PolanimTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tę emigrację historycy określą jako „czwartą aliję” albo „aliję Grabskiego”. Znakomita większość emigrantów przyjedzie znad Wisły. Dlatego w Erec Israel nazwie się ją „polską”.

Tel Awiw

Jak to się stało, że Tel Awiw, miasto stworzone niemal wiek temu na wydmach, zatracił granice między dniem i nocą? Między możliwym i niemożliwym, między innością i konserwatywną ortodoksją?

Może to rebranding, skutecznie zaplanowany przez miejskich urzędników, ogłaszający go „miastem non stop”, może miejska mitologia, która nie pozwala na stagnację? Faktem jest, że w ostatnich latach sprosił gości z całego świata, wypełnił ulice gwarem rozlicznych języków, stworzył warunki do rozwoju najbardziej z pozoru niedorzecznych marzeń, przekuł je w start-upy i zyskał na tym ekonomicznie. Latem na głównych arteriach rozwiesza tęczowe flagi i ogłasza, że każdy ma tutaj prawo być tym, kim chce, niezależnie od swojej orientacji, wyznania, narodowości. Jakby na przekór ortodoksyjnej, kipiącej od emocji Jerozolimie, na przekór konserwatywno-religijnemu kierunkowi Izraela – Tel Awiw udziela azylu liberalnej myśli wychodzącej na ulice wokół placu Rabina. Nazywanej przez polityków prawicy myślą „antyizraelską”, „antysemicką”, myślą „samonienawidzących się Żydów”.

Pozostał przy tym wszystkim miastem spokojnym, pełnym luzu, hipsterów w modnych okularach, z zamiłowaniem do stylizacji retro, młodych rodzin z trójką dzieci i psem, kawiarni – wiecznie pełnych, podobnie jak plaże. Z koncertami gwiazd w parku ha-Jarkon, festiwalami filmowymi, literackimi, kulinarnymi, dla dzieci, wegan i psów. Miastem-lustrem, w którym odbija się świat, z białą bogatą północą i uchodźczym zaniedbanym południem. Miastem gwiazd filmowych przesiadujących w kawiarniach przy ulicy Dizengoffa, podwórkowych kotów o ludzkich twarzach, kotów-łobuzów, zamieniających nocą skwery w miejsca walk o wpływy. Powstawał jako miasto zielone, pełne ogrodów i parków nawadnianych sztucznie kilometrami gumowych rurek, w którym aż chce się patrzeć ku górze, na fasady starych kamienic, w korony kwitnących kolorowo drzew i daktylowych palm.

I takim pozostał.

Piętnastego dnia miesiąca szwat, na przełomie stycznia i lutego, gdy w Polsce trwa jeszcze walka z mrozem, żydowskie dzieci obwieszczają zakończenie zimy, biegając z sadzonkami roślin. Zaczyna się święto Tu bi-Szwat, święto drzew, migdałowców nieśmiało otwierających pąki kwiatowe w pierwszych mocniejszych promieniach słońca. I suszonych owoców podawanych na stół: fig, moreli, rodzynek, daktyli, zgodnie z tradycją Żydów europejskich, którym zimą trudno było o świeże. To o owocach mówi Księga Kapłańska: „Gdy przyjdziecie do ziemi [Izraela] i będziecie sadzić wszelkie drzewo [rodzące] jadalny owoc, będzie wam ten owoc wzbroniony. Przez trzy lata będzie wam wzbroniony i jedzony nie będzie. A w czwartym roku wszelki jego owoc będzie święty, na chwałę Boga. A w piątym roku możecie jeść jego owoc”.

Syjonistyczny koncept Żydów w diasporze przejmuje pogląd fizjokracji, zakładający, że zdrowy naród to taki, który żyje na własnej ziemi i poprzez swoją pracę czerpie z jej bogactw. Adaptuje przy tym biblijne słowa, znajdując w nich nakaz dla siebie. W zwyczaju sadzenia drzew Żydzi widzą metaforę odzyskiwania kontaktu z ukochaną ziemią, ponownego zakorzenienia. Nic więc dziwnego, że gdy do Erec przyjeżdżają pierwsi chalucim, pionierzy, zaczynają od sadzonek. Premiera uroczystej ceremonii w Tu bi-Szwat odnotowana została w 1884 roku, w moszawie Jesud ha-Mala, w dolinie Hula. Wieść niesie, że pionierzy śpiewali tradycyjną pieśń na melodię Żydów jemeńskich: „Oto czas sadzenia drzew, czas sadzenia i czas budowy”.

