Skrawek pola

Tekst
Z serii: Saga wiejska #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Skrawek pola
Skrawek pola
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,95  51,96 
Skrawek pola
Skrawek pola
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
32,95  23,72 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PANIE BIBLIOTEKARKI PRZEDPREMIEROWO O KSIĄŻCE

Iwona Zbroszczyk, bibliotekarka z Sulejówka

Są książki, które potrafią zaintrygować już od pierwszych stron. Przykuwają uwagę, wciągają w świat powieści. Tak właśnie jest z książką Kasi Bulicz-Kasprzak – pisarki, której nie można odmówić dobrego stylu i sprawnego operowania słowem.

Tynczyn – wieś z pewnością niespokojna, niewesoła. Z podziałami, chłopską chatą i pańskim domostwem, biedą, trudami i obowiązkami. Miejsce, gdzie sekrety są nie tylko twoje, a oczy sąsiadów zawsze widzą.

Skrawek pola to opowieść o świecie zaklętym w kawałku ziemi i życiu pełnym tęsknot: za miłością, lepszym jutrem, możliwościami. Pierwszy tom cyklu o ludziach, wzajemnych relacjach, uczuciach, charakterach i zależnościach na tle historii i obyczajów z początku XX wieku. Polecam!

Lidia Piskorska, bibliotekarka z filii biblioteki w Mławie

Po najnowszą książkę Kasi Bulicz-Kasprzak sięgnęłam z wielką przyjemnością. Nie zawiodłam się.

W najnowszej książce autorka opisuje życie trzech przyjaciółek – Zosi Kornelewiczówny, Agaty Lipczewskiej i Anieli Połaj – oraz innych mieszkańców malowniczej wioski Tynczyn. Wielkie uczucia, niechciana ciąża, oszustwa i bieda. Namiętności i dramaty bohaterów w ciężkich czasach zaborów i I wojny światowej. Powieść tę polecałabym czytelnikom w wieku 12–100 lat. Każdy znajdzie tu dla siebie coś interesującego, dotyczącego historii, życia ludzi w ciężkich czasach. Czytelnicy dowiedzą się, jak kręte są drogi bohaterów i jakie trudne decyzje muszą podejmować. Kasia Bulicz-Kasprzak ukazuje prawdziwe relacje, zdarzenia zasłyszane w rodzinie i, łącząc to z fikcją, tworzy świetną powieść obyczajową o skomplikowanych sytuacjach życiowych, o rodzinnych układach i przyjaźniach, a wszystko to na tle pięknej przyrody.

Poznamy też potrawy z tamtych lat oraz narzędzia i przedmioty używane przez mieszkańców Tynczyna. Nie mogę już doczekać się kolejnych tomów sagi Skrawek pola. Co będzie dalej, jak potoczą się losy bohaterów. Gorąco zachęcam do lektury.

Dziękuję za tę książkę.

Monika Tarasiewicz, bibliotekarka z filii biblioteki w Lubaniu

Autentyzm i mocny język w nowej powieści Kasi Bulicz-Kasprzak wciągają czytelnika od pierwszych zdań. Strony jedna za drugą przemykają między palcami, ukazując wspaniałą historię, piękno i udrękę polskiej wsi pod zaborami na początku XX wieku.

Poznajemy dzieje czterech rodzin związanych ze sobą miłością, nienawiścią i tajemnicą oraz pogonią za amerykańskim snem.

W tle Polska odzyskująca niepodległość.

Z niecierpliwością czekam na dalszą część tej historii.

Bardzo podoba mi się język, jakiego użyła autorka. Zbyt gładki, miękki nie byłby wiarygodny. Gratuluję! To będzie hit w bibliotekach.

Polecam!

Małgorzata Brzezicka, bibliotekarka z Łaszczowa,

mieszka w Muratynie (pierwowzorze literackiego Tynczyna)

Wspaniała, bardzo ciekawie napisana książka. Dostarcza wielu emocji i przeżyć. Autorka z wielką precyzją i starannością opisuje polską wieś z początku wieku. Losy bohaterów są bardzo realistyczne. Serdecznie polecam.


Copyright © Katarzyna Bulicz-Kasprzak 2021

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© stephen mulcahey/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-592-6

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Do kraju tego, gdzie winą jest dużą

Popsować gniazdo na gruszy bocianie,

Bo wszystkim służą,

Tęskno mi, Panie.

Cyprian Kamil Norwid,

Moja piosnka (II)

CZĘŚĆ PIERWSZA


Nie możesz liczyć na to, że twój sekret

będzie należał do ciebie, zawsze znajdą się oczy,

które widziały.


