Kwiaty w pudełkuTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kwiaty w pudełku
Kwiaty w pudełku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Kwiaty w pudełku
Audio
Kwiaty w pudełku
Audiobook
Czyta Katarzyna Puchalska
35,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To było piekło – wspomina. – Nigdy do tego nie wrócę. Nigdy.

Mimo to o roli shufu marzy wiele młodych dziewczyn. Obserwują bogate Japonki w średnim wieku, spotykające się przy wykwintnych brunchach za pięć tysięcy jenów (niemal sto osiemdziesiąt złotych) w boulangeries w tokijskiej dzielnicy Aoyama, i łudzą się, że na tym to wszystko polega. Na byciu utrzymanką bogatego męża, który bywa w domu tylko w weekendy.

Tyle że rzeczywistość ich matek, które garściami czerpały z ekonomicznej hossy, nigdy nie stanie się ich udziałem.

Łudzą się zresztą wszyscy: mężczyźni, że będą mieć fantastyczną pracę i utrzymają rodzinę, i kobiety, że spędzą życie jak księżniczki – na zakupach i spacerach po luksusowych butikach. Mało kto ma odwagę powiedzieć głośno: „To wszystko mrzonki!”. Zamiast w butikach z torebkami za kilka tysięcy dolarów, przeciętny Japończyk robi zakupy w sklepach „wszystko po sto jenów”, gdzie może wyposażyć się w słabej jakości produkty importowane z Chin czy państw Azji Południowo-Wschodniej. Za przysłowiowych kilka groszy zdobywa namiastkę życia, o jakim marzył od dziecka. I które najprawdopodobniej nigdy nie będzie mu dane.

Mimo to każdy chce wierzyć, że należy do klasy średniej, nawet jeśli ta wiara nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Jedna trzecia zamężnych japońskich kobiet nadal uważa, że ich rolą jest zajmowanie się domem, utrzymać je zaś powinien mężczyzna118. Po pojawieniu się na świecie pierwszego dziecka odsetek ten wzrasta do siedemdziesięciu procent. A trzy na cztery są przekonane, że powinny móc zrezygnować z pracy i poprzestać na zaangażowaniu w dom.

Podejście wielu z nich zmienia się dopiero wtedy, gdy im się nie udaje.

Podobnie jak Yōko.

Wiele Japonek rezygnuje z własnego awansu świadomie, byleby tylko nie utracić specjalnego statusu zależnego małżonka. Rodziny, w których jedno z dorosłych (najczęściej żona) zarabia mniej niż milion trzydzieści tysięcy jenów rocznie, otrzymują ulgę podatkową w wysokości trzystu osiemdziesięciu tysięcy jenów oraz dostęp do świadczeń zdrowotnych i emerytalnych. Nie płacą wtedy podatku dochodowego ani innych składek119.

Ich rodzinom awans kobiet się po prostu nie opłaca.

Im samym pozostają marzenia o życiu shufu, na które stać coraz mniejszą grupę.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu panie domu kojarzyły się z „zapachami z kuchni” i „brakiem indywidualności”120, dzisiaj z luksusem, nadmiarem wolnego czasu i prestiżowymi hobby. Sengyō shufu – pani domu na cały etat, to przywilej coraz bogatszych, których jest coraz mniej.

Reszta to kobiety rozpaczliwie starające się zadbać o dom. Jak Yōko. Bez lekcji ikebany i spotkań nad słodkim, kasztanowym ciastkiem mont blanc w jednej z kawiarni położonych wzdłuż prestiżowej alei Omotesandō.

Shufu to marzenie niemal co trzeciej dwudziestolatki121. Choć wielu interpretuje tę statystykę jako dowód próżności młodych Japonek, tak naprawdę pragną one zupełnie czegoś innego – bezpieczeństwa.

Yōko znalazła je nie w byciu żoną i matką, a w swojej pracy. Jest jednak świadoma, że wiele otaczających ją kobiet nie ma wyboru. Dlatego postanowiła dawać im coś od siebie.

Raz w miesiącu w jednej z małych knajpek w swojej dzielnicy staje w kuchni i gotuje w ramach „dziecięcej stołówki”. Razem z dziećmi, które nie mają z kim zjeść posiłku, i matkami – tymi pracującymi i nie – zasiada do stołu i zjada spokojnie kolację.

To jej ulubiony dzień w miesiącu.

Jestem przegranym psem

Tik-tak, tik-tak. Zegar odlicza sekundy do chwili, gdy na ­Wyspach Japońskich pozostanie już tylko jedno dziecko. Według wyliczeń naukowców z Uniwersytetu Tōhoku nastąpi to w 3776 roku122.

