Kwiaty w pudełkuTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kwiaty w pudełku
Kwiaty w pudełku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Kwiaty w pudełku
Audio
Kwiaty w pudełku
Audiobook
Czyta Katarzyna Puchalska
35,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziecinne wielkie oczy w kreskówkach anime, kociaki w cat cafés, różowe opakowania kosmetyków – wszystko obiecuje, że tylko dzięki temu staniesz się kawaii. To ogromny biznes żerujący na dojrzewających dziewczynach, które zrobią wszystko, żeby zostać częścią grupy. Żeby przynależeć, żeby się podobać. Moda na kawaii wykracza poza prostą konsumpcję, choć i ta wciąż rośnie. Kluczem jest stanie się kawaii, cofnięcie się do świata dziecinnych fantazji i zatrzymanie się w nim. W ucieczce od tego prawdziwego mają pomóc pluszowe breloczki, poduszki, portfele, maskotki i tysiące przedmiotów masowo kupowanych przez Japończyków. Nie tylko młodych i nie tylko przez dziewczęta.

Naukowcy uważają, że to normalne, że budzi się w nas instynkt opiekuńczy, gdy widzimy coś uroczego, coś, co kojarzy się nam z bezbronnością czy bezsilnością81. Problem pojawia się wtedy, gdy biologiczny mechanizm dbania o dzieci przekłada się na wiele relacji społecznych. Kiedy zależność od kogoś (na którą Japończycy mają nawet specjalne słowo: amae) staje się wartością samą w sobie. Gdy nieporadność, dziecięcość, bezbronność zaczynają się podobać. Gdy następuje przekręcenie znaczenia tych pojęć i wymieszanie ich z seksualnością, z pieniędzmi, z innymi sferami życia.

W Japonii dziewczęta są nie tylko docelowym konsumentem uroczej papki. Są także jej ucieleśnieniem. Idealnym kawaii-produktem. To one z reguły są odbiorcami wszystkiego, czym jest kawaii. Mężczyźni to zazwyczaj konsumenci, którzy z jednej strony idealizują kawaii popidolki, a z drugiej pragną, żeby bycie kawaii kultywowały także ich partnerki.

Piekielne koło „uroczości” się zamyka.

Kobieta.

Pierwszoklasiści, dopiero uczący się podstawowych znaków, starają się wyobrazić sobie coś więcej niż tylko trzy kreski: 女, onna. Zazwyczaj znak ten kojarzy się im z kobietą w ciąży lub zgarbioną przy krosnach.

Dla odmiany mężczyzna to połączenie znaków „pole” (田) i „siła” (力): 男, otoko.

To zaledwie początek skojarzeń.

安 – kobieta pod dachem. Znaczenie przymiotnikowe: „tanio”, yasui, rzeczownikowe: „relaks”, an. Mieszanka burdelu i domowej sielanki. Mało kto, korzystając ze znaku na co dzień, zwraca na to połączenie uwagę, ale przy zapamiętywaniu symbolu każdy obraz, który pozostaje w głowie, jest ważny.

Jak wielki ma wpływ na postrzeganie świata?

Język japoński korzysta z trzech alfabetów: dwóch sylabariuszy (hiragana i katakana) i chińskich znaków kanji. Niektóre znaki są proste, podstawowe (jak „pole” czy „siła”), ale mogą być także zestawem kilku ustawionych obok siebie czy jeden nad drugim. Ten oznaczający kobietę, stojący po lewej stronie wielu znaków kanji, często nie zapowiada nic dobrego.

Czas na krótką lekcję etymologicznej arytmetyki82.

Kobieta plus:

choroba = 嫉 zazdrość

kierunek = 妨 zakłócać, tamować

miotła = 婦 pani domu

jednocześnie = 嫌 nienawidzić

prosperujący = 娼 nierządnica

Istnieje kilka wyjątków – słów związanych z rodziną, przytwierdzających kobietę do sfery domowej niewidzialną liną. Kobieta plus „dobry” to córka (娘). Kobieta plus „dom” to panna młoda, żona (嫁).

Znak oznaczający kobietę pojawia się także w słowach pełnych przemocy. Na przykład śmiertelne tortury to kobieta między dwoma mężczyznami (嬲り) i zestaw kanji na zabijanie (殺し). 嬲り殺し, naburi-goroshi.

Na koniec wszystko, co najgorsze, zawarte w dziewięciu kreskach. Trzy razy kobieta: 姦. W formie czasownikowej oznacza „gwałcić” (姦する, kan suru), jako przymiotnik – „hałaśliwy” (姦しい, kashimashii). Przemoc i zgiełk zaklęte w potrójnie kobiecym znaku.

