Krótki życiorys pewnego żołnierza z wojny europejskiejTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tak że znowu nie szedłem do niej, ale już było późno, bo za dwa tygodnie po Wielkanocy przychodzi raz do mnie z płaczem wieczór, siedziałem u stołu sam, i łapie się mnie za szyję, że znowu z nią źle.

Skoczyłem jak opętany, zacząłem jej robić wyrzuty, po co tu przyszła, że mogła być w domu albo iść gdzie indziej. Po prostu szalałem. Bo cóż, kiedy w domu jedno jej, drugie moje, a tu już trzecie rośnie. Zdało się mi, że o rozum przyjdę. Przeklinałem tę godzinę, kiedy tu ona przyszła i kiedy ja do niej poszedł.

Kiedy ja tak szalał, to ona za ten czas płakała, ale jakem już przyszedł do siebie, zaczęliśmy radzić i powzięliśmy to rozegnać, i to przez kilka tygodni. Co my się nazbierali różnych rzeczy, najadła i napiła, a to wszystko nic nie pomogło. Musieliśmy wszystkiego zaniechać i poddać się swemu losowi garbatemu, jaki był mój.

I tak musieliśmy spędzić całe lato, ale nigdy wesołym nie byłem. Za tę jedną noc musiałem potem cierpieć.

Kiedy przyszedł listopad, trzeba onej jechać do domu, bo już czas nadchodził. Jak to było zrobić, kiedy zeszłego roku przyniosła jedno, a tego roku drugie. Ale się już z płaczem zebrała, dałem jej trochę pieniędzy i pojechała. Jak się ludzie na to patrzeli, kiedy zeszłego roku w lipcu chrzciny i tego roku w listopadzie znowu. To już tego było za dużo dla nas i dla ludzi. Ale darmo, nie wróci się już.

Jak się mój ojciec o tym dowiedział, to już nie wiedział, co ma mówić, ale już dał spokój, aż ja przyjdę na 22 grudnia. I ja przyjechał. 2 dni jem siedział u niej, bom się bał i wstydził iść do domu. Dała mi i ciotka dobre kazanie, ale cóż miałem robić, musiałem słuchać.

Ale na trzeci dzień poszedłem do domu wczas rano, ona mi pomogła kufer przynieść, przyszliśmy do domu, ojciec już krzywo i ostro na nas patrzał, ale nic nie mówił, aż ona poszła z domu. Nie pomogły pieniądze, które im dałem, ale jak się rozebrałem i coś zjadłem, zawołał mnie ojciec ku stołu i postawił liter wódki, którą im przyniosłem, i zaczął mi robić wyrzuty na te moje występki. Dał mi taką szkołę, żem już nie wiedział, co mam mówić. Ta szkoła trwała 5 godzin, ale już co miał, to mi nagadał, i rozeszliśmy się, i poszedłem spać. Reszta dni zeszła tego roku spokojnie.

Tak zakończyłem rok 1911.

Przez święta matka z ojcem uradzili sobie tak, aby jednego chłopca wziąć do siebie, a drugiego niech sobie ma ona, i będziemy dziećmi rozdzielani, i więcej nie będzie miała do mnie żadnej pretensji, ponieważ bo to byli oba chłopcy.

Ja znowu w dzień Nowego Roku postąpiłem sobie tak: byłem w kościele i kiedy powracałem z kościoła, zeszedłem się z kilkoma kolegami, popiliśmy sobie razem i zapytali się mnie, czy się jeszcze gniewam z tym jej starym kawalerem, a ja im odpowiedział, że ja[52], i opowiedziałem im, jaki to napad zeszłej zimy na mnie zrobił z dwunastoma kolegami. I zaraz mi jeden mówi, jeśli dam dwa litry wódki, to mu oni jeszcze dzisiaj naleją, na co ja się zaraz zgodził i dwa litry wódki postawił.

Tej wódki wypili jeden liter, a on już przyszedł. Więc jeden z tych moich kolegów, ponieważ było ich trzech, zaraz skoczył do niego i położył go na ziemi, i ci drudzy przyskoczyli, i zbili tak w porządku, całe odzienie na nim stargali, że ledwo inni, chłopi i baby, go obronili i wzięli do kuchni, a ci koledzy wrócili nazad ku wódce, przy której ja zostałem siedzieć spokojnie. I tak popiliśmy fest.

Ale oni jak się popili, tak zaszedł jeden do domu po rewolwer i mówi, ja go dzisiaj muszę zabić, jak tylko wyjdzie z karczmy. I wyszedł do pola zrobić na niego zasadzkę.

