PolanimTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szenkar przyznawał później, że sytuacja ta odbiła się na jego zdrowiu, jednak nie zaprzeczał, że w pierwszych latach działalności w Palestynie dominowała wśród przedsiębiorców radość tworzenia czegoś zupełnie nowego. Jego wysiłki się opłaciły – pod koniec lat dwudziestych drastycznie obniżono limit importu skarpet do Erec Israel.

Dla fabryk tekstyliów nastały złote lata.

Lodzija pozostawała wśród nich numerem jeden. Sława firmy i nazwisko Szenkara niosły się echem po całym Bliskim Wschodzie. Podobno w ciągu kilku lat fabryka przejęła cały lokalny rynek, a następnie rozpoczęła eksport swoich towarów do Egiptu, Syrii i krajów na południu Afryki.

Jednak gdy Szenkar rozbudowywał biznes, wokół rosły budynki mieszkalne. Wprowadzili się pierwsi ludzie i nagle fabryka zaczęła przeszkadzać. Narzekano na hałas i na zapachy. Lodzija nie pasowała już do dzielnicy, która zupełnie zmieniła swój charakter, więc Szenkar przeniósł ją wreszcie do Holonu.

W tym samym czasie rodzina Sary Guter stanęła na skraju przepaści.

Sara:

– Rok po moim urodzeniu mama wsadziła mnie na prom i popłynęłyśmy do Polski. Dziadek Maliniak miał pod Łodzią, w Wiśniowej Górze, drewniany dom wakacyjny. Zjeżdżała się cała rodzina i spędzała tam każde lato. Aż do 1938 roku, gdy dziadek zaproponował, że przyjadą do nas z babcią na wakacje. Tak bardzo się cieszyłam!

Wakacje nie dobiegły końca, gdy postanowił o przenosinach do Palestyny na stałe. Miał wrócić do Polski na parę miesięcy, podzielić swój ogromny majątek. Lecz gdy mama Sary wysłała do Łodzi certyfikaty imigracyjne dla dziadków, wybuchła wojna. Dziadek ciężko się rozchorował, oddał swój certyfikat komuś z rodziny. Chwilę później kontakt z nim ustał.

Sara:

– Od 1939 roku prawie nie miałam mamy. Przestała ze mną rozmawiać, płakała od rana do nocy. Biegała do pobliskiej apteki, w której był telefon, czekała na każdą wieść z Polski, często bez powodzenia. Wiedziałam tylko tyle, że dzieje się coś bardzo złego.

Dziadek zmarł w Warszawie, wskutek choroby, na początku wojny. Rodzina, która się nim opiekowała, przeniosła się do Częstochowy, licząc na to, że nie dotrą tam prześladowania Żydów, lecz wkrótce po przyjeździe zamknięto wszystkich w częstochowskim getcie. W 1942 roku dwadzieścia osób z rodziny Maliniaków wsadzono w pociągi do Treblinki.

Trafiły prosto do pieców.

Od lat sześćdziesiątych Lodzija odnotowywała długą listę zakupów i przejęć. W roku 1977 weszła na giełdę, w latach osiemdziesiątych w skład firmy Rotex.

Po przenosinach fabryki do Holonu Czerwony Dom długo stał pusty. Do urzędu miasta napływały kolejne listy z prośbą o wynajęcie budynku. Ktoś chciał tu otworzyć kino, ktoś inny fabrykę papierosów, jeszcze inny – urządzić garaż. Żaden z pomysłów się nie spodobał. W latach pięćdziesiątych w budynku Lodzii zaczęła działać synagoga.

W latach osiemdziesiątych jedno z pięter wynajęli artyści. I szybko zamienili Czerwony Dom w najmodniejsze miejsce na mapie miasta. Zbierała się tam kulturalna śmietanka Tel Awiwu, który nagle zyskał swoją Tate Modern.

Później budynek opustoszał. A w 2010 roku kupili go przedsiębiorca Ronny Douek i aktorka Jael Abecassis.

Po trzech latach ruszył gruntowny remont, pod kątem adaptacji wnętrza na jedyne w swoim rodzaju łódzkie lofty w centrum bauhausowskiego Białego Miasta. Prac architektonicznych podjęła się firma Amnon Bar Or-Tal Gazit, specjalizująca się w renowacji obiektów zabytkowych. Odnowienie Czerwonego Domu jest częścią dwóch miejskich projektów urbanistycznych i podlega ścisłemu nadzorowi konserwatora. Dzięki temu mają zostać zachowane jego zewnętrzna sylwetka, a nawet oryginalne cegły i odpowiednio odrestaurowane okna.