Onna sannin yoreba kashimashii (gdzie trzy kobiety, tam hałas) – mówią japońscy mężczyźni, narzekając na swoje żony.

Kobietom, które nie spełniają społecznych oczekiwań, przykleja się różne łatki, jak choćby „przegranego psa” – makeinu. Każdy rok bez męża sprawia, że wiele z nich stacza się, w mniemaniu niektórych, do poziomu zwierząt. A później toczą się niżej i z hukiem lądują w świecie przedmiotów: stają się „świątecznym ciastem” – kurisumasu kēki, „niesprzedanym towarem” – urenokori.

„Około dwudziestego grudnia można zacząć składać zamówienia na ciasta. Dwudziestego czwartego ciasta sprzedają się doskonale. Dwudziestego piątego można jeszcze kupić jakieś ciasto z rabatem. Dwudziestego szóstego sprzedaje się je, aby tylko zeszło” – tłumaczą sobie jedno z określeń kobiety-ciasta na internetowych forach. Niektóre nie rozumieją, skąd się one biorą ani co oznaczają. Czasami się z nich śmieją, często przez łzy.

Nic dziwnego. W upstrzonej kolorami japońskiej telewizji kilkunastoletnie gwiazdki popu mówią bez cienia wątpliwości: „Niezamężne kobiety po trzydziestce to przegrane psy”83.

Po ślubie wcale nie bywa łatwiej. Określeń na żonę jest wiele, niektórzy używają ich zamiennie, inni trzymają się kurczowo wyłącznie jednego z nich.

Kanai – dosłownie: „wnętrze domu”.

Znane porzekadło brzmi: „Mężczyźni w pracy, kobiety w domu”. Podział, z którym nie ma dyskusji.

Starsi mężczyźni nazywają czasami swoje żony nyōbō – damami dworu. Nie ma to nic wspólnego z romantyzmem, raczej z konserwatywnym podziałem sfer życia na kobiecą i męską. Za fasadą wyrafinowania kryje się jednak pogarda. Tak jak w określeniu kobiety, która zmusiła męża do ślubu: oshikake nyōbō – żona intruz.

Ból po niektórych słowach doskwiera godzinami. W rankingu tych, które pieką najbardziej, wysoko plasuje się fraza rzucana najczęściej przy czarce sake: „Żony i maty tatami są najlepsze, gdy są nowe”.

Niektórzy określają żonę jako oku-san – panią-środek. Oku to pokoje wewnętrzne, w przeciwieństwie do omote, tych od frontu, w których dawniej znajdowały się izby dla gości (czyli dla mężczyzn). Kobiety, zwłaszcza w rodzinach samurajskich, przywiązane były do tego środka. Nie mogły swobodnie wychodzić z domu, odwiedzać świątyń czy swojej rodziny bez pozwolenia męża. Powszechnie uważano, że nie powinny mieć czasu wolnego. Lepiej, żeby poświęcały się obowiązkom przykładnej gospodyni i dbaniu o świat schowany przed męskim okiem (nie licząc oczu teścia, męża i synów).

Największą hańbą jest jednak zostanie umazume – kobietą kamieniem. Tą, która nie wydała na świat potomka. Do tej pory wielu uważa, że płodność zależy głównie od kobiety. „Żona powinna odejść, jeśli po trzech latach nie urodzi dziecka”84 – mówią.

Nie lepiej bywa po śmierci męża czy po rozwodzie. Kobiety, które wracają do domu rodziców po rozstaniu z mężczyzną, to demodori (dosłownie: „wyszła i wróciła”). Mimo że równość płci jest obecnie zapewniana przez powojenną konstytucję, wciąż pokutuje mentalność yomeiri – panny młodej wchodzącej do rodziny męża.

Czasami zamiast yome ni yaru – wydać córkę za mąż, mówi się katadukeru – posprzątać.

Wystający gwóźdź trzeba wbić

– Na to będziesz pracować przez następnych kilkanaście lat – mówią najzamożniejsi Japończycy swoim dzieciom, prowadząc je, często dopiero kilkuletnie, przed czerwoną bramę Uniwersytetu Tokijskiego.

Wyznaczają im tym samym życiowy cel.

Posyłają je do słynnych juku – szkółek z korepetycjami, za które płacą setki tysięcy jenów rocznie, nierzadko blisko milion (ponad trzydzieści tysięcy złotych)85. Dzieci przesiadują tam często równie długo, co w szkole, ucząc się głównie technik rozwiązywania egzaminów wstępnych na uczelnie, wśród których dla elity liczy się zaledwie kilka: Tokio, Waseda, Keiō. Ewentualnie jeszcze uniwersytety w Kioto czy w Osace.