To długo? Krótko? Mało kto się nad tym zastanawia.

Nietrudno wyobrazić sobie dzieci znikające ze szkół, z parków, przedszkoli, ze szpitali, wymazywane boską ręką, zabierane nagle za kulisy. Liczby nie przestają pędzić.

Rząd chce działać, ale boi się tego obrazu tak bardzo, że nie wie, od czego zacząć.

Statystyki przewidują, że do 2060 roku populacja Japonii zmniejszy się o jedną trzecią. Co piąta kobieta urodzona po 1985 roku nigdy nie wyjdzie za mąż. Pesymistyczne założenia mówią o co czwartej123. Prawie żadna z nich nigdy nie urodzi dziecka, z nieprawego łoża rodzi się ich zaledwie kilka procent. Młode kobiety nie mają ani czasu, ani ochoty na małżeństwo, więc nie mają także potomstwa.

Błędne koło.

Od kryzysu naftowego w 1973 roku, który wstrząsnął filarami japońskiej gospodarki, zarobki mężczyzn spadają nieustannie, a czas pracy się wydłuża. Kobiety stają zatem przed trudnym wyborem – zgodzić się na partnera, który nie będzie w stanie ich utrzymać, czy czekać?

Coraz więcej wybiera czekanie.

– Wiesz, o co zapytała mnie jedna z koleżanek, kiedy wróciłam po kilku latach ze Stanów? „Nie głupio ci być makeinu?”[6]

Akiko kroi miniaturowe ciasteczko i z gracją wkłada jego kawałeczki do ust.

Makeinu to kobiety takie jak ona. Bez męża, bez dzieci. Dosłownie: „przegrane psy”.

Akiko zwiedziła kawał świata, ma pracę, którą lubi, i partnera, z którym mieszka od dziesięciu lat. Ale inni twierdzą, że bez papierka to wszystko nic niewarte.

Rozkłada na stole różne rodzaje słodyczy, po które pojechała do cukierni w Ginzie, prestiżowej dzielnicy Tokio. Tłumaczy mi, do czego używa się konkretnych akcesoriów: specjalnej ściereczki, bibułek, bambusowej łyżeczki do nakładania suszu herbacianego, czym różni się ceremonia parzenia herbaty zimą i latem (wyborem naczyń, ozdobą we wnęce, typem piecyka do nagrzewania wody) i dlaczego trzepaczka do przyrządzania naparu – według jej szkoły „drogi herbaty” – jest zawsze biała.

– Nieraz mam ochotę zwyczajnie napić się herbaty. Ale jej zaparzanie zajmuje wieki. Muszę wybrać odpowiednie naczynie, sprawdzić temperaturę wody, odmierzyć porcję liści, posprzątać stół, wybrać odpowiednie wagashi, tradycyjne japońskie słodycze. Kiedy piję herbatę, skupiam na niej całą swoją uwagę – wyjaśnia. – Nie potrafię zalać torebki wrzątkiem i usiąść z kubkiem nad książką, jak normalni ludzie.

W dzieciństwie traktowała ten ceremoniał jak zabawę, ale gdy poszła do gimnazjum, matka postanowiła, że powinna zacząć uczyć się go na serio. Akiko poddała się po kilku lekcjach. Dopiero od paru lat, ponownie, dwa razy w miesiącu pod czujnym okiem nauczycielki szlifuje każdy gest. Wtedy nie istnieje nic poza nią i czarką herbaty.

Nie musi się zastanawiać nad tym, jak pogodzić to, czego chce, z tym, co powinna.

Dziewięćdziesiąt procent Japonek w wieku od osiemnastu do trzydziestu kilku lat pragnie ślubu, dzieci i rodziny124. Małżeństwo uznawane jest w Japonii za kluczowy etap w życiu. Dopiero gdy u twojego boku pojawi się mąż i dziecko (najlepiej syn), społeczeństwo będzie uważać cię za kachiinu – zwycięskiego psa.

Akiko nie jest singielką. Jej partner, nazywany przez nią tajemniczo „On”, od kilkunastu lat ma żonę. Lecz od dekady mieszka z Akiko.

– Mnie to naprawdę nie przeszkadza – mówi Akiko, jakby próbowała przekonać do tego stwierdzenia również siebie.

On chciał wziąć rozwód niedługo po ślubie, jeszcze zanim w jego życiu pojawiła się Akiko. Jego żona była wiecznie niezadowolona, wiecznie zmęczona i wiecznie nieszczęśliwa. Na wieść o rozwodzie dostała ataku histerii. Straszyła, że nie przeżyje utraty twarzy i statusu kobiety zamężnej. Bez męża, nawet w oczach własnych rodziców, byłaby nikim. Uzależniona od niego finansowo, nie miała wyboru, więc zacisnęła zęby.

