Rzeczy osobisteTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział I. Wymazywanie

Rozdział II. Diabelski koncept

Rozdział III. Zapisywanie

Rozdział IV. (Nie)czystość

Rozdział V. Organizacja

Rozdział VI. Fascynujący mundur

Rozdział VII. „Piękne bestie”

Rozdział VIII. Moda mimo wszystko

Rozdział IX. Odrodzenie

Rozdział X. Obraz rzeczy

Rozdział XI. Stan rzeczy

Posłowie, czyli tikkun

Podziękowania

Bibliografia

Okładka


Copyright © Karolina Sulej, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia:

AKG Images/East News (okładka);

AKG Images/BE&W; API/Gamma-Rapho via Getty Images; East News; The Bilderwelt Collection / Mar / Mary Evans Picture Librar / Forum; The Bilderwelt Collection / Mar / Mary Evans Picture Librar / Forum; Archiwum Muzeum Stutthof w Sztutowie; Apic/Getty Images; Archiwum Państwowego Muzeum na Majdanku; Sgt. Hewitt/No.5 Army Film and Photo Section/ Imperial War Museum; Maurice Savage / Alamy Stock Photo/ BE&W; Karolina Sulej

Redakcja

Sylwia Frołow

Korekta

Agnieszka Gzylewska

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. sp. k.

ul. Walecznych 39/5

03-916 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-66219-39-7

Warszawa 2020

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,

Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel

I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.

Zuzanna Ginczanka, Non omnis moriar

Rozdział I
Wymazywanie



Węgierskie Żydówki z ogolonymi głowami podczas apelu, po wcieleniu do obozu Birkenau, 1944 rok. Zdjęcie pochodzi z tak zwanego albumu Lili Jacob albo albumu Auschwitz, zbioru fotografii odnalezionego przez ocalałą Lili na terenie byłego obozu Dora-Mittelbau, gdzie została wyzwolona.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Najpierw jest ciemność. Potem oślepiający blask reflektorów. Niczym na teatralnej scenie.

Albo inaczej – świta. Mgła leży nisko. Pachnie lasem i morzem. Widać sylwetki drzew. Słychać ujadanie psów i obce głosy.

Albo inaczej – pełne słońce. Druty pod napięciem na ubitej glinie. Nawet jednego zielonego drzewa, żaden ptak nie śpiewa. Upał, ale i tak więcej powietrza niż w wagonie.

Albo inaczej – pada śnieg, wszędzie lepkie błoto. Zimno, ale cieplej niż w zaszronionej ciężarówce. Widać bramę. Widać ciemne, drewniane baraki. To koszary?

Albo inaczej – są rabatki z kwiatami. Może nawet fontanna, w niej łabędzie.

I jeszcze tak – rozległe jezioro, nad nim wierzba, na horyzoncie miasteczko.

I tak – kolorowa wieś w sosnowym lesie, wiejskie dróżki wyłożone kamykami i miło brzmiące szyldy, jak „Lustiger Floh”[1]. Ośrodek wczasowy?

Albo też tak – wysokie kominy, czarny dym i łuna pod niebo. To jakaś fabryka?

Widać sylwetki żołnierzy w zielonych mundurach, z połyskującymi odznakami, w wypolerowanych butach. Czasem są też kobiety z pejczami, w płaszczach przypominających wronie skrzydła. Często śmierdzi. Nikt nie wie, co to za woń. Zmysły pracują, ale nie rozpoznają. Ci, którzy przeżyją, napiszą potem, że taki smród pamięta się do końca życia. Coś, co czuje się nie w nosie, lecz w mózgu, głęboko w środku.

Było jak w horrorze. Albo w piekle. Albo jak na innej planecie. Tak powiedzą. Ale to później.

Na razie lepiej wstrzymać oddech, wtulić się w futrzany kołnierz, który pachnie perfumami. Zamknąć na chwilę oczy.

Wylewają się z wagonów, ciężarówek, falą poskręcanych ciał, które ledwo zmieściły się w ciasnocie. Niektórzy wypadają jak rzeczy na ziemię i w tych pozycjach już pozostają. Inni wiedzą, że trzeba iść szybko – a ledwo powłóczą nogami. Tłum nie chce pogubić swojego dobytku. Nie po to upychano cenne walizki i tobołki w ciasnych pudełkach pojazdów, nie po to przytulano je do ciepłych ciał, żeby to teraz utracić.

Żołnierze i ich wilczury budzą lęk, ale nowo przybyli bardziej boją się osobników, którzy teraz się do nich zbliżają. Kosmici? Duchy? Potwory? Wyglądali przedziwnie, powiedzą potem. Upiornie. Jak nie z tego świata. Stanisław Grzesiuk, późniejszy autor Pięciu lat kacetu, przybywając do KL Dachau w kwietniu 1940 roku, komentuje do kolegi: „Ty, zobacz, jaki dom wariatów, jakie wariackie ciuchy”.