Hikari się udało. Wie, jakie miała szczęście. Jej matka pracuje dorywczo, ojciec jest kierowcą. Rodzice wypruwali sobie żyły, żeby mogła uczęszczać, nawet jeśli tylko od czasu do czasu, na zajęcia przygotowujące do egzaminów. Zakuwała materiał nocami, w malutkim mieszkanku w jednej z biedniejszych dzielnic Tokio.

Ze studiów zapamiętała jednak zawód.

Po raz pierwszy w życiu spędzała dni z dziećmi z bogatych rodzin. Z dziećmi, które chodziły do najbardziej prestiżowych juku, mówiły często perfekcyjnym angielskim, a jako hobby wymieniały ikebanę, sztukę układania kwiatów. Dzieci tak zwanych kyōiku mama – edukacyjnych mam, które całe swoje życie podporządkowują wykształceniu pociech: podwożą je na zajęcia, robią im specjalnie zbilansowane posiłki, które perfekcyjnie mają wspomagać szare komórki. Przygotowują ciepłe kąpiele, sprzątają – wszystko, żeby dziecko miało jak najlepsze warunki nauki od rana do nocy. Przy okazji odradzają chodzenie na randki. Zabiera to zdecydowanie zbyt dużo czasu.

Hikari zdała sobie sprawę, że nie pasuje do rówieśników wypieszczonych przez kyōiku mama, którym bliżej do szkoleniowców i trenerów niż do kochających matek. Że odstaje od młodzieży słuchającej od kilkunastu lat, o której, z kim i co należy robić. Jej matka pracowała i nie miała czasu ani siły na podporządkowanie się edukacji córki. Pracowała, żeby jej dziec­ko miało choć cień szansy na przejście przez egzaminacyjne piekło, juken jigoku.

Hikari wiedziała jednak, że zakuwający w spokoju studenci to nie norma, lecz wyjątek.

Od kilku lat uczy angielskiego w jednej z tokijskich szkół zawodowych, gdzie ostatnią rzeczą, jaka obchodzi młodzież, jest nauka. Czesne w zwykłym publicznym liceum to około czterystu tysięcy jenów rocznie, w szkole prywatnej – średnio milion86. Do o wiele tańszych zawodówek różnego typu uczęszcza co piąty młody Japończyk87. Mimo że edukacja po gimnazjum nie jest obowiązkowa, licea kończy ponad dziewięćdziesiąt procent nastolatków88, podobnie jak w Polsce.

 

– Pewnego dnia postanowiłam zabrać grupkę uczniów na wycieczkę do Kawagoe. Chciałam dać im trochę swobody i nauczyć przy okazji zarządzania czasem, więc umówiliśmy się przed głównym wejściem dworca Kawagoe o dziesiątej – zaczyna jedną ze swoich anegdot Hikari. – Mija kilka minut, później kilkanaście, a paru osób wciąż nie widać. Po półgodzinie wzięłam telefon i zaczęłam wydzwaniać do nich po kolei. Myś­lałam, że po prostu im się nie chciało albo że zaspały. Okazało się jednak, że jeden uczeń wylądował w Kawasaki, a inny w Kawaguchi!

Śmieje się, ale na jej twarzy widać zmartwienie.

– Niektórzy ledwie co łapią się w podstawowych chińskich znakach kanji. Nic dziwnego, że nie odróżniają Kawasaki (川崎) od Kawagoe (川越).

Japoński rząd nie przeprowadził oficjalnych badań na temat analfabetyzmu od 1948 roku. Mimo to media wciąż powtarzają, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent Japończyków potrafi czytać i pisać. Według Hikari to mrzonki. Wątpi, czy jej uczniowie radzą sobie ze znakami, które powinni poznać już w gimnazjum. Nie wspominając o jōyō kanji – oficjalnej liście ponad dwóch tysięcy znaków wymaganych do przeczytania gazety. Znakach, które czyta się różnie, w zależności od tego, czy stoją same, czy tworzą część słowa. I jakiego.

– Wielu z moich uczniów nie rozumie nawet idei zeszytu w linie. Traktują je jak losowy wzorek na kartce. Niektórym z trudem przychodzi zapisanie własnego imienia – tłumaczy, lekko zawstydzona.

Nie umieją liczyć ani rozwiązywać nawet prostych równań. Zamiast matematyki mają zajęcia z szybkiego wykonywania rachunków na kalkulatorze. Nikt nie uczy ich programowania czy projektowania stron internetowych. Nauczyciele cieszą się, kiedy któremuś udaje się ogarnąć tabelkę w Excelu bądź ładnie sformatować tekst w Wordzie.