Kwiecień 1914

Siność z policzków dziecka ustąpiła miejsca alabastrowej bieli. Wyglądały, jakby zrobiono je z porcelany, miały jej gładkość i delikatny połysk. Buzia była już czysta, tylko przy linii włosów wciąż pozostały smugi śluzu, trudno wytrzeć je sianem, nie drapiąc przy tym delikatnej skóry. Początkowo nie chciała go wycierać, później przyszło jej do głowy, że nie może go takiego brudnego… Przecież ono jest teraz czyste, najczystszą wewnętrzną czystością, taką, jakiej poza tym momentem narodzin nigdy już nie będzie miało. Głupia krowa liże swoje świeżo umnożone cielątko, czemu więc ona, matka… Machnęła ręką, jakby chciała odegnać tę myśl, to słowo.

Podniosła dziecko. Nie powinna tego robić, tak jak wcześ­niej nie powinna była go wycierać, a jednak podniosła. Powąchała jego główkę. Pachniała miąższem świeżo upieczonego chleba, miała też tę woń, która idzie od ziemi, gdy po wielu dniach suszy spadnie deszcz. Włoski wciąż były mokre i przylegały do skóry głowy, tylko przy uszku nastroszyło się kilka kłaczków, podobnych pajęczym nitkom. Dotknęła ich ustami i poczuła delikatne łaskotanie. Pogładziła główkę. Wpatrywała się w twarz, tak podobną do twarzy ojca dziecka.

– Śpij, mój maleńki, śpij – szepnęła czule.

Nie chciała być czuła. Przez całą ciążę, jeśli już myślała o tym dziecku, to myślała źle. Nie powinno było się począć, a już na pewno nie w tym momencie. Utrudniło wszystko. Wszystko. Były takie chwile, gdy szczerze go nienawidziła, na ogół jednak starała się o nim nie myśleć. Ukrywanie ciąży przed światem szło dużo łatwiej, gdy jednocześnie przed samą sobą udawała, że dziecka nie ma. Dlatego ta nagła czułość zdziwiła ją niezmiernie. Nie trzeba do niego mówić, nie wolno dotykać ani wąchać. Trzeba zrobić to, co zaplanowała, tak będzie dla wszystkich najlepiej. Nawet dla tego dziecka los, który mu przeznaczyła, będzie najlepszy. Co to za życie, gdy trzeba pracować od świtu do ciemnej nocy, a pożytku z tego tyle, co kot napłakał, tylko ręce bolą i plecy się gną ku ziemi, młody człowiek, a chodzi pogięty jak starzec, bo od maleńkości musi dźwigać ciężary, pochylać się nad ziemią, którą własnym potem i krwią nawozi, a ta czasem się odwdzięczy, a czasem nie. Co to za życie? Po co ono komu? Zwłaszcza temu dziecku, z góry przez los naznaczonemu piętnem bękarta. Takie piękne dziecko, takie słodkie i niewinne. Po co mu zły los?

Teraz śpi, zmęczone trudem, co je na ten świat przywiódł. Mogło umrzeć po drodze. Taki właśnie był plan. Zduszone, przetrzymane dłużej, niż to było potrzebne, powinno było umrzeć. A jednak, gdy wydostało się na ten świat, wciąż było żywe. Zsiniałe, zmęczone tak, że nie miało już siły krzyczeć, ale żywe. Złapało pierwszy oddech, na chwilę otworzyło opuchnięte oczy, ciemnoniebieskie, wypełnione pustką, a nie zobaczywszy nic ciekawego, zamknęło je znów i zapadło w sen. Niech śpi, tak lepiej. Nie zrobiłaby tego, co zamierzała, gdyby na nią patrzyło. Nie dałaby rady, przecież nie jest zła, a do tego jest jego matką. Gdyby życie potoczyło się inaczej, to dziecko byłoby wyczekiwane, a ona kochałaby je bez pamięci. Podły los zakpił z nich obojga.

Trudno wstać. Każdy skrawek ciała bolał tak bardzo, jakby lada moment miała umrzeć. Kiedy wreszcie udało jej się podnieść, świat zawirował i omal nie upadła. Przycisnęła dziecko mocniej do piersi i wsparła się o słup, podtrzymujący więźbę. Trwała tak, póki świat się nie zatrzymał. Noga prawa, noga lewa, krok, odpoczynek i znów prawa, lewa… Cóż to za straszny wysiłek, nawet rzucanie snopów zboża na wóz nie było tak ciężkie jak zrobienie tych kilku kroków. Dobrze, że wcześniej wszystko przygotowała. Teraz nie byłaby w stanie wykopać dołu. Dziecko ciążyło jak kamień. A przecież nie było ani duże, ani ciężkie.