Duchy mają na sobie piżamy w paski, wojskowe mundury poznaczone farbą albo brudne kolorowe łachmany zwisające na kościach. W rękach trzymają miski, głowy mają łyse albo przewiązane chustkami. W twarze strach patrzeć. Matki zakrywają oczy dzieciom. Tłum wzdryga się i odsuwa.

Jerzy Orłowski, były więzień Stutthofu, tak opisuje we wspomnieniach swoje pierwsze chwile w obozie: „Snują się cienie szkieletów. Ich kroki robiły wrażenie chodu steppage, koguciego. Wyglądało, jakby nikt z nich nie chodził, tylko produkował nieprawdopodobne ewolucje cyrkowe. Wielu z nich wydrapywało sobie wszy z koszul, kalesonów i różnych zakamarków”.

Janina Lenc, przybyła do Brzezinki w grudniu 1942 roku, złoży po wojnie do Muzeum Auschwitz-Birkenau następujące oświadczenie: „Widok obozu okropny. Jakieś pajacowato ubrane postacie, z taczkami, łopatami równały teren obozu. W spodniach jakby od konnej jazdy, w kolorach od turkusu do zieleni, ubrane w obcisłe żakiety z namalowanym krzyżem na plecach, na nogach drewniane trepy poprzywiązywane sznurkami. Było w tym wszystkim coś niesamowitego i nienormalnego”.

Postacie? Postacie przecież są w fikcji, powieści, filmie. Nie są bohaterami prawdziwego życia. Co więc tutaj robią? Czemu tu idą? Czego od nas chcą? Co jakiś czas któraś zdobędzie się na gorzki uśmiech i powie przybyłym: „I wy zaraz będziecie jak my”.

Ale oni nie rozumieją, jeszcze są wolni. Mają fryzury, kapelusze, futra, rękawiczki, szaliki, na nogach pantofle, skórzane buty, w walizkach książki, bieliznę na zmianę, swetry, biżuterię. Są sobą, a rzeczy należą do nich. Idą razem z nimi od dawna. Tych, które nie były potrzebne, już dawno się pozbyli albo zostały im odebrane. Uznali, że to, co mają, to minimum, by przetrwać.

Postacie jednak powtarzają: „Zaraz oddacie wszystko, ale będziecie żyć”.

Pisarka Charlotte Delbo, siedząc po wojnie w paryskiej kawiarni, wyliczy tłumy zaludniające jej wspomnienia: „Są ci, co przyjechali z Warszawy w szalach modlitewnych. Są ci, co przyjechali z Zagrzebia, kobiety noszą chustki na głowie. Znad Dunaju w kolorowych kubrakach z wełny. Z Monte Carlo, byli w kasynie, w wymiętych przez podróż frakach, mają brzuchy i są łysi, grubi bankierzy, co zabawiali się grą. Są pensjonarki w plisowanych, jednakowych spódniczkach, w kapelusikach z niebieską, fruwającą wstążką. Jest para młoda, wyszli właśnie z synagogi, panna młoda na biało i w welonie, wymięta, bo spała na podłodze wagonu, pan młody na czarno, w cylindrze, w brudnych rękawiczkach”.

Wszyscy staną się zugangami. Tak w gwarze obozowej, spolszczając niemiecki rzeczownik, nazwano wkraczających po raz pierwszy na teren obozu. Słowo Zugang oznacza dojście, przystęp, dostęp. Zugangi to zatem osoby, które dochodzą, przystępują, zyskują dostęp. Dochodzą, a więc docierają do centrum zagłady. Przystępują, a więc stają się przedmiotami działań, które mają na celu uczynienie z nich więźniów lub też od razu – trupów.

 

Zugangi nie są ludźmi wolnymi, choć nie mają jeszcze statusu więźnia. Wciąż myślą według reguł świata, który zostawiają za sobą, ale już widzą świat, którego nie rozumieją. Wciąż nie wierzą, a jednak uczestniczą. Jeszcze nie potrafią, ale już muszą grać.

Zugang to debiutant. Debiutant musi znać swoje miejsce. Pisarka Zofia Kossak-Szczucka tłumaczy w swoich wspomnieniach krótko i dobitnie: „Nowicjuszki, rekruty, fryce świeżo przybyłe. Trzeba im dać szkołę, żeby zaczęły się ruszać odpowiednio. Nikt nie odezwie się do nich inaczej niż wrzaskiem, wyzwiskiem, szturchańcem, kopniakiem”.