Przyzwyczajona do nauki dla siebie, Hikari nie potrafi zrozumieć, że komuś może się nic nie chcieć. Aby tylko jakoś przeżyć od rana do wieczora. A później znowu.

I tak przez całe życie.

Nikt nie wybrał tej szkoły, bo marzyło mu się zostanie urzędnikiem na poczcie. Coś jednak trzeba było ze sobą zrobić, a akurat zawodówka, w której pracuje Hikari, znajdowała się najbliżej.

Dla wielu uczniów sam fakt pójścia do szkoły był wyczynem. Pochodzą z rozbitych rodzin, część doświadczyła przemocy domowej. Kilka razy Hikari musiała zgłaszać sprawy policji. W japońskim społeczeństwie mówienie o domowych problemach postrzegane jest nierzadko jako hańbienie rodziny. Dlatego większość milczy.

Spora część nastolatków w szkole Hikari mieszka w domach, gdzie nikt nie pracuje. Według najnowszych danych jedno na sześcioro dzieci w Japonii żyje w ubóstwie, ponad połowa w rodzinach z jednym rodzicem89.

Hikari szybko zdała sobie sprawę, że przeprowadzenie choćby niewielkiej rewolucji przyjdzie jej z trudem. Że ugrzęźnie w bagnie restrykcyjnych zasad i regulaminów, z którego nie ma wyjścia.

Mundurek: dla dziewcząt w stylu marynarskim, dla chłopców przypominający dawny mundur armii francuskiej. Strój ma wersję letnią i zimową, choć nawet gdy chwyta mróz, obowiązują odkryte nogi. A na terenie szkoły białe sportowe obuwie albo specjalne kapcie.

Nie można farbować włosów, makijaż jest zakazany. Nie ma wyjątków, buntowniczki muszą go zmyć. Jeśli nie posłuchają, wzywa się rodziców. Tak samo w wypadku kolorowych fryzur.

– Jeżeli pozwolisz choć jednej osobie na odstępstwo, to każdy zacznie łamać zasady. Zacznie się od włosów i makijażu, a skończy na alkoholu i papierosach na przerwach. – Hikari jest nieustępliwa. – Gdy ktoś przychodzi do szkoły z ufarbowanymi włosami, a po zwróceniu uwagi nie zjawia się następnego dnia z naturalnym kolorem na głowie, daję mu czarny spray do włosów i każę przemalować je przy mnie.

Indywidualizm jest tępiony. Dla wielu to źródło niepotrzebnych kłopotów, dodatkowej pracy, którą można by włożyć we „wspólne dobro”. To osiągnięcie stanu, kiedy wiadomo, co trzeba robić, bo tak robią inni. I przede wszystkim – usilne staranie się, żeby nie zakłócić harmonii, wa. Ciągłe ustępstwa nierzadko prowadzą do frustracji, bo raz schowane głęboko honne – prawdziwe ja, z czasem coraz trudniej odkopać.

Przejawy buntu często nie mają wiele wspólnego z indywidua­lizmem. Uczniowie farbują włosy na podobną modłę, dołączają do subkultur, wewnątrz których tworzą podobnie rygorystyczne zasady jak w szkole, wybierają ubrania kojarzone z odpowiednim stylem, sklepem, muzycznym nurtem. Niby się buntują, ale prawie zawsze stadnie.

W grupach sprząta się szkołę, startuje w zawodach sportowych czy pracuje nad szkolnymi projektami. Pod wieloma względami jest to świetna lekcja – nie trzeba konkurować, można działać razem. Różne osoby pracują na wspólny wynik.

Problem pojawia się, gdy zdarza się odejście od przyjętej normy. Każde uważane jest za zagrożenie: w kwestii pochodzenia, stroju, wyglądu, sposobu mówienia.

– To dla dobra grupy – przekonuje Hikari.

Tłumaczy, że zmuszanie młodszych o kilka lat od niej dziewcząt do przefarbowania modnych chapatsu – herbacianych włosów, ma sens. Nawet jeśli trzeba przy tym użyć siły.

W Japonii mało kto uważa to za przemoc.

