Szatan i Judasz

Tekst
Autor:Karol May
Z serii: Szatan i Judasz #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karol May

Szatan i Judasz, Tom 7, Dolina Śmierci

Warszawa 2016

Spis treści

Daremne łowy

Znów na Zachodzie

W Dolinie Śmierci

Daremne łowy

Nie ulegało wątpliwości, że Tomasz Melton ukrył gdzieś rzeczy Huntera, ale gdzie? – odkrycie tego było zadaniem dosyć trudnym. Liczyłem na pomoc, dowcip i przenikliwość Winnetou i Emery’ego. Przede wszystkim jednak trzeba było sporządzić dokument o sekcji zwłok Huntera. Papier znalazł się w pakach Krüger-beja. Akt został sporządzony w języku angielskim i arabskim i podpisany przez nas wszystkich. Krüger-bej i szejk przypieczętowali podpis swoimi sbawatim. Ufałem, że dokument będzie uznany za prawomocny w Stanach Zjednoczonych. – Chcieliśmy się już zabrać do szukania rzeczy Huntera, gdy zatrzymał nas szejk:

– Spełniłem swoją powinność i będę spełniał nadal. Ale teraz proszę, abyście i wy uczynili, co do was należy.

– Co masz na myśli? – zapytałem.

– Miałeś nam wydać Uled Ayunów.

– Dostaniesz ich, ale pod warunkiem, że zgodzisz się na okup.

– Godzę się. Przyprowadźcie ich tutaj! Ja tymczasem zwołam zgromadzenie starszych, które oznajmi Ayunom nasze warunki.

Wiedziałem, że tu oczekuje nas ciężka praca. Okazała się o wiele cięższa, niż nawet przypuszczałem. Ayuni uważali, że sto wielbłądzic za jedno życie ludzkie to za wiele, stanowczo za wiele. Byli przekonani, że ustąpimy, i targowali się, dopóki nie poznali, że wytrwamy niezłomnie przy warunkach, i dopóki szejk nie oświadczył, że umrą jeszcze przed północą, jeśli będą się dłużej ociągać.

Aby nie tracić czasu, wysłano dwóch Uled Ayarów z poselstwem do Uled Ayunów. Mieli zawiadomić o tym, co się zdarzyło i co w następstwie uchwalono. Nie groziło im żadne niebezpieczeństwo. Posłowie, którzy przybywają po diyeh, są nietykalni według zwyczaju wszystkich plemion beduińskich.

Elatheh rzeczywiście wyjednałem sto wielbłądzic. Ponieważ Kruger-bej zapewnił ewentualną wojskową pomoc przy ściąganiu okupu, więc była pewna, że je otrzyma. Przyszła do mnie ze swym „panem i władcą” podziękować za uratowanie życia i za „przyrzeczone bogactwo”.

Mąż jej był człowiekiem ubogim. Posiadał tę tyko odzież, którą nosił na sobie, a składała się z koszuli bez rękawów i z chusty na głowie. Mimo ubóstwa przemówił do mnie tonem potężnego księcia:

– Effendi, uratowałeś od śmierci moją żonę i dziecko, i oto twoja dobroć zapełni mój namiot bogactwem, którego zresztą jeszcze nie widzę. Moje serce jest przepełnione czułą wdzięcznością. Wiedz, że otaczam cię moją szczególną opieką, póki pozostaniesz między nami.

Rozporządzaliśmy wojskiem o sile czterystu jeźdźców – nie wiedziałem tedy, na co mi się może przydać opieka biednego Ayara. A jednak, nie ma istoty tak, słabej, małej i lichej, aby można było bezkarnie odrzucać jej przyjaźń.

Teraz mieliśmy dosyć czasu, aby odszukać rzeczy Smalla Huntera, lecz godzina była już za późna. Pertraktacje z czternastoma Ayunami trwały tak długo, że upłynął dzień i zbliżała się pora wieczorna. Nie pozostawało nam nic innego, tylko odłożyć poszukiwania do następnego dnia.

Nie śpieszyliśmy się zresztą. Obaj Meltonowie byli dobrze strzeżeni – przy starym czuwali dwaj kawalerzyści, którzy luzowali się co dwie godziny, młody zaś odstawiony został do jeńców Ayunów, pilnie strzeżonych przez Ayarów.

Los Tomasza Meltona przedstawiał się wyraźnie. Odwieziony do Tunisu, będzie tam jako zdrajca zasądzony i stracony. Rodzaj śmierci zależał od orzeczenia baszy. Natomiast przyszłość jego syna była mniej określona. Ponieważ spiskował wraz z ojcem, był zatem współwinowajcą, a więc należało się w każdym razie spodziewać, że droga jego nie będzie usłana różami.