Sara:

– Gdy dowiedziałam się, że Douek kupił Lodziję, próbowałam do niego dotrzeć. Nie było łatwo. Wreszcie spotkaliśmy się, opowiedziałam wszystko, pokazałam papiery. Od razu się zapalił. „Zrobimy film dokumentalny” – powiedział. Obiecał też, że na gotowym budynku zawiesi tablicę z informacją o założycielach i historii miejsca.

Pierwszej obietnicy już dotrzymał. O pomoc w realizacji filmu poprosił młodą izraelską reżyserkę Tamar Tal Anati, która dziesięć lat życia spędziła w mieszkaniu przy Nahmani, naprzeciwko dawnej fabryki. The Red House zadebiutował wiosną 2017 roku na telawiwskim festiwalu Docaviv. Wyświetlono go w szczególnym miejscu – na fasadzie budynku Lodzii. Podczas zaledwie kilku pokazów obejrzało go ponad półtora tysiąca osób.

Na potrzeby filmu ekipa Tamar zrobiła dogłębne badania i dotarła do zapomnianych materiałów archiwalnych.

Jeden z bohaterów dokumentu nazywa Lodziję „polską fatamorganą” pośrodku piasków pustyni. Tak bardzo tutejszą, a jednak zupełnie inną.

Sara:

– Wszystkie papiery, zdjęcia, instrukcje szukania nagrobków i adresy zebrałam w segregatorze i przekazałam wnukom. Za każdym razem, gdy jadą do Polski, zobowiązuję ich do wizyty na łódzkim cmentarzu. Mają zapalić świeczkę i powiedzieć kadisz. To dla mnie ważne, ta świadomość, że mają w Polsce swoje korzenie. Muszą wiedzieć, skąd się wzięliśmy.

Z dziećmi i wnukami odwiedziła Polskę kilkukrotnie. Do każdego z wyjazdów przygotowywała się miesiącami. Na kirkucie w Łodzi odnowili zdewastowany po wojnie nagrobek i postawili nową macewę babci Sarze, żonie Benjamina Gutera, która po osiedleniu się w Palestynie pojechała z wizytą do Polski i tam zmarła w 1930 roku.

Sara Guter-Davidson z mamą były w Polsce pod koniec lat osiemdziesiątych. Matka miała już ponad siedemdziesiątkę, nie wszystko pamiętała. Szukały razem domu przy Zakątnej, lecz kamienicę przebudowano, trudno ją było rozpoznać. Udało im się za to trafić do szkoły dla panien. I nagle, ni stąd, ni zowąd, mama powolutku ruszyła przed siebie, a po kilkunastu minutach trafiły pod dawny dom. Pamięć zawiodła, ale nogi pamiętały drogę.

Tamtego dnia pojechały też do Wiśniowej Góry.

Sara:

– Były lata osiemdziesiąte, czas „Solidarności”. Polska wciąż jeszcze szara, smutna, nie to co teraz. Dom dziadka Maliniaka został zburzony, ale opodal bramy spotkałyśmy staruszki. Podeszłam, przywitałam się. „Czego szukacie, nie wiecie, że tu przed wojną żyli królowie?” – zapytały. Zdziwiłam się. A one na to, że bogaci Żydzi, którzy z dziećmi przyjeżdżali na wakacje, i one same się tymi dziećmi opiekowały. Więc uśmiechnęłam się i mówię, że jestem jednym z tych dzieci! Kobieta się skrzywiła: „Wynoś się, nic tu po tobie! Jakim cudem jeszcze żyjesz po tej wojnie?”. Odjechałyśmy z mamą z ciężkimi sercami, choć rozumiałam, że kobieta boi się, że spróbuję odzyskać majątek.

Staruszka nie wiedziała, że matka Sary po wojnie przepisała cały majątek na siostrę. Niczego z Polski nie chciała.

Sara:

– Mama przeszła metamorfozę: od totalnego zakochania się w Polsce, poczucia, że to jej jedyna ojczyzna, przez syjonizm na fali wyjazdu do Palestyny, aż po antagonizm wynikający z wojennych doświadczeń tych paru lat, które dosłownie przepłakała. Zawsze jednak, choć wspomnienia bolały ją niemiłosiernie, mówiła z bliskimi i koleżankami po polsku. Zachowywała bardzo ciepły stosunek do języka i do kultury.

Podczas tamtej podróży, jak mówi Sara, zdarzył się jeszcze jeden cud. Kilka dni po przyjeździe ona sama nagle zaczęła mówić po polsku. Po sześćdziesięcioletniej przerwie, od czasu, gdy jako czteroletnia dziewczynka odmówiła komunikacji w tym języku, zaczęła w nim mówić płynnie, jak gdyby nigdy nic.

Sara:

– Tak jakby w tej Polsce przypomniało mi się, skąd pochodzę. Bez udziału świadomości. I poczułam, że wróciłam do korzeni.