Ale kto sadzi drzewa na wydmach? Ten, kto bezczelnie marzy o pierwszym w historii prawdziwie żydowskim mieście. Przepełniona od dekad Jaffa, pełna Arabów, Turków, Brytyjczyków, pęka w szwach od języków i zwyczajów. Żydzi ostatecznie decydują o jej opuszczeniu, gdy dochodzi do krwawych zamieszek z arabskimi współmieszkańcami. Na piaszczystym wybrzeżu na północ od Jaffy syjoniści wykupują ziemię, tworzą spółdzielnię Ahuzat Bajit, po polsku „dom na włościach”. Na początku planują tu wybudować sześćdziesiąt sześć domów. Podziału parceli dokonują przez losowanie, które nadzoruje przybyły z Grodna Arie Akiwa Weiss. Aby uniknąć nieporozumień, wpada na pomysł „loterii muszlowej”: zbiera sześćdziesiąt sześć białych i tyle samo czarnych muszelek, na jednych wypisuje nazwiska przyszłych właścicieli, na drugich numery działek. Wyciąga z tłumu chłopca i prosi go o pomoc w ciągnieniu losów – po jednej muszelce czarnej i jednej białej.

W losowaniu uczestniczy grupa zainteresowanych, ubranych na europejską modłę mężczyzn, kobiet i dzieci. W cienkich garniturach, sukniach, kapeluszach. Niektórzy siedzą cierpliwie na piasku, większość stoi w zwartej gromadzie. Słuchają i czekają.

Tę właśnie scenę, zatrzymaną na zdjęciu z 11 kwietnia 1909 roku, uznaje się za początek Tel Awiwu. Miasta, które powstało z niczego. Z grupki ludzi pośrodku piaszczystego odludzia i stu trzydziestu dwóch muszelek.

W młodziutkim Tel Awiwie święto Tu bi-Szwat trwa bez przerwy. To pierwsze żydowskie miasto na świecie z żydowską administracją i hebrajskim – dopiero co zresztą unowocześnionym przez Eliezera ben Jehudę – jako językiem urzędowym. Ukoronowanie idei ponownego zakorzenienia, miasto-ogród, żydowskość, która żyje i kwitnie. Założyciele szukają dla niego dobrej nazwy. Inspirują się w końcu tytułem pomnikowego dzieła ruchu syjonistycznego Altneuland autorstwa Herzla. Na hebrajski tłumaczy ją urodzony w Wyszogrodzie Nahum Sokołow, wspomniany już dziennikarz i pisarz. Nadaje jej zupełnie nowy tytuł: Wzgórze wiosny, po hebrajsku tel aviv.

Szimon Peres w swojej Podróży sentymentalnej z Teodorem Herzlem napisze później, że „Tel Awiw jest niewątpliwie jedynym miastem na powierzchni ziemi, którego nazwa pochodzi od tytułu książki napisanej na długo przed jego zaistnieniem”.

Piaszczysty teren, niemal pozbawiony starej zabudowy, jest jak czysta kartka papieru. Staje się idealnym polem dla wyobraźni architektów. Zaprojektowania urbanistycznego miasta podejmuje się, w porozumieniu z młodą radą miejską i burmistrzem Meirem Dizengoffem, Szkot Patrick Geddes. Rysuje niskie kamienice ciągnące się wzdłuż szerokich ulic z zielonymi bulwarami pośrodku. Miasto ma być pełne drzew i ogrodów, każdą z kamienic otaczać ogródek. Spragnieni cienia mieszkańcy namiętnie sadzą drzewa w alejach. Sadzonki przywozi się statkami z Europy. Szerzy się pogłoska, że drzewa w alei Allenby’ego przyjechały z Polski.

Głównym architektem miejskiego krajobrazu jest w latach 1940–1960 pochodzący spod Lwowa Abraham Karavan, ojciec znanego dziś na całym świecie rzeźbiarza Daniego. W 2016 roku artysta powie mi w wywiadzie, że ojciec zewsząd sprowadzał rośliny, które mogły uchować się w tym klimacie. O sadzonkach z Polski nie słyszał, ale przyznał, że dopiero gdy pojechał do Galicji, zrozumiał koncepcję miasta-ogrodu, którą jego ojciec przywiózł ze sobą i próbował realizować. „Uważał, że ulice, aleje, skwery mają być pełne drzew, więc pomalował Tel Awiw na zielono” – stwierdził.

Tymczasem młoda telawiwska rada gminna dyskutuje o rozmieszczeniu ulic i budynków. Aleksander Klugman w swoich Polonicach w Ziemi Świętej przytacza następującą scenę: radni spierają się o szerokość jezdni, nie mogąc dojść do porozumienia, czy powinny one być sześcio- czy dwunastometrowe. Wreszcie osiągają kompromis – ulica nie będzie tak szeroka, jak paryskie Pola Elizejskie, lecz jak warszawska Marszałkowska.

