PolanimTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Co się tak uparłaś, czemu cię tam tak ciągnie? – denerwuje się brat, gdy Miri po raz kolejny rezerwuje bilety do Polski. – Trzeba było zadawać ojcu pytania, póki jeszcze żył!

Ale Miri wie, że to nie zależało od niej. Im mniej ojciec mówił, tym mniej wiedziała, o co właściwie mogłaby go zapytać. Dziś, gdy już wie, nie ma przy niej żadnego z rodziców.

– Nie wiem, czy niepytanie było dobre, czy złe. Bałam się, że gdy zacznę, obudzę w nim wspomnienia. I że go to będzie potem strasznie bolało.

Gdy umarł, zapisała się na jidysz. Postanowiła poszukać odpowiedzi na własną rękę, oddać się nauce, zrozumieć. Od niedawna studiuje na uniwersytecie Bar Ilan. Zastanawia się nad zrobieniem doktoratu.

– Jidysz wszedł mi w duszę – mówi.

Jako nastolatka za wszelką cenę próbowała się go pozbyć. I jego, i polskiego, którym rodzice posługiwali się na co dzień.

– Po hebrajsku, mówcie po hebrajsku! – krzyczała zirytowana.

Nie była w tym odosobniona – pierwsze pokolenia Izraela chciały być bardzo izraelskie. A jidysz i polski przypominały o galut, diasporze, i o wszystkim, co się z nią wiązało. Miri zauważa, że po polsku mówiono zwykle w domach, w których były babcie. Z jakiegoś powodu babciom trudniej było nauczyć się hebrajskiego.

Wydawało się wtedy, że język można z człowieka wyrzucić, zmienić go tak, jak się zmienia koszulę. A dziś Miri już wie, że język i krajobraz trwają wtłoczone w ludzką pamięć. Dwie rzeczy, których nigdy się nie zapomina. Gdyby mogła cofnąć czas, prosiłaby rodziców, by do niej mówili. O ileż łatwiej byłoby jej dzisiaj przedzierać się przez szeleszczące w ustach słowa pełne tylnojęzykowych głosek.

Jednak dzięki studiom dowiedziała się przynajmniej, dlaczego w 1934 roku dwudziestoczteroletni Zerach Maliniak z Pragi wsiadł na rower i z dziewięcioma kolegami ruszył na południe. Do Palestyny.

Kibucnikim

Tel Awiw rośnie i pozostaje oczkiem w głowach syjonistów. Niektórych z nich jego burżuazyjny charakter kłuje w oczy. Idea związania z ziemią, zakorzenienia w Erec, wspólnej pracy nad ugorami, życia w zgodzie z lokalną naturą całkowicie upada, gdy w grę wchodzą miejskie udogodnienia i rozrywki.

Dawid Ben Gurion: „Prowadziliśmy zażarte spory: ci z nas, którzy uważali, że pierwszym zadaniem syjonistów będzie stworzenie przemysłu i budowanie miast, z tymi jak ja, którzy byli pewni, że bez silnego rolnictwa nie będziemy mieli żadnych szans na zbudowanie żydowskiej kultury, a już na pewno żydowskiej ekonomii. Ta dysputa stała się najgorętsza w latach 1923–1924”[12].

O czwartej alii, tej, z którą ściągnęli do Tel Awiwu mieszkańcy polskich miast, oburzony przyszły premier powiedział też, że „sprowadziła ludzi, którzy przyjechali tu, by żyć w Erec tak jak żyli w Polsce, na pewno nie po to, by pracować[13]”.

Silną presję na żydowską młodzież wywiera się już nad Wisłą. To tutaj działają największe syjonistyczne organizacje, takie jak He-Chaluc z centralą w Warszawie czy Ha-Szomer Ha-Cair – w Warszawie i we Lwowie. Ich działacze marzą o młodych, silnych, wykwalifikowanych pionierach, dlatego przygotowują adeptów do pracy na roli w kibucach i gospodarstwach setkami rozsianych po całym kraju. Nic dziwnego, że ukształtowany w etosie pracy, przywykły do niedogodności chaluc pierwsze kroki po przybyciu do Palestyny kieruje ku kibucom.