Nielegalni

W 1922 roku Brytyjczycy sprawujący mandat w Palestynie publikują pierwszą białą księgę, która ma ograniczyć żydowską imigrację. Przydzielają certyfikaty na wjazd, które będzie mogła otrzymać tylko określona liczba osób spełniających odpowiednie kryteria.

W pierwszej kolejności dostaną je ci, którzy w Palestynie mają już swoje rodziny, wystarczająco majętne, by pokryć koszty sprowadzenia bliskich. Przyjadą też chalucim przeszkoleni odpowiednio w polskich kibucach i obozach zwanych „hachszarami”. Tam nauczyli się już podstaw rolnictwa i pracy na trudnej ziemi, otrzymali elementarne wykształcenie rzemieślnicze, w zależności od zapotrzebowania. W chwili wyjazdu znają podstawy współczesnego hebrajskiego i hebrajskiej kultury.

W brytyjskiej polityce ukrócenia migracji żydowskiej muszą się odnaleźć działacze syjonistyczni, którzy mocno ograniczoną liczbę certyfikatów starają się rozdysponować tak, by jak najlepiej odpowiadało to potrzebom jiszuwu i ich strategicznym celom. Piętnaście procent przydzielą rzemieślnikom i ekspertom z różnych dziedzin. Do Biura Erec Israel we Lwowie tłumnie zgłaszają się zatem elektrycy, malarze, stolarze, ślusarze, krawcy. Nie wszyscy chętni spełniają wyśrubowane wymagania, nie każdego stać na wyjazd i nie każdy spełnia kryteria wieku. Wymieniane między Polską i Palestyną listy ujawnią desperację polskich Żydów, pragnących emigracji za wszelką cenę. „Każdego dnia dziesiątki czy tysiące rzemieślników szturmują nasze drzwi we Lwowie i innych miastach oddziałowych. Trudno jest opisać sposób, w jaki ci ludzie nas zalewają. Zarejestrowanych próbujemy przygotowywać do tego wyjazdu także duchowo i widzimy w nich ważny element budowania przyszłego kraju” – pisze do Jerozolimy w kwietniu 1933 roku zarząd biura.

Listy z odmową przyznania certyfikatu zaczynają docierać do Polski. W czerwcu 1923 roku warszawski oddział Histadrutu pyta w korespondencji z palestyńską organizacją syjonistyczną o zapotrzebowanie i możliwość wydania przez Brytyjczyków certyfikatów specjalistom hodowli bydła i rzeźnikom. W odpowiedzi otrzymuje informację, że nie ma takiej możliwości, ponieważ na miejscu pracuje już wielu rzeźników, których sytuacja i tak nie jest zbyt dobra, a rynek mięsny jest słabo rozwinięty.

 

Odmowę otrzymuje też polski Żyd Jehuda Lewic, o którym w sierpniu 1933 roku pisze do telawiwskiej społeczności żydowskiej Departament Alii i Pracy w Sochnucie: „W odniesieniu do państwa listu z 14 lipca tego roku pragniemy poinformować, że pan Jehuda Lewic ma ponad trzydzieści pięć lat i niestety w tym momencie nie możemy mu wydać certyfikatu”. W październiku 1928 roku podobna decyzja dotknęła innego Polaka, Brila Haruniego. „Po ponownym przeczytaniu państwa listu dotyczącego pana Haruni z przykrością pragniemy poinformować, że w tej chwili niemożliwe jest załatwienie tej sprawy. Pan Nahman Haruni z Tel Awiwu poinformował nas, że nie zamierza w tej chwili zatrudnić swojego brata (który jest stolarzem), ma przy tym jednak nadzieję, że uda mu się znaleźć inną pracę”.

Ci, którym sprzyja certyfikowane szczęście, wyjeżdżają pojedynczo. Żadna żydowska wspólnota w Polsce nie zostanie przeniesiona do Erec w całości. W 1936 roku nie wyjedzie łódzkie stowarzyszenie instalatorów, kooperatywa szczotkarzy z Międzyrzeca, organizacja inżynierów ze Lwowa czy grupa górników z Borysławia. W Warszawie zgłoszeń jest tak dużo, że decydenci z Biura Erec Israel są zmuszeni sortować aplikacje. Pierwszeństwo mają członkowie ugrupowań należących do ruchu syjonistycznego. Wybór kandydatów ujawnia istniejące między organizacjami napięcia i spory, pojawiają się zarzuty o dyskryminację. Osoby niepowiązane z syjonistami mają najmniejsze szanse. W Warszawie 80 procent pozwoleń dostają członkowie grupy He-Chaluc, a tylko 20 procent Żydzi ultraortodoksyjni i religijni. Doskonale pokazuje to kierunek, w jakim podąża struktura społeczna młodziutkiego jiszuwu.