I trwa w tym stanie do dziś.

Wśród japońskich kobiet do trzydziestego czwartego roku życia najczęstszym powodem śmierci jest samobójstwo125. Ponieważ choroby psychiczne są ignorowane, przynoszą bowiem wstyd rodzinie, wiele kobiet, zamiast leczyć depresję, wybiera jedyny znany sobie sposób na odzyskanie twarzy. On nie chciał, żeby jego żona zrobiła sobie krzywdę, więc połową siebie wciąż jest z nią, a połową z Akiko.

Zamieszkał z Akiko kilka lat po ślubie. Akiko poznała jego żonę, której nawet nowa sytuacja nie przekonała do rozwodu.

Żadne z tej trójki nigdy nie wychodzi z roli.

Akiko i On żyją, jak określa to sama Akiko, w „malutkiej bańce”. O jej związku nie wie ani jej, ani jego rodzina. Razem podróżują, gotują, spacerują. Jak na niekończących się wakacjach. I tak od dekady.

Gdyby wzięli ślub, Akiko musiałaby spędzać większość czasu na opiece nad jego schorowanymi rodzicami. Obowiązek ten należy zazwyczaj do żony najstarszego syna, a On jest jedynakiem. Podobnie jak Akiko. Zgodnie z japońską tradycją w chwili ślubu kobieta odchodzi od swojej rodziny i dołącza do rodziny męża. W świetle prawa zostaje wypisana z rodzinnego rejestru i staje się córką teściów. Akiko nie chce jednak pozostawić swoich rodziców bez opieki. A powierzenie dbałości o nich komuś obcemu to wstyd.

Wszelkie obowiązki rodzinne należą zatem do jego żony. To ona musi jeździć z nim na pogrzeby, śluby, festiwale. Uśmiechać się do teściów i zamartwiać, czy chcą może jeszcze herbaty, o której zrobić im śniadanie i czy może mają ochotę na ciepłą kąpiel. Akiko tymczasem może relaksować się w swoim mieszkaniu albo czytać książkę. I cieszyć się życiem przegranego psa.

 

Mówi, że nie chciałaby, żeby jego żona zgodziła się na rozwód. I że życzy sobie, żeby tamta żyła dłużej od niej samej. Jednego jest pewna: nie ma zamiaru zostać tradycyjną panią domu.

Przeciwko konwenansom buntuje się także w pracy, w której celowo nie zatrudniła się na stałe, dzięki czemu nie musi przejmować się firmową hierarchią. Ponieważ nie jest etatowym pracownikiem, nikt nie traktuje jej serio, a ona wykonuje dobrze tylko to, co rzeczywiście musi. Nie ma ochoty ani siły przejmować się niepisanymi zasadami, nawet za cenę gorszych warunków zatrudnienia.

– Jakim prawem mam traktować specjalnie kogoś tylko dlatego, że pracuje tam dłużej ode mnie? Nawet jeśli jest totalnym dupkiem? – Akiko wyrzuca z siebie żale, zalewając je przygotowaną chwilę wcześniej (z zachowaniem wszystkich rygorystycznych zasad) herbatą matcha.

Jedno z jej pierwszych wspomnień to gnębiący ją rówieśnicy.

Rodzina Akiko przeprowadziła się do innej dzielnicy, a ona w środku roku szkolnego wylądowała w nowej szkole. Dzieci nie odzywały się do niej, bo tak im kazał ich starszy kolega, senpai.

W pierwszej pracy też nie było lepiej. Akiko nie potrafiła przyzwyczaić się do sztywnych zasad, do czekania, aż przełożony pójdzie do domu, ponieważ nie wypadało zrobić tego przed nim. Do dobrze widzianego przywożenia pamiątek z wakacji i częstowania całego biura ciasteczkami. Czuła się jak w zbyt ciasnym gorsecie: kserowanie, spotkania, prezentacje. Zero kreatywności. W końcu wyjechała do Los Angeles, gdzie przez pięć lat pracowała w biurze podróży, wymyślając dla japońskich klientów wycieczki po Stanach.

Tam właśnie uświadomiła sobie, że to nie z nią jest coś nie tak.

Do Japonii wróciła dopiero wtedy, kiedy jej ojciec dostał udaru.

Początkowo nie potrafiła znaleźć sobie w Tokio miejsca. Niedługo później w jej życiu pojawił się On. Akiko podjęła pracę w dużej firmie informatycznej w Akihabarze, dzielnicy znanej z elektroniki. I powoli nauczyła się żyć po swojemu.