Wyszła z obory. Dół, nawet w myślach nie chciała nazywać tego grobem, wykopała pod jabłonką. To ładne miejsce. Wiosną, gdy drzewo obsypują tysiące bladoróżowych kwiatuszków, dziecko będzie miało na co patrzeć. Głupia, nie będzie patrzyło na kwiaty. Jego dusza pójdzie Bóg jeden wie gdzie, a oczy wyjedzą robaki. Taka jesteś, taka z ciebie matka, taki los zgotowałaś swojemu dziecku.

A co mam zrobić? Na ludzkie pośmiewisko bękarta hodować? Szydziliby z nich obojga wszyscy, to jeszcze gorszy los. Nie zazna zła tego świata, odejdzie tam, skąd przyszło. Tak będzie lepiej, będzie lepiej…

Uklękła. Pomodliła się nad dzieckiem. Wokół zaciśniętej rączki zawinęła rzemyk z medalikiem Matki Boskiej. Położyła dziecko w dole, zawczasu wyłożonym sianem. Przykryła je kawałkiem płótna. I szybko, najszybciej, jak mogła, zaczęła sypać ziemię. Zanim się rozmyśli, zanim je wyjmie. Później tu wróci, położy kamień, by psy nie wyciągnęły… Teraz trzeba odejść, uciec jak najszybciej, jak najdalej…

Czuła ciepłą krew, spływającą po udach. Może się wykrwawi, umrze? Czemuż to dziecko swoimi narodzinami nie zabiło ich obojga? To byłoby najlepsze wyjście.

Usiadła pod oborą, plecami wsparta o ścianę. Zaczęła płakać, łkać dziko, jak zwierz. Wcisnęła do ust zaciśniętą pięść, by stłumić to wycie. Miała nadzieję, że od tego płaczu umrze, ale tylko zasnęła.

 

Obudziła się z poczuciem, że zrobiła coś strasznego.

– Moje dziecko! – krzyknęła. Może nie jest za późno? Zerwała się i pędem rzuciła za oborę, ku jabłonce. Dlaczego to zrobiła? Taka straszna, okropna rzecz! Dlaczego? Ale może ono jeszcze żyje? Ziemia była miękka.

Przypomniała sobie sukę, którą miał stary Domański. Jednego roku urodziła pięć szczeniaków. Stary najpierw pozwalał, by dzieci bawiły się nimi, a gdy małe podrosły, wziął w koszyk, poszedł nad Huczwę i wszystkie wrzucił do wody. Suka skoczyła za nimi. I choć wołał, wabił, nie przyszła do niego. Jedno za drugim wyciągnęła z rwącego nurtu swoje dzieci. A cwana była, wynosiła je na brzeg od strony Mikulina, by oprawca nie mógł ich znów do wody wrzucić. Chłopcy, co nad brzegiem krowy paśli, widzieli, co się stało. Któryś tam pobiegł do wsi, dorosłego zawołać. Suki nie dało się uratować, padła z wycieńczenia, ale szczeniaki ludzie do domów pozabierali. Podobno wyrosły na dobre psy, tak mówili.

– Nad psami się ulitowali, a nad dzieckiem… Toż ludzie nie są tacy źli, tylko ja… ja jestem zła i głupia. Do Częstochowy pójdę, a nawet i dalej, byle tylko ono jeszcze żyło.

Uderzenia serca podobne były uderzeniom kowalskiego młota. Dopadła do jabłoni. Grudki rozgrzebywanej gwałtownie ziemi biły ją w twarz. Znalazła siano, ale nie znalazła dziecka. Wyjęła całą ziemię. Nic. Dół był pusty. Dziecko zniknęło.

Rozdział pierwszy


Czerwone jagody

Spadają do wody.

Powiadają ludzie,

Że nie mam urody.

Urodo, urodo, gdybym ja cię miała,

Dostałabym chłopca, jakiego bym chciała.

Kwiecień 1904

Anielka Połaj usiadła na ławie. Opuściła bose stopy ku klepisku, cichutko, jak najciszej podeszła do okna i wyjrzała. Po słońcu została na zachodzie pamiątka w postaci złotych obrzeży na chmurach i pomarańczowego pasa tuż przy linii horyzontu. Dziewczynka z zafascynowaniem wpatrywała się w tę wstęgę ze światła. Lubiła patrzeć na takie rzeczy. Ogień też ją pociągał. Stawała blisko paleniska i przypatrywała się płomieniom. Buzia jej się rozgrzewała i policzki pałały, a stopy były zimne od klepiska, i to też miało swój czar. Najbardziej podobało się Anielce jesienne pieczenie kartofli. Jak chłopcom udało się jakiegoś ukraść albo na pustym już, wydawałoby się, zagonku znaleźć, to zaraz z uschniętych chwastów, liści, traw i suchych gałęzi robili ognisko. Inne dzieciaki z niecierpliwością oczekiwały, aż się bulwa upiecze, zwłaszcza że wokoło roznosił się smakowity zapach. Anielka nie stała przy ogniu w nadziei, że jej się dostanie kawałek ziemniaka. Stała tam, by patrzeć w rudopomarańczowe płomienie, a najbardziej cieszyło ją, gdy ktoś niecierpliwy grzebnął patykiem w ognisku i rozsiał snop iskier. Jakież to było piękne. Piękniejsze nawet niż procesja odpustowa w kościele.