Niektórzy palestyńscy fabrykanci próbują oszukać system rekrutacji i w miejsce osób o konkretnych kompetencjach sprowadzać swoich bliskich.

Niewielką grupą, której biała księga nie utrudnia osiedlania się w Palestynie, są bogaci inwestorzy z planem konkretnego wkładu finansowego. Za jakiś czas przywilej obejmie również osoby, które będzie stać na wykupienie certyfikatu za równowartość tysiąca funtów. Brytyjczycy zagwarantują także wyjątkowo pojedyncze certyfikaty studentom i parającym się rzemiosłem religijnym.

W latach 1931–1939 z Polski legalnie wyemigruje do Palestyny w sumie około 75 tysięcy Żydów. Kolejne 50 tysięcy do innych krajów. Izraelska badaczka o polskich korzeniach Irit Czerniawski określi te masowe wyjazdy mianem „emigracji uchodźczych”, a nie zwyczajnych alii. Polscy Żydzi-syjoniści, będący w złej sytuacji ekonomicznej, cierpiący z powodu antysemityzmu, którzy stracili nadzieję na przyszłość w kraju, gdzie żyli dotychczas, chcą wydostać się z niego za wszelką cenę.

Ograniczenie emigracji wzbudza gwałtowne protesty wśród społeczności żydowskiej młodego Tel Awiwu. W maju 1930 roku jej przedstawiciele piszą: „Ostatni dekret wstrzymujący imigrację do kraju stoi w zupełnej sprzeczności z Deklaracją Balfoura i zagraża nadziejom i przyszłości narodu żydowskiego. […] Żydzi mieszkali w tym kraju, jeszcze zanim powstał naród brytyjski i przed Deklaracją wielkiego Anglika, którą jego sukcesorzy właśnie próbują unieważnić. Domagamy się wycofania tego upokarzającego dekretu zatrzymującego imigrację! Domagamy się wolnej żydowskiej migracji do naszej historycznej ojczyzny, nieograniczonej politycznymi motywami i oportunizmem!”[11]

W latach trzydziestych, gdy atmosfera w Europie gęstnieje, wyjazd do Palestyny staje się dla Żydów niemieckich możliwością ucieczki przed prześladowaniami. Syjoniści i Brytyjczycy mają świadomość, że sytuacja Żydów polskich nie jest aż tak dramatyczna i że ci emigrują z biedy i poczucia braku przyszłości.

Wiedzą, dokąd jadą. Przedwojenna żydowska prasa szeroko relacjonuje sytuację w Palestynie. Przeważają doniesienia hurraoptymistyczne, ale nie brakuje i takich, które punktują ciężkie warunki życia, brak infrastruktury, wysokie koszty utrzymania, specyfikę trudnego do zniesienia dla Europejczyka klimatu czy wreszcie pierwsze poważne konflikty między Żydami i lokalną ludnością arabską. Wpływ na stan wiedzy migrujących mają też hachszary, przygotowujące do emigracji również kulturowo, informujące o panujących zwyczajach, ludzkiej mentalności i życiu codziennym. Ale i ci polscy Żydzi, którzy na czas nie nauczą się hebrajskiego, nie napotkają problemów – większość obecnych na miejscu przybyszów z Europy Środkowo-Wschodniej będzie porozumiewać się w jidysz. Ktoś napisze, że wyjeżdżający przed wojną do Palestyny Żydzi, jadą do małej Polski.

W 1936 roku w tamtejszej populacji Żydów imigrantów 28 procent pochodzi znad Wisły.

W 1939 roku Brytyjczycy ogłaszają trzecią białą księgę, która znacznie ogranicza napływ ludzi usiłujących ratować się przed Zagładą. 25 tysięcy polskich Żydów wyjeżdża do Palestyny nielegalnie, ale w kraju pozostaje 95 procent żydowskiej populacji.

Nie będzie dla niej ratunku.

Miri

– To było czyste szaleństwo. Z Warszawy do Palestyny! Na rowerach! Bez grosza przy duszy! Bez papierów! W życiu bym dzieciaka w taką podróż nie puściła!

Z emocji Miri zasycha w gardle, upija łyk kawy. I śmieje się zaraz, bo „dzieciak”, o którym mówi, to jej własny ojciec, tylko osiemdziesiąt lat wcześniej.

Kto wie, czy byłaby dziś na świecie, gdyby nie ta historia z rowerem.

Z Miri rozmawia przez telefon ciepłym wieczorem detektyw genealogiczny Gidi Poraz. Rozmowa jest chaotyczna, pełna niewiadomych.

Historię swojej rodziny Miri spisuje w mejlu. Kilka imion, nazwa ulicy, daty i miejsca wyrwane z kontekstu, domysły na podstawie detali dostrzeżonych na fotografiach i własnego rozeznania w historii Warszawy. Zgłasza się do specjalisty, bo czuje, że już dalej sama nie dojdzie. Że już nie wie, gdzie szukać.