Mnie tego zdawało się za dużo, z rewolwerem nie ma co spasować[53], i pomyślałem sobie, jeśli zrobi jakie głupstwo, to powie, żem ja go do tego namówił, i to mi to może źle wyjść. A zrobić to gotów, bo jest pijany i bijak zawodowy. Poszedłem po cichu od tych drugich do kuchni ku niemu, tam go baby obmyły ze krwi i odzienie mu zeszywały, i mówię do niego: słuchaj, 4 lata my ze sobą nie mówili i zawsześ na mnie czyhał, ale jeśli chcesz przyjść dobrze do domu, to chodź ze mną. Ów się na mnie popatrzał i mówi, ja z tobą już nic nie mam, bo się mnie bał, kiedy widział, że ja piję z tymi zbijakami, ale się zdecydował iść ze mną, kiedy ja mu jeszcze raz zaproponował, aby szedł ze mną.

Wyszliśmy z karczmy tylnymi drzwiami i kawałek polem, i przyszliśmy dobrze do domu. Teraz się dowiedział, żem mu dobrze chciał, i zawołał mnie tam do karczmy, i piliśmy znowu oba do drugiej po północy, i tam my się pogodzili, i zostaliśmy sobie na dalej wiernymi kolegami.

Tam upiłem się i zostałem spać u tej swojej. Rano spotkałem się znowu z jednym z kolegów, który szedł robić zaręczyny i więc na siłę zabrał mnie ze sobą, żebym mu szedł grać, a do mego domu posłał jednego chłopa po skrzypce, i na tych zaręczynach byłem dwa dni i dwie noce. Posyłaliśmy po wódkę, grali i tańczyli, tak że przepiłem przez te trzy dni 10 reńskich, co wtenczas była suma pokaźna.

Przyszedłem do domu, ojciec mnie zbeształ na funty[54], i mnie już wszystko obmierzło, bo nie miałem teraz za co tabaku kupić, a tyle pieniędzy przepił. Więc postanowiłem z domu na zimę wyjechać do Witkowic, bo na wiosnę miałem stawać do poboru wojskowego. Poprosiłem ojca, żeby szedł do gminy ze mną książkę wyrobić robotniczą, czemu się ojciec nie opierał, i poszliśmy. Jak już książkę w gminie dostałem, pozwałem ojca do karczmy, aby go poczęstować.

Więc ojciec jak se popił, mówi do mnie tak: słuchaj, ja z matką uradziliśmy tak, my tego starszego chłopca weźmiemy do siebie i dopóki my będziemy żyć, to będzie przy nas, a dopiero po naszej śmierci sobie go zabierzesz. Ale na podstawie tej, że więcej już do niej nie pójdziesz i już się jej wyrzeczesz raz na zawsze, bo przecież żenić się z nią nie możesz; cóż z nią będziesz robił i gdzie pójdziesz, kiedy ona ma jedno swoje dziecko, a oba macie dwoje, a posagu nie ma żadnego.

Ja wysłuchałem ojca i zgodziłem się na tę propozycję, ale z myślami nie, tylko tak po wierchu. Kiedy ojciec widział, że ja się z tym zgadzam, uradował się tym. Dopiliśmy wódkę, którą wziąłem, i poszliśmy do domu. Po drodze wstąpiliśmy do niej, ja posłałem znowu po wódkę, popiliśmy trochę, ojciec jej to znowu powtórzył, ale bezpodstawnie[55], czego ona dobrze nie mogła zrozumieć, dlaczego oni tego chłopca chcą wziąć.

Ale ojciec się trochę napił, zawalił się na ławie spać, udał pijanego, a nie był, więc ja myślałem, że ojciec doprawdy śpi. Pozwałem oną do karczmy, która była obok, żeby jej to wszystko opowiedzieć, te ojcowskie zamiary. Ale kiedy jej to wszystko opowiedział, zmarszczyła czoło i dała się w płacz. Na to przychodzi ciotka, bo rada też coś wiedzieć. Kiedy ona to ciotce wszystko opowie, aha, ciotka mówi, widzisz, a nie mówiłam ci, nie patrz Karczmarzy[56] (bo tak nas nazywano), bo to huncwoty; widzisz, on sobie jedno weźmie, drugie ci zostawi i wyliż mu[57]. Kiedy cię wdowcy chcieli, nie mogła się wydać, teraz masz, już się z tobą ożenił.

Ci wdowcy, co ją chcieli brać, byli oba największe pokraki.