Podobna presja społeczna rozwija się w Erec. Mniej więcej do czasu proklamacji niepodległości Izraela dzieci wychowuje się w duchu wspólnoty i pracy. Niemal każdy młody człowiek marzy, by po szkole iść do kibucu. Jego mieszkańcy, w przeciwieństwie do miastowych, mają specjalny status społeczny. Ochotnik, przygotowywany do wyjazdu w zagranicznych hachszarach, któremu w Palestynie nie udaje się w gospodarstwie rolnym i przenosi się do Tel Awiwu, ponosi osobistą porażkę. Wielu ludzi w mieście, mimo życiowych udogodnień, czuje z tego powodu dyskomfort. Ci „lepsi” są na wsi.

Doświadczenie zdobyte na polskich obozach szkoleniowych nie idzie na marne: większość kibuców, które powstają w Erec w okresie międzywojennym, jest dziełem polskich Żydów. W 1913 budują oni Gan Szmuel, w 1926 – Miszmar ha-Emek, w 1927 – Ein Szemer, w 1931 – Ein ha-Choresz, w 1936 – Micpe Jam, w 1937 – Tirat Cwi, w 1943 – Jad Mordechaj i wiele innych. To rozbudowane gospodarstwa z ziemią przeznaczoną pod uprawę, budynkami gospodarczymi wyposażonymi w maszyny, ze zwierzętami hodowlanymi, osobnymi mieszkaniami, wspólną jadalnią i pomieszczeniami edukacyjnymi. Osadnicy pomysły czerpią z idei socjalizmu: mieszkańcy mają dzielić się pracą, codziennymi obowiązkami, a nawet opieką nad dziećmi. Pieniądze w kibucach, przeciwnie niż w miastach, przestają być najważniejsze. Icchak Tabenkin, wykształcony w Polsce założyciel jednego z ruchów kibucowych, stwierdza, że chaluców z innych krajów należy najpierw oddawać do polskich kibuców na wychowanie i że inni Żydzi, na przykład niemieccy, nie stworzą dobrego miejsca, bo nie mają w sobie wystarczająco dużo samozaparcia.

Są i tacy, którzy nie wytrzymują napięcia, załamują się. Popełniają nawet samobójstwa. Niektórzy, ci majętniejsi w poprzednim życiu, tęsknią za wygodami europejskiego życia i bywa, że wracają, skąd przyjechali, z poczuciem porażki. Do Polski też wyjadą kibucnicy zaprawieni w bojach, ale nie po to, by w niej zostać, lecz by szkolić kolejne pokolenie pionierów.

Wkrótce po powstaniu państwa Izrael kibuce odnotują szczyt popularności. Zyskają siłę społeczną, ekonomiczną, kulturotwórczą i polityczną.

Gorąco jak w piekle. Rekord – w 1942 roku – to pięćdziesiąt cztery stopnie Celsjusza. Ciało topi się jak plastelina, nie ma czym oddychać. Zimą z kolei temperatura spada poniżej zera (co to dla polskich Żydów?). Dalej: ziemia spękana, sucha, nieurodzajna. Widmo chorób na horyzoncie. Arabskie bojówki wokół, po zmroku ciemność absolutna. Lista tak długa, że może jeszcze cofnąć się w pół drogi, zawrócić do czystej pościeli, do mame? Dać sobie spokój, zostawić marzenia o kibucach innym?

Innym? Przenigdy! Determinacji nie braknie.