Telawiwskie ulice początkowo nie mają nazw, a domy oznacza się nazwiskami właścicieli.

Miasto się rozrasta, prze wzdłuż linii brzegowej na północ. Pięć lat po jego założeniu stoi już sto czterdzieści budynków, obszar powiększa się dziewięciokrotnie, do tysiąca pięciuset wzrasta liczba mieszkańców. Podczas I wojny światowej Tel Awiw cichnie na chwilę – Turcy wyrzucają ludzi z domów – ale wkrótce odzyskuje oddech. W 1925 roku ma trzydzieści cztery tysiące obywateli, w roku 1936 jest już stupięćdziesięciotysięcznikiem.

Na skutek postępujących w Niemczech represji do Palestyny emigrują żydowscy uczniowie Bauhausu. W Tel Awiwie, tak jak ich poprzednicy, otrzymują niezwykłą szansę – stworzenia dzielnic mieszkaniowych o iście europejskim sznycie. Architekci z pasją zabierają się do pracy, dostosowując założenia stylu do warunków atmosferycznych. Zachowują prostotę i symetrię formy, uwzględniają liczne okna i balkony. Budynki malują na biało, na kolor, który skutecznie odbija światło. Nowe zachwycające dzielnice zyskują przydomek Białego Miasta.

Wśród jego twórców wyróżniają się polscy Żydzi. W 1931 roku do Palestyny po raz kolejny przyjeżdża pochodzący z Jarosławia Arie Szaron, uczeń Gropiusa i Meyera, i od razu dostaje pierwsze zlecenie – na cztery budynki Targów Lewantu, które mają się odbyć w 1932 roku. Jeden z targowych pawilonów, przeznaczony dla wystawców z Polski, wieńczy nazwa naszego kraju w trzech językach: angielskim, hebrajskim i arabskim. Przetrwa on do dzisiaj jako część kompleksu portowego w północnym Tel Awiwie, gdzie na pamiątkę polskiego udziału zawiśnie biało-czerwona flaga.

Po ukończeniu projektu targów Szaron buduje szikuny, spółdzielcze domy robotnicze, a także kina i szpitale, w tym w latach sześćdziesiątych najważniejszy w Tel Awiwie szpital Ichilov. Jest w tym tak dobry, że z czasem staje się autorem projektów największych kompleksów medycznych w Izraelu.

Warszawianin Lucjan Korngold, autor projektów stołecznych willi i kamienic z lat trzydziestych, w Tel Awiwie kontynuuje pracę w stylu międzynarodowym, projektując między innymi dom Rabińskiego przy ulicy Szenkin. W stylu Bauhausu projektują także inni polscy uczniowie tej szkoły, jak choćby Abraham Markusfeld z Łodzi, krakowianin Dov Kutchinsky, Carl Rubin ze Śniatyna we wschodniej Galicji, Jakub Pinkerfeld z Przemyśla, Pinchas Hutt ze Lwowa, Szlomo Bernstein z Wilna.

 

„Żydzi pracują tu dumnie i z pewnością siebie. To miasto należy do nich. To jest ich krew i ciało, ich praca. Każdy bez różnicy czuje się tutaj jak obywatel pierwszej klasy. Żyd w Tel Awiwie jest bardziej subtelny, cichy i bardziej pewny siebie niż Żydzi w pozostałych zakątkach kraju”[3] – mówi o Tel Awiwie urodzony w Warszawie Izaak Grünbaum, polski poseł, syjonista, wreszcie jeden z tych, którzy podpiszą później deklarację niepodległości państwa Izrael. Podkreśla, że to wyjątkowe miejsce w żydowskiej ojczyźnie, bo tu Żydzi mają szansę być samodzielni, stanowić o sobie, sprawdzać się w samorządności bardziej niż w innych miejscach.

W latach 1924–1926 do Palestyny napływa czwarta alija, nazwana potocznie „aliją Grabskiego”. To właściciele niewielkich sklepików, Tel Awiw śmieje się więc, że oto przeniosły się tutaj warszawskie Nalewki. Inni złośliwie nazywają tę falę imigrantów alijat hakioskim, aliją kioskową. Ci, którym udało się zachować kapitał, inwestują go. Panuje przekonanie, że sytuacja ekonomiczna młodego Tel Awiwu zależy właściwie od majątków przywożonych przez polskich Żydów.

Przybywają polscy rzemieślnicy, kupcy, inteligenci, przywożą ze sobą europejski styl życia. Mimo specyficznej pogody ani mężczyźni, ani kobiety nie rezygnują z szyku. Przy trzydziestostopniowym upale spacerują po nowiutkich bulwarach w garniturach, kapeluszach, szpilkach i eleganckich garsonkach. Przesiadują w kawiarniach, czytając gazety, racząc się kawą i ciastem. Chadzają do kin, na zabawy, wkrótce także do teatru i filharmonii.