Ale kiedy tak ciotka nagadała, teraz ja mówię tak: słuchaj, chłopca daj, kiedy go chcą wziąć, cóż będziesz z trzema robiła, a tam mu będzie dobrze, mają mu co dać jeść, a że ojciec mówi, ażebym się już ciebie wyrzekł, to mu to zrobię, kiedy tak chce, a ty jeśli się będziesz dobrze zachowywać, nie tak jak kiedyś się zachowywała, to choć cię się wyrzeknę gębą, ale sercem nie, i choć nam ojcowie będą zabraniali się schodzić, to jeśli my będziemy chcieli ze sobą pomówić, to my na to już czas i miejsce znajdziemy, co ojcowie o tym wiedzieć nie będą. A kiedy poślą po chłopca, to im go zanieś, bo ja teraz z domu wyjeżdżam do Witkowic, bo tu nie mam co robić, a ojciec z tego będzie ucieszony, żeśmy się już rozeszli.

Na te słowa wpada ojciec do karczmy zły i mówi: już czas, ażebyście zaprzestali ze sobą; bo on nie spał, tylko udał, że śpi, a kiedy się nie mógł doczekać, kiedy wrócimy, wtedy przyszedł za nami. Ale poczęstowałem ojca wódką, która go zaraz innym zrobiła, pożegnałem ją i poszliśmy do domu z ojcem.

Przyszliśmy do domu wieczór, była już godzina 10, ojciec to matce powtórzył, że ja się na to zgadzam, więc postanowili jutro po chłopca posłać.

Na drugi dzień rano posłali brata młodszego do niej, aby chłopca przyniosła. Ona się znowu wahała, bo tę nowinkę wnet kumoszki jedna drugi podały, naschodziło się ich do domu i radzą. Jedna mówi: dać, druga: nie, i tak radziły do południa. Aż na ostatek zdecydowała się na moje słowa dać chłopca i wzięła go, i do ojca przyniosła, zarazem i liter wódki, bo to ojciec lubił.

Jak my już wódkę wypili, tak teraz ojciec wstał zza stołu i mówi: Dzieci moje, zrobiłem wam to, czego jeszcze żaden ojciec nie zrobił i może nie zrobi; więc chłopca wziąłem, ale na podstawie tej, że się już oba więcej schodzić nie będziecie, a ty już o niej zapomnij, na co przysięgnij mi na tą Matkę Boską, że to wszystko dotrzymasz – wskazując obraz na ścianie Matki Boskiej Kalwaryjskiej.

Ja musiałem powtórzyć, że przysięgam na to, i podniosłem rękę w górę.

Teraz się obracają do niej: A ty, moja droga, tak samo się musisz jego wyrzec i jeśliby ci przyszedł kiedy do domu, to weź wrzącej wody i wyparz mu oczy – na co ona odpowiedziała, że ja. Ale jak było jej na sercu, kiedy w oczy jeden drugiego musiał się wyrzekać!

Po tej mowie ona się pożegnała z chłopcem, z matką i ze mną, bo jutro już miałem do Witkowic jechać, i poszła. Ojciec nie pozwolił mi nawet onej do drzwi odprowadzić, ba, poszedł sam i jeszcze na polu jej mówi: słuchajże, dziecko moje, pięknie cię proszę, jeśli tam kiedy przyjdzie, weź wody i wyparz mu oczy. Dobrze – odpowiedziała ona i poszła.

Następnego dnia wczas rano zebrałem się z domu i poszedł do stacyji. Matka dała mi na drogę kilo masła, tom go zostawił, kiedym przechodził koło domu tej swojej, dziecku, i pojechałem.

 

Przyszedłem do Witkowic 8/1 1912. Dwa dni chodziłem za robotą, bo było wszędzie dość, bo to zimowa pora, to wszystko się cisło do werków. Dostałem się do jednej celulozki, ale tam była niedobra robota, a płaca była mała, bo tylko 2 korony 50 helerów[58] i z tego trzeba było płacić kwaterę 70 helerów na tydzień.

Tam porobiłem do 29 marca, bo mi z domu pisali, żebym przyjechał, że im mówił wójt, że 15/4 będzie pobór do wojska, żebym przyjechał do domu. Ja przez ten czas com listy pisał do niej, tom adresował na kolegę i on jej listy dawał, żeby ojciec nie wiedział, że piszę do niej. Nawet raz posłałem jej 10 koron na dziecko w liście. Pieniędzy przez ten czas usporowałem mało; raz, że się nie dało; drugi, żem też trafił między złych ludzi.

Kiedy otrzymałem list z domu, wymeldowałem się z roboty i przyjechał do domu. Wstąpiłem do swojej na chwileczkę, ale niedługo, tylko, tylko, dałem jej parę koron i poszedłem do domu. Przyszedłem do domu, dałem ojcu 20 reńskich, troszkę się mu malało tego, ale nic nie mówił. Zaraz zacząłem chodzić do roboty do lasu i tak schodziło dzień za dniem.

Ja miałem zamiar taki: jak będzie asenterunek na wiosnę, to jak mnie do wojska nie wezmą, to pojadę zaraz do Prus. I tak schodziło dzień za dniem, a poboru nie było.

