Pustynia zagładyTekst

Autor:Karol May
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pustynia zagłady
Pustynia zagłady
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,80  27,84 
Pustynia zagłady
Pustynia zagłady
Audiobook
Czyta Henryk Pijanowski
19,90  14,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karol May

Pustynia zagłady

Warszawa 2017

Spis treści

Dżezzar-bej, dusiciel ludzi

Assad-bej, dusiciel trzód

Hedżan-bej, dusiciel karawan

Behluwan-bej, dusiciel zbójów

Dżezzar-bej, dusiciel ludzi

W Australii polowałem na emu i kangura, w Bengalii na tygrysa, a na preriach Stanów Zjednoczonych na szarego niedźwiedzia i bizona. Tam na Dzikim Zachodzie spotkałem człowieka, który tak samo, jak ja, z czystej żądzy przygód, zapuszczał się w ponure i krwawe ostępy indiańskich obszarów i był dla mnie przyjacielem we wszelkich niebezpieczeństwach. Sir Emery był typowym Anglikiem, dumnym, szlachetnym, małomównym, odważnym aż do zuchwalstwa, zręcznym szermierzem, pewnym strzelcem, a przy tym człowiekiem gotowym do ofiar.

Obok tych licznych zalet posiadał pewne właściwości, które charakteryzowały go od razu jako Anglika i mogły czasem odstraszyć obcego, mnie jednak nie przeszkadzały, przeciwnie były często powodem niejednej skrytej, lecz niewinnej uciechy. Rozstaliśmy się swego czasu w Nowym Orleanie jako najlepsi przyjaciele, przyrzekając sobie, że znowu się zobaczymy. Spotkanie miało nastąpić w Algierze.

To, że wybraliśmy Algier miało swój powód. Zacny Bothwell był tak jak ja, obieżyświatem. Złaził wszystkie kąty na ziemi, lecz z Afryki zwiedził tylko na południu Kapsztad, a na północy, „Gharb”, jak Arabowie nazywają wybrzeże od Maroka do Trypolis. Oczywiście pragnął poznać także wnętrze tej ziemi, czyli Saharę i Sudan, a potem chciał przez Darfor i Kordofan powrócić Nilem do cywilizacji. W Algierze mieszkał jego krewny, u którego dłuższy czas ongiś przebywał, aby się nauczyć po arabsku. Był to jego wuj, Francuz, szef domu handlowego, utrzymującego zyskowne stosunki z Sudanem. Nazywał się Latréaumont i u niego właśnie mieliśmy się spotkać.

Jeszcze za szkolnych czasów zajmowałem się ze szczególnym upodobaniem językiem arabskim, a potem starałem się te umiejętności uzupełnić podczas pobytu w Egipcie. Przebywając razem na prerii, mieliśmy doskonałą sposobność do dalszego ćwiczenia się w tym języku, dlatego parowcem „Vulkan”, należącym do messagerie impériale odpłynąłem z Marsylii z przekonaniem, że nie będzie mi trudno porozumieć się z dziećmi Sahary w ich ojczystym języku.

Afryka była dla nas, jak zresztą i dla wszystkich, krajem wielkich, nierozwiązanych zagadek, które mogły wzbudzić naszą ciekawość, ale i narazić na wiele niebezpieczeństw. Szczególnie ogarnął nas niezwykły zapał na myśl, że jak zabijaliśmy jaguara, szarego niedźwiedzia i bawołu, teraz będziemy mogli spróbować naszych rusznic na czarnej panterze i lwie. Emery Bothwell słuchał jakby z zazdrością opowiadań o odważnym myśliwym, Girardzie, który wsławił się polowaniami na lwy, postanowił także zdobyć kilka grzywiastych skór.

Od czasu naszego rozstania upłynął cały rok, ale Emery Bothwell wiedział, kiedy mniej więcej przyjadę, a ponieważ mógł przypuszczać, że przybędę na parowcu francuskim, przeto doznałem pewnego rozczarowania, gdy wysiadając ze statku nie dojrzałem go w tłumie ludzi, czekających na brzegu lub śpieszących na łodziach na przyjęcie znajomych. Miasto Algier, położone na zachodniej stronie zatoki, ciągnącej się w kształcie półksiężyca, zwrócone było ku statkowi całym frontem. Biała jak kreda, pnąca się po zielonym zboczu gór masa domów bez dachów i okien patrzała na przystań i wyglądała niemal jak skała wapienna, olbrzymia rzeźba gipsowa lub lodowiec w oświetleniu słonecznym. Wysoko na szczycie góry widniały baszty warowni, a u jej stóp rozciągały się oprócz fortecy Mersa Edduben rozmaite obwarowania.