Lecą więc kopniaki i wyzwiska. Teraz trzeba ustawiać się w dwie kolumny. Gdzie lepiej? Zbiorowisko dzieli się na nurty, rozdzielane ruchem dłoni i krótkim rozkazem. Tłum na prawo spływa w kierunku śmierci, tłum na lewo – w kierunku życia. Tam od razu trafiają wszyscy nie-Żydzi i Żydzi uznani za zdolnych do pracy. W kierunku śmierci trafiają Żydzi uznani za nieużytecznych, starsi i dzieci.

Selene Bruk to jeszcze dziecko, ale stojąc na rampie Birkenau, rozumie, że na lewo idą tylko Żydzi młodzi i zdrowi. Jej mama ma tylko czterdzieści cztery lata, ale Selene boi się, że według logiki tej kolejki jest już za stara. Naciera jej policzki resztką farby, którą zeskrobuje z wagonu. No, teraz ma rumieńce.

Maryla Szperling różuje sobie policzki szminką. Nie może wyglądać na gorączkującą ani na bladą. Nie za dużo więc i nie za mało. Udało się jej znaleźć jeszcze w Płaszowie taką resztkę, która zawsze zostaje na dnie sztyftu. Zdrapała ją i zawinęła w kawałek taśmy celuloidowej. Zawiniątko mieści się między palcami. Maryla przejdzie z tą szminką przez siedem obozów koncentracyjnych, a potem przekaże jej resztki Muzeum Jad Waszem.

Regularne selekcje przed wejściem do obozu Birkenau odbywają się od lipca 1942 roku i są coraz częstsze, bardziej liczne. Wygląd tłumu zgromadzonego na rampie znamy z tak zwanego albumu Lili Jacob. Ocalała, węgierska Żydówka Lili Jacob (później Zelmanovic-Meier), znalazła go, dochodząc do zdrowia w opuszczonych barakach SS, w wyzwolonym obozie Dora-Mittelbau. Leżał na stoliku nocnym przy jej łóżku. Składał się z fotografii ukazujących przybycie transportów węgierskich Żydów w połowie maja 1944 roku. Liczył 193 zdjęcia na 56 stronach, wykonane przez SS-Hauptscharführera Bernharda Waltera, szefa powstałej w 1940 roku pracowni fotograficznej służby rozpoznawczej obozu, i przez jego asystenta SS-Unterscharführera Ernsta Hofmanna. Zdjęcia w albumie ułożył oraz podpisał więzień Birkenau znany jako Myszkowski, zatrudniony w pracowni. Album powstał jako dokumentacja procesu selekcji i przeznaczony był do wglądu komendanta obozu, Rudolfa Hössa.

Na fotografiach widać szeroką kolejkę ludzi, ciągnącą się wzdłuż wagonów. Na pierwszy plan wysuwają się dzieci, trzymane na rękach i za ręce przez kobiety w chustkach na głowach. Wiele osób dźwiga tobołki lub ma na sobie wiele warstw ubrania – ciało służy nie tylko do noszenia, ale także do przenoszenia odzieży zapasowej, „w razie czego”. Stąd po kilka płaszczy na ramionach, wielkie szale zamotane wokół szyi, futra i kamizele. W połach odzieży często chowany jest najcenniejszy majątek, który czekający mają nadzieję zachować jak najdłużej. Pozostały dobytek mieści się w pracowicie odzyskiwanych z ciemności wagonów walizkach, torbach i zawiniątkach. Przybyli przygotowywali się na życie. A życie to zapasy jedzenia, ubrania na zmianę i każdą okazję. W tłumie kobiet daje się zauważyć stroje, na których nie wyblakła jeszcze elegancja. Koronki, wzorzyste sukienki, zgrabnie skrojone buty.

Na niektórych zdjęciach z albumu Lili Jacob widać też większe i mniejsze stosy rzeczy, obok których przelewa się tłum. Są też więźniowie, którzy powoli ładują te stosy na ciężarówki. Żadna walizka, żaden tobołek nie zostaną pominięte. Była więźniarka Leokadia Rowińska zapamiętała elegancką panią w bordowym berecie, która wyrywała esesmanom swoją walizkę. Ta w końcu otworzyła się i wysypały się z niej perły, monety, brylanty. Patrzyła na nie jak urzeczona. W małym tobołku Leokadii było tylko ślubne zdjęcie, kilka srebrnych sztućców – prezent ślubny i ubrania. Oficerowie nie gardzili jednak niczym.