Ubolewałem z całego serca, że nie potrafiłem, uratować Smalla Huntera. Natomiast obaj Meltonowie zostali unieszkodliwieni. Byłem przekonany, iż rodzina Vogel bez przeszkód wejdzie w posiadanie spadku. Kiedy sobie wyobrażałem radość tych ludzi, musiałem uważać wszystkie swoje trudy za niewspółmiernie drobne.

Tymczasem podczas dnia wojownicy Ayarów i nasi żołnierze odpowiednio przygotowali uroczystą ucztę pokojową, która miała się odbyć wieczorem. Według zwyczajów tamtejszych żadna uroczystość, żadne ważniejsze zdarzenie nie może się obejść bez hucznej biesiady.

Nasi żołnierze mieli znaczne zapasy suchej żywności. Ayarzy umieścili za wąwozem niewielką, przeznaczoną dla potrzeb wojska, trzodę, która została w ciągu dnia przyprowadzona do obozu. Mieliśmy więc dosyć mięsiw, mąki, daktylów i wiele innych produktów. Wody też nie brakowało, gdyż w wąwozie – zapomniałem nadmienić – biło źródło, które skłoniło Ayarów do rozłożenia tam obozu jeszcze przed naszym przybyciem. Światła nie trzeba było zapalać, ponieważ księżyc wkrótce wypłynął i świecił jasno.

Pomijam bez szkody dla czytelnika opis uczty. Beduin jest w najwyższym stopniu wstrzemięźliwy, ale w podobnych wypadkach potrafi pochłaniać wprost zadziwiającą ilość wszelakiego jadła. Nie myślano o oszczędności – wszak wiedziano, że wkrótce nadejdą wielkie trzody Ayunów.

Wrzawa i ożywienie ucichły dopiero po północy. Więcej niż nasyceni pokładli się w grupach żarłocy do snu. Po chwili zaległo milczenie. Ja i Winnetou dostaliśmy wspólny namiot.

Zanim się położyłem, obszedłem obóz i odwiedziłem obu Meltonów. Pod pieczą wartowników nie dawali powodu do troski. Kiedy wróciłem do namiotu, zobaczyłem siedzącego pod nim Beduina, w którym poznałem męża Elatheh.

– Co tu robisz? – zapytałem.

– Czuwam, effendi – odpowiedział.

– Trud twój zbyteczny. Połóż się spać!

– Effendi, jeśli będę spał w dzień, w nocy będę mógł czuwać. Jesteś pod moją pieczą.

– Ależ człowieku, nie potrzebuję jej wcale!

– Skąd wiesz? Tylko Allah może wiedzieć! Mam ci tyle do zawdzięczenia, a jestem tak ubogi, że nie mogę nic podarować. Wyświadcz mi łaskę i pozwól czuwać! Wszak nie stać mnie na nic więcej!

– No, więc dobrze. Nie chcę zasmucać cię odmową. Niech Allah będzie z tobą, mój strażniku i przyjacielu!

Podałem mu rękę i wszedłem do namiotu. Miano przyjaciela uszczęśliwiło go ponad wszelki wyraz.

Winnetou był także zmęczony, gdyż nocy poprzedniej spał nie więcej, niż ja. Wkrótce zasnęliśmy. Blisko trzeciej po północy, a więc nie bardzo długo potem, przebudził mnie okrzyk spoza namiotu:

– Kto tam? Wróć!

Wsłuchałem się uważnie. Winnetou zerwał się również.

– Wróć! – zabrzmiało po raz drugi.

Wyszliśmy z namiotu. Mój przyjaciel i strażnik stał i wsłuchiwał się w ciszę nocną. Księżyc już zaszedł.

– Co się zdarzyło? – zapytałem.

– Siedziałem przy drzwiach i czuwałem – od powiedział. – Nagle zauważyłem jakiegoś człowieka, który czołgał się na czworakach. Kiedy zawołałem, zniknął szybko. Podniosłem się i obszedłem namiot. Z drugiej strony zobaczyłem innego, który również zerwał się i uciekł.

– A może to były zwierzęta?

– Jakie zwierzęta! To byli ludzie, którzy przyszli tutaj w złych zamiarach.

– Nie sądzę. Jesteśmy wśród przyjaciół.

– Wiesz na pewno? Allah tylko może wiedzieć! Ale wróć do namiotu i śpij spokojnie. Czuwam nad tobą.

Wróciłem do namiotu, pewny, że Beduin się omylił. Winnetou był tego samego zdania.

Wkrótce zmorzył nas sen. Lecz po godzinie obudził nowy zgiełk. Chwyciliśmy za broń wyszli z namiotu.

Na wschodzie rozlało się światło jutrzenki. Rozjaśniło się całkowicie. Pierwszym, którego zauważyłem, był Krüger-bej, pędzący ku naszemu namiotowi. Z podniecenia krzyczał po niemiecku i niemal bez tchu:

– Jeńcy uciekli, zabierając trzy wielbłądy!