Docierają tu, do doliny Bet Szean, w czerwcu 1937 roku. Pochodzący z Będzina „absolwenci” kibucu Ovadia w Sławkowie założonego przez syjonistyczną organizację religijną Ha-Szomer Ha-Dati [Religijny Strażnik], zgodnie z ideałami Tora we-Awoda. W Polsce, w budynku ofiarowanym przez braci Szajn, będzińskich przedsiębiorców, uczono podstaw języka i geografii Erec Israel, na zajęciach praktycznych – hodowli zwierząt i uprawy roślin. W Palestynie sławkowscy chaluce współtworzą dwie osady: Kfar Ecijon i Tirat Cwi. Tę drugą właśnie tutaj, w Bet Szean, do spółki z młodymi Żydami z Rumunii i Niemiec. To pierwszy religijny kibuc w regionie[14].

Działają szybko, metodą „wieża i palisada”, bo w związku z szalejącą w regionie arabską rewoltą Brytyjczycy wprowadzają ograniczenia osadnictwa żydowskiego. Dopuszczają zaledwie jeden wyjątek: nie zburzą tylko tych osad, które są zbudowane po sam dach. Będzińscy chaluce wiedzą, że mają mało czasu, dlatego decydują się postawić prowizoryczny kibuc… w jedną noc. Tirat Cwi nie jest zresztą wyjątkiem – mimo zakazu tą samą metodą powstaje wtedy prawie sześćdziesiąt żydowskich osiedli.

Następnego dnia młodzi świętują sukces.

Rozbudowa przebiega już wzorcowo, wedle sławkowskich zaleceń. Rosną domki z pokojami dla chaluców, z przedziwnym systemem chłodzenia przez generowanie przeciągów (który nie zadziała w praktyce). Rosną również budynki wspólnotowe: jadalnia, synagoga, miejsca dla dzieci.

Plotka głosi, że pod koniec lat trzydziestych kibuc odwiedził wysoki urzędnik Mandatu Palestyny. Był zaskoczony wzorowym funkcjonowaniem, europejskością, kulturą mieszkańców. „Niech no tylko dostaną własne państwo! Stracą ten charakter i staną się częścią Bliskiego Wschodu, z całym jego poplątaniem” – śmiał się.

Mówił szczerą prawdę.

Ledwie osada odrosła od ziemi, a już między kibucnikami zaczęły się spory.

Hadasa, mieszkanka kibucu, spotkana przypadkowo w stołówce:

– Przeważały u nas dwie grupy, z Niemiec, tak zwani Jekkes, i z Polski. I ciągle były kłótnie, jak ma wyglądać życie w kibucu, kto ma rację. Na przykład w szabat: „Co będziemy jeść, czulent czy Kartoffelsalat?”. Choć w wojnie na słowa wygrywał czulent, ostatecznie na stoły wjeżdżały oba dania.

Niby przyjechali tu, by zbudować kibuc, a jednak każdy z nich przywiózł z Europy wizerunki rodzinnych miast. Podświadomie wracali do nich, tworząc na palestyńskiej ziemi swoje nowe domy. Na wzór Krakowa, Berlina.

– O Będzinie tata opowiadał mi wiele anegdot, żartów i ważnych historii: o polskim księdzu, który ratował Żydów z płonącej synagogi, o tym, że miasto wyrosło na ogromnych tunelach z węgla. Wydawało mi się to takie baśniowe… Będzin był dla niego synonimem świata, który ostatecznie zniknął w czasie wojny, pozostał tylko w ludzkiej pamięci – mówi Izraela Kaspi, siedemdziesięciosiedmioletnia archiwistka Tirat Cwi. Jak się przedstawia: „zawodowa gawędziarka”. Poza tym córka Motela Herszberga, kibucnika, autora projektu tutejszej synagogi i rodowitego będzinianina.