Definicja przemocy jest zresztą płynna. Kary cielesne są – w teo­rii – zakazane. Ale wystarczy zerknąć do japońskich gazet, aby odnaleźć mnóstwo historii, które pokazują, że nie są one wcale rzadkością. W 2012 roku odnotowano pobicia niemal piętnastu tysięcy uczniów przez prawie siedem tysięcy nauczycieli90, co piąta ofiara odniosła obrażenia. Chłopak bity przez trenera base­ballu popełnił samobójstwo91. Wiele aktów szkolnej przemocy zdarza się podczas zajęć dodatkowych, gdy obie grupy marzą tylko o jednym – o odpoczynku. I jedni, i drudzy wyżywają się na słabszych: nauczyciele na uczniach, uczniowie na rówieśnikach. Żeby tylko jakoś sobie ulżyć.

Ministerstwo edukacji rozesłało do szkół notkę, w której podkreśliło, że biciem jest nawet „rzucanie długopisem”92. Mimo to wielu nauczycieli wciąż uważa przemoc za doskonałą metodę na pobudzenie w uczniach ducha walki. I nie tylko oni – z ankiet przeprowadzonych w różnych miastach wynika, że nierzadko kary cielesne popiera wielu rodziców93.

Hikari tłumaczy to wszystko stresem.

– Korporacje i przypadki śmierci z przepracowania to nic w porównaniu z nauczycielskim światkiem. Nauczyciele co roku dostają nowych uczniów. Co roku przychodzi nowa grupa młodzieży, którą trzeba wychować.

– Trzeba?

– Niekoniecznie trzeba, ale nie potrafię inaczej. Zresztą nie tylko ja. Co roku, co roku nowa grupa. I kolejna, i kolejna. Bez przerwy, niemal bez odpoczynku. Mam dwadzieścia sześć lat i daję radę, ale co będzie za dziesięć czy dwadzieścia? Nie chcę się nad tym zastanawiać.

Ale nawet dla Hikari pracować dobrze, to pracować długo. To praca jest powodem, dla którego rano wstaje z łóżka.

– Chwilami znaczę dla uczniów więcej niż ich rodzice, którzy się nimi nie interesują. A matka nie wylicza, ile czasu spędza ze swoimi dziećmi. Po prostu im pomaga.

Każdego dnia w każdej szkole dzieci uczą się dokładnie tego samego. Nie, nie chodzi o wiedzę (po tę muszą się wybrać do szkółki z korepetycjami). Szkoła to przede wszystkim nauka bycia Japończykiem: posłuszeństwa w grupie, niewychylania się. Masao Miyamoto, psychiatra i były pracownik resortu zdrowia, pracy i opieki społecznej, nazwał japońską szkołę miejscem „społecznej kastracji”94. W Japonii to dzieci sprzątają szkolne korytarze, czyszczą tablice, pilnują porządku w salach lekcyjnych. Wszystko ma być tak jak w regulaminie. Nic dziwnego, że ­niektórzy nazywają resort edukacji „ministerstwem tresury”95.

Szkoła uczy przede wszystkim jednego: sztuki ganbare.

„Wytrzymaj!”, „Dasz radę!” – na pierwszy rzut oka brzmi to jak pozytywna zachęta, motywacja do działania. Ale z reguły oznacza trudną sztukę otwierania oczu, gdy ciało próbuje zasnąć nad kolejnymi stronami do zakucia, zajęcia w weekendy, uczestnictwo w klubach sportowych, kursach parzenia herbaty, konkursach recytacji. Cokolwiek, byleby uczniowie mieli zajęcie. Bo czas wolny to największe niebezpieczeństwo. W czasie wolnym przychodzą do głowy niebezpieczne myśli, niebezpieczne marzenia, niebezpieczne odkrycia.

Zatem dzieci trenują: jak spać tak, żeby nikt nie widział, jak pracować tak ciężko, że do domu można się już tylko doczołgać, jak wkuć setki stron, wiedząc, że nigdy do niczego się nie przydadzą.

Namiastka militarnego szkolenia w kraju, który (przynajmniej w teorii) nie ma armii z prawdziwego zdarzenia. Uczniowie nie potrafią jednak bronić się przed tym rygorem.

Hikari zaprasza mnie do swojej szkoły, położonej na małej wyspie wciśniętej między rzeki Sumida i Arakawa, w dzielnicy, która jest jedną z najbiedniejszych w Tokio. Jeszcze na początku XX wieku mieszkała tutaj najniższa społeczna kasta. Od tamtej pory zmieniło się niewiele.

Razem z dyrektorem ostrzegają mnie, żebym się nie dziwiła. Że uczniowie tutaj są naprawdę problematyczni: nie przestrzegają zasad, są niegrzeczni, nieogarnięci i nic im się nie chce. Proszą, żebym nie myślała źle, jeśli na lekcji ktoś uśnie albo zacznie gadać.