Po wybrzeżu snuły się grupy postaci w białych burnusach, Murzyni i Murzynki w pstrych kostiumach, kobiety ubrane od stóp do głów w białe, wełniane szale, Maurowie i Żydzi w strojach tureckich, mieszańcy wszystkich barw, panowie i panie w europejskich strojach oraz wojsko francuskie wszystkich stopni i rodzajów broni.

Kazałem rzeczy swoje odnieść do hotelu de Paris, położonego przy ulicy Bab-el-Qued i posiliwszy się tam, poszedłem na ulicę Bab-Azoun, przy której znajdowało się mieszkanie pana Latréaumonta.

Oddałem kartę wizytową i w drzwiach ukazał się natychmiast sam szef.

Bienvenu, bienvenu monseigneur, ale nie tu, nie tutaj! Proszę, chodź pan ze mną, muszę bowiem przedstawić pana mej pani i córce. Od dawna czekamy na pana z niecierpliwością!

To niespodziewane przyjęcie zaskoczyło mnie trochę. Czekano z niecierpliwością na mnie, nieznajomego? Z jakiego powodu?

Latréaumont, mały, bardzo ruchliwy człowiek, wydostał się na szczyt szerokich, marmurowych schodów, zanim ja zdołałem przebyć połowę. Dom ten był niegdyś pałacem bogatego muzułmanina, a połączenie arabskiej architektury z francuskim urządzeniem wywierało osobliwe wrażenie. Przez salon zaprowadzono mnie do pokoju rodzinnego.

Madame, w sukni skrojonej po europejsku z czarnego jedwabiu, siedziała na taborecie, przerzucając jakiś romans. Mademoiselle leżała na aksamitnej otomanie w wygodnym i malowniczym wschodnim stroju. Szerokie, jedwabne spodnie sięgały jej od pasa aż do kostek, a bosa noga tkwiła w niebieskim pantoflu, haftowanym złotem. Delikatne koronkowe wstawki przetykane złotem, okrywały jej szyję i piersi, a na tym miała turecką bluzkę, ozdobioną arabeskami i szeregami drogocennych guzików. Ciemne włosy, z wplecionymi w nie sznurami pereł, obwiązane były niebieskim i różowym fularem.

Obie panie wstały na nasz widok, prawie nie mogąc ukryć swego zdziwienia z powodu towarzyskiego faux pas, popełnionego przez pana domu, który obcego wpuścił do pokoju, nie oznajmiwszy go uprzednio. Zaledwie jednak usłyszały moje nazwisko, zdziwienie ustąpiło miejsca nieukrywanej radości.

Madame podbiegła ku mnie i ujęła mnie za rękę.

– Co za szczęście, że pan nareszcie przybył! Tęsknota nasza za panem nie miała granic, ale teraz odzyskamy z spokój, ponieważ pan pośpieszy za naszym dzielnym Bothwellem i pomoże mu odszukać Renalda!

– Zapewne, madame, że uczynię to, skoro pani sobie tego życzy, proszę tylko powiedzieć, kto jest ten Renald i jaki związek zachodzi między nim a Emerym, którego spodziewałem się tutaj zastać!

– Pan rzeczywiście nic jeszcze nie wie? Mon dieu, całe miasto mówi o tym od dawna!

– Ależ, Blanko – wtrącił Latréaumont – zważ na to, że pan przybywa prosto z portu!

Vraiment, to prawda! Pan nie może jeszcze nic wiedzieć! Proszę usiąść! Clairon, przywitaj naszego gościa!

Młoda osoba skłoniła się uprzejmie, a matka poprosiła bym usiadł. Przyjęcie było tajemnicze, z niecierpliwością więc czekałem na to, co nastąpi.

– Zastaje nas pan w położeniu – zaczął Latréaumont – które nakazuje odstąpić od zwykłych form. Emery opowiadał nam o panu bardzo wiele, a to wobec jego zamkniętego usposobienia skłania nas do zupełnego zaufania panu.

– Tak, do zupełnego i niewzruszonego – potwierdziła madame. – Pan odważył się już dotychczas na tyle niebezpiecznych przedsięwzięć z naszym krewnym, że spełnienie naszej prośby nie odstraszy pana z pewnością.

Śmiać mi się niemal chciało na myśl o tym, jak prędko ci mili ludzie zaczęli mną rozporządzać. Nie wiedziałem wprawdzie, o co idzie, lecz przysługa, której się ode mnie domagali, musiała być połączona z jakimś niebezpieczeństwem.

– Z całą ochotą oddaję się na wasze usługi! – odpowiedziałem.

– Po tym, co o panu słyszeliśmy, nie spodziewaliśmy się niczego innego, chociaż muszę powiedzieć na nasze usprawiedliwienie, że prośba nasza nie pochodzi wyłącznie od nas; podyktował nam ją sam Bothwell.