Nazywał się Zerach Maliniak. Urodzony w 1910 roku, mieszkał na warszawskiej Pradze przy Brukowej 26 (dzisiaj Okrzei), w ubogiej religijnej żydowskiej rodzinie. Z dziesięciorgiem rodzeństwa. Nosił buty łatane każdej jesieni gazetą. W domu mówiono w jidysz. Zerach chodził z tatą do synagogi, do chederu raczej nie. Pewnie rodzice posłali go do szkoły powszechnej, bo skądś przecież musiał znać polski, w którym szeptali sobie potem z matką tajemnice przed dziećmi. A może było zupełnie inaczej?

Miri nie jest tej historii pewna. Mówi „przypuszczam”, „wydaje mi się”, „prawdopodobnie”.

Gidi wie, że łatwo nie będzie. W bazie danych z lat 1825–1912 znajduje ponad czterystu Maliniaków Żydów. Potem już nic, bo w czasie wojny Warszawa płonie. Z tego, co cudem ocaleje, większość trafi do różnych archiwów. Gidi dotrze do nich, zamówi dokumenty, porówna świadectwa urodzenia. W pół roku stworzy drzewo genealogiczne rodziny Miri.

W tym samym czasie ona opowie mu o tym, co wie na pewno. Pomoże jej siedzący obok brat Micha.

Jako nastolatek Zerach Maliniak wstąpił do grupy Tora we-Awoda [Biblia i Praca], związanej z Hapoel Mizrachi, szczególną grupą syjonistyczną, bo przygotowującą do wyjazdu do Palestyny młodzież religijną. Z tego ruchu w niepodległym już Izraelu w przyszłości wyłoni się polityczna narodowa partia religijna Mafdal, a z niej Ha-Bajit Ha-Jehudi [Żydowski Dom], która forsuje między innymi rozbudowę osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu.

– Nie jestem z tego dumna – mówi Miri.

Na hachszarę, obóz przygotowawczy, wyjeżdżał z członkami Hapoel Mizrachi pod Warszawę. Ale pewnego dnia, tak po prostu, wśród przyjaciół ktoś rzucił pomysł, by jechać do Palestyny bez czekania na certyfikaty. Na rowerach. Do pomysłu zapalili się bracia Zeracha: Perec, jego bliźniak, i najstarszy Dow.

Zerach miał wtedy dwadzieścia cztery lata.

Nie wiedział, jak się jeździ na rowerze. W ubogiej rodzinie Maliniaków nie było szans na jego zakup.

– Po Warszawie chodził piechotą lub biegał, bo nigdy nie miał nawet grosza na tramwaj – śmieje się Micha.

Rodzeństwo nie wie, jak to się stało, że w krótkim czasie dziecięciu biednych chłopaków uzbierało na dziesięć rowerów. I jak to możliwe, że żaden z nich nie wziął z domu pieniędzy, tylko pojechał, jak stał, w jednym ubraniu.

– Pewnego razu zapytałem ojca, jak często zmieniali ubrania, a on na to: „Jak to: zmienialiśmy?”. Nic ze sobą nie mieli – mówi Micha.

Grunt, że latem 1934 roku wyruszyli z Warszawy ku południowej granicy: siódemka kolegów i trzech Maliniaków.

Tu Miri się uśmiecha. Ma szczęście, bo przynajmniej ten wątek z życia ojca został dobrze udokumentowany. Na stole rozkłada kopie stron pamiętnika z podróży, zapisanego w najróżniejszych językach, w tym po hebrajsku i po polsku.

Z czytelnych wpisów w pamiętniku podróży Zeracha Maliniaka i jego kolegów

26 lipca 1934, Łódź

W tych dniach odwiedziła nas grupa przyjaciół bohatersko reprezentujących ducha naszego ruchu w warszawskim oddziale, obecnie w drodze do Erec Israel na rowerach. Życzymy im wszelkiego powodzenia. Jedźcie i wypełniajcie ideały Tora we-Awoda!

W imieniu kibucu Jawec i Aleksander, kierownik (nazwisko nieczytelne).

31 lipca 1934, Bełchatów

Członków naszej organizacji w Warszawie, którzy przejeżdżają właśnie przez nasze miasto na rowerach, pozdrawiamy z miłością i radością, bo czynicie i Tora, i Awoda. Z tego powodu wszystko Wam się uda, a Bóg pokaże Wam drogę, bo w trudzie i na niepewnej ścieżce jest również coś świętego.

19 sierpnia 1934, Łowicz

Odwiedzili nas dziś członkowie Ha-Chaluc Mizrachi z Warszawy, którzy właśnie robią aliję do Ziemi Świętej. Podpisano: Menachem, Icchak (nazwisko nieczytelne), szefowie Histadrut Ceirej Mizrachi w Łowiczu.