W 1928 roku do Brytyjskiego Mandatu Palestyny przyjeżdża wraz z trupą teatralną Nahum Zemach. I zostaje na stałe. W Białymstoku w pierwszej dekadzie XX wieku wystawiał jako pierwszy sztuki po hebrajsku i stamtąd jeszcze przed końcem I wojny światowej udał się w tournée po Rosji, gdzie ostatecznie stworzył teatr Habima. W niepodległym Izraelu Habima oficjalnie otrzyma miano Teatru Narodowego, z okazałą siedzibą na reprezentacyjnym placu w sercu Tel Awiwu, na końcu Bulwaru Rothschilda.

Częstochowianin, światowej sławy skrzypek Bronisław Huberman, odwiedzi Palestynę w 1929 roku. Legenda głosi, że w rozmowie z burmistrzem Tel Awiwu Meirem Dizengoffem poskarży się, że nie ma gdzie zagrać koncertu. I usłyszy: „Chciałem być burmistrzem – założyłem miasto. Chcesz koncertować – załóż filharmonię!”. Prawda to czy nie, grunt, że w 1936 roku Huberman zakłada Palestyńską Orkiestrę Symfoniczną, przemianowaną w 1948 roku na Izraelską. Tuż przed wybuchem II wojny światowej ściąga do Palestyny około tysiąca muzyków z krajów europejskich, w tym z Polski, czym ratuje im życie.

Burżuazyjny charakter Tel Awiwu i wielkomiejska poza przybyszów stoją w sprzeczności z ideą pracowitego pioniera. Nie o taki jiszuw, osadnictwo, chodziło syjonistom! „Moda z Warszawy, maniery ekonomiczne burżuazji rosyjskiej, koncerty, teatry”[4] – wylicza w 1928 roku Chaim Arlozorov i złości się, że emigranci przywieźli ze swoich krajów kulturalne zwyczaje, które nie pasują do rynkowych możliwości Tel Awiwu. Pochodzący z Rawicza Artur Rupin w 1925 roku wystawia miastu krytyczną opinię: „Wzrost burżuazyjnego elementu z Polski przywiódł do tego kraju, a szczególnie do Tel Awiwu, postaci z niskim poziomem moralności i cieszę się, że mieszkam w Jerozolimie, która nie przyciąga tego typu ludzi”[5].

Miasto budzi kontrowersje, ale i zachwyca. „Ma w sobie coś z Warszawy, coś z Paryża i lśnienie Wilna”[6] – pisze w 1934 roku Nahum Sokołow. Dodaje jednak, że można tu wyczuć „skutki uboczne Lewantu”. Radny miejski David Izmużyk w 1926 roku donosi z kolei na łamach pisma „Jiszuw”: „Jedyną rzeczą, która przyciągnęła imigrantów do Tel Awiwu, było to, że znaleźli w nim wszystkie udogodnienia, do których przyzwyczaili się w Europie: światło elektryczne, wodę, trochę czystości, kino, operę i teatr, szkoły mniej lub bardziej dobre, restauracje, kawiarnie, dansingi na dachach, zatłoczone ulice, pełne restauracje, w kawiarniach śpiew do drugiej nad ranem, muzykę i tańce. […] W rok czy dwa Tel Awiw stanie się drugą Łodzią”[7].

W sumie w latach 1918–1948 do Palestyny przyjechało około dwustu tysięcy polskich Żydów, stając się tym samym najliczniejszą grupą pośród ludności żydowskiej. Według spisu przeprowadzonego w 1926 roku Polacy stanowili 37,6 procent ogółu palestyńskich Żydów, a dziesięć lat później już 36,5 procent ludności pracującej.

Lodzija

Z Bulwaru Rothschilda, kierując się w stronę placu Habima, skręcamy w prawo w ulicę Nahmani. Po jednej i po drugiej stronie bielą się kamienice, wzrok przyciągają proste linie fasad, miniaturowe ogródki, półokrągłe balkony, brzuchy krat osłaniających okna na parterze. Jest gorący i duszny wieczór. Zapach perfum ciąży nad pobliskimi knajpkami, w koronach palm, ciężkich od daktyli, buszują nietoperze. Ktoś na kogoś krzyknął, ktoś zarzucił parę trampek na przewody linii energetycznej. W śmietniku po prawej biją się koty.

Ni stąd, ni zowąd na wysokości przecinającej Nahmani ulicy Goldberga wyrasta budynek inny od pozostałych. Dwupiętrowy, z szarej i czerwonej cegły, ze spadzistym dachem, kompletnie nieprzystający do białych willi wokół, do pogody ani do klimatu. Bo któż tu kładzie spadziste dachy, wznosi domy z czerwonej cegły, jakby to była Europa, a nie środek pustynnego kraju? Ale budynek stoi, nie ma co do tego wątpliwości. I wygląda jak efekt żartu albo pomyłki.

