie tłumacząc, co też trzeba Frankowi powiedzieć, by los Weroniki się poprawił.

Wieczorem ojciec z pola wracał.

– Drogi nadłożyłem, by koło naszej łąki iść. Myślałem sobie tak: zobaczę, ile to kopic wyszło. A tam niezgrabione leży. Czemuż to?

– Czasu mi nie starczyło.

– To cóżeś robiła?

– A bo to mało roboty w obejściu? Nie dałam rady.

– Trza było powiedzieć, że ci się nie chce, nająłbym kogo. Deszcze pójdą, ze szczętem zgnije. Co krowie zimą dasz?

– Co dasz, co dasz? Tak zawsze obrócisz, żeby to moja wina była. A cóżeś ty robił?

I tak, od słowa do słowa, niekoniecznie zgodnie z tym, co babka radziła, za to coraz głośniej i głośniej.

Najgorzej było, gdy krzyki zwabiały dziadka Huba.

– A cóż ty, łapserdaku, na moją Werę mordę drzesz?

– Nie mieszajcie się między nas.

– Co mam się nie mieszać, co? Dziadu ty!

Wojtek kulił się na zapiecku. Czekał, aż wszystko minie. Nie upominał się, gdy był głodny. Jak mu się siku chciało, czekał z tym, aż pęcherz bolał. Kiedy był młodszy, czasem nie wytrzymywał. Zimą derka zdążyła wyschnąć do rana i nikt nie wiedział, co się stało. Latem różnie bywało, zdarzało się oberwać, gdy matka poczuła zapach moczu.

– Taki duży chłop, a leje jak dzidzia. Jeszcze raz, a tak ci dupę złoję, że popamiętasz.

Miał nadzieję, że może kiedyś będzie lepiej i w końcu wszyscy się pogodzą. Marzył o tym. Rzeczywistość jednak daleka była od jego wyobrażeń. W chałupie zamiast lepiej zaczęło się dziać coraz gorzej.

Wszystko to przez Wawrzka Adamczuka. Wojtek dobrze znał Pawełka, bo ten był niewiele odeń starszy i często razem bawili się na wygonie. Cóż takiego starszy brat jego towarzysza zrobił, że w Wojtkowej chałupie wielką niezgodę wprowadził? Ano jechać gdzieś zamierzał. Bardzo daleka i niebezpieczna miała to być podróż, mogła jednak śmiałka, który w nią wyruszy, uczynić bogatym.

– Weronika, ty musisz go przekonać. Grosza przywiezie, panią będziesz, do końca życia palcem nie ruszysz – mówiła babka.

– Nie może to być, żeby dziadowski syn do Ameryki pojechał, a gospodarski nie. Antek za młody, za głupi, tedy niech Franek jedzie. Na drogę grosza dam, nie poskąpię. Wzbogaci się, z dziadostwa wylizie – mówił dziadek.

– Co wy też gadacie? My nie dziady. Chcecie, by chłop mnie zostawił? A jak on tam przepadnie? – protestowała matka.

– Co ma przepaść? Do jego powrotu my się tobą zajmiemy.

– Czyś ty rozum postradała, kobieto? Ciebie mam zostawić i dzieci? Na zginienie mnie wysyłasz? A bo to nam źle? – pytał ojciec.

Kłócili się bez przerwy, dniami i nocami. Wszyscy ze wszystkimi. Zarzucanie derki na głowę i zatykanie uszu Wojtkowi nie pomagało. Tak bardzo, bardzo chciał, by przestali. Niechże ojciec wędrują do tej Ameryki. Może gdy wyruszy, w domu zapanuje spokój?

Mówili już tak głośno, że dłonie do uszu przyciśnięte nic nie dawały.

– Niech ci będzie, babo. Tylko po mnie nie płacz, jeśli nie wrócę.

– Chyba durna bym była, żebym płakała.

– Tedy pojadę.

– A jedźże, jedź.