Są dni, kiedy kusi ją, żeby zadzwonić do matki i powiedzieć: „Wpadnę z nim na obiad”.

– Kiedy koleżanka nazwała mnie makeinu, byłam zszokowana. Po pięciu latach w Kalifornii przeżyłam wtórny szok kulturowy. Tam nikogo nie obchodziło, co robię prywatnie, jeśli tylko byłam dobrym pracownikiem. Dobrym człowiekiem. Co za różnica, czy mam dziecko, czy nie? – pyta Akiko retorycznie. – Tymczasem tutaj okazało się, że moja wartość zależy wyłącznie od obecności mężczyzny u mojego boku – dodaje szeptem.

– Nie myślałaś nigdy o dzieciach?

– Dawno temu. Miałam dwadzieścia kilka lat i wszystko wydawało mi się proste: kończysz liceum, studia, bierzesz ślub, masz dzieci. Ale wyjechałam do Ameryki i jak to powiedziała kiedyś moja matka, „poprzewracało mi się w głowie”. Ona co jakiś czas wypomina mi brak wnuków, ale chyba już się z tym pogodziła.

– A On ma dzieci? Albo chciałby mieć?

– Jak by to powiedzieć… – Akiko próbuje znaleźć odpowiednie słowa. – On… No wiesz, nie może.

Znika wreszcie napięcie widoczne na jej twarzy od początku rozmowy. Nie musi czuć się winna, bo to nie z nią jest coś nie tak. „On nie może” – oto idealne rozwiązanie w ich „malutkiej bańce”. Akiko ono pasuje, ponieważ nie chce mieć dzieci.

Czeka jednak na dzień, kiedy ta bańka pęknie z hukiem. Wie, że kiedyś musi to nastąpić. Ktoś z rodziny spotka ją na ulicy, kiedy będzie z nim wracać z romantycznej kolacji, a ona nie będzie umiała skłamać, że to przypadkowa randka. Albo jego żona zacznie szantażować Akiko, że powie o niej jego schorowanym rodzicom. To by ich zniszczyło, bo modlą się o wnuków, winiąc w duchu synową.

Akiko nie chce, żeby doznali szoku. Nie w taki sposób.

A co, jeśli ona zachoruje, a On nawet nie będzie mógł jej odwiedzić? Akiko nie życzy sobie, żeby decyzje podejmowała za nią matka na wózku albo ojciec, który po udarze większość dni spędza w szpitalu. A gdyby On miał wypadek, a ona o tym nie wiedziała, poinformowano by przecież tylko jego żonę? Co ­zrobią na starość? W razie choroby? Problemów finansowych?

Kim jest dla niego Akiko? Kochanką? Partnerką? Drugą żoną? Czy On mówi o niej swoim znajomym? A może udaje, że ona nie istnieje?

W zeszłym roku byli na Hawajach, w tym wybierają się do Wietnamu. Obu rodzinom powiedzieli, że jadą na wakacje ze znajomymi.

Akiko udaje, że wszystko jest w porządku. I nawet przez większość czasu w to wierzy. A kiedy mimowolnie zaczyna zadawać sobie pytania, kiedy czuje, że nie wie, na czym stoi, otwiera opasły tom poświęcony ceremonii parzenia herbaty. Zatapia się w świecie, w którym wiadomo, co i kiedy należy zrobić. W najdrobniejszych szczegółach.

Po wczorajszej rozmowie z matką („takie tam błahostki, ale jak zwykle musiałam się pilnować, żeby się nie wygadać”) przez kilka godzin składała równo bibułki okaishi. Podczas ceremonii spoczywają włożone za poły kimona. To na nich podaje się przed wypiciem herbaty miniaturowe słodycze.

Na pożegnanie Akiko wkłada mi do torebki piękne wagashi i wyciąga z szuflady śnieżnobiałe papierki.

– Pamiętaj, żeby zjeść je jak najszybciej. Kładziesz je, o tak. – Pokazuje mi, jak użyć bibułek. – A po zjedzeniu składasz i wyrzucasz.

Przez chwilę widzę na jej twarzy konsternację.

– Teoretycznie powinno się je jeść srebrnymi sztućcami – dodaje. – Wymaga tego etykieta naszej szkoły, ale… – Akiko zastanawia się chwilę. – Raczej nic się nie stanie, jeśli użyjesz innych.