Pas pomarańczowego światła skurczył się, zmalał, znikł prawie. Tylko złote brzegi chmur, które nadciągały na nocne niebo, świadczyły o tym, że przed chwilą był. Noc majowa krótka, za kilka godzin słonko wróci, tyle że na wschodzie, by zapowiedzieć śpiącym w izbie nowy, długi, pracowity dzień.

Przedmioty wokół straciły już ostrość krawędzi. W aksamitnej szarości te drobne chowały się jeden po drugim. Nie widać już było rynki, stojącej na kuchni, ani garnka, ani warząchwi, tylko samą bryłę pieca, ciężką, zwalistą, podobną do golema, który przysiadł w kącie i czeka, co mu robić rozkażą. Znikały obrazki na ścianach. A przecież wiadomo było, że tam są i patrzą na mieszkańców cierpliwymi oczami świętych. Anielka dumna była z tych obrazków, bo nikt w całej wsi tak pięknych nie miał. Babka dziewczynki, pochrapująca teraz na zapiecku, była wyjątkowo pobożna i czasem na odpusty wędrowała a to do Radecznicy, do sanktuarium Świętego Antoniego Padewskiego, a to do Kras­nobrodu, gdzie kościół Najświętszej Panience wybudowała królowa Marysieńka. Z tych stron była, pani na zamojskiej ordynacji, potem żoną króla polskiego została, a on pod Wiedniem niewiernych rozgromił i choć był z niego wielki wojownik, czułe listy do swojej Marysieńki pisał. Anielka wszystko to wiedziała od babki, która, w Krasnobrodzie bywając, wiele się dowiedziała. Miała przy tym dar opowiadania tak wielki, że gdy mówiła, słuchacze widzieli i ten kościół przecudny, i jego dach czerwony, i ołtarz złocisty, i figury świętych, z głowami pochylonymi w zadumie nad dziwnym losem człowieczym, i okienka, co zamiast szyb miały kolorowe szkiełka tak zmyślnie połączone, że tworzyły najpiękniejsze obrazy.

Babka nie tylko po dalekim świecie wędrowała. W pobliskim Łaszczowie bywała często, a historię tamtejszego obrazu, który łaskami słynął, przez biskupa Łaszcza ofiarowanego, znała na pamięć. Nie tylko tę zresztą. Wiedziała wszystko i o kościele w Małoniżu, gdzie Matka Boska Częstochowska w czasie swej wędrówki na Jasną Górę odpoczywała, i o księżach jezuitach, tych, co postawili fundamenty zamku, w którym teraz dziedzic mieszkał, i o kościele ufundowanym przez Franciszka Salezego Potockiego i żonę jego Annę.

– Jakże ja bym z wami pójść chciała do Krasnobrodu – mówiła dziewczynka.

Babka tylko się uśmiechała, gładziła ją po głowie i tłumaczyła Anielce, że jeszcze jest za mała.

– Ty wiesz, ile to świata wędrować trzeba? Wstać pierwej, nim słoneczko wstanie, i iść, iść, iść.

– Jak do Łaszczowa może?

– Trzy razy by ty zaszła do Tyszowiec i z powrotem i jeszcze by nie doszła. Tak to daleko. A jak cię nocka złapie w drodze, to ludzi trzeba prosić, żeby przenocowali. Jak dorośniesz, to razem pójdziemy. Teraz nie, za mała jesteś. Ale jak grzeczna będziesz, to cię do Łaszczowa zabiorę. Organy tam rychtują. Jak wyrychtują, to pójdziemy, posłuchasz. Nie ma nic piękniejszego niż dźwięk organów. Żyjesz, a zdaje ci się, żeś już w niebie.

Anielka skinieniem głowy znać dawała, że rozumie, choć w głębi serca czuła, że jej się odmawia czegoś, co już dostać powinna. Była duża i dzielna. Gęsi pasła i ani razu jej do rzeki nie uciekły. Innym dzieciakom często się to zdarzało, taka bowiem natura gęsi, że ta pływać chce, zamiast grzecznie zielsko skubać przy drodze.

Dziewczynka, wiedziona wewnętrznym impulsem, podeszła do ściany, wspięła się na ławę i spojrzała wprost w oczy świętego Antoniego. Zdawało się, że młody zakonnik uśmiechnął się do niej, jakby dając przyzwolenie na to, co zamierzała zrobić. Przez chwilę wsłuchiwała się w dźwięki wypełniające izbę. Ojciec chrapał, matka posapywała ciężko ze zmęczenia i od gorąca, które tu panowało.