Zapadła cisza.

Wojtek odetchnął z ulgą.

Rozdział drugi


Rośliny jare to te rośliny jednoroczne, które nie potrzebują do rozwoju jarowizacji, czyli zimowania w gruncie. Ich cykl rozwojowy zamyka się w jednym okresie wegetacyjnym. Wysiewane są wiosną, zbierane pod koniec lata. Do najpopularniejszych należą owies, kukurydza, gryka, proso. Pszenica, żyto i jęczmień mają swoje odmiany zarówno ozime, jak i jare. Te drugie są jednak dużo mniej popularne, ponieważ dają niższe plony.

Lipiec 1920

Kajtek Mazur siedział na ławie przed chałupą i patrzył na zachodzące słońce.

Był to ten najprzyjemniejszy czas, gdy letni dzień powoli stawał się wspomnieniem. Upał zamienił się w ciepło, które trwać miało do świtu, gdy rześki chłód na krótko otulał świat. Sypiający na podwórzu czy w szopie zabierali ze sobą derkę, by przykryć się nią w czasie przed wschodem słońca. U Mazurów wszyscy spali w chałupie. Mieli ją niedużą, ale i nie byli liczną rodziną. Ojciec, matka, prawie dorosły Kajtek, a na koniec malutka Wietka, śliczna dziewuszka, budząca zachwyt tak najbliższych, jak i obcych.

– Dał mi ją Pan Bóg, by wynagrodzić za te utracone – czasem mówiła matka.

Stefcio, Józia i Marysia leżeli zgodnie obok siebie w maleńkich mogiłkach na tynczyńskim cmentarzu przy cerkwi. Żadne z nich roku nie dożyło. Kajtek pamiętał płacz matki i smutek ojca. Pamiętał nadzieje, z którymi witał narodziny rodzeństwa, i ból towarzyszący pożegnaniu, jakby ktoś wyrywał kawałeczek serca. Czas zasklepiał ranę, ale poczucie braku pozostawało. Może dlatego wszyscy tak kochali Wietkę, która pulchnymi rączkami mocno wczepiła się w życie, tak mocno, że mimo paskudnej jesieni, srogiej zimy i zimnej wiosny dożyła swoich pierwszych urodzin, a po nich drugich i trzecich. Matka czuwała nad malutką jak kwoczka nad kurczęciem. A i ojciec z Kajtkiem pilnowali, by dziecku nic się nie stało, by dobrze jadło, by jej ciepło było. Gdy inne trzylatki gęsi już pasały, Wietka siedziała na podwórku, zastępowana przez Kajtka, który miał pod opieką i krowę, i gęsi, i dwie czarne owce.

– Na łąkę jej nie puszczaj, żeby zapalenia nie dostała – mówił wychodzący z chałupy ojciec do matki, a ta prędzej do piekła piechotą by poszła, niż puściła dziewczynkę na łąki, zalane majowymi kałużami, pełnymi zarazków.

– Ona dlatego taka ładna, bo się urodziła, gdy słoneczko wstawało. O świcie tylko dobre rzeczy na tym świecie się dzieją – tłumaczyła matka kumoszkom, zachwycającym się urodą dziewczynki.

Matka krzątała się przy kuchni. Myła w szafliku miski i garnek po wieczerzy. Młode kartofle i zsiadłe mleko, czy może być coś lepszego? Kajtek wciąż jeszcze czuł w ustach delikatną słodycz ziemniaczanych bulw, szczodrze okraszonych podsmażoną na maśle młodą cebulą, grubo posypanych koprem, i ożywczą kwaśność dobrze zsiadłego mleka, tak gęstego, że pić się nie dawało, trzeba było łyżką z kubka wybierać galaretowate kawałki. Odruchowo oblizał wargi. Jedli teraz suto, bo i pracowali dużo i ciężko.