Uczestnicy „alii rowerowej” nie potrzebują pieniędzy, bo w każdym z miasteczek, w jakim się zatrzymują, ma swoją siedzibę jakaś organizacja syjonistyczna. Dostają miejsce do spania, jedzenie, godziny rozmów o marzeniach i planach. Wreszcie – wpis i pieczątkę w pamiętniku. Glejt do następnego przystanku.

Docierają na południe, przekraczają granicę w Cieszynie. Przez Czechosłowację jadą dalej, do Austrii.

– W Wiedniu tata po raz pierwszy widzi kukurydzę i nie wie, jak ją zjeść.

A potem jeszcze dalej, przez Jugosławię do Grecji. Na greckiej granicy zatrzymuje ich straż, żąda pieniędzy. Nie wiedzą, co robić, nie mają już kogo poprosić o pomoc.

Wracają przez Jugosławię, skręcają do włoskiego Triestu. W porcie czeka już statek z legalnymi imigrantami do Palestyny. Rowerzyści nie mają certyfikatów ani biletów, rozdzielają się. Sobie tylko znanymi sposobami, pojedynczo, Dow i Perec dostają się na statek. Najmują się jako podkuchenni i płyną do Hajfy od razu.

Zerach zostaje we Włoszech.

– I tu następuje historia, w którą trudno nam uwierzyć – ciągnie Micha. – Straż graniczna prosi ojca o certyfikat na wyjazd do Palestyny. Z trzech Maliniaków pyta tylko jego! Więc tata w przypływie jakiejś dziwnej pewności siebie idzie do polskiego konsula i oburza się, że on tu specjalnie przyjechał z Warszawy, a na przejściu granicznym nikt nie wie, że ma certyfikat! Początkowo nikt mu nie wierzy, lecz on nie ustaje w próbach. Chodzi do konsula dzień w dzień, przez osiem miesięcy. Konsul wydzwania do Warszawy, dopytuje w organizacji syjonistycznej, co zrobić z delikwentem, wreszcie wydaje upragniony certyfikat. I ojciec, jako jedyny z braci, płynie do Hajfy legalnie. To jedyny raz, o którym słyszeliśmy, że wykazał się jakąkolwiek asertywnością.

Tak oto latem 1935 roku, po około czterech miesiącach podróży rowerowej, ponad pół roku czyhania na polskiego konsula i prawie tygodniu podróży statkiem, Zerach Maliniak dociera do Hajfy.

Braciom żyje się ciężko. Początkowo nie mają dachu nad głową, chwytają się każdej pracy: na budowach, na roli, w winnicach, w gajach pomarańczowych. Ziemia jest surowa, nieurodzajna, poddająca się opornie. Nieprzyjazna nawet i niechętna – bo przecież nikt tu na braci Maliniaków nie czekał. Wielu przybyłych choruje na malarię i dezynterię, części nie udaje się przetrwać. Ale Maliniakowie są przygotowani. Mają wyrobione mięśnie i wiedzę z hachszary pod Warszawą.

– I silną wolę – dodaje Miri. – No i byli młodzi, zdrowi i silni, nie mieli żadnej alternatywy. Prawdziwi chaluce. Później już takich nie będzie.

Z czasem udaje się im wynająć coś małego w Petach Tikwie.

Miri:

– W 1938 roku Perec wymyślił, że chce odwiedzić rodzinę w Polsce. Atmosfera w Europie gęstniała, było niebezpiecznie, ale on się uparł. Ojciec już w drodze wiedział, że to zły pomysł. Gdy dojechali do Warszawy, matka zawołała w jidysz: „Oj, wej, po coście tu przyjechali?!”.

Zerach widzi, co się dzieje, idzie z Perecem załatwić dla niego dokumenty powrotne. Wie, że tym razem bez certyfikatu brat do Palestyny nie wjedzie. Perec dostaje odmowę.

 

Wyglądają identycznie, zdarza się, że mylą ich znajomi. Zerach wpada na pomysł: szybko zbiera się w drogę, płynie do Palestyny i chwilę po opuszczeniu statku wręcza swój certyfikat komuś zaufanemu, by ten oddał go Perecowi w Warszawie. Liczy na to, że bratu uda się wjechać z tym samym dokumentem. Ale plan nie kończy się powodzeniem. Zanim papiery docierają, w Polsce wybucha wojna.

Miri:

– Kontakt ojca z rodziną się urwał. Wiemy na pewno, że Perec nie przeżył. Ojciec obwiniał się o to do końca życia.

Drugi z braci, Dow, który w 1938 roku do Polski nie pojechał, po wybuchu II wojny światowej zaciąga się wraz z Zerachem do armii brytyjskiej. Walczą z nazistami w Egipcie, Libii. Dow ginie w Grecji.

