Koronkowa sukniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kiedy Iza oglądała podobne sceny w filmach, zawsze uważała, że bohaterki dramatyzują. Bo przecież dwie kreski w okienku niewielkiego kawałka plastiku nie są taką znowu tragedią. W końcu większość kobiet i tak wie, co zobaczy, a jedynie szuka potwierdzenia.

Teraz, patrząc na trzymany w ręku test ciążowy, zrozumiała, że nie miała racji. Nie o potwierdzenie tu chodzi, a o nadzieję.

Ostatnie kilka minut, które spędziła, siedząc bez ruchu na brzegu wanny z twarzą ukrytą w dłoniach, były wypełnione właśnie nadzieją. A ta trwała, dopóki nie podniosła głowy i nie spojrzała na test. W tej jednej sekundzie zmieniło się wszystko.

Ta sekunda trwała całą wieczność, podczas której Iza tkwiła w jakiejś dziwnej pustce, pozbawionej myśli i emocji. Kiedy wreszcie odzyskała kontakt z rzeczywistością, zamrugała kilka razy, jakby sądziła, że jedna z kresek na pasku jakimś cudem zniknie.

Nie zniknęła.

Dziewczyna uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, co powinna teraz zrobić. W romantycznym filmie zapewne kupiłaby maleńkie buciki, spakowała je w zgrabną paczuszkę razem z testem i podczas kolacji w jakiejś dobrej restauracji podarowała mężczyźnie swojego życia. Ten po odpakowaniu podarunku miałby w oczach łzy szczęścia. A następnego dnia poszliby wspólnie kupować wyprawkę dla maleństwa.

Niestety, Izę niewiele łączyło z bohaterkami romantycznych filmów. Jej sytuacja była mocno skomplikowana. Jeśli ktoś sądziłby, że dziecko, które już bez najmniejszych wątpliwości nosiła w sobie, nie będzie miało ojca, byłby w błędzie. Owszem, Iza doskonale wiedziała, kto nim jest, ale też zdawała sobie sprawę z trudności, jakie ją czekają.

– Muszę się uspokoić i pomyśleć – mruknęła do siebie.

– Bello, mówiłaś coś?! – Zza drzwi łazienki dobiegł głos matki.

– Nie, mamo! – odkrzyknęła i szybko odkręciła wodę.

– Wyjdź wreszcie, śniadanie na stole!

– Tak, już idę!

Na samą myśl o jedzeniu zrobiło jej się niedobrze. Podobne odczucia towarzyszyły jej od kilku dni i właśnie one przypomniały o zerknięciu w kalendarzyk. To z kolei uświadomiło Izie, że okres spóźnia się dużo bardziej, niż jej się wydawało.

Kiedy prosiła w aptece o test, miała wrażenie, że farmaceutka przygląda jej się badawczo. Jakby wiedziała, że za tym zakupem kryje się coś, co nie powinno się wydarzyć. Iza uciekła wzrokiem i schowała pudełeczko głęboko na dnie torebki. Jeszcze tego brakowało, żeby matka zobaczyła!

Przeczytała w Internecie, że czasami takie opóźnienia miesiączki wynikają ze stresu. Kobieta obawia się ciąży, więc menstruacja nie przychodzi. Ale gdy test ciążę wykluczy, wszystko wraca do normy. Iza trzymała się tej nadziei przez cały wieczór i noc.

Teraz wiedziała, że nie stres był przyczyną, a tamta chwila w lesie, gdy oboje zapomnieli o wszystkim, łącznie z zabezpieczeniem.

– Nie ma co panikować – tłumaczyła mu wtedy. – I tak nie powinnam dziś zajść w ciążę.

A jednak zaszła, czego dowód leżał teraz przed nią na krawędzi umywalki.

I co ja mam teraz zrobić? – pomyślała bezradnie.

– Bello! Długo jeszcze?! – Matka znowu podeszła do drzwi.

– Już, już! – odparła niecierpliwie.

Obmyła twarz zimną wodą, wcisnęła plastikową płytkę głęboko do kieszeni i wyszła z łazienki.

Przecież mam już dwadzieścia jeden lat – rozmyślała, schodząc po schodach. – Nie jestem nastolatką, nie ja pierwsza zostanę matką w tym wieku. Dawno minęły czasy, kiedy ciąża przed ślubem stanowiła problem. Wiele moich koleżanek decydowało się na legalizację związku dopiero wtedy, gdy dziecko było w drodze.

Starała się jakoś zracjonalizować sytuację, przekonać samą siebie, że nie jest tak źle. Jednak w głębi serca doskonale wiedziała, że problemem nie jest żadna ze spraw, o których myślała. Chodziło o coś zupełnie innego, o wiele ważniejszego.