Więźniarskie komando sortownicze skrupulatnie więc rozpracowuje każdy bagaż. Śpieszą się. Na ziemię wypadają chleby, marmolady, banknoty, zegarki, ubrania. Rampa zapełnia się powoli stosami kolorów i faktur. Nie ma czasu, aby pożegnać się z rzeczami. Nie należą już do swoich właścicieli. Zaraz po wyładunku zostaną zabrane do specjalnego sektora obozu – Effektenkammer, czyli magazynów rzeczy należących do więźniów. Znajduje się tam też kompleks baraków, popularnie zwanych Kanadą. W nich sortowane będą rzeczy odebrane Żydom. Kanada – bo przed wojną kraj ten był synonimem obfitości. O Kanadzie pachnącej żywicą pisał podróżnik Arkady Fiedler. Tadeusz Borowski napisze, że jego Kanada pachniała francuskimi perfumami, a więcej w niej było brylantów i monet niż w tamtej rosło sosen.

Trzeba więc pakować, przerzucać, sprzątać. Pozbierać wszystkie klamoty, a potem podnieść każdy papierek. Ma być Ordnung[2]. Trzeba zrobić miejsce dla nowych. Spacerujący wzdłuż wagonów esesmani zaczynają niecierpliwie przyśpieszać kroku. Ich oczy są jednak rozkojarzone. To wzrok grzybiarzy albo poszukiwaczy bursztynu.

Oficera Wladimira Bilana nie było akurat przy tym transporcie, ale zanotował swoje przeżycia w związku z przyjmowaniem pociągów kilka miesięcy wcześniej. Na zdjęciu wykonanym po wojnie, w krakowskim więzieniu, widać twarz kowboja z amerykańskich filmów z epoki. Zamiast kapelusza z rondem – oficerska czapka z orłem i czaszką, pod szyję zapięty mundur z charakterystycznymi runami. W październiku 1941 roku zapisał, że strażnicy obozowi są odpowiednio pilnowani przez innych oficerów, żeby z transportów nie wynieśli nawet konserwy. „Musimy być dumni i nie dotykać żydowskich rzeczy”. Kilka miesięcy później doda jednak, że „z powodu zugangów każdy posiadał w obozie kilka zegarków i po kilka pierścieni na palcach”.

Więźniowie przyglądają się z ciekawością, kogo tym razem przyniosły nazistowskie rozkazy. Czasami są to Żydówki z Holandii, młode dziewczęta, odziane w puszyste wełny, mające na rękach przewieszone grube koce. Czasem są to wytworne Żydówki belgijskie, noszące urocze pantofelki, niezwykłe futra i lekkie woalki na kształtnych kapeluszach. Czasem są to pełne kokieterii Żydówki z Francji, pachnące dusznym piżmem. Już nie ma wśród nich tych niedorosłych, nie ma tych starych.

Podglądają też przybyłych mężczyzn, którzy stają karnie w szeregu na rampie. Ci znają wojskowy dryl. Mają ciężkie płaszcze zapinane na marynarskie guziki, palta w kratę, na nich gwiazdy Dawida. Spodnie pumpy albo wełniane, o prostym kroju, czasem czapki, okulary. Zaraz pójdą piątkami do baraków. Żaden z nich nie wygląda jak religijny Żyd.

Religijnym zrobiono zdjęcia, jak czekają w drugiej kolejce. Ich brody rozwiewa wiatr, na czubku głowy sterczą kapelusze. Oni też zaraz ruszą na swój odcinek. Budzą fascynację fotografów, poświęcających im wiele klatek. Niektórzy z Żydów pozbawieni są nakryć głowy – to dla ich upokorzenia. Inni nie mają już bród, obciętych brutalnie w gettach. Twarze owinęli ręcznikami.

Razem z nimi pójdą starsze kobiety. Jedna z nich oparła się ciężko o drzwi wagonu. Ma na sobie kilka spódnic, chustę, grubą łatę na łokciu koszuli. Patrzy w stronę obiektywu ponuro, ale ze spokojem. Fotografowie podpiszą ją jako „wiejską kretynkę” z Técső. Potem dowiemy się, że nazywała się Babo Batren. Inna staruszka stoi wprost przed obiektywem. Palto przewiesiła przez ramię. Ma dobrotliwy uśmiech. Nazywa się Perla Schwartz albo Fajge Cig.

Wiele kobiet zostaje uchwyconych przez obiektywy w drodze do krematoriów. Są anonimowe. Widać tylko ich chusty, przygarbione sylwetki. Za ręce trzymają dzieci, za ramiona siebie nawzajem. Tłum przelewa się przez rampę i zmierza w stronę brzozowego lasku. Wszyscy siadają na trawie. Dziecięce twarze mieszają się z twarzami starszych, matki przytulają swoje córki, stykają się chustki, kaszkiety, kapelusze.