– Jacy jeńcy? Mamy rozmaitych, Meltonów i czternastu Ayunów. O kim pan mówi?

– Nie Ayuni!...

– A zatem Meltonowie? Do pioruna! Musimy pędzić za nimi! Ale oto pańscy ludzie biegną w rozsypkę i zacierają ślady. Rozkaż pan, aby każdy zatrzymał się na miejscu, na którym teraz stoi!

Rozkaz został rozgłoszony iście gromowym głosem, po czym zapanował zupełny spokój. Szejk i Emery przybiegli także i oto co opowiedział Krüger-bej:

– Kiedy dwaj strażnicy przyszli przed dziesięciu minutami zastąpić swoich kolegów, nie zastali już kolorasiego Meltona. Jego więzy leżały na ziemi obok martwego strażnika. Pierś ma przebitą nożem.

– Czy nieboszczyk jeszcze tam leży? – zapytałem.

– Tak.

– Chodźmy!

Leżał biedny człeczyna. Klinga dotarła do samego serca. Nie zdążył zapewne nawet słowa powiedzieć, nawet krzyknąć. Najdziwniejsze jednak było to, że dopiero po tym odkryciu spostrzeżono nieobecność młodego Meltona. Poza tym zniknęły trzy najlepsze wielbłądy.

Winnetou nie rozumiał ani słowa. Spojrzał na mnie pytającym spojrzeniem. Wyjaśniłem mu to nowe, niezbyt miłe zdarzenie. Opuścił głowę, namyślał się przez chwilę, po czym rzekł:

– Jeden ze strażników nie żyje. Gdzie jest drugi?

– Zwiał! – odpowiedział Krüger-bej, któremu przetłumaczyłem pytanie.

– A zatem był w zmowie z Meltonem! – rzekł Apacz. – I dlatego właśnie Melton powiedział, że nie jest tak bezbronny, jak przypuszczasz.

– Słusznie – potwierdziłem. – My obaj, dzięki przezorności naszego strażnika, uszliśmy wielkiego niebezpieczeństwa. Meltonowie podkradli się do naszego namiotu, aby się zemścić, zostali jednak odpędzeni przez tego dzielnego człowieka.

 

– Musimy ich ścigać!

– Tak, i to natychmiast. Niestety, zabrali najlepsze wielbłądy. Trzeba się zadowolić gorszymi.

Zakomunikowałem Panu Zastępów nasze postanowienie i prosiłem, aby wyszukał trzy najlepsze zwierzęta i zaopatrzył nas w żywność i wodę na kilka dni.

– Tylko trzy? Czemu nie więcej?

– Ponieważ tylko we trzech pojedziemy – ja, Winnetou i Emery.

– A ja nie?

– Nie. Masz inne obowiązki. Musisz zostać przy wojsku.

Kiedyśmy rozmawiali ze sobą po niemiecku, mówiliśmy do siebie przez pan, ale po arabsku tykaliśmy się, ponieważ odpowiada to bardziej duchowi tego języka.

– W takim razie dam wam kilku dzielnych oficerów i żołnierzy.

– I na to się nie godzę. Cała nadzieja w pośpiechu. Zbyt wielu towarzyszy może być tylko przeszkodą. Skoro my trzej będziemy dosiadali najlepszych wielbłądów, inni wnet pozostaną za nami i nie przydadzą się zatem. Tak już wypada, żebyśmy we trzech pojechali. – Nakaż swoim pośpiech!

Wykonał prośbę. Winnetou wyszedł z obozu i tropił ślady. Wrócił wnet i oznajmił:

– Pojechali na północ.

– A zatem w kierunku Tunisu – mniemał Krüger-bej. – Można to było przewidzieć.

– Nie – odpowiedziałem. – Mogę się założyć, że nie jadą do Tunisu, albowiem nie jest to dla nich miejsce bezpieczne. Znają tam Meltona i gdy przybędzie pościg, sprawa może wziąć dlań zły obrót.

– Ale wiesz przecież, że chciał jechać do Tunisu!

– Chciał, owszem, ale teraz już nie chce. Wówczas warunki były inne. Teraz wie dobrze, że Emery, Winnetou i ja natychmiast puścimy się za nim i będziemy ścigali do samego Tunisu. To jest pewne. I wie również, że jeśli nie znajdą okrętu, bezzwłocznie wypływającego na morze, to przepadły ptaszki z kretesem. O nie – nie pojedzie do Tunisu, tylko do portu zatoki Hammamet, jako do najbliższej.

– Lecz Winnetou powiedział, że pojechali na północ!

– Nie wywiedzie mnie w pole. Melton przez dłuższy czas żył wśród westmanów i myśliwych, zna więc fortele prerii, aczkolwiek nie jest w nich mistrzem. Zamierza wyprowadzić nas na manowce i dlatego z początku pojechał na północ, abyśmy go ścigali w tym kierunku. Później, na terenie twardym, nie zachowującym śladu wielbłądów, zboczy na wschód.