Przez ten czas tośmy się razem schodzili w niedzielę, ale musieliśmy się ukrywać. Czasem wieczór i też tam poszedł, ale w ten sposób: od domu dałem ślad, że idę w inną stronę, a potem zakręcił i poszedł tam. I tak mi to dosyć długo schodziło.

Aż razu jednego popiłem tam trochę z kolegami wieczór i zasnąłem, tak że obudziłem się już rano. Zerwałem się i idę do domu. Wtenczas mnie ojciec zobaczył, skąd ja powracam. Przyszedłem do domu, tak wojował ze mną, a nawet jem oberwał dwa razy, i mówi: na co moje prośby a twoja przysięga, kiedy ty to samo robisz, coś robił. Tak wojował ze mną, że musiałem z chałupy uciec. Poniewierałem się dwa dni, w dzień szedł do roboty, a w nocy spał u siostry. Ale znowu ojca opuściło, posłał po mnie, potem my już żyli spokojnie.

Tak nareszcie przyszedł pobór do wojska 14/8. Ciężko oczekiwałem tego dnia, co będzie ze mną. Aże nadszedł ten dzień, kiedy stanąłem przed komisyją. Zostałem zabrany do wojska, czego się nigdy nie spodziewałem. Zasmuciło mnie to dużo, ale cóż robić. Ale kiedy się ona dowiedziała, żem został wzięty, to ją bardziej zasmuciło niż mnie.

Więc tych parę dni, które miałem od poboru do wstąpienia, zeszły bardzo prędko, bo 15/10 trzeba było iść. Więc wtenczas tośmy się już nie ukrywali przed ojcami. Ojciec już też teraz nic nie mówił, bo widział, że to nic nie pomaga. Nieraz razem my sobie popili, ojciec z matką i ona, oj, i nieraz my się i popłakali, kiedy my widzieli teraz długą rozłąkę, bo aż trzy lata.

Józef Omyła, syn Karola, drugi z prawej, w czasie służby wojskowej w okresie międzywojennym.

CZĘŚĆ III

DŁUGIE ROZŁĄCZENIE I WOJNA

KIEDY JUŻ PRZYSZEDŁ DZIEŃ 15 PAŹDZIERNIK, trzeba się było brać. Było to smutne dla mnie, a jeszcze smutniejsze dla mojej matki, bo przede mną wyszli trzej bracia, co żaden do wojska nie szedł; dopiero mnie pierwszego wyprawiała.

Nie było to nic wesołego, bo już we 12 roku[59] miała Austryja zatargi ze Serbiją. Więc już moja matka coś niedobrego przeczuwała. Płakała już dwa dni przedtem, a kiedym już miał iść, to aże mdlała. Żal mi jej było, ale cóż miałem robić, kiedy już byłem zabrany. Uściskałem swego chłopca i matkę, drżącą od płaczu, i tylkom tyle mógł powiedzieć: proszę was, mateczko, dajcie mi też pozór[60] na tego chłopca, bo rzecz stoi tak, sprzeciwiać się memu upodobaniu nie musicie; co do tej mojej, to już rzecz moja, bo choćbyście wy na głowie stawali, jeśli ja się będę chciał z nią żenić, jak się będzie dobrze sprawować przez ten czas, to się ożenię. A choćbyście mnie i namawiali, jeśli znowu ja nie będę chciał, to mnie też nie nażenicie. Ale w każdym razie tak bym chciał, żeby moje dzieci na czyje ręce nie przyszły.

Więc jeszcze raz matkę uściskałem i opuściłem dom. Ojciec szedł ze mną, poszła i ta moja ze mną także. Ciężko mi jakoś było na sercu, ponieważ dzień był piękny, ludzie ziemniaki kopali, każdy mówi: Boże, szczęść; ja już nawet nie wszystkim mógł odpowiedzieć, bo mi łzy mowę tamowały. Nie był już ten ze mnie co przed paru dniami mówny, wesoły, skory do wszystkiego, a dziś idzie jak baranek cichutko. Wszystko go opuściło.

Wleźliśmy do jednej karczmy, było tam już paru kolegów, cośmy musieli iść razem, wypiliśmy troszkę wódki, ojciec pożegnał się ze mną i wrócił do domu. Moja została jeszcze chwilę koło mnie, kupiłem jeszcze sukienkę dziecku, dałem jej i nie mogliśmy się nagadać. Ale kiedy już był czas, pożegnaliśmy się i wszystko pijane poszedł każdy swoje stronę.

Oj, jak to smutno było, kiedy przyjechaliśmy do Suchej[61]. Wódka z głowy wyfuczała i teraz już trzeba było pomyśleć, jak się to będzie powodziło przy tym wojsku.