– Jeśli jest w mojej mocy, to spełnię ją – zapewniłem.

– Dziękuję panu! – rzekł Latréaumont. – Ponieśliśmy wielką stratę, spotkało nas straszne nieszczęście...

– Straszne, okropne nieszczęście – wtrąciła żona, a łzy trysnęły jej z oczu.

Córka jej, Clairon, wydobyła także pachnącą chusteczkę.

– Proszę mi o wszystkim powiedzieć.

– Ja nie mogę mówić! Smutek odbiera mi słowa!

Ta mała, wątła kobieta okazała naraz wzruszenie tak głębokie, że przestraszyłem się.

– Chciałbym jednak coś o tym usłyszeć – zwróciłem się do Latréaumonta.

– Czy zna pan Imoszarów? – zapytał, dodając natychmiast żywym południowym zwyczajem – Ale nie, pan ich znać nie może, ponieważ pan dopiero przybył. Zapewniam pana, że Imoszarowie czyli Tuaregowie to straszni ludzie, a droga karawan z Ain Salah do Ahir, Dżenneh i Sakkatu, którą wysyłam moje towary do Sudanu, prowadzi właśnie przez ich terytorium. Mój dom jest jedynym w Algierze, który utrzymuje bezpośrednie stosunki z Timbuktu. Pullo, Haussa, Bornu i Wadai, a ponieważ znajdujemy się z dala od gościńców i dopiero w Ain Salah, albo w Ghadames i Ghad mamy połączenie, przeto utrzymywanie takich niepewnych handlowych stosunków połączone jest często z ogromnymi ofiarami i stratami. Najcięższa jednak spotkała nas z ostatnią kaffilą, czyli karawaną handlową.

– Napadli na nią Tuaregowie?

– Zgadł pan. Gum, karawana zbójecka uderzyła na nich i wszystko wybiła. Jeden człowiek tylko zdołał umknąć, gdyż zaraz na początku walki udał nieżywego. On przyniósł mi wieść o ciosie, jaki dotknął moją rodzinę.

– Pański dom odzyska to wkrótce!

 

– Dom tak, ale rodzina nigdy! Utratę dóbr można przeboleć, ale Renald, mój jedyny syn, jechał z kaffilą i nie powrócił.

Teraz nie zdołały już panie wstrzymać głośnego płaczu. Ja przez kilka chwil milczałem, a wreszcie spytałem:

– Czy nie otrzymaliście żadnej wiadomości o jego losie? Rozbójnicy pustyni zwykle nie znają pardonu.

– On jeszcze żyje!

– Ach! Możecie to uważać za cud, jeśli nie zaszła pomyłka!

– Żyje na pewno, gdyż otrzymaliśmy od niego wiadomość.

– Przez kogo?

– Przez pewnego Tuarega wysłanego przez aguida, ich dowódcę. Żądał okupu.

– I państwo zapłaciliście?

– Musiałem.

– Co się złożyło na ten okup?

– Towary, które polecono mi wysłać do oazy Melrir.

– A syn?

– Mimo to nie powrócił. Rozbójnicy wystąpili z nowym żądaniem.

– Które pan również zaspokoił?

– Tak.

– I z tym samym skutkiem?

– Tego jeszcze nie mogę powiedzieć. Kiedy przybył drugi posłaniec zjawił się Bothwell. Było to mniej więcej przed dziesięciu miesiącami i...

– Więc Emery jest od tak dawna w Afryce? – przerwałem – Dopiero w tym miesiącu miał udać się do Algieru!

– Wypoczął tylko przez kilka tygodni w Anglii, a nie mogąc oprzeć się swej żyłce podróżniczej, przybył tutaj w sam czas!

– Domyślam się już, co się dalej stało. Miejscowe władze, nie pomogły panu. Pozostawiono pana samemu sobie, aż tu nasz Anglik zgodził się wziąć sprawę w swoje ręce.

– Tak jest.

– Co on postanowił.

– Kazał odesłać żądane towary, lecz sam udał się potajemnie za nimi.

– To śmiałe przedsięwzięcie! Z ilu towarzyszami wyjechał?

– Tylko z przewodnikiem i z jednym arabskim służącym.

– W którym kierunku?

– Tym razem miały towary odejść na oazę Lotr.

– Jakich zażądano towarów?

– Gotowych burnusów i chust na głowę, długich strzelb, noży, szeroko wyciętych butów, jakie zazwyczaj noszą Arabowie i mnóstwa przedmiotów obozowych.

– Widzę, że gum chce całe swoje zapotrzebowanie pokryć tą zdobyczą, a potem mimo to nie wydać panu syna. Oszustwa dokonanego na niewiernym, Arab nie uważa za grzech. A, czy Emery kazał poznaczyć wszystkie towary?