Podobno nazywał kibuc Małym Będzinem. Mówił, że Żydzi stamtąd odnajdą po wojnie drugi dom w Tirat Cwi. Kibucowa synagoga miała być tego symbolem. Że w ogóle powstała – rzecz dla konceptu syjonistycznego nietypowa – to jedno. Drugie, że była wyjątkowa. Podobno pierwszy architekt wykorzystał w projekcie rzut krakowskiej Remuh. Ojciec Izraeli Kaspi z kolei miał patrzeć na tę będzińską, zburzoną przez Niemców, wielką, okazałą, ze Wzgórza Zamkowego. Żartował później, że do tego stopnia wzorował się na niej, że nie uwzględnił toalety, bo i tam jej nie było.

– Moja mama mówiła po polsku, mój tata w jidysz. Ale obowiązującym językiem w kibucu był wyłącznie hebrajski. Potem, gdy rygor zelżał, a imigranci amerykańscy mówili z dziećmi po angielsku, żałowaliśmy, że nie rozmawialiśmy z rodzicami w ich językach. Poza tym w czasach mojego dzieciństwa obowiązywał system wspólnej edukacji, komuny od dzieciństwa. Nie wychowywali nas rodzice, lecz nauczyciele. Nawet spaliśmy osobno. Ani miejsce pochodzenia rodziców, ani ich przeszłość nie były ważne. Liczyła się przyszłość, radość z budowania Kraju, wspólnota.

 

Dziś do archiwum przychodzi najmłodsze pokolenie, by zapytać o historie dziadków. To dla Izraeli względna nowość, trend zapoczątkowany ponad dwadzieścia lat temu, gdy otworzyły się granice Polski. Wnukowie otrzymują to, czego nie otrzymali ich rodzice: pamięć o korzeniach.

Wizyta w archiwum to jedno, ale wyjazdy do Polski? Szukanie tam na miejscu domów, macew, pamiątek? Tego Izraela nie potrafi zrozumieć.

– Co w tym dziwnego? Spora część z nas ma korzenie w Polsce. To tam rozwijała się nasza kultura, nasza religia. Nie możemy się od tego odcinać – mówi Nili Ben Ari, sąsiadka Izraeli.

Jest religijną żydówką, emerytowaną wykładowczynią poezji sefardyjskiej w Safedzie. Pisze doktorat z Talmudu, prowadzi zajęcia dla młodzieży w lokalnych szkołach.

Ma siedemdziesiąt cztery lata. Jej rodzice pochodzili z Galicji, spora część rodziny – tej, która uważała, że Polska jest dla nich najlepszym miejscem do życia i że należy tam zostać – zginęła w Holokauście. Nili urodziła się w 1943 roku w Tel Awiwie. Należała do Bnej Akiwa, organizacji młodzieży religijnej. W wieku dwudziestu lat wyszła za mąż za nowojorczyka, przeprowadzili się do kibucu. Dziś ma siedmioro dzieci, dwadzieścioro dwoje wnucząt, czworo prawnucząt. Może dlatego, choć z młodzieżą omawia temat Zagłady, wierzy w siłę życia i pamięci.

Regularnie wyjeżdża z uczniami na wycieczki do Polski, zachęca, by szukali informacji o swoich rodzinach. Marszrutę dopasowuje do młodych, wyszukuje na mapie miejscowości, w których przed wojną mieszkali ich dziadkowie i pradziadkowie. Na koniec zabiera Izraelczyków na spotkania z polską młodzieżą. Zorganizowała ich już dziesiątki, bo wierzy, że osobisty kontakt i rozmowa prowadzą do najlepszych konkluzji, lepszych niż jakakolwiek pogadanka z nauczycielem. Choć program jej wycieczek różni się od delegacji, na jakie każdego roku wysyłają uczniów izraelskie licea, otrzymał rekomendację ministerstwa edukacji.