Od zeszłej jesieni Kajtek chodził już z ojcem do każdej roboty, wraz z nim orząc, bronując, kosząc i siejąc. Ciężko mu było, bo z tych wszystkich dziecięcych obowiązków, takich jak pasienie krowy czy noszenie rezginiem pokrzywy dla świń, nikt go nie wyręczył. Wietkę wszyscy uważali za zbyt małą do owych zajęć, choć jej rówieśniczki biegały już za krowami na wygon albo i z sierpem chodziły po miedzach. Jakoś tak się utarło, że ona mała, więc trzeba ją wyręczyć i chronić, jak skarb najcenniejszy. Nie tylko z ich chałupy śmierć zabrała dzieciaczki, w innych też tak bywało, rzecz normalna. Odchodziło z tego świata, co najmniejsze, najsłabsze, a także najstarsze, wyzute już z sił życiowych, nieważne, czy było człowiekiem, zwierzęciem czy rośliną. To, co silne, młode i pełne wigoru, walczyło. Jedni patrzyli na śmierć z obojętnością, pogodzeni z nią, tak jak z tym, że po dniu jasnym ciemna noc nastaje. Drudzy walczyli, przekonani, że uda się zmienić odwieczny porządek rzeczy. Bywało, że czasami udawało się śmierć oszukać. Że troska, którą otoczono najsłabsze z miotu prosię, procentowała i z prosiaka wyrastała maciorka na schwał. Bywało też tak, że mimo dokarmiania, podsadzania do cycka, by dobrze się nassało, rankiem znajdowano je całkiem już zimne w kącie zagródki. Czuło się wtedy nie tylko smutek, ale i złość, jakby człowiek pozwolił się oszukać. Jakby poszedł na wojnę, za całą broń mając wierzbową witkę.

Wojna. To słowo przywróciło Kajtka do rzeczywistości. I choć jego myśli były przygnębiające, rzeczywistość zdawała się jeszcze smutniejsza.

W chałupie czuło się napięcie, takie samo jak to panujące w przyrodzie przed burzą. Niby wszystko było jak zwyk­le, rodzice wstawali o świcie, Kajtka budził szelest siennika i skrzypienie łóżka. Udawał, że śpi, dopóki matka nie położyła ręki na jego ramieniu:

– Wstawaj, synuś. Czas już.

Zdawało mu się, że gdyby choć kilka chwil jeszcze pospał, obudziłby się wyspany. Czemuż nie można było wstać później, tylko właśnie wtedy, gdy sen najlepszy, najgłębszy. To tak, jakby zabrano miskę z polewką, gdy człowiek ledwo trzy razy łyżkę zamoczył.

Przeciągał się, nie otwierając oczu.

– No wstawaj, wstawaj – ponaglała go matka. I szła budzić Wietkę, by ta ze wszystkimi do porannego pacierza klęknęła.

Potem każdy brał się do swojej roboty. Matka rozpalała w kuchni, ojciec z Kajtkiem szli do obory obrządki zaczynać, Wietka wracała w piernaty.

Po obrządkach jedli przygotowane przez matkę śniadanie i ruszali w pole. Zaczęły się żniwa, roboty było więc tyle, że w końcu i Wietce dostało się zajęcie. Krowę w obiad wydoić, napoić, ptactwu wody do korytek ponalewać, obiad na pole przynieść.

Wieczorem wracali wprost do prac gospodarskich. Matka doiła krowy i zlewała mleko, ojciec gnoje wyrzucał, Kajtek ciął sieczkę. Wszystko to w pośpiechu, bo konie rżały, krowa ryczała, a świnie tak ryje darły, że aż w uszach dzwoniło. Matka szykowała kolację, a Wietka, zagoniwszy ostatnie kury, wynosiła przed chałupę miednicę. Pierwszy mył się ojciec, rozchlapując wodę dokoła i parskając jak źrebak. Na koniec chlust!, opróżniał miskę, wylewając wodę na ubitą jak klepisko ziemię podwórza. Moment i tylko ciemna plama zostawała. Po ojcu mył się Kajtek. Jakże przyjemnie było spłukać z karku szary proch ziemi i ościaki jęczmienia. Ostatnia myła się matka, stawiała sobie miskę w sieni, drzwi zamykała.