Podeszła do drzwi, otwartych na noc, by do izby, nagrzanej od kuchennego pieca, wpuścić trochę chłodnego, nocnego powietrza. Przekroczyła próg i już była w sieni. Zamknięta pod koszem kokoszka zagdakała nerwowo. Jednak pies nie zaszczekał, kot nie miauknął, poza owym kurzym utyskiwaniem nic ciszy nie zmąciło i dziewczynka, przez nikogo niezatrzymywana, mogła wyjść na podwórze.

Tu lepiej było słychać ten dźwięk, który nie tylko zasnąć jej nie pozwalał, ale też nawoływał i przyciągał. Trzy chałupy dalej, u Domańskich, skrzypce grały. Młodzież pewnie tańce tam sobie urządziła. Anielka bardzo lubiła patrzeć na tańczących.

Pokusa była wielka, ale i strach spory. Nie przed Dziadem, co się w mroku czaił, ale strach przed pokrzywami, które pokryją nagie łydki wianuszkiem swędzących bąbli, strach przed błotem, które plamą na koszuli ujawni matce prawdę o nocnej wyprawie. Będzie krzyk, straszenie Złym, co pod miedzą siedzi i na głupie dzieci czatuje, choć Anielka dawno już w niego nie wierzyła, albo, to już gorsza sprawa, ojcowskim batem, a tego bali się wszyscy w domu, choć nigdy używany nie był.

Skrzypki, na których tak pięknie grał Henio Domański, jakby usłyszały myśli dziewczynki i nagle jak nie zabrzmią wesolutko, aż dusza w dziewczynce podskoczyła i ku obejściu sąsiadów zaczęła ciągnąć.

Najkrótsza droga do Domańskich prowadziła przez podwórka Adamczuków i Pomiechowskich. Żadne płoty nie rozdzielały sąsiadujących ze sobą obejść. Jeśli już ktoś płot stawiał, to tylko blisko domu, z ciasno ze sobą splecionych wierzbowych witek albo zwykłych patyków. Miał ochraniać kwiaty, sadzone pod oknami, przed zbrodniczą działalnością kur. Podłe ptaszyska, w poszukiwaniu robaków potrafiły zryć ziemię lepiej niż brony. A gdy było ciepło, dla higieny piór urządzały sobie swoistą kąpiel w ziemi, wygrzebując przy tym na pół metra głębokie doły. Dlatego też staranne gospodynie dbały i o płoty, i o kwiaty, a kur pilnowały. Te mniej staranne czy też mniej zaradne, dla których dzień był zbyt krótki, by ze wszystkim zdążyć, kwiatów nie sadziły, pozwalając, żeby przy domach, tak jak i przy miedzach, rosły najprzeróżniejsze gatunki chwastów. Nie było to jednak tak, że owe rośliny na nic się nie przydawały. Pokrzywą karmiono świnie, które bardzo sobie ten przysmak ceniły, nieważne, czy wymieszany z ziemniakami, czy też wprost z płachty wrzucony do zagródki. Zresztą nie tylko świnie jadały pokrzywę. Drobno posiekane łodygi dziobały kury, a i ludzie nią nie gardzili, raz ze względu na zdrowotne właściwości, a dwa dlatego, że czasem nie mieli nic innego, co można by do garnka włożyć. Tam, gdzie nie panoszyły się pokrzywy, rosła mięta, rumianek, łopiany i zupełnie nikomu niepotrzebne osty, których kolce były przyczyną wielu dziecięcych cierpień, bo wbite w ciało i na czas niewyciągnięte, jątrzyły niekiedy tak bardzo, że kończyło się to gorączką.

Anielka stała, rozważając, czy przebiec przez oba podwórka, czy też iść do drogi. Dalej, ale wygodniej. No i ryzyko mniejsze, bo na podwórku Adamczuków, najbiedniejszej rodziny w całej wsi, zawsze, nawet w największy upał, stała olbrzymia, brudna kałuża. W ciemności można w nią wejść, pośliznąć się na błocie, pobrudzić koszulę. No a na podwórku u Pomiechowskich duży pies. Znał Anielkę, ale wiadomo, w nocy każde zwierzę czujniejsze. Zaszczeka, ktoś się obudzi, zobaczy dziewczynkę, nawrzeszczy, do domu odeśle, a nazajutrz matce powie. I żeby powiedział tylko tyle, ile Anielki przewiny było. Ale nie, doda od siebie nie wiadomo co, bo ludzie lubią, kiedy ich słuchać, a słucha się ich, jak mówią o rzeczach wielkich, złych, strasznych, o przewinach, których nie było. A cóż niezwykłego w tym, że dziewczynka po zmierzchu z chałupy wyszła? Nic. Ale już to, że się do obcego obejścia zakradała, że zaglądała do zagród, bo może co ukraść chciała, o, to już prawdziwa sensacja. Tego każdy we wsi chętnie posłucha. Ruszyła więc Anielka do drogi, minęła sąsiedzkie zagrody i od strony obory podeszła do domu Domańskich. Wspięła się na podwalinę i zajrzała do izby.