Jakby usilnie chciano zaszczepić przywieziony na statku kawałek znajomego skądś widoku.

Sara Guter:

– Mój dziadek Benjamin Guter oznajmił babci: „Saro, jedziemy do Palestyny”. A parę dni później podpisał ze wspólnikami kontrakt na budowę pierwszej fabryki w Tel Awiwie. Było ich czterech: Braun, Mozes, Guter i Danziger, wszyscy fabrykanci z Łodzi. I tak w 1924 roku powstała Lodzija.

Sara jest do rozmowy przygotowana. Wykłada swoją opowieść jak towar na ladę. Mówi szybko, jakby wszystkie zdania czekały w równych szeregach, gotowe na wybrzmienie.

– Wspólnicy ustalili, że każdy z nich wyłoży po sto tysięcy funtów egipskich, za które kupią między innymi maszyny sprowadzone z Anglii i z Polski. Że wszyscy w różnym czasie wyemigrują do Palestyny i że ich fabryka zajmie się wyrobem skarpetek i swetrów. Umowę spisali w Łodzi przy ulicy Południowej (obecnie Rewolucji 1905 roku) w latach dwudziestych. Tyle wiemy, bo data jest nieczytelna.

Przedziwne, że w wieku 83 lat można żyć w takim tempie. By umówić się na rozmowę z Sarą, należy do niej zadzwonić trzy tygodnie wcześniej, a potem jeszcze potwierdzić. Jej kalendarz wypełniają spotkania, wykłady, wyloty, co chwila przyjeżdża ktoś z kamerą lub dyktafonem. Sara korzysta przy tym z najnowszych technologii, używa smartfona, obsługuje rodzinną stronę internetową, wysyła zdjęcia przez Jumbo Mail. Nietypowo jak na mieszkankę domu spokojnej starości Ahuzat Poleg opodal Netanii, gdzie życie powinno już zwalniać. Ale u Sary i jej męża Uziego Davidsona z jakiegoś powodu nie chce.

To nie jest tak, że je sobie wybrała. Kto życzyłby sobie ekscytującego życia, jeśli miałoby ono oznaczać zgodę na chwile wypełnione śmiertelnym strachem? Nie ona. Na przykład w lipcu 1976 roku nie wsiadłaby do samolotu, gdyby wiedziała, że za kilka godzin zostanie porwany. Że przez kilka dni ona, jej mąż i dwójka dzieci będą przetrzymywani na lotnisku w Ugandzie, a następnie odbici z rąk porywaczy w tajnej operacji izraelskiego wojska i Mosadu, która przejdzie do historii pod nazwą Operacja Entebbe. Nikt nie chciałby narażać na takie doświadczenie swoich najbliższych, nawet jeśli wiele lat później miałby stać się z tego powodu bohaterem telewizyjnych talk-show. A potem napisać o tym książkę.

Nie, wręcz przeciwnie. Sara pamięta czasy sprzed powstania państwa Izrael, gdy była młoda. Dorastała w grupach młodzieżowych, marzenia były proste: zamieszkać w kibucu, potem wstąpić do Hagany czy Palmachu. I również te późniejsze, gdy pracowała spokojnie jako sekretarka zarządu izraelskiej firmy energetycznej i nie wiedziała jeszcze, co ją spotka. Nie interesowały jej nawet rodzinne fabrykanckie historie. Ani Lodzija, ani dziadek, ani polskie korzenie.

I wtedy nastąpił zwrot akcji. W archiwum Lodzii znalazła dokumenty założycielskie fabryki przy ulicy Nahmani. Sygnowane przez dziadka Gutera, nie pozostawiały wątpliwości, że zarządzał niemałym majątkiem. Zaczęła sobie przypominać historie, które przypadkiem słyszała w dzieciństwie. O fabryce skarpetek, o wspólnikach, o problemach finansowych. Pobiegła na Nahmani, gdzie na próżno szukała wokół budynku informacji. Zaczęła pytać ludzi, zajrzała do internetu.

Sara:

– Zdziwiłam się. W Wikipedii napisano, że fabrykę założył ktoś inny. Spotykałam się z dziennikarzami i pytałam: znacie jej historię? A oni, że nie wiedzą dokładnie. Pomyślałam, że dłużej tak nie może być. I że na emeryturze poświęcę się opowiadaniu ludziom historii Lodzii, dziadka Gutera i jego wspólników.