Pan Tachikawa ma pięćdziesiąt kilka lat. Trzydziestoletnie doświadczenie pedagogiczne nie zwalnia go jednak z obowiązku noszenia butów na zmianę. Do szarego i mocno spranego garnituru włożył białe adidasy, którymi szura po podłodze, jakby jeździł na łyżwach. Jeden zakręt, drugi, schody, wąskie przejście, korytarz, kolejne schody.

Wchodzimy do pokoju nauczycielskiego, gdzie dyrektor przedstawia mnie kilku zmęczonym nauczycielom. Jeden z nich, łysawy pan z ogromnym kubkiem kawy w dłoni, wypytuje mnie o szkoły w Polsce. Wydaje z siebie okrzyk zdziwienia, kiedy mówię, że tylko w nielicznych obowiązują mundurki.

– Nawet w podstawówce dzieci nie mają takiego obowiązku? – wykrzykuje pan Tachikawa. – A co z farbowaniem włosów? Makijażem? Skąd uczniowie mają wiedzieć, co im wolno, a czego nie wolno? Czy w takim razie są w szkole zasady, jak długa może być spódnica, jakie kolory są dozwolone albo jak wysoki obcas?

Jak żyć w świecie, w którym nic nie zostało odgórnie ustalone?

Przekonuje mnie, że gdyby nie egzekwowano całego zestawu reguł, w szkole zapanowałby chaos nie do opanowania. Jeśli pozwoliłoby się na kolczyki, wszyscy przekłuwaliby wszystko, co się da. Gdyby można było mieć kolorowe fryzury, każdy nosiłby barwnego irokeza czy blond loki.

– Rozumiesz, prawda, jak ogromny byłby to problem? – pyta. – Gdyby nagle w szkole pojawili się uczniowie z kolorowymi włosami? – Kiwa głową za nas oboje.

Hikari rozdaje każdemu uczniowi kartkę z wypisanym po japońsku dialogiem i jego tłumaczeniem na angielski. Mają je przeczytać trzykrotnie, a po każdym razie narysować „parówkową ośmiornicę”. Dosłownie: pociętą parówkę, która przypomina kształtem ośmiornicę.

Uczniowie mają siedemnaście lat.

Do klasy wślizguje się dyrektor i obserwuje przebieg lekcji. Wychodzi po kilku minutach z uśmiechem na twarzy, wszystko idzie według planu. Gdy jednak zamyka za sobą drzwi, przez środek sali przelatuje kulka papieru. Hikari, nie zwracając uwagi na zabawę kilku uczniów, mówi dziewczynie z przodu, by przeczytała na głos czytankę o pingwinach.

Uczniowie ożywają dopiero wtedy, gdy podczas lekcji organizują konkurs rzucania do kosza papierowymi kulkami.

Hikari każe im otworzyć nową czytankę i powoli, sylaba po sylabie, zaczyna na głos:

– Raz przy-go-to-wa-łem śnia-da-niów-kę ben-tō. Ben-tō są zdro-we i e-ko-lo-gicz-ne – powtarza kilka razy. Po czym pyta: – Jakie są dobre aspekty bentō?

Cisza. Klasa nie potrafi odpowiedzieć, ponieważ nie rozumie, o co chodzi. Mama Mai nigdy nie przygotowała bentō – dziewczyna śniadanie kupuje w tanim supermarkecie po drodze do szkoły. Nie, nie ma do niej daleko, jakieś pół godziny miejscowym pociągiem. Bawi się swoim idealnym warkoczem i prześlizguje wzrokiem po czytance o japońskich śniadaniówkach. Ze skupieniem na twarzy sylabizuje bezsensowny dialog.

 

Ja tymczasem kartkuję podręcznik do angielskiego. Natrafiam na rozdział o „myciu zębów w Edo”.

Nastolatki, które mają problemy z pisaniem po japońsku, nie wspominając o przedstawieniu się po angielsku, są męczone czytanką o fusa yōji – niby-szczoteczkach z zamierzchłej przeszłości.

Zwyczaj ten przybył do Japonii razem z buddyzmem. Pierwszy komercyjny puder do zębów pojawił się w Japonii około 1625 roku. Wielu sprzedawców handlowało nim na ulicach Edo. Czasami sprzedawcy używali długich szabli, aby zachęcić klientów do kupna96.

Mai ma problem z zapisaniem znakami tłumaczenia frazy „łagodny dla środowiska”, kankyō ni yasashii (環境に優しい). Tymczasem program nauki zakłada, że nie licząc pierwszego znaku, resztę powinna znać z podstawówki. Przy okazji czytanki przewidzianej na za kilka tygodni będzie męczyć się z napisaniem słów, których od dawna się już nie używa. Nie potrafi zapytać mnie po angielsku, ile mam lat, za to musi zakuć słówko „puder”.