Woda zmywała nie tylko brud, ale i zmęczenie. Siadali do posiłku pełni nowych sił. Najedzeni wychodzili przed chałupę. Ojciec siadał na ławie, matka z Wietką na progu. Kajtek przykucał na ziemi, tak by móc swoich najbliższych objąć wzrokiem. Czekali, aż z innych chałup powychodzą i ktoś zaintonuje piosenkę, by móc się do niej przyłączyć. Dźwięczne głosy wypełniały świat, snuły opowieści o dziewczynie, co nie chciała chłopca, i o takiej, która nie była kochaną, o tym, że biedna, choć ładna, za mąż wyjść nie może, i o takiej, co za mąż iść nie chce, ale ojce jej każą.

 

W końcu pieśni cichły, ludzie wchodzili do domów, pozostawiając drzwi szeroko otwarte, by chłód nocy, wyparłszy gorące powietrze, pozwolił cieszyć się snem i siły odnowić.

Rodzina Mazurów czyniła jak wszyscy. Jeszcze pacierz przed snem i dzień się kończył. Niby niczym nie różnił się od innych dni, a jednak coś było nie tak.

Gorączkowe szepty rodziców jeszcze długo po zachodzie słońca nie pozwalały Kajtkowi zasnąć. Czasem udawało mu się wychwycić pojedyncze słowo, czasem całe zdanie. Ale nawet gdyby do jego uszu docierały same niezrozumiałe dźwięki, to i tak wiedziałby, czego dotyczy rozmowa. Właściwie to nie była rozmowa, tylko spór, coraz bardziej zażarty. W ciągu dnia nie mówili o tym i Kajtek dobrze wiedział dlaczego.

Ojciec postanowił iść na wojnę. Nie on jeden. Wielu w Tynczynie zamierzało walczyć z bolszewikami. Pod cerkwią, w karczmie, na gościńcu o niczym innym nie mówiono, tylko o wojnie. Niektórzy uważali, że to obowiązek. Padały takie słowa jak „ojczyzna odzyskana”, „kajdany niewoli”, „carski but”, „powinność”, „obowiązek”, „służba” i „wolność”. Byli też tacy, którzy nie czuli żadnego związku z pańskim rządem z Warszawy i uważali, że nic im Polska nie dała i nic nie da.

– Tylko konie zabierają, ot i cała ta Rzeczpospolita.

Było też kilku, którzy mówili, że bronić się przed bolszewikami to jak przed Królestwem Niebieskim się bronić. Bo wszak to władza robotników i chłopów, najlepsza ze wszystkich możliwych.

Chłopaki, gdy się na wygonie spotkały albo na gościńcu, powtarzały słowa ojców jak swoje własne, tylko z większym zapałem.

Dlatego rodzice Kajtka w nocy między sobą szeptali – żeby synowi jeszcze bardziej nie rozpalać młodej głowy, w której teraz tylko jedna myśl się tłukła. Kajtek widział siebie nie jako zwykłego żołnierza, szaraka, piechura, ale jako wielkiego wodza, bohatera, któremu sam Marszałek z serca dziękuje za ocalenie ojczyzny. Marzenie to było tak piękne, wzruszające i taki żar w sercu rozpalało, że słuchanie głosu rozsądku, mówiącego, że to niemożliwe, wydawało się głupotą. Jakże niemożliwe? Wszystko jest możliwe. Nie takie historie starzy ludzie opowiadają. Może to bajki, ale przecież mówi się, że w każdej bajce tkwi odrobina prawdy. Czemuż więc Kajtkowi nie miałaby się przydarzyć taka bajka?