– Lecz w Tunisie znalazłby pieniądze. Tu, w zatoce Hammamet, nie ma takiego człowieka, od którego mógłby co wydostać.

– Na co mu to? – Przede wszystkim syn jego ma nieco gotówki. Nie odebrałem mu, ponieważ nie spodziewałem się takiego obrotu rzeczy. Po drugie, Small miał przy sobie zapewne grubą kwotę.

– Ale nie posiada jej Melton! Wszak przy rewizji nic nie znaleziono.

– Na pewno gdzieś schował i zabrał, zanim drapnął. Oto już i nasze trzy wielbłądy, osiodłane i objuczone. Możemy wyruszyć w drogę.

– Kiedy wrócicie?

– Kiedy ich schwytamy.

– Nie bądźże zbyt dufny w powodzenie! Pomyśl, że mają zwierzęta bardziej rącze i że wyprzedzili was o szmat drogi.

– To prawda. Stracimy także wiele czasu na wytropienie śladu, podczas gdy oni mogą jechać wciąż naprzód, nie oglądając się za niczym. Ale mimo to schwytamy ich – możesz na nas polegać. A jeśli nie tu, to już na pewno w Ameryce.

Maszallah! Aż tak daleko zamierzacie ich ścigać?

– Tak daleko, aż ich schwytamy.

– Ale jeśli się wam tutaj nie powiedzie, to wszak przed opuszczeniem kraju wpadniecie do Tunisu?

– Nie możemy tego przewidzieć. Bądź co bądź wielbłądy otrzymasz z powrotem. O to już się postaram.

– Drobnostka! Byleby tylko łajdaki nie uciekły! Czy znasz drogę do zatoki Hammamet?

– Stąd nie znam, ale wnet znajdziemy. Naszym przewodnikiem, i to wyśmienitym, będą ślady zbiegów. Zaprowadzą nas najpewniej do celu.

– Jednakże udzielę ci kilku wskazówek. Prosta droga stąd do Hammametu prowadzi przez Wadi Budawas, przez ruiny el Khima i poprzez Dżebel Ussala do okolicy nadmorskiej. Beduini, których spotkasz po drodze, będą to Meidżerzy, Ussala i Uled Saïdzi, bardzo pokojowo usposobione plemiona, które się na was nie targną, skoro podacie się za moich przyjaciół.

Przy wyszczególnieniu tych plemion zapomniał o, jednym, najważniejszym, co w następstwie pociągnęło za sobą poważne skutki. Mam na myśli wrogich nam Uled Ayunów, od których zażądaliśmy wygórowanego okupu. Paśli swoje trzody aż po Wadi Budawas, gdzie się spotykali z Meidżerami. O tym Pan Zastępów zapomniał, wskutek czego nie podejrzewałem nawet, że możemy się zetknąć z tymi ludźmi.

Okoliczności nie pozwalały nam długo się żegnać. Po kilku minutach pojechaliśmy. Panu Zastępów markotnie było się rozstać, skoczył więc na konia i towarzyszył nam przez pół godziny. Chciał jeszcze pouczyć i udzielić pożytecznych rad i wskazówek. Ale nie mogliśmy nań zważać, gdyż skupiliśmy całą uwagę na tropieniu śladu, który tutaj, między skałami, był widoczny jedynie dla wprawnego oka westmana. Beduin na pewno by go nie znalazł. Rozumiejąc to, Pan Zastępów, podniósłszy się w strzemionach, podał mi rękę i pożegnał.

Skorośmy wyjechali z warru i znaleźli się na otwartej równinie, spostrzegliśmy ze zdumieniem człowieka, który stał, bezradnie oglądając się pośród niezmierzonej samotności. Zauważył nas i zaczął uciekać, ale wnet się zatrzymał. Zrozumiał snadź, że nie ukryje się przed nami. Piechur tutaj, w tej pustyni, był zjawiskiem nader dziwnym.

Wkrótce przestaliśmy się dziwić. Z bliska poznaliśmy z uniformu, że jest to jeden z naszych kawalerzystów.

– Zbiegły wartownik – rzekł Emery.

– Bezwarunkowo – potwierdziłem.

– Ale dlaczego tu stoi?

– Został zdradziecko porzucony. Trzeba znać Meltona. Aby się uwolnić, przyrzekł strażnikowi złote góry, lecz, uwolniwszy się, wydał go na sztych.

– Biada temu żołnierzowi! Co teraz pocznie?

– Zobaczymy.

– Dezercja i uwolnienie więźniów. Będzie na pewno rozstrzelany. Czy chcesz go ocalić?

– Zależy, jak się zachowa.

– Ale ocalić go będzie trudno.

– Nie. Krüger-bej nie odmówi mej prośbie.