– Rozumiem, jaką wagę ma w życiu kontakt między dziećmi a ich dziadkami, rodzicami, miejscami, z których pochodzą rodziny. Gdy jedziemy do Polski, przygotowujemy się gruntownie: chodzimy do archiwów, gromadzimy zdjęcia, odsłuchujemy nagrania z rozmów z seniorami. Podczas ostatniej wycieczki odwiedziliśmy Będzin, z którego pochodzi jedna z uczennic, potem Wieliczkę, z której pochodzi dziadek ucznia. Nie masz pojęcia, jak to jest ważne dla tych dzieci, że na cmentarzach w Polsce odnajdują macewy z nazwiskami swoich pradziadków i członków dalszych rodzin.

Być może Izraelę i Nili dzieli sporo w kwestii podejścia do edukacji, lecz o jednym myślą zgodnie: Będzin i Tirat Cwi połączyły przez lata nierozerwalne więzy. Owszem, nie widać ich na pierwszy rzut oka – ani w bryle synagogi, ani w stołówkowym menu, ani też w brzmieniu języka – lecz jakoś tutaj, w gorącej dolinie Bet Szean, nikt nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości.

II Ocaleli

Aliza

Jeszcze dwa dni temu myślała, że nic z tego nie będzie. Że będzie posłusznie czekać na certyfikat w Brukseli, a czas, który oddziela ją od wyjazdu, trochę ją uspokoi. A teraz stoi tu, w porcie w Tulonie, pod Matroą, pierwszym powojennym statkiem wypływającym legalnie do Erec Israel. W końcu spełnia się jej największe marzenie, a ona wciąż myśli: „Wejdę, nie wejdę? Płynąć czy czekać?”.

Skubie rogi wojskowego munduru, czuje wyrzuty sumienia.

Jeszcze dwa dni temu zalewała się łzami.

Bo jakże to – tamci dostali brytyjskie certyfikaty i mają płynąć z początkiem września? I kierownik grupy z Bergen-Belsen, i przyjaciel Dudkiewicz, i wujek Leon z rodziną, i rodzina Landauów? Wszyscy – tylko nie ona, Liza Mełamed, w kwietniu 1945 roku cudem oswobodzona przez Amerykanów z pociągu wiozącego dwa i pół tysiąca Żydów z Bergen-Belsen na wschód. W niespodziewanie opuszczonym przez Niemców niewielkim Farsleben, wyzwolonym przez aliantów, warszawska „szomerka”, znajoma Mordechaja Anielewicza, która ślubowała Mirze Fuchner, że przeżyje getto, wyjedzie do Erec i opowie wszystkim o cierpieniu i walce, jaką stoczyła żydowska młodzież w Warszawie.

Kto tu, psiakrew, nie pomyślał?

Wytarła nos i przyczesała włosy. Tamtego wieczoru w starej willi w Château de Ratendal odbywała się potańcówka; umówiła się z Riną, że pojadą razem. Liczyła, że spotka chaluców, którzy ledwie co wyszli z obozów koncentracyjnych. A przy okazji zwierzy się z rozczarowania, pomarzy o Kraju, porozmawia z nimi o tym, jak tam będzie, gdy już wreszcie dopłyną. Założyła kwiecistą sukienkę, spojrzała w lusterko. Żyła. To wydawało się jej najważniejsze.

Atmosfera w starej willi była jednak daleka od zabawy.

– Coś przed nami ukrywają – niemal od progu zauważyła Rina.

Ledwie się do kogoś zbliżyły, a już grupka rozpierzchała się na wszystkie strony, jakby szła przed nimi plotka o zakaźnej chorobie. Obeszły starą willę, dostrzegły nerwowe przygotowania. Nie o tańce dzisiaj chodziło.

– Jadą do Erec. Teraz, tej nocy – wyszeptała znajoma. – Nielegalnie – dodała, tak cicho, że ledwie dosłyszały.

A więc jednak! Dwudziestu chłopców ma udać się w podróż do Tulonu. Nie trzeba żadnych dokumentów – dostaną certyfikaty należące do osób, które zginęły w Zagładzie.