Stół i ławy zsunięto pod ściany. W kącie koło pieca siedział Henio Domański, przez mieszkańców wsi zwany Muzyką. Skrzypeczki policzkiem przyciskał, jakby się tulił do ukochanej dziewczyny. Smyczkiem pociągał po strunach, wprawiając je w drżenie, a to drżenie wypełniało izbę skoczną melodią, taką, która sama nogi niesie. Nic więc dziwnego, że zgromadzeni w izbie chłopcy i dziewczęta wirowali jak szaleni. No, prawie wszyscy wirowali. Jedna jedyna osoba stała pod ścianą i patrzyła na tańczących trochę z żalem, trochę jakby ze smutkiem i zazdrością. A może i z nienawiścią?

– Posuń się – usłyszała Anielka i omal z podwaliny nie spadła, tak się przestraszyła.

– Wszelki duch…

– Tam zaraz duch, to przecież ja, Agata.

I w tej chwili dwie ręce uchwyciły się brzegu okiennego wykusza. W mgnieniu oka zręczna dziewczynka podciągnęła się do góry. Przechyliła głowę w bok, by lepiej widzieć wnętrze izby.

– Zasłaniasz – upomniała ją Anielka.

– Tyś już swoje zobaczyła, teraz moja kolej. A nie pchaj się, bo obie pospadamy. Kto tam tańcuje?

– A wszyscy. – Anielka lekko odepchnęła przyjaciółkę. Przecież nie po to wymknęła się z izby, by teraz nie móc oczu nacieszyć widokiem roztańczonej młodzieży. – A ty skąd się tu wzięłaś?

– Po ojca przysłali z Małoniża. Tam się jednemu gospodarzowi klacz źrebi. Matce chodziłam powiedzieć, że nie wiadomo, kiedy ojciec wrócą. Julek iść powinien, ale się wymówił, że zmęczony.

Anielka westchnęła. Zazdrościła przyjaciółce, że nikt jej po zmierzchu nie kazał w chałupie siedzieć. Agatka nie raz biegała w nocy do matki, do karczmy. Rodzice Agaty, Lipczewscy, mieli inne podejście do dzieci niż Połajowie. Wynikało to z różnicy charakterów. Lipczewscy byli ludźmi pogodnymi, skorymi do żartów i zabawy, Połajowie zaś wiecznie chodzili zafrasowani. No ale jak tu się nie smucić, gdy do garnka nie ma co włożyć, ani jednego grosza nie da się odłożyć, starsza córka już prawie na wydaniu, a druga, choć dziecko jeszcze, urośnie szybko i ani się kto będzie spodziewał, jak też za mąż zechce pójść? I za kogo te dziewczyny wydać, tak bez posagów, bo ten skrawek ziemi, z którego rodzina żyła, cienki jak nitka i nijak nie było sposobu, żeby go podzielić.

 

– Twoja Marianna tam jest – zauważyła Agata.

– Ano jest, tylko z nikim nie tańcuje. – Anielka westchnęła.

W tym momencie Henio podniósł smyczek i muzyka umilkła. Dziewczynki jak na komendę odskoczyły od okna. Nasłuchiwały w napięciu. Czy to już koniec zabawy? Nie, grajek tylko o coś do picia poprosił. Rwetes się zaraz zrobił, bo nie tylko Henio był spragniony. Młodzi wypadli do sieni. Tu na ławie stał cebrzyk z wodą, wieczorem ze studni przyniesioną. Piły najpierw dziewczęta, później chłopcy, ten i ów spoconą czuprynę wodą zmoczył. I już wracali do izby, wabieni brzdąkaniem strojonych skrzypiec.

Anielka i Agata zajęły swoje miejsce na podwalinie. Obserwowały zamieszanie, które towarzyszyło dobieraniu się w pary.

– A Wacek już przy piecu stoi – zachichotała Agata.

Wacek Domański, młodszy brat grajka, nie był muzykalny. Co prawda nauczył się tańczyć, ale tylko wtedy mu to wychodziło, gdy zaczynał od miejsca przy piecu. Gdy w ścisku przyszło mu gdzieś indziej zaczynać, mylił kroki. Zamieszanie wtedy robiło się niezmierne, bo innym tańczącym pod nogi właził. Taki się chaos robił, że zwykle trzeba było taniec przerywać i od nowa zaczynać.