Tak, jestem z Polski. Nie, urodziłam się już w Palestynie, ale pochodzę z dwóch szanowanych łódzkich rodzin: Guterów ze strony ojca i Maliniaków ze strony matki. Maliniak miał fabrykę dykt Gemal przy Naftowej. – Sara była tam niedawno. Budynek stoi pusty, wisi tabliczka: „Zakaz palenia”. – Był religijny, miał siedmioro dzieci, mieszkanie w pięknej kamienicy przy Zakątnej 13, z balkonami przemienianymi jesienią w kuczki. Dziadek Guter był zagorzałym syjonistą. Z miejsca zakochał się w Herzlu i jeździł za nim z wystąpienia na wystąpienie. Szybko dał się przekonać do wyjazdu z Polski. Miał w głowie wizję i pomysł, wiedział, że w młodej Erec brakuje fabryk, a on w Łodzi zdobył wiedzę i potencjał, który można było wykorzystać. Miał trójkę dzieci. Najstarszy syn Josef, chaluc z prawdziwego zdarzenia, od dawna już mieszkał w Palestynie.

Do Erec wyjechali jako pierwsi, we trzech: Benjamin Guter, Eliezer Braun i Jehuda Mozes. Pozostali wspólnicy: Meir Danziger, Ichak Schenferber i Mosze Braliński mieli nadzorować budowę fabryki z Łodzi. Pamiętając o mieście, które ich wychowało i wykształciło, postanowili nazwać inwestycję Lodzija. Nazwa wydawała się im oczywista.

Guter chciał, by fabryka wyglądała jak te, które zapamiętał z polskiego miasta. Wbrew dominującemu w owym czasie stylowi. Ba, wbrew zdrowemu rozsądkowi! Wieść niosła, że o miejsce pod budynek kłócił się zażarcie z burmistrzem Dizengoffem, który nie wyobrażał sobie fabryki skarpetek pośrodku powstającego miasta. Guter nie widział w tym problemu i groził, że przeniesie inwestycję do Hajfy.

Postawił na swoim.

Projektem pierwszej telawiwskiej fabryki zajęła się firma Berlin & Passovsky. Wykonawcą zlecenia, podobnie jak prywatnego domu Guterów przy ulicy Ahad ha-Am, był Arie Akiwa Weiss, inicjator „loterii muszlowej”, współzałożyciel miasta, wówczas szef Towarzystwa Budowlanego. I to właśnie jego nazwisko zapisało się w pamięci mieszkańców jako założyciela Lodzii.

Inwestycja była gotowa w 1924 roku. W budynku umieszczono sześć maszyn do szycia i farbowania tkanin. Wokół wzniesiono drewniane crifim, domki dla pracowników.

Aż do lat trzydziestych Lodzija była największą fabryką w Erec, a jej nazwa stała się synonimem przemysłu tekstylnego. Udowodniła, że przeniesienie żydowskiego interesu z Łodzi do Palestyny może się powieść. O tym nieprawdopodobnym sukcesie mówiono w kategoriach „syjonistycznego aktu”, bo właśnie powstały pierwsze miejsca pracy dla mieszkańców Tel Awiwu.

Z nagrania wywiadu z Chają Oriman, jedną z najstarszych pracownic Lodzii, do którego dotarła ekipa izraelskiego filmu dokumentalnego The Red House [Czerwony Dom]:

– Wszyscy pierwsi pracownicy fabryki byli aszkenazyjczykami, mówili w jidysz z silnym polskim akcentem. Otrzymanie pracy w tej fabryce było dużym osiągnięciem. Warunki były trudne: nie dostawaliśmy żadnych wakacji ani dni wolnych, nawet gdy byliśmy chorzy. Podczas letnich upałów musieliśmy pracować w środku budynku bez wentylacji. Było tak gorąco, że ludzie pracowali przy maszynach boso. Chodziłam tak z domu do fabryki […]. Ale nie było w ogóle strajków, bo to była tak wielka rzecz, pracować w Lodzii.

W chwili gdy dziadek Guter pracował w Tel Awiwie nad rozwojem fabryki, jego młodszy syn Szlomek Zalman przygotowywał się w Łodzi do makabiady, żydowskich igrzysk. Na korcie tenisowym zobaczył siostrę jednego z uczestników. W Toli Maliniak zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Sara:

– Cóż z tego, skoro mama kategorycznie odmówiła wyjazdu do Palestyny! Kochała Polskę z całego serca, uważała ją za swój dom. W przeciwieństwie do dziadka Maliniaka była też bardzo postępowa. Uczęszczała do prywatnej szkoły dla panien. Jej językiem ojczystym był polski, taki wysoki, literacki, bez żydowskiego akcentu. Dziś, gdy chodzę ulicami Łodzi, dziwię się, bo polski się zmienił. Nie brzmi już jak ten maminy, trudno mi go zrozumieć.