O czwartej rano odjechaliśmy do przeklętych Wadowic. Skorośmy tam z pociągu wysiedli, chcieliśmy jeszcze wleźć do karczmy co zjeść i wypić, a tu już patrola żołnierzy i już wszystko żeną[62] do koszar. Już się to zaraz przykro zdawało, bo to nie było tak jak we wsi.

W koszarach, kiedyśmy już każdy otrzymali swój przydział, dostało się nas trzech do kupy. Zawiódł nas kapral, który był po nas[63], do jednej karczmy za miasto. Tam my mieli spać w stodole. Ale w tej karczmie było wesele. Jak my wleźli do karczmy, jaki nas żal ogarnął, jak my widzieli, jak wesoło się bawią, i siedliśmy za stołem, wzięliśmy wódki i pijemy.

Jak my sobie podpili, wstąpiła do nas jeszcze dusza cywilna, poprosiliśmy jednego cywila, żeby nam pozwolił zatańcować, na co zaraz otrzymaliśmy pozwolenie. Jak my się dali tańcować a płacić wódkę cywilom, tak my hulali ze trzy godziny, aż przehulałem do ostatniego centa i wesele poszło do domu, a ja do stodoły pijany spać.

Na drugi dzień kiedym się obudził a rozmyślał, to się mi zdało, że zgłupieję za tymi pieniędzmi. Po południu odjechaliśmy do Krakowa na Czerwony Prądnik. Byłem przydzielony do 16 kompanii 56 pułku.

Jaki to był smutny i ciężki początek! Tu trzeba różne rzeczy kupić, a pieniędzy nie ma, i jeść się nieraz chciało, aż człowiek gwiazdy na niebie widział, a pieniądze przepił; a teraz żebym ich miał! Ale to już jakoś schodziło dzień za dniem.

Aż przyszedł 26 listopad, w którym zostali pociągnięci rezerwiści, i nasz czwarty baon poszedł do Niepołomic na granicę rosyjską. Tam się nam trochę polepszyło na menaż[64], ale na ćwiczenia pogorszyło.

I tak zeszło do świąt Bożego Narodzenia, kiedy to rekruci dostawali pierwszy urlop, którego czekaliśmy jak nie wiem czego. Ja został zapisany na urlop na Nowy Rok, a drudzy pojechali na Wiliję. We Wiliję przyszedł do sali nasz kapitan, mieliśmy co jeść i pić, ale człowiek miał wciąż dom na myśli.

Nareszcie przyszedł ten oczekiwany dzień, w którym rano otrzymaliśmy karty urlopowe i z wielką, niewypowiedzianą radością odjechaliśmy. Każdy sobie w myśli składał, jak się będzie witał i cieszył w domu.

Ale ja nie zastał tak w domu, jak myślałem, bo z narzeczoną jem się powitał z wielką radością i zaraz mi powiedziała, że moja matka chora jest. Troszkę my sobie popili, ucieszyliśmy się ze sobą, ale wnet poszedłem do domu. A matka, jak ja poszedł do wojska, tak się rozchorowała i coraz było gorzej.

Przyszedłem do domu, bardzo się ucieszyła i skoczyła ku mnie, i mówi: och, moje dziecko, że cię też jeszcze widzę. Bardzo mi było wesoło tych parę dni, ale ich było mało, bo tylko 5. Kiedy przyszło odchodzić, to teraz dopiero było smutno, ale matka jeszcze mnie kawałek odprowadziła, choć była chora, ojciec także mnie odprowadził i narzeczona.

Tak zakończył się rok 1912.

Po urlopie ciężko znowu było rozpocząć to życie wojskowe, bo mnie po Nowym Roku przydzielili do szkoły podoficerskiej, w której to dopiero było wojsko.

Ale ku ostatkom[65] otrzymałem list od tej swojej, że moja matka bardzo chora, więc na ostatki dostałem ledwo 3 dni urlopu. Przyjechałem na ten urlop, spotkałem się z ojcem we wsi na drodze, zamiast się ucieszyć, to mi ojciec mówi: no, po cóżeś przyjechał, myślisz, że ci będę srał pieniądzami; bo mi z domu nie pisali nic. Ojciec wtenczas poszedł rano na[66] leki matce, to przyszedł wieczór o 10 pijany; jeszcze by był zmarzł, kieby nie ja był go natrafił.

Przyszedłem do domu sam, a ojca zostawiłem u siostry leżeć pijanego. Matka była już taka chora, że z łóżka sama nie wyszła, a spuchnięta jak kłoda. Smutny był ten urlop dla mnie, bo przyjechałem w piątek rano, a w niedzielę w południe musiałem odjeżdżać. Na tym urlopie nie miałem żadnej wesołości.