Po wojnie, na terenie byłego obozu, poza albumem fotografii zostanie znaleziony także szkicownik. Bezimienny autor, który podpisał się jako MM, na dwudziestu dwóch kartach narysował obrazy zagłady. Kartki ukrył w butelce, którą zakopał w pobliżu krematoriów. Rysunek za rysunkiem śledzi ołówkiem drogę transportu od rampy po komorę. Najprawdopodobniej pracował przy sortowaniu rzeczy, bo detale odwzorowuje z fotograficzną dokładnością. Widać brzozowy lasek i kolorowy, niespokojny tłum na przedziwnym pikniku, czekający na śmierć. Widać kapelusz i marynarkę taty, bufiastą bluzkę w kropki, w którą ubrana jest mama, marynarską bluzeczkę trzymanego przez nią za rękę synka.

*

W Treblince, Sobiborze, Bełżcu przybycie wygląda inaczej. Tutaj tłum nie dzieli się na żyjących i umarłych. To nie są obozy pracy. Przeżyją tylko ci, którzy mają obsługiwać idących na śmierć.

Na sobiborskim peronie zwykle jest spokojnie. Bahnhofkommando, czyli dworcowy oddział więźniów, częstuje kawą i bułkami z dżemem. Nie ma krzyków, nie ma poganiania. Czasem zamiast wagonów bydlęcych są zwykłe, pasażerskie. Eleganckie transporty z Zachodu na śmierć idą elegancko. W ciszy, w ładnych płaszczach, pod krawatami. Czasem ktoś zostawi w dłoni więźnia napiwek, kiedy ten weźmie od niego walizkę.

W Bełżcu na teren obozu wtacza się zwykle po dwadzieścia wagonów. Na ścianach baraków widnieją napisy o następującej treści (po polsku, niemiecku i w jidysz): „Proszę się rozebrać, pójść do łaźni, wykąpać się i pójść odpocząć na słomie”. Po zdaniu ubrania i kosztowności rozdaje się numerki – po rzekomy późniejszy odbiór. Rzeczy przenoszone zostają do lokomotywowni, gdzie są następnie sortowane, a potem w pakunkach odsyłane do Lublina. Tam mieszczą się centralne magazyny akcji „Reinhardt”[3].

W Treblince wszystko dzieje się na placu-sortowni Sortierungsplatz oraz na placu-rozbieralni Entkleidungsplatz, otoczonym żywopłotem. Tutaj nikt się nie troszczy o maniery. Ma być sprawnie.

Kobieta nie chce oddać ubrania? No to je zedrzyj!

Treblinecki tłum, pozbawiony już ubrań, idzie potem tak zwanym Szlauchem do komór gazowych. To wąskie przejście między drutami kolczastymi, porośnięte jedliną. Skojarzenia odsyłają do różanych girland w romantycznych ogrodach. Na granicy Szlauchu stoi budka zwana małą kasą. Przypomina trochę urokliwe budki bileterów przed teatrem lub cyrkiem. Tutaj trzeba zdać wszystko, co się jeszcze ze sobą ma. Dalej są już tylko „łaźnie”.

Na Majdanku poczekalnia przed komorą gazową zostanie nazwana Rosengarten, Polem Róż. Przez druty widać jakieś baraki. Halina Birenbaum ma czternaście lat i marznie. Mama przytula ją i przykrywa płaszczem wełnianym w pepitkę. Pokazuje jej palcem kobiety w pasiakach. Wyjaśnia, że one już pracują i my też będziemy; tylko nas umyją i już. Halina się niecierpliwi. Tłum napiera. Dopiero po wejściu, kiedy dziewczynka czuje wodę na twarzy, orientuje się, że mamy nie ma – nie może się z nią ucieszyć, że to woda, a nie gaz. Jeszcze czuje jej ciepło na swoim ciele. Co czuje mama?

W Auschwitz-Birkenau rozbieralnia to już część kompleksu śmierci. Przedsionek komory. Pozornie – zwykła szatnia. Załmen Gradowski pracujący w Sonderkommando notuje na bieżąco: „Nie ośmieliliśmy się powiedzieć naszym kochanym siostrom, że muszą się rozebrać do naga, bo ubranie, które mają na sobie, jest dla nich jeszcze pancerzem ochronnym, w którym skrywa się ich życie”. Swoje rękopisy Gradowski zakopie w pobliżu krematoriów. One przetrwają. On nie.