„Trzeba zdecydować się od razu” – przemknęło Lizie przez myśl. Wirowało jej przed oczami.

Tak, chciała to zrobić. Ale jak wyjechać bez przygotowania, bez walizki, ubrań, pieniędzy? Samotnie, w grupie chłopaków z Buchenwaldu, po latach strachu i umęczenia głodnych normalnego życia i dziewczyn? Na własną odpowiedzialność?

Bez pożegnania? Pozostawiając w Brukseli matkę i siostrę, licząc na to, że dojadą za kilka miesięcy, jak im obiecano w biurze palestyńskim? Przecież i ona, Liza, może poczekać, poskromić choć trochę swoją niecierpliwość. Zachować się wreszcie, jak przystało na dobrze wychowaną córkę z zamożnej warszawskiej rodziny.

Ale jak to: czekać? A co z przyrzeczeniem złożonym w getcie? Co z misją, by pojechać do Palestyny jak najprędzej i w samym sercu ruchu „szomrów” opowiedzieć o bohaterstwie jego członków?

Dochodziła trzecia nad ranem, gdy pobiegła do kierownika grupy. Nie dopuszczała myśli, że on może nie zechcieć zabrać jej ze sobą. Była gotowa.

Wyjazd przewidziano na siódmą. Posłała przez Rinę parę słów spisanych naprędce dla mamy. Ktoś z willi pożyczył jej bieliznę, ktoś inny koszulkę. Do przykrytej brezentem ciężarówki wsiadała niepewna, czy to, co się właśnie dzieje, dzieje się naprawdę. A może to tylko sen, którego tej nocy zabrakło?

Tuż przed granicą holenderską rozdano im mundury Brygady Żydowskiej. Liza spięła włosy i schowała je pod czapką. Kierownik grupy dotrzymał słowa – pilnował, by żaden z chłopców nie zbliżał się do niej zanadto.

Przez kilka dni w drodze do Tulonu podglądała przez dziurę w brezencie przesuwające się krajobrazy Holandii i Francji. I coraz większe grupy emigrantów.

Wszyscy zmierzali w tym samym kierunku.

Ziemia Obiecana była na wyciągnięcie ręki.

Teraz Liza stoi pod statkiem, pilnuje swojej kolejki. Jeszcze czuje ogromne wzruszenie, jeszcze radość i niedowierzanie mącą jej w głowie, tłumią narastające wyrzuty sumienia. Wyobraża sobie matkę, przestraszoną na dobre, wpatrzoną w naprędce nagryzmolone słowa. Czuje na sobie jej chłodne spojrzenie i słyszy to, co kiedyś, jeszcze w Warszawie: „Żyjesz w nierzeczywistym świecie! Wydaje ci się, że możesz osiągnąć, co tylko zechcesz, a ściągasz na siebie ogromne niebezpieczeństwo!”.

Ktoś szarpie ją za rękaw, wyrywa z zamyślenia. Ktoś ogłasza, że nie ma certyfikatów, które miały wprowadzić grupę na pokład. Ktoś inny jeszcze mówi, że od teraz muszą sobie radzić sami.

Chłopcy z Buchenwaldu są sprytni. Nie z takich opałów wychodzili. Rozbiegają się w różne strony i Liza tyle ich widzi. Zostaje w kolejce sama, myśli gorączkowo. I nagle sobie przypomina: na ten sam statek wsiada dziś wujek Leon Mełamed z rodziną. Mają certyfikaty, płyną legalnie, a ich personalia widnieją na liście instytucji imigracyjnych. Liza wie, że jeśli wykorzysta ten fakt, nie przysporzy wujkowi problemów, a sobie zapewni miejsce na statku.

– Mełamed! – podaje nazwisko, gdy nadchodzi jej kolej przy stanowisku brytyjskich urzędników.