Przez szybę

Jeszcze niedawno osoby ze środowiska LGBT bawiły się głównie w tokijskiej dzielnicy Shinjuku 2-chōme. Ale w erze aplikacji, za pomocą której można łatwo się umówić gdziekolwiek, już mało kto chce się tam spotykać. Na ulicach cisza, przerywana mało zachęcającym nawoływaniem właściciela jednego z miejsc z „masażem”. W sobotni wieczór w kilku klubach ozdobionych tęczowymi flagami siedzą głównie turyści.

W bocznych uliczkach plakaty: „Szukamy modeli. Dziennie zarobisz nawet od pięćdziesięciu do stu pięćdziesięciu tysięcy jenów!”. Specjalne sauny, do których wejście kosztuje tysiąc pięćset jenów, a dress code to tylko ręcznik. Reklamy usług ręką i fellatio, wyłącznie po angielsku.

Prawie każde z tych miejsc przeznaczone jest dla mężczyzn. Plakaty w witrynach, billboardy z dwoma mężczyznami i hasłem „HIV ≠ AIDS”. Imprezy „tylko dla kobiet” reklamuje otwarcie zaledwie jeden z barów, o nazwie Złoty Palec.

Wystarczy jednak podejść bliżej, by dostrzec dopisek: „Tylko w trzecią sobotę miesiąca”.

Od kilku lat w mediach coraz częściej pojawiają się osoby, które otwarcie mówią o swojej seksualności.

Mało kto bierze je serio.

W telewizji głównym zadaniem gejów jest przede wszystkim rozśmieszanie. Przez większość rodaków są oni utożsamiani z prześmiewczymi postaciami z ekranu. Nazywa się ich onee – starszymi siostrami. Najsłynniejsza z nich to Matsuko Deluxe, ważący ponad sto czterdzieści kilogramów gej, który występuje w telewizji jako własne kobiece alter ego. Gra w skeczach, krytykuje to, czym Japonia chwali się za granicą: „Shibuya to najmniej przyjazna dzielnica dla otyłych. […] Powinniśmy ją zrównać z ziemią! […] Albo w ogóle cały kraj!”126.

Inna onee, Mitz Mangrove, przyznała w jednym z wywiadów: „Nie traktuje się nas jak ludzi. Jesteśmy w porządku, dopóki mówimy coś, co nie jest mainstreamowe albo jest ostre czy wulgarne”127.

Lesbijki nie mają nawet takiej reprezentacji w mediach. Kojarzą się głównie z pornografią.

W wielu związkach jednopłciowych także panuje podział narzucony przez społeczeństwo – na role bardziej męskie (dominujące) i kobiece (uległe). Te kalki przejmują również osoby LGBT, które pytają, poznawszy kogoś w barze: „Jesteś tachi czy neko?”128. Tachi to kolokwialne określenie osoby w związku silniejszej, w przeciwieństwie do neko – uległego kotka. Tak jakby, bez względu na to, czy pozostaje się w relacji heteroseksualnej, czy nie, czy się jest kobietą, czy mężczyzną, trzeba było zawsze wcisnąć się w jakieś ramy.

Dzieci nie uczy się o kwestiach związanych z osobami LGBT, których prawie połowa była maltretowana przez rówieśników w szkole. W większości wypadków nauczyciel nie zareagował ani nie udzielił jakiegokolwiek wsparcia129. Dopiero od wiosny 2017 roku japoński rząd uwzględnia w swoich działaniach przeciwko szkolnemu nękaniu prześladowanie ze względu na orientację seksualną130. Nie oznacza to jednak wcale, że rządowe zalecenia zostaną wprowadzone w życie, a przynajmniej nie od razu. Nic w tym dziwnego – w szkołach, na lekcjach moralności, dzieci uczy się przede wszystkim podążania za społeczną normą.

Nie jest nią bycie lesbijką, gejem czy osobą transseksualną[7] 131.

Kilka dystryktów w Tokio zalegalizowało związki partnerskie, coming out ma za sobą grupa polityków i celebrytów. Aż trudno uwierzyć w to, że w Japonii istnieją miejsca, gdzie prawie każda osoba homo-, bi- czy transseksualna nigdy nie poznała nikogo, kto otwarcie mówiłby o swojej odmiennej seksualności. Miejsca, gdzie ludzie nie są sobie w stanie wyobrazić, kim dla kobiety może być kobieta, jeśli nie jest ani siostrą, ani kuzynką, ani koleżanką.

Miho i Usami mieszkają w Aomori, prefekturalnym mieście na północy kraju, położonym o pięć godzin drogi pociągiem ekspresowym od stolicy. Oprócz siebie nawzajem znają jeszcze tylko dwie osoby, które otwarcie przyznają się do odmiennej od społecznie przyjętej orientacji.

W prefekturze zamieszkanej przez prawie półtora miliona ludzi.