Czasem jednak więźniowie nie dostają iluzji w prezencie. Szlama Dragon opowiedział historykowi Gideonowi Greifowi o transporcie z odzieżą w najlepszym gatunku. To była jesień 1943 roku. Nadzorowali oficerowie, którzy przywołali więźniów komanda do zabrania rzeczy, zanim nowo przybyli zniknęli za drzwiami komory. Jedna z kobiet nie chciała się obnażyć. Esesman nazwiskiem Schillinger wycelował w nią pistolet i wrzasnął: „Nein, ganz ausziehen!”[4]. Rzuciła w niego biustonoszem. Trafiła w ramię. Ten zdziwiony wypuścił z ręki pistolet. Złapała broń i strzeliła. Skutecznie. Niemcy rozstrzelali wszystkich pozostałych w rozbieralni.

Abraham, brat Szlamy, musiał ściągać ubrania z wieszaków „szatni” i zbierać je z podłogi. Po ubraniach można było poznać, z jakich okolic przyjechali właściciele. Jeśli z polskich gett, odzież była mocno zniszczona. Z Holandii i Niemiec w lepszym stanie. Niekiedy można było znaleźć odzież markową. Wszystko oznaczone gwiazdami Dawida. Abraham dostał rozkaz ich odpruwania i związywania rzeczy rękawami marynarki.

 

Nawet trupa nadal można i trzeba ograbić. Wciąż może skrywać przedmioty, które należą do Rzeszy. Szczególnie cenne są szczęki. Zwłoki są zatem kontrolowane przez „dentystów”, którzy sprawnie, nie spowalniając wynoszenia zwłok z komór gazowych, mają wyciągać szczypcami złoto z jamy ustnej. Więźniowie Sonderkommanda pamiętają duże metalowe pojemniki z otworem w pokrywie i woreczki na zęby, które „dentyści” nosili przy butach.

Pamiętają też poszczególne ciała. Najczęściej kobiety i dzieci. Jechiel Rajchman, więzień Treblinki, zapisze potem w swoich wspomnieniach, do których notatki sporządza jeszcze w czasie wojny: „Trzech mężczyzn stoi i przygotowuje ją. Jeden z zimnymi obcęgami, które wpycha w jej piękne usta, żeby wypatrzyć złoty ząb […] drugi ścina loki włosów, chlubę tej kobiety, a trzeci szybko wyrywa kolczyki z uszu. Pierścionki, które niełatwo zdjąć, wyrywa się obcęgami”.

Esesmani pouczają więźniów, że trzeba uważać, jak się przekłada trupy. Przestrzegają, żeby nie nosić na taczkach jedynie „galanterii”, bo wtedy runda jest za mało efektywna. Tak nazywają ciała małych dzieci.

Ci, którzy przeżyją, będą potem zadawać sobie pytanie: Dlaczego patrząc na to, nie postradaliśmy zmysłów?.

Na razie tysiące ludzi i ich rzeczy elegancką liczbą podsumowuje w kajecie oficer. Więźniowie obozu też wyrażają się konkretnie: transport z Będzina, Warszawy, Lublina, Pragi, Wiednia, Krakowa. Czasem: dobry albo zły. Bogaty w rzeczy albo nie.

„Jeśli w barakach [Kanady] jest piękna bielizna w pastelowych kolorach – to Węgry. Jeśli eleganckie walizy – kufry, pełne konserw, pieniędzy, biżuterii, drogie i dobre gatunki ubrań, to Holandia i Francja. A jeśli przyniesiono do baraków stare, zniszczone ubrania, brudne, z zaszytą ukrytą biżuterią, to Żydzi z getta z Polski” – powie po latach pracownikowi Muzeum Auschwitz-Birkenau Monika Dombke.

*

Nie-Żydzi nie muszą przechodzić przez piekło selekcji. Czekają na następny akt w barakach kwarantanny albo pod nimi. Ściśnięci, jedni na drugich, bez wody, karmiąc się przypuszczeniami. Upływa czas, krótszy lub dłuższy. W końcu kobiety i mężczyzn, Żydów i nie-Żydów, wpędza się do sauny, czyli łaźni, albo na plac apelowy, gdzie panuje mróz lub skwar.

Transformację w więźnia rozpoczyna się zdarciem z człowieka odzienia. Lecz czasem ten proces jest odroczony. Na Majdanku pierwsze polskie więźniarki polityczne przez miesiąc noszą własne ubrania. W Stutthofie żołnierki AK przez kilka tygodni zachowują stroje, w których walczyły w Powstaniu Warszawskim.

Garderoba, która do tej pory była świadectwem wyjątkowości danej osoby, trafia jednak ostatecznie do magazynu jako własność Rzeszy i potencjalny łup dla sprytnych.