– Skąd pan o tym wie? – spytał zdziwiony.

– On działa w tym wypadku jak amerykański westman, a z tej strony znamy się dobrze. Kto żył latami wśród plemion indiańskich dzikiego Zachodu i każdej chwili był narażony na śmierć, ten nauczył się rozmaitych sztuczek, które mogą mu się przydać na Saharze. Jaki to był znak?

– Inicjały mego imienia i nazwiska: Andre Latréaumont, a zatem A. i L. Te litery wypalono na kolbach i głowniach strzelb oraz noży, a z dodaniem arabeski wyszyto na kołnierzach burnusów oraz w rogach chust i koców.

– Emery pozna po tym rozbójników. Jest jakaś wiadomość od niego?

– Nawet pewna. Przysłał mi ją przed dwoma tygodniami i od tego czasu czekam z utęsknieniem pańskiego przybycia.

– Mam za nim podążyć, nieprawdaż?

– Istotnie. Oto pismo, które przyszło od niego z Zinder!

Bothwell napisał tylko kilka słów. Nie donosił wprawdzie, jakoby wynik jego starań był pocieszający, prosił jednak, by nie tracili nadziei oraz wysłali mnie za nim, gdy tylko przybędę. W liście nie podano ani czasu, ani miejsca.

– Kto przyniósł ten list? – zapytałem.

– Arab z plemienia Kubabisz, który czeka na pana i posłuży panu za przewodnika.

– Gdzie on jest?

– Tutaj. Czy kazać go zawołać?

– Proszę!

Stwierdziłem, że jestem dzieckiem szczęścia, gdyż zaledwie postawiłem nogę na ziemi afrykańskiej, a już wciągnięto mnie w sprawę, która mogła obfitować w najbardziej zajmujące wydarzenia. Latréaumont zadzwonił na Araba, a panie, ciekawe rozmowy, zapomniały o swym bólu.

Podczas mego pobytu w Egipcie przedsięwziąłem wycieczkę do Siut, Dakhel, Kardżeh i Soleb aż do oazy Solimeh i wtedy zetknąłem się z kilkoma Arabami Kubabisz, których poznałem jako dzielnych wojowników i doskonałych przewodników. To też czekałem na rozmowę z Kubbaszim z pewnym zainteresowaniem.

Wreszcie przyszedł. Arabowie są przeważnie smukli i chudzi. Tego człowieka jednak można było nazwać olbrzymem. Był tak wysoki i tak szeroko rozrośnięty, że omal nie wyrwał mi się okrzyk zdumienia. Jego długa i gęsta broda, w połączeniu z uzbrojeniem od stóp do głów, robiła zeń postać groźną. Lepszego towarzysza życzyć sobie nie mogłem, gdyż sam jego widok mógł nieprzyjacielowi napędzić strachu.

Skłonił się z rękoma skrzyżowanymi na piersiach i powitał nas głębokim, do grzmotu podobnym, basem:

Sallam aalejkum, pokój z wami!

– Marhaba, bądź pozdrowiony! – odpowiedziałem. – Jesteś synem walecznych Kubabisz?

Ku mnie błysnęło dumne spojrzenie jego ciemnych oczu.

– Kubabisz są najsławniejszymi dziećmi wielkiego Abu Cett, sidil. Ich szczep obejmuje więcej, niż dwadzieścia plemion, a najwaleczniejsze z nich to En Nurab, do którego ja należę.

– En Nurab? Znam to plemię! Szejkiem jego jest mądry Fadharalla-Uelad-Salem, obok którego klaczy jeździłem.

Bismillah, to dobrze, sidi, gdyż teraz wolno mi słuchać twojego głosu, chociaż jesteś niewiernym z biednego Frankistanu!

– Jak ci na imię?

– Imię moje trudne dla twego języka. Nazywam się: Hassan-Ben-Abulfeda-Ibn-Haukal al Wardi-Jussuf Ibn-Abul-Fosian-Ben-Ishak al Duli.

Śmiać mi się chciało. Przede mną stał jeden z tych Arabów, którzy do swego pojedynczego imienia przyczepiają całe drzewo genealogiczne, częściowo, aby uczcić swoich przodków, przeważnie jednak po to, żeby na słuchającym wywrzeć wrażenie. Odpowiedziałem więc:

– Hassanie-Ben-Abulfeda-Ibn-Haukal al Wardi-Jussut-Ibn-Abul-Foslan-Ben-Ishak al Duli! Język mój potrafi wymówić twoje imię, sięgające, gdy się je napisze, od Bengazi aż do Kaszenah mimo to ja będę cię zwał tylko: Hassanem, gdyż Mahomet powiada: „Nie mów dziesięciu słów tam, gdzie jedno wystarczy”.