Skorośmy dojechali do żołnierza, rzucił się przed nami na klęczki, wyciągnął ręce do góry i zawołał błagalnie:

– Łaski, effendi, łaski! Jestem już dosyć ukarany!

Zwrócił się do mnie, ponieważ wiedział, że Pan Zastępów najwięcej ze mną obcował. Nie był widocznie do gruntu złym człowiekiem, gdyż błagając o łaskę, przyznał się do winy. Jednakże odpowiedziałem surowo:

– Dość ukarany? Jesteś dezerterem, dezerterem z pola! Wiesz jaka grozi ci kara?

– Śmierć.

– Ale oprócz tego uwolniłeś jeńców. Za to, przed rozstrzelaniem, zostaniesz wychłostany.

– Wiem o tym, lecz, o effendi, twoje słowo znajduje posłuch u Pana Zastępów. Błagam cię, wstaw za mną!

– Opowiedz przede wszystkim, jak się to odbyło?

– Przyszliśmy doń we dwóch, Ja usiadłem, a kolega chodził tam i z powrotem. Kiedy się oddalał od nas, nie mógł słyszeć, jak kolorasi do mnie szeptał.

– Co ci mówił?

– Zażądał swego pakietu.

– Jakiego pakietu?

– Pakietu, który mi wręczył.

– Ach! Kiedy?

– Kiedyście okrążyli Uled Ayarów. Moi koledzy leżeli jako jeńcy w wąwozie, ja jednak nie znajdowałem się przy nich, gdyż byłem ordynansem kolorasiego. Uwolniliście jeńców i zaczęliście się układać z szejkiem. Następnie szejk wrócił do wąwozu, a wówczas kolorasi rzekł do mnie gniewnie: – Teraz stracona wszelka nadzieja! Ten pies namówi Ayarów, aby wydali mnie Krüger-bejowi! – Wręczył zawiniątko, kazał mi skrycie przechowywać i poszedł do szejka. Wkrótce sprowadzono go związanego i pokiereszowanego. Uwięziono go. W pewnej chwili kazał mi odejść, gdyż spodziewał się, że przyjdziesz i obszukasz go, a zatem mogłeś mnie również zrewidować. Oddaliłem się, ale nakazał mi zawsze mieć przy sobie zawiniątko.

– Dlaczego?

– Abym mógł mu je każdej chwili zwrócić.

– Czy mówił, co zawiera paczka?

– Tak. Prawdziwy Koran z Mekki i kilka frędzli z chusty grobowej El Waïba z meczetu Okba w Kaïrwanie.

– Nader świątobliwe relikwie!

– Ale był to fałsz!

– Wiem. Jakże się dowiedziałeś o tym?

– Od niego samego. Kiedy strzegłem go w nocy, oświadczył, że paczka nie zawiera relikwii, tylko pieniądze, wiele, wiele pieniędzy. Przyrzekł za uwolnienie z więzów pięć tysięcy piastrów.

– Nie musiał ci chyba dopiero obiecać! Miałeś wszak tę całą paczkę w kieszeni.

– Nie mogła mi się przydać – tak mówił przynajmniej. W paczce nie było zwykłych pieniędzy, ale papiery, które osobiście musiał zamienić u serafiego w Tunisie, gdyż nikt inny nie dostałby za nie złamanego szeląga. Miałem z nim uciec do Tunisu i otrzymać pięć tysięcy piastrów natychmiast po wymianie papierów.

– Ta suma cię olśniła, co?

– Tak, effendi. Biedny żołnierz baszy a pięć tysięcy piastrów! Przysięgał na Mohammeda i wszystkich kalifów, że dostanę całą sumę zaraz po przybyciu do Tunisu.

– Przysięga nie wiąże go, albowiem nie jest muzułmaninem, tylko niewiernym, poganinem, który w nic nie wierzy.

– Bodajbym wiedział! Zaufałem mu i rozwiązałem ręce. Po czym dałem nóż.

– A twój towarzysz?

– Widział nas, lecz nic podejrzanego nie dostrzegł. Umówiłem się bowiem z kolorasim, że uwolni się dopiero po zmianie warty. Ale nie dotrzymał słowa. Ledwie dostał nóż, gdy odciął się od pala, oswobodził nogi, ale leżał tak, jak gdyby był jeszcze skrępowany. Po pewnym czasie kolega mój do nas się przysiadł. Wówczas kolorasi znienacka rzucił się nań i zatopił nóż w sercu.

– To straszne! Cóż ty uczyniłeś?

– Chciałem krzyczeć, ale z przerażenia uwiązł mi głos w gardle. Usiłował mnie uspokoić – nadaremnie. Wówczas zaczął mi grozić. Mój własny nóż tkwił w sercu mego kolegi. To świadczyło przeciwko mnie. Zginąłbym, gdybym pozostał. Musiałem więc, musiałem – – z nim uciekać!