I znowu po urlopie było parę dni smutnych, ale się znowu człowiek przyzwyczaił. W połowie postu otrzymałem list od swojej, że jedzie do Prus. Znowu mi się smutno zrobiło, bom sobie pomyślał: ej, Boże, wiem, jak tam będzie wesoło, ale tu... Ale znowu musiałem zapomnieć. Pisaliśmy do siebie dość często, ale z domu mało listów otrzymywałem.

Aż w Zielone Świątki rano staliśmy na ganku, wypłacali nam żołd. Wtem wchodzi na ganek listonosz i zapytuje się, który to jest K.O., i podaje telegram kapitanowi, i poszedł. Kapitan przeczytał i woła: K.O., telegram, matka umarła.

Stałem na miejscu jak trup i zbladł, i cały zgłupiany, i nie wiem, co się ze mną robi. Ale kapitan mówi tak: We wtorek pogrzeb, pojedziecie.

Poszedłem z ganku jak głupi na salę. Dopiero na drugi dzień w południe odjechałem z Niepołomic. Przyjechałem do Żywca wieczór o 9, więc myślę sobie: czekać do rana na pociąg, bo wieczór już nie szedł, będzie późno, bo przyjadę do Rajczy, to już będzie pogrzeb w kościele, a ja chciałem jeszcze matkę w domu zastać i zobaczyć ją jeszcze choć raz po śmierci. Postanowiłem iść na nogach. Ze Żywca wyszedłem o godzinie 9 i mogłem przyjść do domu koło 3, alem zbłądził, bom tam nigdy na nogach nie szedł. Przyszedłem do domu rano o szóstej; tom całą noc nigdzie nie spoczywał.

Przyszedłem do domu, już się zbierali do pogrzebu, alem jeszcze matkę ostatni raz zobaczył. Poszliśmy z pogrzebem, trzeba było iść dobrze 2 godziny. Kiedy przyszliśmy z pogrzebu, to się już nie chciało iść do domu, bo ten był taki głuchy, pusty. Zdało się, że nikogo w nim nie ma.

Przyszliśmy do domu, ja i ojciec, położyliśmy się spać, a siostra, ta, która dotychczas nie chciała nic w domu pomóc ni dać, teraz była 5 dni przy śmierci matki i zaraz się ojca zapytała, co jej za to dadzą, i kiedy ja z ojcem spał, to za ten czas wlazły siostry, ta wydana i ta druga, do kumory i zaraz ojcu kumorę zrabowały.

Na drugi dzień rano już odjechałem i zaraz to napisałem do swojej.

W czerwcu zostałem przydzielony do karabinów maszynowych. Na początku lipca dostałem tak zwany anbau[67] urlop 3 tygodnie.

Przyszedłem do domu; to już ojciec o matce zapomniał, bo już ma kochankę, co tylko gdzie może złapać, to sprzeda a przepija z nią. Już sprzedał zboża koło 2 metrów, maszynę młocarnię i dużo innych rzeczy.

Ten młodszy brat poszedł do Witkowic, tylko jeden jest przy ojcu i to się oba zgodzić nie mogli. Chłopiec mój nie w porządku. Jednym słowem powiedzieć, że jest już wszystko przewrócone. Kiedy matka żyła, to było zawsze u nas ludzi dość, teraz tydzień przeszedł, co nikt do nas nie zajrzał. Nieraz mój chłopiec spał sam w domu, bo ojciec poszedł ku kochance, a brat ku kolegom, a chłopca w domu samego zamkli i sam spał.

Bardzo na tym całym porządkiem, jaki w domu zastałem, sumienie mnie bolało[68], ale cóż miałem robić. Co mogłem w domu, to robiłem, ale kiedy chęci do niczego nie było, bom nie mógł ojca z bratem pogodzić. Ojciec przez dzień był w domu, wieczór prędko się odbywał[69] z robotą domową i szedł do kochanki, od której dopiero rano wracał i dla siebie w domu zawsze miał coś lepszego do zjedzenia, a brata jako mógł, to zbywał. Rano kluski z cienkim mlekiem, na południe wziął kawałek placka, czasem mu dał ojciec trochę mleka, a wieczór to znowu te kluski zimne, co zostały od rana. Masła miał ojciec dość, ale to się zbierało na sprzedaj, żeby było za co pić z kochanką, bo też z niego był dobry amator, po dwóch krowach to na tydzień potrafił 2 kila masła zrobić, którego brat nigdy nie skosztował; ale wypłatę bratową to ojciec zabierał wszystką, czasem mu tam coś wyrzucił na tabak, bo brat robił w lesie.