– A co ty masz taką minę, jakbyś żabę połknęła? – Matka rozłożyła serwetkę i umieściła ją na kolanach, żeby nie ubrudzić jasnej sukienki.

– Żołądek mnie boli – mruknęła Iza.

– Co ty mówisz? Jadłaś coś wczoraj poza domem? – Kobieta sięgnęła po pieczywo.

– Nie, ale mam dzisiaj kolokwium – wymyśliła naprędce dziewczyna. – Ciężko zaliczyć, denerwuję się…

– No tak, to na pewno dlatego – pokiwała głową matka. – Nie martw się tak bardzo, poradzisz sobie – starała się pocieszyć córkę, ale Iza widziała, że na próżno szukać w tym prawdziwych emocji.

Przyzwyczaiła się już do charakteru matki, do tego, że nie okazuje uczuć. Nie, nie wątpiła, że jest kochanym dzieckiem, ale zorientowała się już, że o ile na wsparcie finansowe czy dobrą radę może liczyć, o tyle na przytulenie albo spontaniczny śmiech już niekoniecznie.

Wygląda jak zamrożona – przyszło jej do głowy w dniu, gdy zmarła babcia. Wtedy sądziła, że matka się rozpłacze, okaże rozpacz. Ona, Iza, była pewna, że w taki właśnie sposób zareagowałaby na podobną wiadomość. Tymczasem matka po prostu odłożyła słuchawkę, spojrzała na córkę i powiedziała spokojnie:

– Pojutrze jedziemy na pogrzeb. Moja matka nie żyje.

A potem poszła do łazienki dokończyć robienie makijażu.

Nic dziwnego, że nie rusza jej jakieś kolokwium – skwitowała w myślach dziewczyna.

Prawdę mówiąc, akurat tego dnia było jej to akurat na rękę.

– Postaram się zaliczyć – odpowiedziała matce. – Ale z tych nerwów niczego nie zjem – dodała stanowczo, ze wszystkich sił starając się zapanować nad skurczem brzucha.

– Z pustym żołądkiem trudniej ci będzie się skupić, ale jak uważasz… – Matka włożyła do ust kawałek pomidora.

– Zjem coś po kolokwium, wiesz, że mam obok uczelni kilka fajnych knajpek. – Iza szybko wstała od stołu i podeszła do kuchennej szafki, gdzie stał dzbanek z wodą.

Byle nie patrzeć na jedzenie – pomyślała, wypijając kilka małych łyków płynu. – A myślałam, że te poranne nudności są mocno przesadzone.

– Ja dzisiaj będę cały dzień w domu, więc zrobię coś dobrego na kolację – poinformowała tymczasem matka. – Masz jakieś zamówienie specjalne?

– Wszystko jedno… Co zrobisz, to zjem. – Naprawdę dłużej nie mogła kontynuować tego tematu. – Przepraszam, ale muszę się zbierać. Jeśli się spóźnię, doktor nawet do sali mnie nie wpuści.

Prawie wbiegła po schodach i z ulgą zatrzasnęła za sobą drzwi swojego pokoju. Opadła na łóżko, twarzą w poduszkę.

Co robić? – kołatała jej w głowie wciąż ta sama myśl. – Co ja mam teraz zrobić?

Poczuła, że coś uwiera ją w biodro. Sięgnęła do kieszeni.

To ten cholerny test – mruknęła i, chcąc nie chcąc, wstała, żeby ukryć dowód ciąży w torebce. Zresztą naprawdę musiała już wychodzić.

Wyrzucę gdzieś po drodze – zdecydowała i pożałowała w myślach, że wraz z kawałkiem plastiku nie może pozbyć się całej sprawy.

Jak to się mogło stać? – pytała samą siebie, zapinając sweter. – I dlaczego akurat mnie musiało się przytrafić. Wiolka ciągle ryzykuje i za każdym razem jej uchodzi na sucho – przywołała w pamięci koleżankę z roku. – A ja raz i od razu ciąża. To niesprawiedliwe!

Miała ochotę tupnąć nogą jak dziecko, ale przecież nie była pięciolatką. Zdawała sobie sprawę, że ucieczka w pretensje i żale w niczym tu nie pomoże. Prędzej czy później będzie musiała stawić czoła sytuacji.

Ale może jednak nie od razu – uznała. – Wieczorem się nad tym zastanowię. Teraz muszę jakoś przetrwać zajęcia. Rok dopiero się zaczął, a dozwolony limit nieobecności może być mi później bardziej potrzebny – pomyślała rozsądnie.

– Wrócę około siedemnastej! – krzyknęła w kierunku salonu, gdzie matka zwykła pijać poranną kawę.