Ostatecznie z całej rodziny, ze wszystkich praskich Maliniaków, ostaje się tylko Zerach. Z obozu w Lamsdorfie wraca w 1945 roku do Palestyny.

Miri będzie później o nim rozmawiać z dziećmi ocalałych z Holokaustu. Zdziwi się, gdy usłyszy o nieprzespanych nocach, koszmarach i krzykach, o niewyobrażalnym fizycznym cierpieniu, jakie ci, którzy przetrwali, noszą w sobie przez całe życie. Jej ojciec cierpiał inaczej. Zalepił ranę plastrem milczenia. Nie chodził do psychologa, bo nikt wtedy nie myślał, że można sobie z tą raną poradzić. Nie chorował, nie brał żadnych lekarstw. Dopiero w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat, pół roku przed śmiercią, po raz pierwszy przyznał, że potrzebuje pomocy. Że nie daje sobie rady.

Po samotnym powrocie do domu miał trzydzieści pięć lat i zaczynał życie od nowa. Z pustką w kieszeniach, sercu i w głowie. W 1947 roku poznał Rywkę-Reginę z warszawskiej rodziny Książenickich, zamieszkałej przy Dzielnej 22. Jej ojciec wyczuwa atmosferę w Polsce już w pierwszej połowie lat trzydziestych. Gromadzi pieniądze, organizuje dokumenty, co roku wysyła do Palestyny po jednym dziecku: w 1935 roku najstarszą córkę, potem trzynastoletniego syna.

– Dzieciaka samego na statek wsadza! – przeraża się Miri.

Rywka przypływa do Hajfy niemal w ostatniej chwili, na dwa miesiące przed wybuchem wojny, wśród nielegalnej imigracji. Reszta rodzeństwa zostaje w Warszawie.

Z rodziny nie ocaleje nikt.

W 1948 roku, po powstaniu państwa Izrael, zaczyna się wojna o niepodległość. Zerach dostaje powołanie do wojska (nie będzie mógł później otrzymać przez to polskiego paszportu). Ben Gurion prosi żołnierzy o zmianę nazwisk z poprzednich na hebrajsko brzmiące, Maliniak się nie zgadza. Wciąż czeka na sygnał z minionego świata. Wierzy, że ktoś z rodziny cudem przeżył i jeszcze się z nim skontaktuje, a nowe nazwisko mogłoby to utrudnić.

Lata mijają, nikt się nie zjawia.

Miesiąc po ogłoszeniu deklaracji niepodległości Izraela, już w czasie wojny, Zerach i Rywka biorą ślub. Na ceremonię w telawiwskim Rabanucie przychodzi zaledwie kilka osób, wszystkie z rodziny Rywki. Zerach nie ma kogo zaprosić.

W 1949 roku rodzi się Miri, w 1954 Micha. Z dzieciństwa pamiętają, że wychowanie w ich polskim domu wyglądało zupełnie inaczej niż w innych. Najważniejsze były dobre maniery. Nie wolno było krzyczeć, mówić zbyt głośno, bo jeszcze sąsiedzi usłyszą. W ogóle bardzo wielu rzeczy nie było wolno.

Micha:

– Zakazy dotyczyły rzeczy zupełnie nieprzystających ani do izraelskiego klimatu, ani do zwyczajów. „Nie otwieraj okna, bo cię zawieje!”. „Nie wychodź z domu z mokrymi włosami, bo się rozchorujesz!”. Mówiliśmy: „Tato, przecież jest trzydzieści stopni, ani odrobiny wiatru”, ale on wiedział lepiej. A potem jeszcze: „Nie pij wody z kranu, bo cię rozboli brzuch!”. „Nie jemy na stojąco, bo jedzenie idzie w nogi i się pulkes, grubych ud, dostaje”. Same stereotypy, jakie w Izraelu powtarzano o Żydach z Polski. Śmialiśmy się z tego okropnie, lecz tata, choć miał wielkie poczucie humoru, tego naszego śmiechu nie rozumiał. Pewnego razu czytał książkę Jaira Garbuza Tamid Polani [Wieczny Polak]. My w śmiech, a on: „Ale o co wam właściwie chodzi?”.

Miri:

– Były dwa tematy, do których obsesyjnie powracał: jedzenie i nauka. Ten ciągły strach, żebyśmy zjedli, żebyśmy nie byli głodni, żeby jedzenia nie zabrakło. Gdy byłam nastolatką, chciałam w weekendy spotykać się ze znajomymi. Tata tego nie lubił. Uważał, że w szabat trzeba być z rodziną, że trzeba pójść do synagogi, a w pozostałe dni należy się uczyć. Chcieliśmy zarobić na kieszonkowe, ale nie pozwalał nam wykonywać prac sezonowych. Chciał, żebyśmy się uczyli. Nauka i wiedza były najważniejsze. To przekonanie wyróżniało rodziny Żydów, którzy przyjechali z Polski. W stosunku do moich dzieci i wnuków byłam potem taka sama.