 

Z takimi spierkami[70] i z nienawiścią jeden do drugiego żyli oba. Ja na razie nie byłem ni po stronie tego, ni tego, obstawałem sam przy sobie, aby to lepiej wszystko zrozumieć, te ich błędy. Nawet brat zażądał podziału, że co jest jego, to sobie weźmie i idzie od ojca precz, na co ja się znowu zgodzić nie chciał, bo widziałem w tym błąd brata, który jeszcze był młody; tylko my się podzielili potrawą[71] i bydłem. Krowę dostaliśmy trzech jedną, którą oszacowali chłopi na 65 reńskich, którą brat chciał sprzedać i pieniędzmi się podzielić, ale ja na to nie przystał, zostawiłem ją przy ojcu.

Z takimi przykrościami różnymi ten cały urlop mi przeszedł, żem żadnej uciechy ani wesołości przez te trzy tygodnie nie miał. Po urlopie powróciłem znowu do swego oddziału i znowu zaczęło się życie wojskowe.

Tutaj jestem zmuszony sam siebie pochwalić, choć mi to jest przykre, bo jak już pisałem, w cywilu prowadziłem wprost życie rozpustne i pijackie, ale u wojska to się stał ze mnie zupełnie człowiek inny. Wódki nigdy do ust nie wziąłem, po mieście nigdy bez potrzeby nie poniewierał się, ani za domem, ani za kochanką nigdy nie tęsknił, służby pilnował jak oka w głowie, za co też wnet pozyskałem szacunek od podoficerów i od kapitana, który był komendantem II oddziału karabinów maszynowych, i u wszystkich uchodziłem za najlepszego i wzorowego żołnierza, bo też nigdy z niczym ostatni nie byłem. Kiedy nieraz w niedzielę po południu cały oddział poszedł do miasta, ja zostawałem sam u oddziału, dla zbicia czasu trudniłem się przepisami wojskowymi, instrukcjami, co mi przynosiło dobre korzyści dla wydoskonalenia się.

W jesieni w roku 1913 zrobili drugie podanie mnie na frajtra[72], bo na wiosnę miałem jedno, alem to zgubił, tak samo jak i to teraz; bo my rekruci z roku 1912 musieliśmy tylko służyć 2 lata, podoficerowie 3. Kiedy ja raz i drugi zobaczył, że mnie chcą zrobić frajtrem, później zostanę kapralem i za to służyć rok więcej, tom sobie pomyślał: Tak nie będzie. I jak zrobiłem raz, tak drugi raz poszedłem do miasta, choć trzeźwy, ale spóźnił 1 godzinę, i z tym już nominacyja wsiąkła, bo to już podlegało karze dyscyplinarnej.

Więc kiedy się to powtórzyło po raz drugi, okropnie mnie kapitan za to zbeształ; zaraz mi powiedział: Widać tego przyjąć nie chcecie, bo nigdy do miasta nie chodzi, ale zawsze wtedy, kiedy na niego podana nominacyja, i to zaraz musi spóźnić. Ale ani pierwszy raz, ani po drugi za to karany nie zostałem.

W październiku poszedłem na kurs do Bruku[73], skąd przyniosłem najlepsze świadectwo ze wszystkich, co nas tam było 8 od pułku, ponieważ wystrzelałem się na formajstra[74] i na maszyngiewerszyca[75], za co miałem być zaraz mianowany do kaprala, jak tylko będzie plac[76].

I tak mi zeszło aż do Bożego Narodzenia. Na Boże Narodzenie urlopu nie otrzymałem, dopiero miałem jechać na Nowy Rok, ale za to we wieczór wigilijny dał nam nasz feldfebel 5 koron na wódkę, a my do tego dołożyli 2 i kupiliśmy ćwiartówkę[77] piwa i liter spirytusu, a było nas tylko 7, tośmy pili a śpiewali całą noc, i to samo się robiło u innych kompaniji; tak śpiewali, weselili się, że cały lagier[78] jęczał. I w Boże Narodzenie wieczór tak samo było. Oficerowie sobie mówili, że tyle lat już niektórzy służyli, ale takich wesołych świąt żołnierze nie odprawiali jak tego roku. A to dlatego, że drugich świąt już nie każdy doczekał, bo w lecie wybuchła wojna.

Na Nowy Rok otrzymałem urlopu 5 dni. Tak skończyłem rok 1913.

Na tym urlopie ucieszyłem się dość, ale nie w domu, tylko u kochanki, bo w domu było tak: ojciec patrzał tylko swojej kochanki, a brat jako chłopak gdzie mógł chwilkę zbawić[79], a najmłodszy brat nawet na święta do domu z Witkowic nie przyjechał. Ale u kochanki zabawiłem się, bo przyszli moi koledzy, posłali po wódkę i urządzili muzykę przez ten czas po dwa razy, i już się urlop skończył, i trzeba było jechać.