– Ale nie uciekliście od razu?

– Nie. Wyszedł, a ja miałem czekać. Wkrótce nadszedł z tym młodym człowiekiem, który również uciekł. Jak go uwolnił – nie wiem. Wyszliśmy z namiotu, osiodłali trzy najlepsze wielbłądy Pana Zastępów i wyprowadzili z obozu. Ja zostałem przy zwierzętach, oni zaś wrócili jeszcze do obozu, aby się z tobą załatwić.

– Skąd wiesz o tym?

– Domyśliłem się z ich słów, pełnych wściekłości.

– Tak, chcieli mnie zamordować, ale przeszkodził im strażnik, który czuwał przed moim namiotem.

– Pomyślałem to od razu, słysząc kilka głośnych okrzyków i widząc, jak pędem wracają, miotając gęste przekleństwa. – Dosiedliśmy wielbłądów i pojechali.

– Czy rozmawiali ze sobą po arabsku?

– Tak, z początku. To było nieroztropne z ich strony, gdyż słyszałem rzeczy, których nie powinienem był dla ich dobra słyszeć. Ale później posługiwali się językiem, z którego ani słowa nie rozumiałem.

– Czy wiesz, dokąd dążą?

– Do Tunisu.

– Nie wierzę. Tak samo pojadą do Tunisu, jak ty dostaniesz swoje piastry.

– O, ja nic nie dostanę! Oszukali mnie, wywiedli w pole! Niedaleko stąd zsiedli z wielbłądów i kazali mi to samo uczynić. Skoro stanąłem na ziemi, rzucili się na mnie i rozbroili całkowicie. Na domiar skierowali we mnie lufy strzelb, tak że musiałem czym prędzej umykać. Wówczas wsiedli z powrotem na zwierzęta, ujęli mego wielbłąda za olstro i, śmiejąc się, odjechali. O, effendi, bodajbym nie obdarzał tak wielkim zaufaniem kolorasiego, tego niewiernego, tego zatraconego poganina!

– Jest to zgoła fałszywy żal. Nie zaufanie cię unieszczęśliwiło, tylko chciwość i brak dyscypliny. Powinieneś był zawołać: – O, bodajbym pozostał wierny obowiązkom! – Jesteś sprawcą dwojga przestępstw. Co zamierzasz uczynić?

– Więc nie zaaresztujesz mnie?

– Nie. Nie jestem twoim przełożonym, ani policjantem, ani też sędzią. Możesz sobie odejść, dokąd zechcesz. My cię nie zatrzymujemy.

– Dzięki ci, effendina! Twoja dobroć jest szersza niż pustynia, a łaska twoja wyższa nad niebo. Ale dokąd ja pójdę? Nie mam ani wody, ani żywności, ani pieniędzy, ani broni. Nie mam też konia, czy wielbłąda. Kto mię przyjmie? Jestem dezerterem, a zatem wszystkie plemiona, płacące haracz baszy, raczej wydadzą mnie, niż przyjmą do swego grona. Kolorasiemu winien jestem, że zostałem najnieszczęśliwszym na świecie człowiekiem!

– Nie kolorasi – ty sam jesteś sprawcą własnej niedoli! Ale że żałujesz swych czynów i że dowiedziałem się od ciebie pewnych rzeczy, przeto wskażę ci wyjście. Wróć do Pana Zastępów. Dam kartkę, w której polecę cię jego łaskawości. Przypuszczam, że ukarze cię łagodnie.

 

– Uczyń to, effendi, uczyń! Twoje słowa niosą ulgę mojemu skołatanemu sercu i krzepią moją duszę.

Emery zwrócił się do mnie po angielsku:

– Głupstwo! Albo wcale nie pomagajmy, albo pomóżmy do końca. Ten drab nie jest złym człowiekiem. Jeżeli wróci do Krüger-beja, to wprawdzie, dzięki twemu wstawiennictwu, nie rozstrzelają go, ale, co najmniej, obetną nos i uszy, lub wyłoją skórę, po czym wypędzą na cztery wiatry. Cóż tedy pocznie? Pominę już, że tym poleceniem wtrącisz Pana Zastępów w rozterkę z obowiązkiem. Przez wzgląd na ciebie będzie musiał ułaskawić przestępcę, wszyscy zaś żołnierze wiedzą, że powinien ukarać go surowo. Wystawiasz na szwank jego honor wobec wojska. – Jak daleko stąd do granicy Algieru?

– Jeśli można ominąć wioski i studnie, to bardzo niedaleko. Drogę karawanową, gdzie się znajduje miejscami woda i wioski, w których można kupić lub dostać żywność, piechur przejdzie w dwadzieścia godzin.

– Czy w pobliżu są jakieś placówki francuskiej armii?

– Tak, w Tybesie. Stąd – dwadzieścia cztery godziny drogi.