– Dobrego dnia! – usłyszała w odpowiedzi.

Już nie jest dobry – westchnęła Iza. – Na szczęście ona jeszcze o tym nie wie.

*

Słoneczny poranek nie musiał poprawiać Bartkowi humoru, bo obudził się w doskonałym nastroju. Jednak mocne promienie październikowego słońca uznał za dodatkowy bonus do czekającego go dnia.

Co prawda w kolejce do łazienki wyprzedziła go siostra – pyskata trzynastolatka, którą czasami gotów był udusić, ale tym razem zlekceważył wystawiony przez Julkę język i trzaśnięcie mu drzwiami przed nosem.

– Jeszcze będziesz chciała pożyczyć kasę – mruknął pod nosem, lecz bez złości. – Wtedy zobaczymy, jak potrafisz się przymilnie uśmiechać, smarkulo.

Przeciągnął się powoli.

– Synu, czy ty musisz stać o siódmej rano na środku przedpokoju? – Głos ojca przywrócił go do rzeczywistości.

– Stałbym w łazience, gdyby nie Julka – odpowiedział zgodnie z prawdą.

– Jaki ty jesteś dowcipny – ironicznie skomentował mężczyzna. – Ale to nie zmienia faktu, że jeśli mnie nie przepuścisz, spóźnię się do pracy.

– Dobra, już znikam. – Bartek posłusznie wycofał się do swojego pokoju.

Poranna krzątanina tym razem nie musiała być jego udziałem. Zajęcia zaczynał dopiero o dziesiątej, więc mógł spokojnie przeczekać, aż ojciec z Julką wyjdą.

Usiadł na brzegu łóżka i sięgnął po telefon.

Ciekawe, czy napisała coś po przebudzeniu? – zastanawiał się.

Niestety, nie było żadnej nowej wiadomości. Uśmiechnął się, bo wiedział przecież, że zazwyczaj wstawała w ostatniej chwili i robiła wszystko w pośpiechu. Trudno w takiej sytuacji znaleźć czas nawet na krótkiego esemesa.

 

Fakt, miło byłoby zobaczyć na ekranie porannego buziaka, choćby wirtualnego, ale Bartek nie przykładał aż tak wielkiej wagi do jego braku. Znał zwyczaje swojej dziewczyny, poza tym był pewien, że nawet jeśli nie miała czasu napisać, to z pewnością o nim pomyślała.

Może zamiast tak siedzieć bez sensu powinienem trochę poćwiczyć – uznał. – Biceps sam się nie zrobi.

Nie żeby od razu chciał zostać mistrzem świata w kulturystyce albo pobić rekord w obwodzie wspomnianego mięśnia, ale nie ma co ukrywać, chciał dobrze wyglądać. Zresztą który dwudziestodwulatek nie chce?

Bartka nie stać było na karnet do klubu fitness. Owszem, dorabiał sobie jako barman w jednym z kieleckich pubów, ale zarobione pieniądze przeznaczał raczej na ubrania, wyjście do kina czy klubu. Wiedział, że rodzice nie mają zbyt dużego budżetu, zwłaszcza że matka pracowała tylko dorywczo. Jej firma upadła, a znalezienie etatu dla kobiety przed pięćdziesiątką graniczyło z cudem.

Gdy chciała zatrudnić się w sklepie, ojciec stanowczo zaprotestował.

– Z twoim kręgosłupem dźwiganie jest wykluczone – uciął. – A wiesz przecież, że ekspedientka nie tylko stuka w klawisze kasy, ale też wyładowuje i rozkłada towar.

Bartek wiedział, że ojciec starał się brać nadgodziny w swoim zakładzie i to dlatego często wracał późno. Na szczęście firma, w której pracował, nie narzekała na brak klientów. Robili meble na wymiar, a zawsze znaleźli się chętni na nową kuchnię czy szafę.

Matka od czasu do czasu dorabiała jako opiekunka do dzieci, ale ostatnio głównie zajmowała się domem. Julka cieszyła się z tego, choć nawet ona rozumiała, że gdy tylko jedno z rodziców zarabia, trzeba się liczyć z cięciami finansowymi.

Bartek też rozumiał sytuację i chociaż czasami miał poczucie, że los potraktował go niesprawiedliwie, bo nie może pozwolić sobie na to, co dla wielu jego kolegów nie stanowiło problemu, szybko doszedł do wniosku, że w końcu ma dwie ręce i może na siebie zarobić sam.