Po urlopie znowu prowadził życie wojskowe. Powodziło się mi teraz już dobrze po tych kursach, które trwały przez osiem miesięcy, bo 4 w szkole podoficerskiej, 3 u pułku przy maszynkach[80], a 1 w Bruku, skąd dostałem świadectwo najlepszego wyszkolenia do maszynek, które pokochałem całym sercem; i z tego oddziału byłem zupełnie zadowolony. Toteż nic dziwnego, że się mi dobrze powodziło, bo kochał mnie każdy, nigdy do niczego prosić mnie nie trzeba było. Dość na tym, że byłem żołnierzem do zawołania i wzorowym, a wojsko pokochał teraz całą duszą.

Tak przyszły ostatki, na które otrzymałem 5 dni urlopu. Przyjechałem do domu w niedzielę rano, zostałem zaraz w kościele, po kościele do karczmy, gdzie zabawiłem do wieczora. Wieczór u kochanki.

W poniedziałek rano przyszedłem do domu. Tam była ojcowa kochanka ze synem i brat, jeden z tych, co byli żeniaci, tam się gościli, co mnie do gustu nie było, bo mi ta moja przyszła macocha śmierdziała. Zabawiłem tam przy nich do wieczora, a wieczór znowu poszedł do swojej, bo tam w jednym domu chłopcy urządzali muzykę, na którą przyszedłem za późno, bo się przez dzień popili, stańczyli i teraz już wszystko spało. Co i ja zrobił.

Dopiero na drugi dzień rano, to znaczy we wtorek, jeszczem spał, kiedy już przyszli do mnie z wódką i żebym szedł na muzykę, na co mnie dużo prosić nie trzeba było, bo tam bawiłem do godziny 11 wieczór. Potem udałem się spać.

We środę przyszedłem do ojca, tylko płaszcz wziął i pożegnał się, coś mi dał ojciec na drogę trochę słoniny, i poszedł do stacyji. Do stacyji mnie moja odprowadziła. Mieliśmy dużo do mowy, bo ona znowu miała jechać do Prus z dzieckiem, to się znowu nie mieliśmy widzieć aże na święta Bożego Narodzenia. Drogą namówiliśmy się dosyć. Przyszedł na stacyję, wziął bilet i siednął na pociąg. Zawołał: Z Bogiem! Zobaczymy się za 10 miesięcy. I odjechał.

Znowu rozpoczął życie wojskowe, które szło zwykłym trybem aż do 26 lipca[81], kiedy to został zamordowany austryacki następca tronu. To zajście zaraz nie smakowało oficerom, zaraz na to pomrukiwali, że z tego coś będzie. Ale my żołnierze nic sobie z tego nie robili, bo po prostu na tym się nie rozumieli; ale na razie co się toczyło w świecie, to my nic nie wiedzieli.

Nadszedł 3 lipca, tak zwany anbau urlop. Którzy byli zapisani, pojechali na 3 tygodnie, a ja się tego roku nie zapisał, bo mnie w domu nic nie cieszyło; którzy nie dostali urlopu 3 tygodnie, to dostali na 3 tury po 7 dni.

I ja się dostał na 7 dni na pierwszą turę, ale ten urlop mnie dużo nie ucieszył, bom nie miał z czym[82]. Na jednym weselu byłem, tom nie miał za co tabaku kupić, ale mi brat Franek dał.

Kiedy nadszedł dzień odejścia z urlopu, było to 26 lipca, ojciec przyniósł liter wódki, popiliśmy sobie dobrze, brat Franek dał mi 6 koron na drogę, pożegnałem się i poszedł. Kiedy szedłem przez wieś, ogromna wesołość mnie zbierała. Żebym się nie był wstydził, tobym był śpiewał całą gębą. Nie mogłem tego pojąć, czemu mi tak wesoło.

Dopiero kiedy przychodzę na stacyję, biorę bilet, naczelnik się mnie zapytuje, czemu tak prędko wracam. Ja odpowiadam, że się mi urlop skończył, miałem 7 dni, dziś jest ostatni, muszę jechać. Aha – mówi naczelnik – to ty nie miałeś 3 tygodni, bo ci, co mają 3 tygodnie, muszą natychmiast wracać, bo będzie wojna. Dziś o szóstej wieczór będziemy wiedzieć prawdę.

Ale ja zapóźniłem pociąg, który szedł o pół piątej. Musiałem czekać do pół 9-tej. Poszedłem do karczmy obok stacyji, gdzie spotkałem znajomą dziewkę, która tam służyła. Opytała się mnie, gdzie jadę i jak co idzie. Widzi, żem podpity, zaprowadziła mnie do kuchni na swoje łóżko, ułożyła i mówi: śpi pan spokojnie, przed pociągiem pana obudzę.

Na przepustce (?). Józef Omyła, syn Karola, w środku.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?