Miri pamięta, że skończywszy klasę maturalną, przyniosła do domu świadectwo z najlepszymi ocenami. Ojciec poszedł na ostatnią wywiadówkę i wrócił do domu smutny.

– Powiedział: „Boję się, że nie dostaniesz się na studia”. Zdziwiłam się, zapytałam, dlaczego tak sądzi. A on, że wychowawczyni mówiła, że na studia dostają się najpierw dzieci prawników i lekarzy, a on jest przecież nikim.

Pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy Polska wychodzi z komuny, Miri oznajmia ojcu, że pragnie zobaczyć jego pierwszą ojczyznę. Ojciec odmawia. Nie chce jechać, jak całe jego pokolenie. Boi się spotkania z miejscem, w którym dom zamienił się w cmentarz. Miri się upiera, naciska. Ojciec zgadza się wreszcie. Robi to dla niej.

– Byliśmy w Warszawie tylko dwa i pół dnia, planowaliśmy stamtąd udać się w dalszą podróż. Z tego pobytu pamiętam tylko jedno: ogromne cierpienie na twarzy mojego taty. Wizyta nie wzbudziła w nim żadnej nostalgii, tylko ból. Powiedział mi: „Czuję, że chodzę po ziemi przesiąkniętej krwią moich bliskich”. W tamtych dniach w Warszawie wiedziałam tylko jedno. Że zrobiłam mu tym wyjazdem prawdziwą krzywdę.

Miri pamięta z tej wizyty coś jeszcze: puste półki sklepów, kolejki ciągnące się kilometrami. Ludzi na ulicach ubranych tak, jak jej matka w latach sześćdziesiątych. Przedmioty, samochody, garnki, talerze – jak z przeszłości. Szarzyznę ulic i zmęczenie na twarzach warszawiaków. Pamięta jeszcze, że pomyślała: „Dobrze im tak, należy im się! Za ten cały przedwojenny antysemityzm, za to, że tata wyjeżdżał na rowerze w przeczuciu, że gdy przyjdzie wojna, nikt tutaj nie stanie w jego obronie”.

– Dziś przyjeżdżam do innej Polski. Ludzie są otwarci, mili, uśmiechnięci, ulice pełne kawiarni i sklepów, życie toczy się dalej. To dziwne, czasami zmuszam mój umysł do wysiłku, by przypomnieć sobie, gdzie jestem, że dla mnie to miasto, Warszawa, ma jeszcze inne, głębsze znaczenie. Że w tej ziemi leżą prochy moich krewnych. W ten sposób jestem z nią związana na zawsze.

Wiosną 2016 roku Miri wybiera się do Polski z całą rodziną. W Warszawie na cmentarzu żydowskim szuka grobu swojego pradziadka. Zna nazwisko: Książenicki, poza tym nie wie nic. Szuka ponad godzinę, nie znajduje, myśli o ponownej podróży po wakacjach. Wraca do Izraela i ledwie przekręca klucz w drzwiach domu, biegnie do komputera, by zamówić bilety na wrzesień.

Gdy wraca, jest już przygotowana. Znajduje grób Książenickiego. A potem wymyślają z Michą, że wynajmą samochód i pojadą z południa Polski do Warszawy. W odwrotną stronę niż trasa do Palestyny, którą ojciec w 1934 roku pokonał rowerem.

Nie mają planu. W miasteczkach szukają czegokolwiek: synagogi, kirkutu, tablicy. Miri notuje. W Skierniewicach, skąd pochodzi jej mama, znajduje tylko jedną macewę na całym cmentarzu. Nie może wyjść ze zdumienia.

Trasę, którą ojciec przemierzał tygodniami, oni pokonują w tydzień. Miri czuje, że tym samym zamyka jakiś etap swojego życia.

Etap życia z ojcem.

– Zmarł siedem lat temu, w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu i pół roku. Nadal ciężko nam bez niego. Był niezwykłym człowiekiem: bez pieniędzy, bez możliwości, ale za to z wielką duszą, z wielką dbałością o rodzinę. O nas dbał bardziej niż o samego siebie. Jakby całe jego życie było jednym wielkim dawaniem.

Miri pamięta, że był spokojny, nigdy się z nikim nie kłócił, nie był asertywny. Najważniejsze w jego życiu były dzieci i ich edukacja.

– Ładował w nią całe swoje pieniądze. Był mądrym człowiekiem, ale taką mądrością życiową, bo przecież nie skończył żadnego uniwersytetu.