Robotę znalazł bez kłopotu, już w pierwszym pubie, w którym zapytał, jego wysportowana sylwetka i miły uśmiech zyskały aprobatę. A że miał zapał do pracy i budził sympatię, to po kilku miesiącach radził sobie już całkiem nieźle, a napiwki stały się miłym dodatkiem rekompensującym niezbyt wysokie zarobki.

Nie mam na co narzekać – pomyślał, sięgając po hantle. – W końcu wystarcza mi na moje potrzeby. Zamiast co miesiąc płacić za siłownię, mam własny sprzęt. I nie muszę nikomu imponować metkami na ciuchach.

Uśmiechnął się na tę myśl, bo przed oczami stanęła mu twarz dziewczyny. Tak, właśnie ona. Bartek wiedział, że pochodziła z naprawdę bogatego domu, ale nigdy nie dała mu do zrozumienia, że przeszkadza jej ta różnica między nimi. Nie była też pustą lalą, dla której liczą się tylko nowe buty i drogie samochody.

Normalna dziewczyna – stwierdził po raz kolejny. – I bardzo dobrze.

Machał ciężarkami z zapałem, a myśl o niej dodawała mu energii. Może przed kumplami nie przyznałby się do tego, ale przed sobą mógł. Zakochał się i tyle. To trwało już od pół roku i wcale nie słabło.

Bartek po raz pierwszy czuł coś takiego. Owszem, z wieloma dziewczynami spotykał się w przeszłości, ale żadna nie zawładnęła jego myślami tuż po przebudzeniu i przed zaśnięciem. A teraz tak właśnie było.

– Bartuś, zrobić ci jajecznicę? – Matka stanęła za drzwiami pokoju.

Nigdy nie wchodziła bez pukania, w ich domu szanowano prywatność.

Wstał i otworzył drzwi.

– A wiesz, że chętnie zjem – uśmiechnął się.

– Tak od rana ćwiczysz? – zdziwiła się kobieta.

– Później nie będę miał czasu – wyjaśnił. – A o formę trzeba dbać.

Matka wymownie pociągnęła nosem.

– No dobrze, ale może otworzysz okno? – zaproponowała.

Bartek pokiwał głową.

– Zrozumiałem aluzję. Julka już nie okupuje naszej łazienki?

– Przed chwilą wyszli z tatą. Nie słyszałeś?

Zerknął na zegarek. Rzeczywiście, zajęty myślami nawet nie zauważył, że minęło ponad czterdzieści minut.

– No to idę wziąć prysznic – stwierdził.

– Tylko szybko, bo jajecznica będzie za pięć minut. – Matka poszła w stronę kuchni.

Bartek błyskawicznie opłukał spocone ciało. A potem założył świeży t-shirt i z zadowoleniem zerknął w lustro.

To będzie fajny dzień – puścił oczko do swojego odbicia.

Gdy pojawił się w kuchni, matka akurat nakładała usmażoną potrawę na talerzyk. Chłopak pociągnął nosem.

– Z boczkiem – bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Owszem – uśmiechnęła się kobieta.

Bartek usiadł, sięgnął po kromkę chleba i widelec. Matka zajęła miejsce po drugiej stronie stołu.

– Widzę, że masz dobry humor – zagaiła.

– No – mruknął niezbyt może elegancko, ale miał usta pełne jajecznicy.

– A jakie plany na dziś? Pracujesz?

– Dzisiaj wolne – pokręcił przecząco głową. – Do siedemnastej trzydzieści mam zajęcia.

– Potem wracasz do domu?

– Raczej nie. Mam jeszcze coś do zrobienia – wbił wzrok w talerzyk.

– Synku, przecież możesz normalnie powiedzieć, że idziesz na randkę – uśmiechnęła się matka, obserwując zachowanie chłopaka.

– Randkę? – wzruszył ramionami. – Na randki chodziło się trzydzieści lat temu.

– Wszystko jedno – machnęła ręką. – Chodzi mi o to, że już dawno domyśliłam się, że masz dziewczynę.

– Nie pierwszą raczej – udał obojętność.

– Zgadza się. Ale o wszystkich poprzednich mówiłeś wprost i lekko. A tę trzymasz w tajemnicy jak wiadomość o znalezionym skarbie – podsunęła dzbanek z herbatą w jego stronę. – Dlatego właśnie myślę, że to specjalna znajomość.

Ach, ta matczyna intuicja! Bartek nie wiedział, jak zareagować. Rzeczywiście, nie wspominał o swoim nowym związku, ale właściwie nie wiedział, dlaczego. Może nie chciał zapeszyć? A może nie zamierzał pokazać, jak mocno jest zaangażowany?

– Dobrze, nie denerwuj się – kobieta poklepała syna po dłoni. – Nie zamierzam wyciągać z ciebie niczego siłą. Będziesz chciał, to powiesz. Ale pamiętaj, że chętnie ją poznamy.