Buty też trzeba oddać. Czasem tylko do dezynfekcji, a wtedy wracają zniszczone i śmierdzące. Czasem samemu trzeba wejść w butach do chemicznej kałuży. Kto nie chce zniszczyć pantofelków, dostaje w twarz. Czasem buty przepadają od razu.

Majątek więźniów żydowskich wzbudza najwięcej emocji. Inne zugangi najczęściej przybywają z więzień, placówek policji często już z pustymi rękoma. Brani wprost z domów Żydzi przywożą całe majątki. A potrzeby Rzeszy są duże, więc przyszły umarły lub niewolnik musi wszystko z siebie zdjąć jak najszybciej: jedna nogawka, druga, pończochy, majtki.

Rzesza musi jednak poczekać. Drobne rzeczy przywłaszczają sobie na wstępie członkowie komanda roboczego i esesmani. Choć to wbrew rozkazom, to oni mają pierwszeństwo w grabieży. Najpierw trzeba odpruć gwiazdy żydowskie. W cenie są papierośnice, zapalniczki, nożyki. Każdy uszczknie coś dla siebie. Rzesza nie zauważy.

Aleksandra Imach, więźniarka Majdanka, w archiwalnym świadectwie podkreśli, że widziała już w pierwszych dniach swojego uwięzienia wychodzącą na miasto aufzejerkę, która miała na sobie jej zieloną wełnianą sukienkę.

„Blokowa zrobi sobie firankę z tałesu. Kapo przebierze się w strój pana młodego, z cylindrem, a jej przyjaciółka założy welon i będą się bawić w ślub”. Tak przeznaczenie utraconych w Auschwitz ubrań wyobrażała sobie Charlotte Delbo. Polskie pisarki Krystyna Żywulska i Seweryna Szmaglewska patrzyły zaś nie na rzeczy, lecz na ręce grabieżców. Potem opisały w swoich książkach ich ruchy jako gorączkowe, pełne hamowanego podniecenia. Grabieżcy już w myślach rozdawali prezenty swoim żonom i kochankom.

Teraz rozkaz brzmi: wykładać kosztowności. Kolczyki, bransoletki, wisiorki, zegarki – wszystko ląduje na stołach albo tworzy kopce na ziemi. Przez okna baraków zaglądają zadomowieni w obozie więźniowie. Doradzają: wyrzuć, oddaj nam, nie dawaj tamtym. Strażniczki mierzą biżuterię, którą dopiero co zerwały z szyi więźniarek. Niektóre proszą przymilnie: no daj, przechowam coś dla ciebie specjalnie.

Zofia Bator-Stępień, była więźniarka Auschwitz, zanotuje w świadectwie dla Muzeum trzydzieści lat później: „Widziałam, jak maleńka żarówka zawieszona u sufitu oświetlała kwadratowy stolik, przy którym siedziała aufzejerka i jakaś brudna i czarna więźniarka. Widziałam, jak ręce aufzejerki bardzo sprawnie wymacywały schowane w płaszczach kosztowności. Bardzo szybkim ruchem odpruwały żyletką rękawy od futer, z poduszek wyrzucały całą masę drogich kamieni, złoto, pierścionki, bransolety. Na stole tworzyła się pryzma, rzucająca różnokolorowe błyski światła. Myśmy na to patrzyły jak na coś niezwykłego. Ja nigdy nie przywiązywałam wagi do biżuterii, byłam właściwie jeszcze bardzo młoda, nie miało to dla mnie znaczenia. Słyszałam, jak jedna z naszych koleżanek powiedziała: Boże, jakby sobie człowiek za to żył. A ja sobie pomyślałam: Boże, ja nic nie chcę, tylko być przy mamie”.

Aldo Coradello, włoski dyplomata więziony w Stutthofie, wspomni w swojej książce: „Wszystkie rzeczy wartościowe trzeba było oddać SS-owcowi, który dla formy prowadził nawet księgę. Jeżeli więzień na przykład oddawał jakiś kosztowny pierścień albo banknot dolarowy, to najprostszą rzeczą na świecie było, że SS-man wciągał do księgi »żadnych rzeczy wartościowych nie otrzymano«”.

Na terenie Stutthofu, w tajemnicy przed komendantem, działał warsztat jubilerski, gdzie znalezione przy grabieży mienia złoto przetwarzano na pamiątki dla esesmanów. W poszukiwaniu drogocenności rozpruwano wszystko – poduszki, chleby, mydła. Więźniowie, nie chcąc oddawać przedmiotów, zakopywali je w piasku na placu apelowym. Stworzono specjalne komando setki więźniów, które miało dobytek odzyskiwać, przeczesując ziemię metr po metrze. Pracować mieli na golasa, żeby łupy ich nie kusiły. Oficerów ogarnęła prawdziwa gorączka złota. Czasem wprawiało to więźniów w ponurą wesołość. Sonia Anwajer, uwięziona w obozie jako radziecka „polityczna”, była świadkiem, jak sztutowscy esesmani wchodzili do głębokich rowów ściekowych przy ustępie, zanurzając się w fekaliach razem z głową, bo rozeszła się plotka, że Żydzi wrzucają tam kosztowności.