Hikari prosi wszystkich po kolei, by powtórzyli jakieś zdanie, ale słyszy tylko znudzone pomruki. Uczniowie nie mają pojęcia, o czym czytają, więc co mają odpowiedzieć? Tekst o śniadaniówkach przygotowywanych przez mamy jest dla nich tak samo obcy, jak ten o pingwinach, z innego rozdziału. Nie wiedzą, dlaczego ktokolwiek, wybierając jedzenie, miałby przejmować się, że coś jest ekologiczne. Ożywają ponownie na kilka minut przed dzwonkiem, kiedy Hikari przestaje męczyć ich nudnym podręcznikiem.

– Muszę go używać, bo to na nim bazują egzaminy – tłumaczy mi później, świadoma, że podręcznik jest słaby.

Jak również tego, że nie ma w tej kwestii wyboru.

Dzieli klasę na mniejsze grupy. Jedni udają zwierzęta, inni mają zgadywać ich angielskie nazwy. Nagle uczniowie odkrywają w sobie yarigai – chęć działania: skaczą, przekrzykują się, wymachują rękami. Mogą wreszcie uwolnić, zagrzebaną na co dzień głęboko, kreatywność. Nawet jeśli tylko na kilka chwil, ponieważ niebawem czeka ich jissen (dosłownie: „lekcja praktycznego zastosowania”). To zajęcia przygotowujące do wypełniania druczków, stawiania pieczątek i posłuszeństwa przełożonym.

Przede wszystkim – nauka hierarchii.

Ogromna sala wygląda jak biuro ze starego amerykańskiego filmu: duże stoły zawalone papierami, kalkulatory, pieczątki, stare komputery. W środku kilkudziesięciu uczniów i aż siedmioro nauczycieli.

Zasady tej imitacji modelu japońskiej firmy objaśnia mi pan Kimura.

– Po tej stronie sali mamy oddział firmy w Osace, po tamtej w Tokio. Pośrodku znajdują się poczta i bank. Uczniowie, podzieleni na podzespoły, muszą wypełniać wiele używanych tam sprawozdań i formularzy.

Uczniowie patrzą po sobie pustym wzrokiem. Żaden z nich do końca nie rozumie, po co to wszystko. A żaden z nauczycieli nie potrafi im wytłumaczyć, dlaczego te zajęcia są (albo powinny być) ciekawe. Program nauczania przewiduje „praktyczne zastosowanie”, więc się je realizuje. Bez większego zastanowienia.

Ankieta przeprowadzona wśród ponad tysiąca dzieci z japońskich przedszkoli i podstawówek pokazuje, że marzeniem dziewczynek – już dwudziesty pierwszy rok z rzędu! – jest praca w kuchni lub w piekarni. A następnie zawód pielęgniarki, przedszkolanki, lekarki. Kolejne miejsca zajmują: nauczycielka, piosenkarka, celebrytka, farmaceutka, właścicielka sklepu zoologicznego, treserka zwierząt, nauczycielka tańca i projektantka mody.

Kim chcą zostać chłopcy? Przede wszystkim naukowcami, a potem baseballistami, piłkarzami, policjantami, stolarzami, strażakami. Marzą również o zawodzie architekta, pływaka, kierowcy czy szefa kuchni.

„Ambicje są dla chłopców, a dla dziewczynek urocze zajęcia wymagające troskliwości” – podsumowuje te marzenia profesor Koichi Nakano z Sophia University97.

Kanako ma osiemnaście lat i jej największym marzeniem jest właśnie praca w piekarni. Nie ma pojęcia o liczbach, nie lubi czytać, nie radzi sobie z odszyfrowywaniem japońskich kanji. Nie chce spędzić życia w biurze. Ale mechanicznie przybija pieczątki.

Pytam, co potwierdza tymi pieczątkami. Nie wie. Uczęszcza na zajęcia jissen już drugi rok, ale nadal nie ma pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Po prostu robi, co każą jej nauczyciele. Ma przybijać pieczątki, to przybija.

Ma tylko jedno marzenie – chce codziennie piec chleb.

Nie udało się jej dostać pracy w lokalnej piekarni, obok której przechodzi od lat w drodze do szkoły. Opowiada mi, wymachując z podekscytowania rękami, o swoich ulubionych bułeczkach. Poleca dyniowe rogaliki i melon pan o smaku zielonej herbaty matcha. Wypytuje mnie o polski chleb, nie kryjąc zdziwienia, kiedy mówię jej, że z reguły robiony jest na zakwasie. Nigdy nie słyszała o niczym podobnym, ale nie zniechęca jej to – taki na zakwasie też chętnie upiecze.