– Ucho moje będzie zamknięte, jeśli będziesz mnie wołał: „Hassanie”, sidi. Ci, którzy mnie znają, nazywają mnie: Hassan el Kebihr. Hassanem Wielkim, gdyż musisz wiedzieć, że jestem Dżezzar-bej, dusiciel ludzi!

Allah akbar, Bóg jest wielki; zna go każde stworzenie, ale o Dżezzar-beju, dusicielu ludzi, nie słyszałem jeszcze ani słowa! Kto cię tak nazwał?

– Każdy, kto mnie znał, sidi!

– A ilu ludzi już zadusiłeś?

On spuścił oczy z zakłopotaniem ku ziemi.

– Step się trzęsie, a Sahel drży, gdy się Dżezzar-bej pojawi, sidi, lecz serce jego jest pełne łaski i miłosierdzia, gdyż: „niechaj dłoń twoja będzie silną, jak łapa pantery, lecz miękka, jako źdźbło trawy na polu”, uczy pobożny Abu Hanifa, któremu posłuszny jest każdy wierny.

– W takim razie imię twoje jest makaszl, a ja użyję go dopiero wówczas, gdy się przekonam, że na nie zasługujesz!

Zacząłem nabierać pewności, że poczciwy Hassan el Kebihr pomimo swej olbrzymiej postaci i arsenału broni, jaką się obwiesił, był całkiem niewinną istotą. Pustynia ma tak samo swoich blagierów, jak piwiarnia lub salon.

– Zasłużyłem na nie, w przeciwnym bowiem razie nie miałbym go, sidi – odparł dumnie. – Patrz na tę strzelbę, te pistolety, na ten muzraz, nóż, na ten kussa – dwuręczny miecz i na tę abu-tum – włócznię, przed którą nawet odważny Uelad-Silman umyka! A ty nie chcesz uznać mojego imienia? Nawet sidi Emir nie odmawiał mi go!

Sidi Emir? Czyżby zmienił angielskie Emery na wschodnie Emir?

– Kto to jest sidi Emir?

Rabbena chaliek, niech Bóg zachowa ciebie i twój rozum, sidi! Czy obce jest imię tego, który mię przysłał do ciebie?

Rzeczywiście, Hassan zrobił z naszego Emeryego emira! Rozbawiło mnie, przybrałem jednak poważny ton, aby go utrzymać w ryzach.

– Opowiedz mi o sidim Emerym!

– Byłem w Bilmie, skąd wyruszyła kaffila do Zinder, a ja ją prowadziłem. Musisz wiedzieć, sidi, że Hassan el Kebihr, Hassan Wielki, to słynny khabir, przewodnik karawan, obeznany z wszystkimi drogami Sahary, którego wzroku nie ujdą najmniejsze ślady.

Jeśli tak było w istocie, to jego towarzystwo mogło mi rzeczywiście przynieść wielką korzyść. Postanowiłem wypróbować go natychmiast, by wiedzieć, co o nim sądzić.

– Czy mówisz prawdę, Hassanie? – zapytałem. On zaś przybrał, najdumniejszą postawę i odrzekł:

– Czy wiesz, kim jest hafiz, sidi?

– Taki, co umie na pamięć Koran.

– Jesteś mądry, chociaż pochodzisz z Frankistanu. A zatem dobrze, sidi! Hassan-Ben-Abulfeda-Ibn-Haukal al Wardi-Jussuf-Ibn-Abul-Foslan-Ben-Ishak al Duli jest hafizem, który może ci wygłosić wszystkich sto czternaście sur i wszystkich sześć tysięcy sześćset sześćdziesiąt sześć ajatów Koranu, ty zaś jesteś giaurem. Czy możesz wątpić o prawdziwości słów wierzącego muzułmanina?

– Trzymaj język na wodzy, Hassanie, gdyż nie przywykłem do tego, żeby mnie ktokolwiek obrażał, choćby był dziesięć razy hafizem i sto razy muzułmanin! Wytęż swą pamięć, a przypomnisz sobie, że chrześcijanie nie są niewiernymi, gdyż tak samo, jak wy, otrzymali swoją świętą księgę. Tak mówią wszyscy mądrzy nauczyciele od pierwszego emira el Mumiain aż do pobożnego Abu Hanify, którego słucha każdy wierny. Uczyłeś się Koranu, lecz czy znasz także ilm teffir el kuran. Tam napisano, że tylko bałwochwalca jest giaurem!

– Jesteś mądry, jak uczeń teologii, sidi, lecz byłbyś jeszcze mądrzejszym, gdybyś wierzył moim słowom.

– Uwierzę, jeśli mi powiesz, które oazy tworzą klucz do Rifu.