 

Szlomo obiecał Toli, że jeśli Palestyna jej się nie spodoba, wrócą do Polski. W 1934 roku wzięli w Łodzi ślub, chwilę później wyjechali. Po roku urodziła się Sara.

– W Palestynie rodzice rozmawiali ze sobą w domu po polsku. Mama nie znała ani słowa w jidysz, podobnie jak ja później, bo niby skąd? Miałam ze cztery lata, gdy poszłam do przedszkola. Mówiłam słabym hebrajskim, z silnym polskim akcentem i dzieci się ze mnie śmiały. Pewnego dnia wróciłam do domu – ja, taki berbeć! – i powiedziałam mamie: „Od dziś nie mówię z tobą po polsku! Naucz mnie hebrajskiego!”. I mama się przejęła. Zatrudniła nauczyciela i siedziała nad książkami od rana do wieczora, aż język wyćwiczyła. A dzieci przestały się ze mnie śmiać.

Nie tylko akcent odróżniał przybyszów z Łodzi od sabrów, tutejszych. Wspólników od Lodzii z miejsca ogłoszono szaleńcami, bo któż w gorącej Erec chciałby nosić skarpety i swetry? Ale przywykłe do pończoch eleganckie europejskie Żydówki nie zamierzały rezygnować z przyzwyczajeń.

Sara:

– Patrzę na zdjęcia mamy z czasów młodości i wszędzie te pończochy! Czy to zima, czy lato! Pamiętam, że nasz dom był pełen walizek i pudeł na kapelusze, bo mama przyjechała do Palestyny jak do Nowego Jorku, z futrami, koronkowymi sukienkami, kapeluszami i biżuterią. Tu życie było proste, ale ona zawsze była wielką damą. Przesiadywała w kawiarniach, dużo czytała, starała się prowadzić taki tryb życia jak w Łodzi. Podobnie żyło tu wiele europejskich kobiet.

Tak się złożyło, że to właśnie skarpetki i pończochy zagwarantowały fabryce dobre imię. We wrześniu 1925 roku magazyn „Mischar we-Tasija” [Handel i Przemysł] donosił: „Lodzija jest znakiem nowej ery w dziedzinie tekstyliów. To do niej należy ostatnie słowo w kwestii techniki. Mieści w sobie wszystko to, czego fabryka potrzebuje do szycia”. Autor artykułu zwracał uwagę na sprowadzone najnowocześniejsze maszyny: „[…] produkują teraz skarpetki, a w przyszłości będą służyć też innym fabrykom w Izraelu. Skarpetki Lodzija już mają swoją markę […] i powoli wypierają konkurencję lokalną i syryjską”.

W ślad za maszynami przybył do Palestyny ich projektant, łodzianin Eleazar Vardinon-Warszawski, absolwent inżynierii włókienniczej w Niemczech, Czechach i Polsce. A że Izrael jest mały, także brat babci detektywa genealogicznego Gidiego Poraza. Ojciec Sary przyjął Vardinona bardzo gorąco – wszak rodzina Eleazara miała w Łodzi przy Północnej 12 fabrykę swetrów, pończoch i czapek. Po przenosinach do Erec Warszawski stał się pierwszym specjalistą od maszyn włókienniczych i ściśle współpracował z Lodziją. Pomógł też wyposażać inne fabryki, które w tamtym czasie wyrastały wśród piasków Palestyny, aż w końcu założył własną. Firma tekstylna Vardinon, oferująca pościele, koce, ręczniki, kołdry i poduszki, istnieje w Izraelu do dziś i słynie jako jedna z najlepszych marek.

Mimo zainwestowanych pieniędzy i początkowego sukcesu Lodzija zaczęła się zadłużać. Szybko okazało się, że koszty zakupu ziemi i inwestycji przewyższyły początkowo planowane i że inwestorzy przeliczyli się z możliwościami. Niektóre działy, rozrosłe do rozmiarów dziesięciokrotnie przekraczających zapotrzebowanie, przyczyniły się do strat. Pojawiły się zarzuty o nieprawidłowości księgowe, słabą jakość kupowanych materiałów oraz o wypłacanie dyrektorom nieproporcjonalnie wysokich pensji. Fabryce zagroziła upadłość.

Sara:

– To przykre, trudno mi o tym mówić. W 1930 roku zmarła babcia Sara, żona Gutera. Dziadek pogrążył się w żałobie. A wcześniej wśród wspólników wybuchł spór. Fabryka plajtowała. Dziadek nie mógł tego przeżyć – przecież to było ich marzenie! To dlatego zostawili Łódź, wszystko, co mieli, i przyjechali budować od zera na piasku. I nagle to się rozpadło.