Skinął głową i w milczeniu dokończył śniadanie. Wiedział, że propozycja matki była szczera, ale uznał, że musi to przemyśleć. No i zapytać swoją dziewczynę, czy ma ochotę na takie spotkanie.

*

Wykład zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Na szczęście mdłości ustąpiły i żołądek wrócił na swoje miejsce.

Iza starała się skupić na słowach profesora. Z marnym skutkiem. Wciąż powracała myślami do wydarzeń poranka i nastrój miała coraz gorszy.

– Źle się czujesz? – zapytała szeptem Wiolka.

– Nie, dlaczego? – próbowała zbyć koleżankę.

– Strasznie blada jesteś – usłyszała w odpowiedzi. – I smarujesz tylko jakieś bazgroły – wskazała palcem na zeszyt leżący przed Izą.

Rzeczywiście, zamiast słów wykładowcy były tam jakieś dziwne esy-floresy, a pośrodku, niczym krzyk rozpaczy, pysznił się ogromny wykrzyknik.

– Nie mam dziś nastroju i tyle – mruknęła, bo nie bardzo wiedziała, jak inaczej wyjaśnić swoje postępowanie.

– Czyżby twój Romeo wywinął jakiś numer? – zachichotała Wiolka.

Raczej ja wywinęłam – pomyślała Iza.

– Proszę o ciszę! – karcący głos profesora wybawił ją od konieczności udzielenia koleżance odpowiedzi.

Przyjęła to z ulgą, bo rozmowa zaczynała zmierzać w kłopotliwym kierunku. Szybko wbiła wzrok w zeszyt i zaczęła udawać, że notuje. Wiolka zresztą zrobiła to samo, bo wykładowca słynął z tego, że na egzaminie mocno dokręcał śrubę tym, którzy sprawiali mu problemy podczas wykładów.

Kiedy zajęcia nareszcie się skończyły, Iza od razu ruszyła w kierunku wyjścia.

– Hej, poczekaj! – koleżanka dogoniła ją przy schodach. – Mamy teraz trzy kwadranse przerwy. Może wpadniemy na kawę do naszego ulubionego bistro?

– Chciałam się przespacerować – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

Wydawało jej się, że jesienne słońce i przechadzka pomogą jej jakoś poukładać myśli.

– Fajny pomysł, też chętnie się przejdę – podchwyciła Wiolka.

Iza z trudem powstrzymała westchnienie. Normalnie lubiła tę dziewczynę. Może nie były przyjaciółkami, ale na pewno dobrymi koleżankami. Trzymały się razem od pierwszego roku i wiele godzin spędziły na wspólnej nauce i pogaduchach. Jednak o swoim zmartwieniu Iza nie zamierzała rozmawiać z Wiolką. Znała dobrze jej charakter, wiedziała, że dziewczyna ma dość swobodny stosunek do życia, związków i zobowiązań. Nie takiej partnerki do rozmowy teraz potrzebowała.

Nie chciała jednak urazić koleżanki, więc po chwili maszerowały ramię w ramię w stronę pobliskiego skweru.

– Masz jakieś plany na sobotę? – Wiolka spojrzała pytająco na Izę.

A skąd ja mogę wiedzieć – pomyślała dziewczyna. – Nie wiadomo, co będę robiła jutro, a ona mi tu o sobocie…

– Znajomy robi domówkę – kontynuowała Wiola niezrażona milczeniem rozmówczyni. – Wynajmują z kolegami mieszkanie na Sadach. Cztery pokoje, więc miejsca sporo. Wybierzesz się?

– Raczej nie.

– E, no co ty! Chłopaki są sympatyczni, ostatni rok politechniki, pełen luz, ale i kultura – zachwalała koleżanka. – Przecież nie musisz każdego weekendu spędzać z tym swoim Romeo, prawda?

W tym samym momencie Iza poczuła wibrowanie w torebce. Wyjęła telefon i popatrzyła na wyświetlacz.

– To on? – domyśliła się Wiola.

Miała rację. To był on.

Cztery nieodebrane połączenia i kilkanaście esemesów.

Dzień dobry, jak Ci mija dzień?

Co u Ciebie?

Wszystko w porządku?

Dlaczego nie odbierasz? Coś się stało?

Odezwij się!

Czytała kolejne wiadomości i czuła pustkę w głowie.

– Uważaj! Samochody! – Wiolka złapała ją za rękaw tuż przed przejściem. – Ja rozumiem… miłość, ale chyba nie musi się od razu kończyć tragicznie! – zażartowała.

Izie nie było do śmiechu. A słysząc ostatnie zdanie, poczuła, jakby zimna obręcz zaciskała jej się na sercu.