We dwie prowadzą położoną tuż obok dworca kawiarnię, w której, nie licząc jedzenia i picia, oferują coś jeszcze: swój czas, porady i słowa wsparcia. Czasami jedna z nich pójdzie z osobą potrzebującą pomocy na policję i pomoże jej wypełnić odpowiednie papierki, a przy okazji zadba, żeby potraktowano ją dobrze. Ale bywa, że radzą: „Wyjedź, zmień miejsce zamieszkania, uciekaj”. Wiedzą, że dla wielu ujawnienie orientacji seksualnej w trakcie rozprawy o dyskryminację czy przemoc oznacza utratę dotychczasowego życia.

Zakładając, że w Aomori odsetek osób nieheteroseksualnych jest taki sam jak w pozostałej części kraju (czyli mniej więcej siedem i pół procent132), powinny żyć ich tutaj ponad sto cztery tysiące. Miho i Usami to kropla w morzu osób takich jak one, które jednak nie mogą, nie chcą, boją się powiedzieć światu, kim są naprawdę.

– Gdybyśmy napisały, że nasza kawiarnia to zwykłe centrum pomocy dla środowiska LGBT, zgłosiłaby się do nas niewielka jego część. Może nawet nikt. Ludzie baliby się, że jeśli przyjdą do nas i ktoś to zauważy, inni od razu dowiedzą się o ich odmienności – mówi Miho.

Dlatego oficjalnie nazywają się Rape Crisis Network. W świadomości wielu osób zajmują się głównie problemem przemocy domowej. A tęczowe flagi wywieszone na ścianach maleńkiej kawiarenki to tylko dekoracja.

– Aomori to nie Tokio. To inaka, wieś – powtarza wielokrotnie podczas naszej rozmowy Miho. – Nawet jeśli ludzie przychodzą na wydarzenia, które organizujemy, zakazują robić sobie zdjęcia. Nie chcą być utożsamiani z naszym środowiskiem, mimo że znają nas i lubią.

Im dalej od centrów dużych miast, im dalej od 2-chōme, tym pozornie proste rzeczy stają się trudniejsze. Nawet w kraju love hotels – hoteli miłości.

Usami siada naprzeciwko mnie przy stoliku i zaczyna opowieść.

– Żyłam jak wąż.

Pracowała w tak zwanym wodnym biznesie, w knajpkach zwanych onabe, sugerujących niewtajemniczonym, że serwują dania z kociołka, nabe, a nie usługi seksualne (onabe to także slangowe określenie osoby transseksualnej lub kobiety, która przebiera się za mężczyznę).

Pewnego dnia matka znalazła w pokoju Usami bokserki i zrobiła jej awanturę. Że taka młoda, a już spędza noce z mężczyznami.

– Wypaliłam bez namysłu, że to moje bokserki. Bo tak było! – śmieje się Usami lata później, tak jakby powiedziała to wczoraj.

Ale matka nie zrozumiała. Była przekonana, że to tylko głupi żart. Bo niby czemu jej jedyna córka miałaby nosić męską bieliznę?

Usami wyprowadziła się z domu. Do Aomori wracała jedynie na słynny w całym kraju festiwal Nebuta[8], a przy okazji zostawała z matką na święto zmarłych. Czasami przyjeżdżała ze swoją dziewczyną, ale matka i tak z niczego nie zdawała sobie sprawy. Dziwiła się tylko, że jej córka co roku pojawia się z inną koleżanką.

 

– To chyba nie są prawdziwe przyjaźnie, jeśli tak szybko je zmieniasz – mówiła.

Gdy Usami po raz któryś z rzędu nie przyjechała z chłopakiem, matka zaczęła powtarzać:

– Tak bardzo pragnę wnuków! Nawet jeśli miałabyś nie brać ślubu. Znalazłbyś już sobie jakiegoś dobrego chłopca!

Usami miała około trzydziestu lat, gdy powiedziała jej, że nigdy nie przyprowadzi do domu chłopaka, ponieważ woli dziewczyny. Matka nie zareagowała.

Miho poznała w Osace.

Obie miały masę znajomych lesbijek, gejów i osób trans. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że wszystko w ich świecie jest proste. Jeśli możesz powiedzieć głośno, kim jesteś, najtrudniejsze już za tobą, prawda?

Mała bańka, w której trwały przez kilka lat, pękła, gdy zadzwonił telefon. Z Aomori.

– Mama umiera.

Miho przyleciała tam prosto z wyjazdu biznesowego do Osaki. Mimo że matka Usami nigdy nie traktowała ich obu specjalnie dobrze, pragnęła wesprzeć partnerkę w ciężkiej chwili.