– A Marianny nikt nie poprosił – zmartwiła się Anielka.

– Bo panien więcej niż kawalerów.

– Nawet na jeden taniec nikt jej nie poprosi. – Po głosie małej Połajówny można było poznać, że ta zniewaga wobec siostry bardzo boli.

– Nie martw się. Znajdzie się ktoś, kto zechce z nią tańczyć.

– Nikt z nią tańczyć nie będzie, bo ona paskudna.

– Nie bardziej paskudna niż Krzywa Józia.

Anielka się zamyśliła. No tak, Józia, nazywana we wsi Krzywą, też nie miała najładniejszej twarzy. Na dodatek w dzieciństwie złamała nogę. Był u niej znachor, nogę złożył, ale źle się zrosła. Jeździł ojciec Józi do owego znachora z awanturą, jednak usłyszał tylko, że tak być musiało, bo przy złamaniu część kości się odłupała, w ciało poszła i gdzieś tam do piszczeli przyrosła. Brakujący kawałek zaś odrósł, ale tak jak to czasem bywa z przyciętą gałęzią, że ta wybuja, tak się zdarza i z ludzką kością. Wyrosła, jak sama chciała, i teraz blokuje nogę. Może to się z czasem odmieni, trzeba mieć nadzieję i żarliwie się modlić. Pewnie modlitwy były zbyt mało żarliwe, bo się nie odmieniło i Józia chodziła po wsi, utykając.

– Może ona brzydka i krzywa, ale ma dziesięć morgów, więc znajdzie się amator, co do niej z wódką pośle. I to niejeden, będzie mogła w nich przebierać jak w ulęgałkach. A o Mariannę nawet pies z kulawą nogą nie zapyta.

– Bo też twoja Marianna ma paskudny charakter.

Anielka aż sapnęła z oburzenia.

– Szósty rok ci idzie, a durna jesteś jak ten cielak, co się u nas w zeszłą niedzielę umnożył – wygarnęła przyjaciółce. – Chłopy się nie żenią dla charakteru, czy on w kobiecie dobry, czy zły. Oni się żenią albo dla urody, albo dla posagu. A moja siostra nie ma ani jednego, ani drugiego. A ja… – zamilkła, zastanawiając się, czy wyznać to, co jej od dawna na sercu leżało. – A ja też się boję, że w rucianym wianku będę chodziła.

– No coś ty, Anielcia. Przecież ty ładna jesteś.

– Mama mówi, że Marianna też nie była brzydkim dzieckiem. Tylko jak dorastała, to tak wyczerepiała.

– Moja mama mówi, że Marianna wdała się w waszą babkę z urody, a w ojca z charakteru i to jej największe nieszczęścia. Ty masz urodę po mamie, a po babce charakter i dlatego będziesz i ładna, i dobra.

– Żeby tylko twoja mama miała rację.

– Ma, ma. Toż w całej wsi mądrzejsza od mojej mamy jest tylko pani Kornelowiczowa. Ale ona wielka pani, bogata i uczona.

Anielka pokiwała głową. Była to prawda. Tak mądrej kobiety jak Teofila Lipczewska ze świecą szukać, więc pocieszona słowami Agatki przestała się martwić o swoją przyszłość. Ba! Nawet zaczęła ją widzieć w nieco cieplejszych barwach. Bo jeśli faktycznie będzie ładna i na dodatek mądra, to istnieją spore szanse, że ktoś zechce z nią zatańczyć. A może i zechce się ożenić, choć ona biedna? Jeśli będzie dobra i pracowita, a przecież taka będzie, bo na te sprawy ma wpływ, to znajdzie się ktoś, kto ją doceni. I może nawet nie będzie taki strasznie biedny. A nawet gdyby, cóż by stanęło im na drodze, żeby się razem dorobić? Byle tylko zgodni byli. I pod żadnym pozorem chłop pić nie powinien. Anielka może i była dzieckiem, ale swój rozum miała. Słyszała, jak się w domu mówiło o tych, co w karczmie Lipczewskich przepijali morg za morgiem. Babka Anielki przepowiadała nawet karę boską tej rodzinie. Zwykle jednak kontrowała ją matka, mówiąc, że ona sama chętnie by się na jaką karę wystawiła, by mieć tyle dobra, co Lipczewscy. Bo to przecież nie tylko karczma, ale i kuźnia, a mąż Teofili, Kazimierz, znał się jeszcze na zwierzętach. Pojechał do źrebiącej się klaczy albo okulałego bydlęcia i bez osełki masła czy tuzina jaj nie wracał.

– Jakbym ja miała tuzin jajek naraz, tobym się czuła większą panią niż ta królowa, co wy o niej ciągle prawicie – mówiła Hanka Połajowa.