– Ain es Salah, Ghadames, Ghat, Murzuk, Audżelah i Shit.

– A do Sudanu?

– Ahgades i Ahir, Bilma, Dongola, Khartum i Berber.

– Którędy się jedzie z Kordofan do Kairu?

– Z Lobeid do Khartum przez Kurssi, Sanzir, Koamat i Tor el Khada. Podróż trwa dziesięć dni. Albo jedzie się z Lobeid do Debbeh przez Barah, Kaymar, Dżebel, Haraza, Way i Ombelillah. Ta droga jest o osiem dni dłuższa, lecz lepsza od poprzedniej.

– Ile czasu potrzeba na odbycie drogi z Soaken do Berberu?

– Droga prowadzi obok słynnej krynicy Ruay, przez terytorium Amawrów, Hadendoów i Omramów, którzy są nubijskimi pasterzami. Możesz ją przebyć w dwunastu dniach, sidi.

Arab dawał odpowiedzi szybko, dokładnie i z widocznym zadowoleniem z powodu świetnego wyniku tego krótkiego egzaminu.

– Wierzę ci, Hassanie – rzekłem po prostu. – Teraz opowiadaj dalej! Prowadziłeś więc kąffilę do Zinder!

– Z Bilmy do Zinder. Tam spotkałem sidi Emira. On dał mi wszystko, czego mi było potrzeba i posłał tutaj, gdzie miałem zastać dzielnego sidi z Germanistanu, którego kazał mi przyprowadzić do siebie.

– Gdzie z nim się spotkam?

– Koło Bab el Ghudt, gdzie dochodzi się z wędrownych kup piasku do skał Seriru. Czy słyszałeś sidi, o złych dżinnach pustyni?

– Znam je. Czy boisz się ich, Hassanie?

– Hassan el Kabihr, Hassan Wielki, nie boi się ani szejtanów, ani złych dżinnów, bo wie, że one uciekną, jeśli się odmów isuraten nasi surat elfalak. A ty jesteś chrześcijaninem i nie umiesz odmawiać sur, ciebie więc połkną, kiedy wejdziesz na Serir.

– Dlaczegoż w takim razie pozwoliłeś sidi Emirowi iść do Bab al Ghud? Pewnie go połkną, zanim tam dotrzemy!

Ta niespodziewana odpowiedź wprawiła go w pewien kłopot, ale poradził sobie:

– Pomodlę się za niego?

– Za niewiernego? Dobrze, Hassanie, widzę, że jesteś pobożnym synem proroka. Zmów za niego surat en nas, a za mnie surat elfalak, a wtedy nie będziemy potrzebowali się obawiać dżinnów pustyni. Wyruszę jutro, gdy się słońce podniesie.

Allah akbar, Bóg jest wielki, sidi! Tylko on potrafi wszystko i jemu tylko wszystko wolno, człowiek zaś musi mu być posłusznym i nie może rozpoczynać podróży z zorzą poranną. Na to jest pora o trzeciej popołudniu.

– Zapominasz, Hassanie, że ten czas obowiązuje karawany, a poszczególni podróżni mogą jechać, kiedy im się podoba.

– Sidi, jesteś naprawdę wielkim i uczonym fakihem. Ja opłakuję godzinę, która dała ci Franka za ojca, a chrześcijankę za matkę. Widzę, że jesteś hafizem, który umie na pamięć Koran, będę ci więc wierny, posłuszny i zaprowadzę cię, gdzie tylko zechcesz!

– Czy masz jakieś zwierzęta?

– Nie, sidi. Wyjechałem z dwoma dżemelami z Zinder. Jeden padł na pustyni, a drugiego po przybyciu tutaj, musiałem sprzedać.

 

– Więc pojedziemy pocztą stepową stąd do Batny, a stamtąd pocztą pustynną przez Dżebel-bou-Rezal do osiemnastu oaz Sibanu, gdzie w Biskara możemy sobie kupić dobre hedżiny. Bądź zatem gotów o wschodzie słońca, a jeśli w drodze do Bab el Ghud przekonasz mnie o swej waleczności, nie omieszkam nazywać się Dżezzar-bej i el Kebihr!

– Czy sądzisz może, sidi, że jestem tuszan – tchórz? Nie boję się ani lwa, ani samum; chwytam assaleh i strusia, poluję na gazelę i gnu, a zabijam panterę i niedźwiadka. Gdy głos mój zabrzmi, drży wszystko, a ty nie odmówisz mi należnego imienia. Sallam aalejkum! Pokój z wami!

Opuścił pokój z głębokim ukłonem.

Pani Latréaumont przystąpiła do mnie i ujęła mnie za rękę.

– A więc naprawdę spełni pan naszą prośbę, chociaż jest tak wielka i wymaga tyle odwagi? I zaraz jutro chce pan odjechać?