Gdy jednak spróbowała wejść do sali, zatrzymała ją pielęgniarka.

– Kim pani jest?

– To moja partnerka… – zaczęła tłumaczyć Usami.

– Czy to pani rodzina?

– Można tak powiedzieć.

– Krewna?

– Tak, tak – próbowała skłamać.

Nie zabrzmiało to przekonująco.

Miho mogła udzielić jej swojego wsparcia jedynie przez szybę.

Matka Usami umierała, one zaś myślały o tym samym: co, jeśli któraś z nich będzie leżeć w szpitalu, a druga nie będzie mogła trzymać jej za rękę?

– Usami jest starsza ode mnie o szesnaście lat – odzywa się Miho zza baru. – Prawdopodobnie umrze przede mną. Powiedziałam mojej matce, że jeśli ja umrę, wszystkim ma się zająć właśnie Usami.

Nie ma jednak gwarancji, że matka uszanuje jej wolę. Ale nie może liczyć na nic więcej niż na wiarę w to, że tak będzie. Dobrze zapamiętała tamto upokorzenie, gdy nie potrafiła w niczym pomóc, nie była bowiem ani krewną, ani żoną. I nie może przestać się zastanawiać.

– Co, jeśli w ostatnich chwilach będziemy musiały patrzeć na siebie przez szybę?

– Gdy kilka dni później opowiedziałam o całym zajściu znajomym, wszyscy zaczęli dawać mi dobre rady – wspomina gorzko. – Ludzie z Tokio zawsze wiedzą lepiej, co powinnyśmy zrobić, jak się zachowywać. Mają receptę na wszystko.

Asako mogłaby być jedną z osób, o których mówią Miho i Usami, gdy wzdychają: „Ci z Tokio nic nie rozumieją!”.

Rozmawiamy w malutkiej kawiarni w jednej z modnych tokijskich dzielnic. Asako podkreśla kilkakrotnie, że nie była dyskryminowana. Że w jej otoczeniu takie rzeczy się nie zdarzają.

Na początku nasza rozmowa się nie klei. Asako twierdzi, że przecież nie ma tematu. Mimo to kluczę między formułkami, które wyrzuca z siebie jak serię z karabinu, wśród zapewnień o braku problemów.

A gdy wreszcie pytam, czy rodzice wiedzą o jej orientacji, odpowiada:

– Są okropnie konserwatywni. Gdy widzą w telewizji kogoś o innym kolorze skóry, rzucają rasistowskie komentarze. Po co miałabym im mówić?

Asako o niczym nie mówi wprost, bawimy się w zaglądanie pod tatemae – maskę. Gdy jednak wymazuję zdania, którymi ona potwierdza, że wszystko jest w porządku, zaczynam ­słyszeć honne, jej prawdziwe „ja”. Odrobinę o rzeczywistości, nawet z perspektywy osoby, która żyje otoczona znajomymi LGBT w najbardziej tolerancyjnym miejscu w Japonii. W Tokio.

Gdy pytam ją o stereotypy, mówi, że nie zna żadnych. To trochę tak, jakby nie wiedziała, czym są. Jakby były pojęciem, nad którym nie zastanawiała się nigdy.

– Na temat gejów tych stereotypów jest o wiele więcej – stwierdza jednak w pewnym momencie. – Lesbijki nie kojarzą się z niczym. Nie ma ich w telewizji, nie ma w gazetach, nie ma w radiu. Jakby nie istniały.

Jak tworzy się stereotyp czegoś, co nie istnieje? Jak wyobrazić sobie kogoś, kogo się nigdy nie widziało, nie słyszało ani nie spotkało?

– Ludzie powtarzają ciągle, zwłaszcza w firmach o tradycyjnym podejściu: „Wśród nas nie ma takich ludzi”. Tak jakby byli w stanie nas rozpoznać po wyglądzie czy po oczach.

Może właśnie z tego wynika cisza nad problemem? Z braku stereotypów, a raczej przekonania o ich braku? Z poczucia, że każdy może być tym, że nigdy nic do końca nie wiadomo? Że lesbijką może być kobieta z dzieckiem, córka, ciocia, babcia?

Może rzeczywiście lepiej o tym nie myśleć?

Dzielnice Setagaya i Shibuya w Tokio od dwóch lat wydają parom jednopłciowym specjalne certyfikaty, które mają zapewnić między innymi dostęp do informacji o zdrowiu partnera. Ale to zaledwie kropla w morzu potrzeb. Kropla, która wywołuje frustrację u wielu par, które nie są zameldowane w tych dwóch konkretnych miejscach. Rezygnację, ponieważ jedyne, na co można liczyć, to wewnątrzdzielnicowy papierek. Ale z drugiej strony – również nadzieję, że z każdym rokiem takich miejsc będzie więcej.