Chciał iść wojować. Nawet gdyby nie został bohaterem, to i tak chciał. Po powrocie byłby kimś tu, w Tynczynie. Taki młody, a walczył z bolszewikami. Nie bał się, na wojnę poszedł, śmierci w twarz spoglądał i nawet powieka mu nie drgnęła. Może los by się do niego uśmiechnął i wróciłby ranny. I znów jego myśli zmieniały się w marzenia, widział siebie na koniu, całego we krwi wrogów, z jedną ręką na temblaku, który już nasiąkł czerwienią. Wszyscy we wsi by na niego patrzyli. Wszyscy. Ona też. I może by się uśmiechnęła, może zagadnęła. Zrozumiałaby, jak bardzo Kajtek wart jest jej atencji.

Chciał iść wojować, bo gdyby zginął, ona zdałaby sobie sprawę, jak wielką poniosła stratę. Łzy rzewne, strumieniem lane byłyby dla Kajtka wystarczającą rekompensatą za utracone życie.

On tak pragnął walczyć, a matka z ojcem nie pozwalali. Nawet słuchać o tym nie chcieli. Gdy pierwszy raz napomknął, ojciec pięścią w stół huknął, aż figurka Najświętszej Panienki z ołtarzyka w rogu izby podskoczyła do góry.

– Myśleć ci o tym zabraniam. Za młody jesteś.

– Toż ja mam prawie piętnaście lat.

– Dzieciak jesteś i tyle. Zwiążę i w komorze zamknę, a na wojnę nie puszczę. Czy ty wiesz, smarkaczu, czym jest wojna?

Kajtek miał ogólne wyobrażenie, wszak duży już był, gdy wielka wojna wybuchła. Pamiętał wojsko, które przez Łaszczów przejeżdżało, i odgłosy bitwy na Towarni. Znał na pamięć wszelkie o niej opowieści, snute przez ojca w jesienne wieczory. Bo gdy wojna światowa wybuchła, car nakazał chłopom iść walczyć, i trochę trwało, nim ojciec wrócił, przez rząd bolszewicki z tego obowiązku zwolniony.

Kajtek domyślał się jednak, że nie taką odpowiedź ojciec chce usłyszeć. Tak właściwie to nie chciał usłyszeć żadnej odpowiedzi. Chłopak schylił głowę i milczał. Było to najlepszym sposobem na złagodzenie gniewu ojca czy złości matki. Chcąc być sprawiedliwym, Kajtek musiał przyznać, że nie zdarzało się to zbyt często. Ojciec nie był człowiekiem porywczym, raczej spokojnym i trzeba było rzeczywiście coś poważnego przeskrobać, by stracił cierpliwość. Krzyczał wtedy i wygrażał, ale nie bił. A nawet gdyby, to Kajtek nie miałby pretensji, wiedząc, że zasłużenie. Widział wszak często swoich rówieśników zbitych przez rodziców za byle przewinę, a czasami i bez niej, ot tak, bo ojce potrzebowały żółć spuścić.

A co to im przeszkadza, że ja bym na wojnę poszedł?, pytał sam siebie, leżąc na derce na klepisku. Zimą spał na ławie, ale teraz, gdy upał doskwierał, wolał kłaść się na ziemi, od której ciągnęło przyjemnym chłodem. Poszedłby, a później wrócił, a jakby nie wrócił, to też do przebolenia. Przecież mają Wietkę, ona zajmie się nimi, gdy sami nie będą już mogli o siebie zadbać. Nawet tak się mówi, że syn dla świata, córka do wsparcia na stare lata. Kajtek, jako prawie dorosły, mógł już iść w świat. Powinni się z tym pogodzić, nie mogą wciąż go traktować, jakby był dzieckiem, któremu z obawą powierza się do pasania gęsi, bo jeszcze mały i nie wiadomo, czy podoła, czy upilnuje.