– Ty na swój los nie narzekaj. Mój syn chłop dobry i pracowity. To tyś niegospodarna. A o karę się nie proś…

– Ja o karę się nie proszę, ino o majątek. Wy moją karą największą.

I zaraz wybuchała między nimi straszna kłótnia. A Anielcia, która kochała i matkę, i babkę, uciekała z izby. No, chyba że było zimno, wtedy mocno przyciskała dłonie do uszu, żeby nie słyszeć, bo to były słowa złe i nieprawdziwe. Babka nie była karą, jak mogła, matce w gospodarstwie pomagała. Do dworu chodziła na zarobek i każdy grosz synowej oddawała. No, chyba że akurat miała zamysł gdzieś na odpust wędrować, wtedy sobie pieniądze zostawiała, żeby tak całkiem bez grosza w podróży nie być. No i żeby jakiś ładny święty obrazek mieć za co kupić.

Matka zaś nie była niegospodarna. Trzy razy każdy grosik w palcach obróciła, zanim wydała. Pracowała od rana do wieczora. Do ludzi na zarobek chodziła. Ale jakoś tak im się nie wiodło.

Kupiła matka kurę, co miała być kwoką i kurczęta wysiedzieć. Użebrała u dobrych ludzi jajek. Już, już miały się wylęgnąć pisklaki, gdy kura z jaj zeszła. Zanim się kto zorientował, zmarzły jajka, pomarło to, co w nich było. Uskładali na cielę. Ładne było i tłuste, a oczka miało takie śliczne, błyszczące. Stało w obórce, porykiwało wesoło. Aż tu nagle brzuch mu się zrobił ogromny, wydęty, twardy. Nawet Lipczewski, wezwany na pomoc, nic poradzić nie mógł.

– Zmarnowaliście takie piękne bydlątko. Jak się ma zwierzę, to i baczenie na nie mieć trzeba. Jak dziecko niańczyć, noc i dzień doglądać. Nie karmić byle czym. Teraz tylko zaciąć i zjeść, tyle waszego będzie.

– Sama wszystkiemu nie podołam, a mój…

Lipczewski głową smutno skinął. Wiedział on, wiedzieli wszyscy we wsi, że Józef Połaj był dobrym i pobożnym człowiekiem, który ogromnie kochał matkę, żonę i córki. Bywało jednak, że dziwnie się zachowywał. Miał iść na zarobek, z domu wychodził, ale po drodze przystawał, na miedzy siadał i tak do wieczora przesiedzieć potrafił. Zapytany później, co się stało, mówił, że zaduma na niego przyszła.

– Z tej twojej zadumy ja do garnka nie mam co włożyć – mówiła Hanka Połajowa i szła w kąt za piecem.

Przysiadała tam na zydlu i cichutko płakała. A niechby ktoś spróbował podejść, żeby ją pocieszyć. Zrywała się wściekła, krzyczała, mogła nawet uderzyć. Pozwalali jej więc domownicy wypłakać się do woli. Gdy żal minął, Połajowa przepaską ocierała zapłakane oczy i zabierała się do pracy. Im cięższa robota, tym szybciej humor przywracała. Zaraz w domu robiło się wesoło, bo matka Anielki, jeśli tylko chciała, potrafiła rozbawić swoich bliskich.

Huk cebra, zwalającego się w sieni na ziemię, gdy go w ciemności ktoś z ławy strącił, sprawił, że dziewczynki popatrzyły na drzwi chaty. A w nich właśnie stanęła Marianna Połajówna. Biegiem rzuciła się przez podwórko, a z jej gard­ła dobywał się skowyt. Anielka pomyślała, że tak skowyczy pies, przez właściciela uderzony. Głośniejsze to wycie jest i żałośniejsze, niż gdy ktoś obcy uderzy, bo od swojego dwa razy bardziej boli.

Anielcię łzy siostry bardzo zabolały. Kochała Mariannę najbardziej ze wszystkich. W końcu to starsza o siedem lat siostra ją wychowywała – siedziała nad kołyską, pilnowała, gdy mała zaczęła chodzić i wszystko wkoło ją ciekawiło. I nie tylko to. Gdy się zdarzyło, że ktoś poczęstował Mariannę suszoną gruszką, jabłkiem czy kawałkiem słodkiej bułeczki, ta nigdy nie zjadła. Zawsze w zapasce schowała i przyniosła młodszej siostrze. Mówiła, że ona słodyczy nie lubi. Anielka długo w to wierzyła, jednak wyrosła już z dziecięcej naiwności i wiedziała, że Marianna, jak każdy, słodkie lubi. Tyle że od najsłodszej słodkości bardziej lubiła swoją Anielcię. A ta ową miłość odwzajemniała.