Wszystkie moje rozmówczynie są jednak zgodne: te dokumenty są niewiele warte.

Innego problemu – przemocy wobec osób LGBT – nie rozwiąże nawet legalizacja małżeństw jednopłciowych. Przemocy, która w publicznej świadomości nie istnieje, bo przecież ta domowa musi odbywać się w standardowym domu. Takim z mężem, żoną i dziećmi.

Urząd dzielnicy Setagaya przeprowadził wśród 965 osób LGBT ankietę, z której wynika, że niemal co dziesiąta z nich padła ofiarą przemocy domowej. Nieco więcej doświadczyło przemocy seksualnej. W pewnym momencie życia połowa zastanawiała się nad samobójstwem, a co piąta osoba próbowała odebrać sobie życie133.

O skali problemu opowiadają mi kilkaset kilometrów dalej Miho i Usami, do których zgłaszają się ci, którzy przemoc znają z autopsji. Przychodzą ludzie, którzy po kilkudziesięciu latach udawania pragną spróbować być sobą, bo nie mają już wiele do stracenia. Rape Crisis Network pomaga im zgłosić problem policji, choć funkcjonariuszom często trudno zrozumieć, że bije nie tylko mąż żonę, ale także partnerka partnerkę czy partner partnera. Że istnieją jednopłciowe pary, które wychowują dzieci z poprzednich małżeństw, że maltretowanie przyjmuje nierzadko także formy psychiczne i emocjonalne, zwłaszcza w świecie, w którym trudno przyznać się do orientacji seksual­nej innej niż hetero.

Zarówno dla Usami, jak i dla Miho problemem nie jest samo wyjście z szafy. Jest nim zastanawianie się każdego dnia, przy każdej nowo poznanej osobie: „Jak zareaguje? Co, jeśli jej powiem, a ona zacznie mnie ignorować?”.

Skala dyskryminacji – nie tylko osobistej, ale także systemowej – ujawnia się zwłaszcza w sytuacjach nadzwyczajnych. Tak jak podczas ogromnego trzęsienia ziemi i tsunami w marcu 2011 roku na północy Japonii, zwłaszcza w prefekturach Miyagi, Iwate i Fukushima.

Azusa Yamashita, działaczka praw człowieka, podaje w jednym z esejów kilka przykładów, które ukazują skalę problemu134: brak dostępu do informacji o śmierci partnera, niemożność zamieszkania razem w lokalach tymczasowych, podejrzliwe traktowanie. Najbardziej poszkodowane były osoby transseksual­ne, dla których w normalnych warunkach bywa stresujące nawet korzystanie z publicznych toalet.

Aż do tej pory w relacjach z tamtej tragedii wątek LGBT występuje szczątkowo. Wyjątkiem jest kilka rozmów z aktywistami, które można odnaleźć w sieci, niedopuszczonych do main­streamowego przekazu.

Na jednej ze stron, która zbiera relacje osób ze środowiska, zamieszczono zaledwie sześć historii135.

Jedenastego marca 2011 roku życie straciło 15 893 ludzi, 6152 osoby zostały ranne, 2556 pozostaje zaginionych136. Wśród nich z pewnością także geje, lesbijki czy osoby transseksualne.

Oszacujmy: siedem i pół procent. Ofiar śmiertelnych 1192, rannych 461, zaginionych 192.

Cisza.

Asako odnalazła swoje bezpieczne miejsce na studiach. Brała czynny udział w działalności stowarzyszenia osób LGBT na prestiżowym Uniwersytecie Waseda. Początkowo w organizacji udzielało się kilkanaście osób, ale zawsze było z kim porozmawiać o problemach czy pójść do klubu w 2-chōme, oddalonej o dwadzieścia kilka minut spacerem od kampusu. Bez narażania się na czyjąkolwiek ocenę.

Asako, choć przekonana, że dyskryminacja nie istnieje, przez większość życia czekała na moment, kiedy się z tego wyleczy137. Do tej pory ukrywa swoją orientację przed rodziną. I nie ma zamiaru tego zmieniać.

Nie wie (nie chce wiedzieć?), jak różniłoby się jej życie, gdyby mieszkała poza stolicą. Choć nie wystarcza jej już nawet tokijska tolerancja.

Nie zna osób, które byłyby ofiarami przemocy.

Dwie trzecie Japończyków LGBT zastanawiało się nad odebraniem sobie życia, co siódma z nich spróbowała138.

O tym Asako też nie słyszała.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?