Mam przeczucie, że tak właśnie może być – przemknęło jej przez głowę.

Telefon znowu zawibrował. Iza szybkim ruchem wrzuciła go do torebki.

– No, kochana, teraz to już nie ściemniaj, tylko mów, co się stało. – Wiolka zatrzymała się i zmusiła do tego samego Izę. – Skoro nie odbierasz od niego telefonów, to albo naprawdę coś wywinął, albo masz innego. Gadaj natychmiast! – zakończyła stanowczym tonem.

– Ani jedno, ani drugie – westchnęła zrezygnowana dziewczyna. – Po prostu nie chcę z nim na razie rozmawiać.

– Nie wierzę – podkręciła głową koleżanka. – Przecież ty poza nim świata nie widzisz. Ale skoro tak, to może jednak zdecydujesz się na tę sobotnią imprezę? – Wiolka nigdy zbyt długo nie zajmowała się problemami innych.

– Mówiłam już, że nie chcę. – Iza poczuła, że naprawdę ma dość. – Słuchaj, przepraszam cię bardzo, ale muszę wrócić na uczelnię.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła naprzód.

– Nie wiem, co w ciebie wstąpiło. – Wiolka po chwili zrównała się z dziewczyną. – Okres masz czy co?

To akurat właśnie nie – pomyślała Iza.

– Widzę, że cię wszystko wkurza, więc posiedź sobie gdzieś w kącie, a ja skoczę po kawę – zdecydowała, gdy znalazły się z powrotem w budynku. – Tylko nikomu nie przegryź gardła – zażartowała.

Iza z ulgą przyjęła upragnioną chwilę samotności. Przysiadła na parapecie i przez kilka minut przyglądała się sroce, która z zapałem poszukiwała czegoś na trawniku. A kiedy podniosła wzrok, zobaczyła, że jej chłopak właśnie zbliża się do wejścia na uczelnię.

O nie! Teraz nie mogę z nim rozmawiać! – wpadła w panikę. – To niemożliwe! Nie dam rady!

Szybkim krokiem ruszyła w stronę automatu z napojami. Dopadła koleżankę, gdy ta wyciągała właśnie drugi kubeczek z podstawki.

– Wiolka! Musisz mi pomóc! – zażądała.

– Co się stało?

– On tu przyszedł!

– A, Romeo – roześmiała się dziewczyna.

– Skup się. Powiesz mu, że jestem chora i poszłam do domu – zakomenderowała Iza. – A ja będę w tym czasie w toalecie. Dopilnuj, żeby poszedł, i dopiero wtedy przyjdź po mnie.

– Dobra, spoko. Nie takie akcje się robiło – mrugnęła domyślnie Wiola. – Pozbędę się go szybko i bezboleśnie.

– Dzięki. – Iza spojrzała na nią z wdzięcznością i pobiegła do damskiej łazienki.

Spędziła chyba kwadrans w kabinie, aż wreszcie usłyszała głos Wiolki.

– Już możesz wyjść z ukrycia.

– Na pewno sobie poszedł? – upewniała się, myjąc ręce.

 

– Tak, odprowadziłam go do samych drzwi na dole – zapewniła dziewczyna. – Powiedziałam, że na pewno śpisz i dlatego wyłączyłaś telefon. Ale jak tylko się obudzisz, to zadzwonisz.

Musiała przyznać, że Wiolka sprytnie to wymyśliła.

– Tylko skontaktuj się z nim, bo gotów przyjść do ciebie do domu.

Iza pokiwała głową. Koleżanka miała rację, mógł to zrobić. A wtedy wszystko posypałoby się od razu. Do tego nie można było dopuścić.

Ostatnie ćwiczenia przesiedziała jak na szpilkach. Potem od razu pobiegła do szatni, a w drodze powrotnej bez przerwy rozglądała się dookoła. Na szczęście chłopaka nigdzie nie było.

Gdy tylko dotarła do swojego pokoju, od razu wystukała kilka zdań na smartfonie.

Przepraszam, to chyba grypa żołądkowa. Nie miałam siły pisać. Teraz też jeszcze słabo się czuję. Odezwę się, jak mi się poprawi.

Nacisnęła zieloną ikonkę. Odpowiedź przyszła prawie natychmiast.

Wiem, Wiolka mi powiedziała. Odpoczywaj, ja poczekam.

Najwyraźniej wpatrywał się w telefon, skoro tak od razu odpisał. – Izie zrobiło się wstyd.

Doskonale wiedziała, że beznadziejnie się zachowuje, ale naprawdę na razie nie potrafiła inaczej. Miała nadzieję, że do następnego dnia coś wymyśli, chociaż na razie żadne dobre rozwiązanie nie przychodziło jej do głowy.