Chciałaby się dowiedzieć, jak robi się mochi pan – mięciutkie bułeczki z dodatkiem kleistego ryżu. A gdy już nauczy się wypiekać tak dobre, jak te w sklepiku niedaleko jej domu, będzie je jeść codziennie.

– Najwyżej zrobię się okrąglutka jak te bułeczki, ale to nie szkodzi – śmieje się i spogląda na mnie oczami przybranymi w ciemnozielone soczewki.

Do rzeczywistości przywołuje ją nauczycielka, która nagle rzuca na stół plik papierów.

Kanako, nie przerywając swoich rozmyślań, kontynuuje przybijanie pieczątek w odpowiednich miejscach. Mogłaby to robić nawet we śnie.

Naszej rozmowie przysłuchuje się z zainteresowaniem Hayato. Interesuje go jedno: dlaczego gaijin – cudzoziemka taka jak ja, uczy się japońskiego? Po co? I czy naprawdę mi się chce?

Hayato nie lubi czytać. Ale zdarza mu się – na przykład od czasu do czasu przeczytać mangę, gdzie jest mało tekstu. Ostatnio tekstu przybyło, więc odpuścił. Tak, zmusza się czasami, bo teraz każdy jest wkręcony w One Piece, a on nie chce stracić w oczach rówieśników.

– Wiesz, no, trzeba być na czasie – mówi, głaszcząc nażelowane włosy.

Pytam go o wymarzone zajęcie po skończeniu szkoły.

– Chcę być furītā – odpowiada. – Nie chcę pracować. Po co? Praca jest do dupy. Nie lubię nic robić. Dostanę zasiłek i będzie po kłopocie.

Furītā – albo freeter – to przeciwieństwo męskiego ideału, utrzymującego rodzinę salarymana (od angielskiego salary – wynagrodzenie), dla którego praca stanowi cel istnienia.

Po II wojnie światowej trud odbudowy kraju wzięli na swoje barki pracownicy zatrudnieni w najróżniejszych przedsiębiorstwach, poświęcający się dla swoich firm, tak jak wcześniej dla armii i cesarza. Japoński PKB między 1955 a 1990 rokiem wzrósł ponadpięćdziesięciokrotnie98. Ale kiedy gospodarka zaczęła kuleć, coraz więcej młodych mężczyzn miało problem ze znalezieniem stałego zatrudnienia. Zaczęto o nich mówić furītā.

Hayato próbuje wypełnić tabelkę, nie ma jednak pojęcia, jak się do tego zabrać.

– Nienawidzę tej lekcji! – wykrzykuje z frustracją.

Nikt nie zwraca uwagi na jego wybuch.

– A co naprawdę lubisz robić? – pytam.

– Nic. Serio.

Kanako kończy stemplować swój stosik papierów i dołącza do naszej dyskusji.

– Nie wygaduj głupot, Hayato – mówi, ale ten ją ignoruje.

Odwraca się, niczym obrażone dziecko, i wraca do swoich tabelek. A ja do rozmowy z Kanako.

– A co ty lubisz robić w wolnym czasie?

– Co lubię? – Robi minę, jakby nigdy się nad tym nie zastanawiała. – Z reguły to siedzę na komórce.

– I co wtedy robisz?

– Ostatnio głównie gram w Kūki yomi. Tak jak wszyscy.

„Czytanie powietrza” to gra, w której trzeba dobrze odgadnąć nastrój i sytuację, a następnie odpowiednio zareagować. Każda kolejna runda wymaga coraz sprawniejszego odczytywania niuansów między giri a ninjō – powinnością a prawdziwym pragnieniem.

Kūki wo yomenai, nieodczytanie atmosfery, to jeden z najgorszych grzechów w wielbiącym harmonię japońskim społeczeństwie. Młodzi Japończycy określają mianem „KY” tych, którzy nie osiągnęli biegłości w tej sztuce.

Pierwsze rundy są proste: trzeba przesunąć się na siedzeniu w metrze, żeby zrobić komuś miejsce, nie stać na ruchomych schodach. Z czasem sytuacje się komplikują, a co jakiś czas gra ocenia nasze starania.

Dlatego Kanako w wolnym czasie, kiedy nie myśli o słodkich bułeczkach, trenuje poruszanie się w labiryncie niuansów i niedopowiedzeń.

Na razie jednak musi przez kilka godzin w tygodniu udawać dobrą pracownicę. Raz i dwa. Przybija pieczątki tam, gdzie trzeba.