Madame, położenie nasze wymaga szybkiego działania. Jeśli mi państwo pozwolicie, to po powrocie skorzystam z waszej gościnności. Czy będzie mi wolno zostawić u państwa te rzeczy, których nie mogą zabrać ze sobą.

– Poślę natychmiast na statek i wszystko, co... – Pardon, zajechałem już do hotelu de Paris.

– Rzeczywiście? Wie pan, że nas to obraża!

Musiałem wysłuchać trochę uprzejmych wyrzutów po czym całą sprawę oddano jednemu ze służących. Miałem właśnie pójść do przeznaczonego dla mnie pokoju, kiedy oznajmiono Araba, który chciał rozmówić się z panem domu. Przyjęto go w mojej obecności.

Na długiej postaci wisiał sterany burnus, wystrzępione sznury z wielbłądzich włosów opadały z kaptura, był synem pustyni nie lękającym się niebezpieczeństwa i umiejącym ze spokojem znosić wszelkie trudy.

Sal aalejk! – pozdrowił dumnym skrótem, przy czym nie było widać najlżejszego pochylenia głowy. Kolba jego strzelby uderzyła posadzkę, a ciemne jego oko przebiegło od jednego z nas do drugiego z wyrazem wyższości człowieka wolnego i prawowiernego.

– Pomów pan z nim – szepnął mi Latréaumont. – To Tuareg, który był u mnie w sprawie Renalda.

Nic nie mogło mi być bardziej na rękę niż to, że ten posłaniec przybył dzisiaj.

Sal aal! – odwzajemniłem jeszcze krócej, wiedząc, że Beduin tym sposobem wyrażania się okazuje stopień szacunku osobie, do której przemawia. – Czego chcesz?

– Ty nie jesteś tym, z którym mam mówić!

– Nie masz mówić z nikim innym, tylko ze mną!

– Nie przychodzę do ciebie!

– To możesz odejść!

Odwróciłem się, a reszta towarzystwa także skierowała się ku drzwiom.

– Sidi! – zawołał. Szedłem dalej.

– Sidi! – rzekł natarczywie. Na to odwróciłem tylko głowę.

– Czego chcesz?

– Pomówię z tobą!

– Jak się nazywasz?

– Mahmud Ben Mustaia Abd Ibrahim, Jaakub Ibn Baszar.

– Imię twoje dłuższe, niż powitanie. Wasz prorok, wielki Mahommed Ibn Abdallah el Haszemy, powiada: „Bądźcie uprzejmi nawet z niewiernymi i nieprzyjaciółmi, ażeby nauczyli się czcić waszą wiarę i Kaabę!” Zapamiętaj to sobie! Jesteś Tuareg?

– Tuareg i Imoszar.

– Z którego szczepu?

– Hedżan-bej, dusiciel karawan, nie pozwala swoim wojownikom wymieniać szczepu wobec Franków.

Ogarnął mnie lekki strach na te słowa. A więc Renald był w niewoli osławionego Hedżan-beja! To była najgorsza wiadomość, jaką mogłem otrzymać. Słyszałem o tym okrutnym i śmiałym rozbójniku pustyni. Nikt nie wiedział, do jakiego szczepu właściwie należał, a cała pustynia była dlań terenem łowów. Od algierskiego stepu aż do Sudanu i od oaz egipskich aż po Wadan i Walada w zachodniej Saharze znane było jego imię. Wynurzając się to tu, to tam, znikał potem równie szybko, jak przychodził, lecz wszędzie i zawsze, gdzie się tylko pojawił, zabierał ofiary z mienia i życia ludzkiego. Niewątpliwie miał ukryte miejsca pobytu, rozsiane po całej Saharze i agentów, którzy donosili mu o każdej znaczniejszej karawanie oraz pomagali w zbyciu zrabowanych towarów. Ale osobę jego i czyny osłaniała tajemnicza ciemność. Uznałem za stosowne udać wobec jego posłańca, że nic o nim nie słyszałem.

– Hedżan-bej? Kto to?

– Nie znasz dusiciela karawan? Czy ucho twoje jest głuche, że nic o nim nie słyszałeś? On jest panem pustyni, strasznym w gniewie, okropnym w złości, przerażającym w nienawiści i niezwyciężonym w walce. Młody niewierny jest u niego w niewoli.

Roześmiałem się.

– Niezwyciężony w walce? Walczy więc chyba z małym szakalem i tchórzliwą hieną? Żaden z Franków nie obawia się jego gniewu ani jego gum. Czemu nie wypuścił dotąd pojmanego? Czy nie otrzymał już dwa razy okupu?

– Pustynia wielka, a Hedżan-bej ma wielu ludzi, potrzebujących odzieży, broni i namiotów.