*

Bezsenna noc także niewiele zmieniła, a jeśli już, to na gorsze.

Iza przewracała się z boku na bok przez wiele godzin, zastanawiając się, jaki powinien być jej kolejny krok. To jasne, że nie uda jej się długo ukryć swojego stanu i w końcu trzeba będzie podjąć jakąś decyzję.

Ostatecznie jestem dorosła. No i to żadna tragedia – próbowała dodać sobie otuchy. – Urodzę dziecko i już.

Jednak doskonale wiedziała, że to nie takie proste.

Jak ja powiem mamie? Przecież ona albo się wścieknie, albo załamie – innej reakcji nie przewidywała. – Gotowa wyrzucić mnie z domu.

To ostatnie stwierdzenie na początku wywołało w Izie bunt.

Okej, wyrzuci to wyrzuci – zacisnęła pięści. – Wtedy zamieszkamy razem. Najwyżej będzie biednie, ale przecież damy radę.

Niestety już po chwili pewność siebie ją opuściła. Nie była aż tak naiwna, żeby nie wiedzieć, ile kosztuje samodzielne wynajęcie mieszkania. A przecież miało być jeszcze dziecko.

Dziecko!

Totalna abstrakcja! Oczywiście widziała, jak to wygląda z biologicznego punktu widzenia, ale jej umysł nadal nie do końca przyjmował do wiadomości, że gdzieś tam, w niej, rośnie nowe życie, które za niespełna osiem miesięcy stanie się odrębnym człowiekiem.

Dlaczego ja nic nie czuję? – wierciła się na łóżku i raz za razem dotykała swojego brzucha. – Dlaczego nie pokochałam go od razu?

Nie znajdowała w sobie ani grama uczucia dla tej nowej istoty, a przecież tyle słyszała o matczynej miłości, jakiej doświadczają ciężarne. Kilka jej koleżanek z roku już było matkami. „Kiedy się dowiedziałam, od razu poczułam, że to najlepsze, co mnie w życiu spotkało” – mówiła jedna z nich. „Taka czułość mnie zalewa, ile razy pomyślę o moim maleństwie” – twierdziła inna. – „Mówię wam, dziewczyny, to niesamowite”. „Nie mogę się doczekać aż je zobaczę” – gładziła wystający brzuch kolejna.

Iza przywoływała w pamięci te sceny. Nawet zazdrościła trochę tym dziewczynom. Właśnie tej wyjątkowej więzi, tej miłości dostępnej jedynie matkom.

A teraz, gdy sama powinna tego doświadczać, nie czuła niczego. Jedyne, co przychodziło jej do głowy, to natrętne myśli o tym, że nie wie, jak powinna postąpić.

Kiedy wreszcie udało jej się na chwilę zasnąć, za oknami zaczynało już świtać. Iza miała wrażenie, że ledwie zamknęła powieki, a już matka uchyliła drzwi od pokoju.

– Bello, pora wstawać.

Widząc, że dziewczyna nie reaguje, podeszła do łóżka i delikatnie dotknęła ramienia córki.

– Bello! – Jej głos brzmiał stanowczo. – Prosiłaś, żeby obudzić cię przed ósmą.

Iza pokiwała głową na znak, że słyszy, ale nie otworzyła oczu. Nie potrafiła spojrzeć na matkę, bała się, że tamta wyczyta wszystko w jej spojrzeniu.

– No już, dosyć leniuchowania. Ile można spać? Wczoraj zgasiłaś światło przed dziesiątą. – Kobieta uchyliła okno i zerknęła na Izę. – Zrobię mocniejszą kawę, bo inaczej chyba się dziś nie rozbudzisz – zdecydowała. – Czekam w jadalni – dodała jeszcze na odchodne.

Po jej wyjściu Iza usiadła na łóżku i przetarła oczy.

Nie umarłam, nie zniknęłam – westchnęła. – Szkoda, bo może to byłoby najlepsze rozwiązanie.

Tymczasem zaczynał się kolejny dzień.

No dobrze. Jutro na wszelki wypadek powtórzę test, a jeśli wyjdzie pozytywny, porozmawiam najpierw z nim, a dopiero potem powiemy matce – zdecydowała, bo przecież coś trzeba było postanowić.

Wiedziała, że to tylko odroczenie wyroku, ale przecież jeden dzień niczego nie zmieni.

Ukryła podkrążone oczy pod makijażem, bladość policzków zaretuszowała różem, po czym zeszła na śniadanie.

Przynajmniej dziś mnie nie mdli – pomyślała, ale to, co nastąpiło chwilę potem, pokazało jej, w jak wielkim jest błędzie.