*

Więźniowie są więc rozebrani. Ale niektórzy wciąż nie chcą się pogodzić ze stratą ukochanych przedmiotów. Nie chodzi o wartość merkantylną. To ich talizmany.

Nagość to jednak niemożność ukrycia jakiejkolwiek, nawet najmniejszej rzeczy. Kontrolowane są usta, nos, uszy i odbyt. Ciało może przecież być kieszenią, szufladą, należy więc zajrzeć w każdą dziurę, wywrócić na drugą stronę. Jeśli trzeba, dać środki na przeczyszczenie i zanurzyć palce w kał ofiary.

Zugangi chowają pierścionki pod językiem, łańcuszki w zaciśniętych pięściach. Stanisław Zybała, po wojnie założyciel Fundacji Pamięci Majdanka „Golgota”, przemyca w ustach medalik z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Przez cały pobyt w obozie będzie nosił go pod językiem albo ukryty w ubraniu.

Inżynier Józef Pilecki, umieszczony w Stutthofie za działalność dywersyjną, ślubną obrączkę schował w ustach. Był bałagan, nie sprawdzali dokładnie. Nosił ją tak potem przez kilka kolejnych tygodni, wciąż nie mając jak bezpiecznie jej przechować. Nie połknął jej, nie zgubił, nie zadławił się. W pewnym momencie znajomy więzień dorobił do niej okrągłą blaszkę z blachy ocynkowanej, grubą na trzy milimetry, i lakierem wymalował numer obozowy 120224. Całość Józef przytwierdził do paska od spodni. Kiedy ktoś z załogi SS interesował się akcesorium, odpowiadał: „Tak właśnie noszę mój numer obozowy”. Esesman odchodził zadowolony. To wyglądało dobrze. Jak u dumnego więźnia.

Niektórzy nie chcą przenosić kontrabandy. Wprost deklarują, że pragną coś zatrzymać. Maria Pitera-Zalewska, także więziona w Stutthofie, nie zdjęła z palca obrączki. Niemcom też się nie udawało. Próbowali mydłem, podkładali igły – i nic. Chcieli obrączkę przeciąć, ale Maria zaczęła krzyczeć, żeby w takim razie ucięli cały palec. Wymierzono jej razy w twarz, lecz sprawa nadal była nierozwiązana. Harmidrem zainteresował się ówczesny komendant obozu, Max Pauly. Ku zdziwieniu wszystkich oświadczył: „Zostawcie to jej”. Maria zmusiła natychmiast schreiberów obozu, by zapisali, że może nosić obrączkę z rozkazu samego komendanta. Wyszła z nią z obozu.

*

Nagość to ogołocenie. Tłum staje się coraz bardziej anonimowy. Chirurg Romuald Sztaba, przywieziony na Majdanek w lutym 1942, wspomina po wojnie: „To jest szok. Pierwsze godziny. Pierwszy dzień to jest drugi szok, zdjęcie ubrań normalnych, oddanie ubrań gdzieś, zniknięcie. Ubranie to jest cząstka moja. To, co mam, wszystko mi wzięto, ja mam tylko ubranie jeszcze – i już nie mam ubrania”.

Mężczyźni myślą praktycznie, do przodu. W swoich obozowych wspomnieniach nie poświęcają nagości wiele miejsca. Czy dlatego, że mężczyźnie nie wypada się nad tym zatrzymać? A może dlatego, że mężczyźni są częściej socjalizowani w grupie? Męska nagość nie jest wartościowana moralnie i estetycznie. W sporcie, wojsku, działaniu po prostu ciałem operują – przez co męskie obnażenie traci wymiar transgresji. W obozie staje się zaledwie częścią łańcucha zdarzeń. „Musieliśmy się rozebrać” – pisze Rudolf Vrba (Walter Rosenberg), więzień Majdanka, a potem słynny uciekinier z Auschwitz, i zaraz przechodzi do opisywania następnych czynności. Julian Wieciech o Gross-Rosen: „Kazali rozebrać się do naga. I tak żeśmy stali i stali, aż do rana. Dopiero rano otworzyli łazienki i było strzyżenie włosów i tak dalej”. Karol Tendera o Auschwitz: „Do sauny – krzyczeli. Tam nas rozebrali do naga, starsi więźniowie nas strzygli”.