– Tam go poślij! Dam mu pieniądze. W Tybesie zaś zaciągnie się do wojska zwycięskiej Francji.

Wyciągnął sakiewkę i rzucił dezerterowi kilka monet.

– Czy znasz drogę do Lheïs – zapytałem żołnierza.

– Tak.

– Idź do Lheïs. Stamtąd pójdziesz poprzez Zausir, Thaleh i Hydre do Keïfah, która należy już do Algierii. W pobliżu znajduje się małe francuskie garnizonowe miasto Tybesa. Tam będziesz się mógł zaciągnąć do wojska francuskiego, jeśli nie zechcesz czym innym się zająć. Ponieważ jesteś żołnierzem, więc chętnie będziesz widziany. Stąd do Tybesy prowadzi droga karawanowa, a zatem nie zaznasz głodu, ani pragnienia.

Twarz muzułmanina zajaśniała radością. Wybuchnął prawdziwym hymnem dziękczynień. Nie mieliśmy czasu na słuchanie podziękowań i podjęliśmy przerwaną jazdę.

Ślad był teraz bardzo wyraźny. Zwracał się nieco zachód.

– To dziwne! – mruknął Emery. – Sądziliśmy, że na wschód, a okazuje się, że zboczyli w kierunku wręcz przeciwnym.

– W każdym razie postąpili tak umyślnie – odpowiedziałem. – Zapewne na zachodzie teren skalisty nie odciska śladów. Tam chcą nam zejść z oczu.

– Ale to im się nie uda!

– Sądzę. Pojedziemy wprost przed siebie. Meltonowie pojechali na zachód, później jednak zawrócą na wschód. A zatem, skoro podążymy po prostej linii natkniemy się znów na ich ślady.

Well! I zyskamy wiele czasu.

Winnetou wyprzedzał nas nieco i nie słyszał rozmowy. Mimo to, znając go dobrze, byłem przeświadczony, że nie inaczej planuje. I istotnie. Zatrzymał „okręt pustyni”, zeskoczył na ziemię, zbadał dokładnie trop, dosiadł z powrotem wielbłąda i pojechał naprzód, wprost przed siebie, nie obejrzawszy się na nas ani razu. Znał bowiem mój sposób myślenia i wnioskowania tak samo dobrze, jak ja jego. Wszak zżyliśmy się ze sobą wyjątkowo doskonale.

Minęła godzina, a potem druga. Emery zniecierpliwiony gotów był pomyśleć, żeśmy się przerachowali. Nagle zobaczyliśmy, że Winnetou, który wciąż jechał na przodzie, znów zsiadł z wielbłąda i bada ziemię. Kiedyśmy się zbliżyli, zobaczyliśmy ślad trzech wielbłądów, który przecinał nam drogę, biegnąc z zachodu na wschód.

– To oni – rzekł Apacz. – Chcieli okpić Winnetou i Old Shatterhanda. Pshaw!

Trzeba było widzieć przy tym jego twarz, niczym twarz profesora astronomii, któremu robotnik, powiedzmy z kopalni, chce wyjaśnić pochodzenie komety lub obliczyć odległość Syriusza. Z przyjemnością przyglądałem się, jak siedział na wielbłądzie. Nie mając żadnego doświadczenia, dosiadał go z taką zręcznością i pewnością, że zdumiałbym się, gdybym nie wiedział, z jaką łatwością umie się znaleźć w każdej sytuacji.

Teraz skręciliśmy pod prostym kątem na prawo, na wschód, w ślad za odnalezionym tropem. Jechaliśmy przez cały dzień, dopóki zmierzch i mrok nie osłonił śladu zbiegów. Trzeba było zatrzymać się i przenocować na płaskim szczerym stepie. Nazajutrz, ze świtem, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Ślady nie były już tak wyraźne, jak dnia poprzedniego. Emery sądził, że wkrótce będą wyraźniejsze, albowiem zbiegowie powinni byli gdzieś tutaj przenocować. Ja sądziłem inaczej. Wszak Meltonowie musieli za wszelką cenę wyprzedzić nas o jak największą odległość, jechali zatem przez noc bez odpoczynku. Nic nie stało temu na przeszkodzie, gdyż Tomasz Melton był doskonale obeznany z miejscowością, którą, jako oficer, zwiedzał często. Winnetou zgadzał się ze mną.

– Ale czemu chcieliby za wszelką cenę nas wyprzedzić? – zapytał Anglik. – Nie jest to konieczne.

– Nie? – odpowiedziałem. – Dlaczego?

– Ponieważ sądzą, że sprowadzili nas na manowce.

– I że zdążamy do Tunisu?

– Tak. Wszak wczoraj zboczyli na zachód tylko po to, aby nas okpić. Nie wątpią chyba, że wygrali sprawę.