Chwila oczekiwania. Urzędnik nieśpiesznie wiedzie ołówkiem przez kolumny nazwisk, ważą się losy. Przymyka oko, gdy Liza oddala się, zanim zapytał o jej imię. Ona zna już zasady: do Palestyny mają wjechać również ci bez zezwoleń. I nie warto z tym dyskutować.

Nie odwraca się. Gdy wchodzi po trapie, serce wali jak oszalałe. Przeciska się między pasażerami, ogromnym tłumem, na oko dwutysięcznym. Ludzie śpiewają, tańczą. Po policzkach płyną im łzy. Gdzieś pod pokładem rodzi się dziecko.

Liza bierze głęboki oddech. To wszystko dzieje się naprawdę. Za kilka dni dotrze do Palestyny.

Schodzą na ląd w Hajfie. Końcówka lata, gorący wiatr wieje im w twarze. Wsiadają w pociągi, z zachodem słońca dojeżdżają do Atlit, obozu dla uciekinierów z Europy.

– Szwarce, links! – rozlega się w jidysz.

Szwarce – nielegalni. Czyli Liza i chłopcy z Buchenwaldu.

Liza wybiega z tłumu z kolegą z Warszawy, przypadkowo spotkanym na statku Sewkiem. Trzyma go za rękę. Kolana uginają się pod nią ze zmęczenia, kolce suchych krzewów drą jej sukienkę.

Wsiadają. Ciężarówka zawozi ich na górę Karmel. Gdy dojeżdżają do kibucu Majan Cwi, jest 9 września 1945 roku, żydowski Nowy Rok. Mieszkańcy wychodzą im na spotkanie, witają po hebrajsku. Częstują kanapkami i ciastkami, i sokiem z pomarańczy.

Liza po raz kolejny zanosi się płaczem.

Wkrótce zamieszka w kibucu Beit Alfa u podnóża skalistych Wzgórz Gilboa. Będzie uczyć się hebrajskiego i pracować na roli. Ziemia, choć ukochana, stawi opór, podrapie ręce i pozbawi sił. Słabe ciało przypomni sobie o wojnie, tej sprzed zaledwie kilku miesięcy. Liza poważnie się rozchoruje, nie będzie mogła jeść. Minie jakiś czas, zanim powróci do sprawności.

Wyłącznie tej fizycznej.

O wojnie będzie opowiadać, gdy wieczorami w kibucowej stołówce zgromadzą się wokół niej ludzie. Będzie mówić po polsku do tych, którzy wyemigrowali jeszcze przed 1939 rokiem, pozostawiając nad Wisłą rodziny. Wielu już przecież na zawsze.

To od niej dowiedzą się o powstaniu, o życiu w getcie i w obozie. Będą jej słuchać do późnych godzin nocnych, w przerażeniu i rozpaczy, uświadamiając sobie to, co cały młody Izrael zrozumie dopiero po procesie Eichmanna: że europejskich Żydów starto na proch. I nie było siły, która zdołałaby ich przed tym obronić.

Do tego czasu ci, którzy nie przeżyli Zagłady lub nie stracili w niej rodzin, będą zadawać pytania pełne pogardy. Takie jak te, które Liza słyszy od dzieci urodzonych w kibucu: „Dlaczego się nie broniliście? Dlaczego zgodziliście się być mordowani na rozkaz Niemców?”. Na to wszystko brakuje jej słów.

One nie uwierzą w jej historię z getta – o odwadze, poświęceniu i męczeńskiej śmierci.

W kibucu przed dotychczasowym imieniem panny Mełamed ktoś postawi literę ajin, jakby chciał tym zaznaczyć nowy początek. Liza stanie się Alizą (po hebrajsku: wesołą), Izraelką z poczuciem przynależności i spokojem, który towarzyszy ludziom mogącym powiedzieć: „Oto jestem we własnym domu”.

Aliza, z czasem Witis-Szomron, ten dom zbuduje na zgliszczach[15].

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?