Gdyby ojciec nie postanowił się zaciągnąć, Kajtek by zrozumiał jego oburzenie. Jednak bronić komuś innemu tego, co samemu się robiło, czy to jest sprawiedliwość?

Czując, że i tak nie zaśnie, wyszedł przed chałupę. Usiadł na ławie i wpatrywał się w noc. Ciemność otulała świat, było w niej coś pięknego i strasznego, bo z jednej strony ta wręcz fizycznie odczuwalna aksamitność, z drugiej niepewność, co się za nią kryje.

Podniósł głowę i patrzył na gwiazdy. Migotały wesoło. Pomyślał o dziewczynie, której oczy też tak migotały, kiedy się śmiała. Czemuż on dostrzegał coś tak błahego i małego jak te iskierki w jej oczach, a ona w ogóle nie widziała Kajtka? Jakby był przezroczysty.

Rozległ się odgłos ciężkich kroków. Najpierw w izbie, później w sieni. To ojciec.

– A ty co? – zapytał, przekraczając próg.

– Spać nie mogę.

– Słyszałem, jak się wiercisz.

Usiadł obok Kajtka.

– Co to za myśli spać ci nie dają?

Pytasz, choć znasz odpowiedź?

– Synu… Dziecko drogie, wybij sobie tę wojnę z głowy.

Kajtek chciał powiedzieć, że dobrze, on sobie wybije, ale tylko pod warunkiem, że ojciec także. Jednak słowa, tak składnie brzmiące w głowie, najpierw przejść przez gard­ło nie chciały, a kiedy już siłą je przepchnął, zabrzmiały dziwnie, cały sens straciły. Dobrze, że było ciemno i ojciec nie mógł zobaczyć rumieńców na jego policzkach i łez w oczach. Wstyd, jakiż wstyd. Tylko zerwać się i uciec.

Ojcowskie ramię otuliło Kajtka. Dłoń czule pogładziła rozczochrane włosy.

– Wiem, synu, wszystko wiem. Co ty myślisz, że ja nigdy nie był młody?

Mur, który dzielił ich od siebie, wzniesiony w dniu, gdy ojciec zapowiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, że Kajtek na wojnę nie pójdzie, choćby nie wiadomo co, runął. Znów było między nimi jak wtedy, gdy szli do orki w pole albo z kosami na łąkę. Kajtek przypomniał sobie śmiech ojca, gdy ten mówił:

– A to znasz? Kosyj z kosoju kosoju kosoju kosoju kosyw.

Powtarzał w myślach, wyobrażając sobie zezowatego, machającego krzywą kosą, aż osełedec podskakiwał. Uśmiechnął się do tego obrazka, wspomnienia, do ojca.

– Walczyć za Polskę to obowiązek – powiedział.

– To prawda. Tyle że to obowiązek na samym początku żołnierzy, później poborowych i wszystkich innych zdolnych do noszenia broni. Na samym zaś końcu kobiet, starców i dzieci. Nie możemy wszyscy naraz pójść i zginąć, bo kto zostanie? Kto pola zasieje, krowy napoi? Gdy ja pójdę walczyć, ty zajmiesz moje miejsce, zajmiesz się matką i siostrą. Staniesz do walki dopiero wtedy, gdy im będzie zagrażać niebezpieczeństwo. To twój obowiązek, rozumiesz?

Kajtek skinął głową.

– Rozumiesz? – powtórzył pytanie ojciec.

– Rozumiem.

– I obiecujesz, że nic nie zrobisz, chyba że okoliczności cię do tego zmuszą?

– Obiecuję.

– To i dobrze. Matka się uspokoi. Zła jest na mnie, żem ci w głowie namieszał, że przeze mnie chcesz iść wojować. Bardzo się martwiła, że cię krzywda spotka.

– A o was się nie martwi?

– Ja już stary chłop, cóż mi się może stać? – Ojciec roześmiał się, jak to on, wesoło, zaraźliwie. Prawda. Cóż mog­łoby mu się stać?