Zdążyła zrobić ledwie trzy kroki w stronę stołu, gdy intensywny zapach kawy dotarł do jej nozdrzy i Iza w jednej chwili poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła.

Rzuciła się w kierunku toalety, nawet nie domykając za sobą drzwi.

Zwróciła wszystko, ale nawet wtedy skurcze w brzuchu nie pozwoliły jej wrócić do kuchni. Gdy wreszcie mogła się wyprostować, z ulgą wypłukała usta i ledwie żywa poczłapała na górę.

Nawet się nie zdziwiła, gdy po chwili dołączyła do niej matka.

– Bello, czy ty masz mi coś do powiedzenia? – Przysunęła krzesło do łóżka i wbiła w córkę badawcze spojrzenie.

– Nie – mruknęła niezbyt grzecznie dziewczyna.

– A mnie się wydaje, że jednak powinnyśmy porozmawiać. – Kobieta nie zwróciła uwagi na niezbyt elegancki ton Izy.

Dziewczyna milczała. Ostentacyjnie odwróciła głowę i wpatrywała się w niebo za oknem.

– Czy ty jesteś w ciąży? – padło pytanie, którego najbardziej się obawiała.

Właściwie po co mam zaprzeczać? – pomyślała bezradnie. – Przecież ona doskonale to wie. Moje potwierdzenie to tylko formalność.

– Tak. – Nic więcej nie przeszło Izie przez gardło.

Czekała, co teraz będzie.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Zaniepokojona dziewczyna spojrzała na matkę i ze zdziwieniem stwierdziła, że ta ociera łzę.

– Płaczesz?

– Jak widzisz – odparła krótko.

Ten przejaw emocji zaskoczył Izę. Przerobiła w myślach różne scenariusze, ale czegoś takiego nie przewidziała.

– Dlaczego? – zapytała, bo zachowanie matki wydało jej się zupełnie irracjonalne.

– Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że tak to się rozwinęło. Obserwowałam was z niepokojem, bo Artur to jeszcze młody człowiek, a wiadomo, jak to jest w takim wieku. Pokusa skakania z kwiatka na kwiatek… – pokiwała głową. – Przyznam też, że miałam wrażenie, jakbyś niezbyt się starała, choć powtarzałam ci, że tak przystojnego i bogatego chłopaka trzeba pilnować…

Iza słuchała matki i powoli zaczynała zdawać sobie sprawę, że ta ma zupełnie inny obraz całej sytuacji. Uniosła się na łóżku i otworzyła usta, żeby wyjaśnić, ale kobieta nie dała jej dojść do głosu.

– Bello, nawet nie wiesz, jak dobrze się stało. Bo przecież dziecko to już nieodwracalne zobowiązanie. Związek można zakończyć, ale rodzicielstwa nie sposób…

– Ale mamo… – weszła jej w słowo Iza. – Artur nie będzie…

– Będzie, będzie. – Matka nie dała jej dojść do głosu. – Owszem, na początku może go to zaskoczyć, jak każdego mężczyznę. Oni nigdy nie są przygotowani na ojcostwo. Ale z czasem ochłonie i wszystko się ułoży.

Wstała i zaczęła chodzić po pokoju.

– Tak. Musisz go zaprosić do nas, najlepiej już na dzisiejszy wieczór – zmarszczyła czoło w skupieniu. – Powiesz mu o tym przy kolacji. Potem skontaktujemy się z jego rodzicami i wspólnie ustalimy termin ślubu i wesela.

Iza patrzyła na matkę z niedowierzaniem.

– Dlaczego tak mi się przyglądasz? – Kobieta złowiła spojrzenie córki. – Im szybciej zorganizujemy ślub, tym lepiej. Chcesz iść do ołtarza w dziewiątym miesiącu? No już, nie denerwuj się – zobaczyła łzy w oczach córki i usiadła obok niej. – Trzeba było od razu mi powiedzieć. Sama pomyśl, przecież nic strasznego się nie stało. Będziesz miała przystojnego męża i życie na wysokim poziomie – wyliczała zadowolona. – Od razu wiedziałam, że to świetny wybór!

Dziewczyna milczała.

– Ja tu gadam i gadam, a ty przecież źle się czujesz. – Matka na swój sposób zinterpretowała ten brak reakcji. – Połóż się i odpocznij. Tylko najpierw zadzwoń do Artura i zaproś go na kolację. Ja zajmę się resztą.

*

– Synu, skoczysz do sklepu po coś do picia? – Rafał Kownacki pojawił się w przedpokoju, gdy usłyszał, że syn wchodzi do mieszkania.