– Czy aby nie wątpią? Tomasz Melton zna mnie i Winnetou zbyt dobrze. Może przypuścić, że nas oszukał, ale tylko na krótką chwilę. Skoro sobie uprzytomni to wszystko, co wie o nas, na pewno zrozumie, że jeżeli nawet damy się wywieść w pole, to przecież po paru godzinach odnajdziemy ślad i już nie spuścimy z oka.

– Hm! Pytanie jeszcze, czy w ogóle spodziewają się naszego pościgu?

– Niewątpliwie. W przeciwnym bowiem razie nie zadawaliby sobie trudu skręcania z drogi, a przede wszystkim już dawno natrafilibyśmy na miejsce ich postoju. Powtarzam, że jechali przez noc całą.

– Mój brat Szarlieh ma słuszność – potwierdził Apacz. – Nie zatrzymywali się wcale i wyprzedzili nas o znaczną odległość, albowiem mają lepsze wielbłądy. Musimy się śpieszyć!

Okazało się, że słuszność jest po mojej stronie. Jechaliśmy przez całe przedpołudnie za coraz słabszym tropem, nie spotykając nigdzie miejsca postoju zbiegów.

Step dawno się był już skończył i przeszedł w pustynię piaszczystą. Teraz znów widziało się gdzieniegdzie pojedyncze źdźbła trawy, a dalej całe kępki. Jeszcze kilka minut jazdy, a zobaczyliśmy niskie, długie pagórki, wznoszące się na wschodzie i ciągnące z północy na południe.

– To zapewne Wadi Budawas – powiedziałem. – Dalej wznoszą się ruiny el Khïma, które musimy ominąć ze strony południowej, aby przejechać przez północny skarp Dżebel Ussala.

– Sądzę, że będziemy jechali wciąż za tropem – wtrącił Emery.

– Bezwarunkowo. Ale jestem przekonany, że Meltonowie obiorą tę drogę jako najwygodniejszą.

Well! Ale czy tam, na lewo, nie widać jeźdźców?

Wskazał na północo-wschód. Szybko zbliżało się stamtąd kilka niewyraźnych punktów. Wkrótce poznaliśmy ośmiu jeźdźców Beduinów. Zauważyli nas, zbliżyli się i zatrzymali w pewnym oddaleniu. Byli dobrze uzbrojeni, nie zdradzali jednak napastliwości. Podjechaliśmy na odległość dwudziestu kroków, po czym powitałem ich:

Sallam! Czy to Wadi Budawas, tam za pagórkami.

– Tak – odpowiedział jeden z nich, wyglądający na przywódcę.

– Z jakiego jesteście plemienia?

– Jesteśmy wojownikami Meidżerów. Polowaliśmy na gazele, ale nadaremnie, i oto wracamy do wadi, gdzie pasą się nasze trzody.

– Kiedyście wyjechali na łowy?

– Dziś przed świtem.

– W takim razie możecie odpowiedzieć na moje pytanie. Czy nie widzieliście dwóch cudzoziemców z trzema rączymi wielbłądami?

– Tak. Widzieliśmy dziś rano, w chwili gdy wyjeżdżaliśmy na łowy.

– Czy zatrzymali się tutaj?

– Tak. Zaprosiliśmy obcych i przyjęli zaproszenie, aczkolwiek oświadczyli, że nie mają czasu.

– Jak długo tutaj pozostawali?

– Dopóki nie napoili wielbłądów.

– Czy wiecie jacy to ludzie?

– Jeden z nich to kolorasi baszy, co było widoczne z odzieży, a drugi jego przyjaciel.

– Dokąd dążyli?

– Do El Kaïrwan, tak nam powiedzieli. Ale kim wy jesteście?

– Czy znasz Krüger-beja, Pana Zastępów?

– Tak. To nasz obrońca.

– Czy wiesz, gdzie się teraz znajduje?

– Słyszeliśmy od jeźdźców, że wyruszył przeciwko Uled Ayarom, aby ich uśmierzyć.

– W jakich jesteście stosunkach z Uled Ayarami?

– Z tymi żyjemy w zgodzie, ale nie znosimy Uled Ayunów, których oby Najwyższy wytępił!

– Ci właśnie są też naszymi wrogami. Przybywamy od Krüger-beja, który pokonał Uled Ayarów, a następnie zawarł z nimi pokój.

Maszallah! Pokonał wrogów, a potem ułaskawił? Jego serce jest pełne dobroci i życzliwości nawet w stosunku do nieprzyjaciół. Skoro przybywacie od beja, znajdujecie się chyba pod jego opieką?

– Zalicza nas do swoich najlepszych przyjaciół.

– Jeśli tak, to nie sprawicie tej przykrości, aby nas ominąć. Posilcie się naszą żywnością i napijcie naszej wody! Jesteście gośćmi równie mile widzianymi, jak gdybyście byli Panem Zastępów w jego własnej osobie.