Braun, najbliższy Guterowi, już nie żył, zmarł rok po założeniu fabryki. A każdy z pozostałych wspólników poszedł w swoją stronę. Pochodzący z Kalisza Jehuda Mozes postanowił zmienić branżę i w 1939 roku założył jeden z najważniejszych dziś izraelskich dzienników „Jediot Ahronot” [Najnowsze Wieści]. Guter kupił w Petah Tikwie pardes, ogród, i postanowił zamknąć się w domu. Wreszcie sprzedał swoje udziały Arie Szenkarowi, przedsiębiorcy tekstylnemu i zdeklarowanemu syjoniście, również z Łodzi, doskonale znającemu łódzki przemysł i potencjał.

To właśnie Szenkar postawił fabrykę na nogi. Krótko po przyjeździe zbadał sytuację w Lodzii i doszedł do wniosku, że główną przyczyną upadku było złe zarządzanie.

„Stało się dla mnie jasne, że jeśli kryzys Lodzii potrwa dłużej, wpłynie na wszystkie kolejne przedsiębiorstwa, które zechcą rozpocząć działalność w Eretz, a przyszłość lokalnego przemysłu stanie pod znakiem zapytania. Zrozumiałem, że muszę wziąć na siebie zadanie wyprowadzenia Lodzii z długu i udowodnić, że przyczyną niepowodzenia tej fabryki nie są złe warunki dla rozwoju przedsiębiorstw w Palestynie”[8] – opowiadał później Szenkar. Kupił fabrykę za dwanaście tysięcy funtów egipskich i rozpoczął walkę z problemami. „Zrozumiałem, że jakość produktów Lodzii jest niewystarczająca; że na rynku mają one nie najlepszą opinię. […] Byłem już gotowy wycofać się z tego, choć przecież włożyłem w to swoje pieniądze, ale poczułem odpowiedzialność i presję ze strony ludzi. Prosili, bym tego nie porzucał, bo jeśli to zrobię, fabryka zostanie po prostu zamknięta, a pracownicy i ich rodziny znajdą się w trudnej sytuacji”[9]. Spłacił długi fabryki, wdrożył nowy system pracy, kupił nowe, lepsze materiały, wreszcie obciął koszty utrzymania o jedną czwartą i zwielokrotnił produkcję. Latem 1924 roku na jednego pracownika przypadało dziennie sto osiemdziesiąt sześć par wyprodukowanych skarpetek, w lutym 1929 – siedemset osiemdziesiąt, w kwietniu 1930 aż dziewięćset sześćdziesiąt. Wprowadzano nowe działy, wzrastało zatrudnienie W 1939 roku w fabryce pracowało już dwustu pięćdziesięciu specjalistów. Otrzymanie pracy w Lodzii wciąż było osiągnięciem, więc fabryka nie narzekała na brak chętnych. Zarząd pozostawał w stałym kontakcie z Wydziałem Alii Agencji Żydowskej, Sochnutem, który wydawał certyfikaty imigracyjne i sprowadzał z zagranicy odpowiednio wykwalifikowanych żydowskich pracowników. W drugiej połowie lat dwudziestych produkcja fabryki wzrosła dziesięciokrotnie.

Sprawne zarządzanie i charyzma wyniosły Szenkara na piedestał. W krótkim czasie stał się on najważniejszym producentem tekstylnym w Erec Israel. O pozycji tak silnej, że miał prawo dyktować warunki Brytyjczykom. W 1925 roku zażądał od nich ochrony dla lokalnego włókiennictwa i ograniczenia konkurencji z importu. „Każdego dnia odwiedzałem lokalne sklepy i uczyłem się o wymaganiach, jakie stawia nasz rynek. Obserwowałem podejście ludzi w tej branży. Ze zdumieniem odkryłem, że zupełnie im nie przeszkadza fakt, że kobiety pytają o produkty zagraniczne, a nie lokalne. Ludzie zwyczajnie nie chcieli zrozumieć znaczenia kryzysu, jaki nastanie w kraju, jeśli będą kontynuowali kupowanie produktów z zagranicy! Lokalny rynek był zbyt mały, by pomieścić wszystkich, a sklepy robiły, co tylko mogły, by sprzedać produkty z zagranicy”[10] – opowiadał Szenkar. Dlatego przyjął nową strategię: odtąd firma miała się stać dumą regionu. Hasło reklamowe, które pojawiło się w 1929 roku na łamach dziennika „Haaretz”, brzmiało: „Słońce Erec wybiela tylko skarpetki Lodzija!”.

Problemem były też nieufność banków i niechęć do udzielania przez nie pożyczek, a także fakt, że w powstającym właśnie Izraelu wciąż brakowało infrastruktury. Fabryki, przenoszone pod miasta, z dala od głównych dróg, miały kłopot z szybkim transportem materiałów czy gotowych produktów.