– Dusiciel karawan jest kłamcą i oszustem. Jego serce nie zna prawdy, a jego fałszywy język ma dwa końce, jak język węża. Z jakim żądaniem przychodzisz?

– Daj nam burnusów, obuwia, broni, prochu, ostrz do włóczni i płócien na namioty!

– Już dwa razy to otrzymaliście. Nie dostaniecie ani kawałka płótna, ani ziarnka prochu!

– To jeniec umrze!

– Hedżan-bej nie wyda go nawet wtedy, jeśli dostanie, czego żąda.

– On daruje mu wolność. Dusiciel karawan będzie łaskawy, skoro otrzyma okup.

– Ile żąda?

– Tyle, ile już dostał.

– To dużo. Czy ty masz zabrać towary?

– Nie. Poślesz mu je, jak poprzednio.

– Dokąd?

– Do Bah el Ghud.

Była to ta sama miejscowość, do której kazał mi przybyć Emery! Był to przypadek, czy też może on wiedział, że rozbójnik będzie się tam znajdował?

– Czy spotkamy tam jeńca i odzyskamy go za okup?

– Tak.

– Czy mówisz prawdę?

– Nie kłamię!

– Dwa razy już tak powiedziałeś, a jednak skłamałeś. Przysięgnij!

– Przysięgam.

– Na duszę ojca twego!

– Na duszę... mojego... ojca! – wybuchnął z wahaniem.

– I na brodę proroka?

Teraz był całkiem zakłopotany.

– Przysięgłem i dość już tego!

– Przysiągłeś na duszę ojca, która nie warta więcej, niż twoja. Za obie razem nie dam ani jednej sisz lub bla halef, a przysięga na nie nie warta ziarnka piasku, którego pełno na pustyni. Czy przysięgniesz na brodę proroka?

– Nie.

– W takim razie słowo twoje jest kłamstwem i obłudą, a ty nie zobaczysz już nigdy gwiazd pustyni.

Oko jego błysnęło gniewem.

– Wiedz o tym, niewierny, że dusza jeńca pójdzie do dżehenny, jeśli ja na czas nie przybędę do, Hedżan-beja. To mogę ci przysiąc na brodę proroka, który umie chronić swych wiernych!

– W takim razie dusza twoja pójdzie tam wcześniej, a kości dusiciela karawan i jego bandy zbieleją w żarze słonecznym. Przysięgam ci na Jezusa, syna Marii, którego wy nazywacie Iza Ben Marryam. On jest mocniejszy od waszego Mahometa, gdyż sami mówicie o Nim, że usiądzie kiedyś na meczecie Omajadów w Damaszku, aby sądzić wszelkie stworzenia ziemi, powietrza i wody!

Arab podrzucił głowę w górę i wsunął palce prawej ręki pod brodę, co u Beduinów oznacza zupełną pogardę.

– Przyniesiecie wszystko, czego żądamy! Byłem, u was dwa razy i nie poważyliście się podnieść ręki na posła Hedżan-beja, a dziś także tego nie uczynicie. Stu takich, jak ty, nie zdołałoby go zwyciężyć, a tysiąc takich, jak ty, nie pokonałoby jego gum, ponieważ jesteś giaurem.

Przystąpiłem doń natychmiast z podniesioną pięścią.

– Czy twoja głowa pusta, a duch twój wysechł, że ośmieliłeś się powiedzieć o mnie to słowo, ty, który nie jesteś niczym więcej, jak tylko kelb – pies, którego się powala na ziemię?

Upuścił od razu strzelbę na ziemię i wzniósł obie ręce. U obu przegubów zwisały mu ostre kussa, długie na osiem cali. Zwyczajny Beduin nosi tylko jeden taki nóż, rozbójnik zaś z pustyni dwa i używa ich w ten sposób, że obejmuje rękami przeciwnika i wbija mu oba noże w plecy. Mój Tuareg przygotował się do tego kroku.

– Czy odwołasz to słowo? – zapytałem.

– Powiadam jeszcze raz, giaurze!

– To upadnij przed giaurem!

Zanim się zdołał poruszyć, uderzyłem go pięścią w czoło tak, że zgiął się, a potem padł nieprzytomny na ziemię. Był to ten sam cios myśliwski, dzięki któremu nazywano mnie na prerii Old Shatterhand.

– O mon dieu! – krzyknęła madame. – Pan go zabił.

Mademoiselle leżała na pół zemdlona na otomanie, a Latréaumont nie mógł przemówić ani słowa.

– Bez obawy, madame – pocieszyłem ją – ten ananas żyje, chociaż na pewien czas stracił przytomność. Znam dobrze moją pięść; gdybym chciał go zabić, byłbym się zamierzył cokolwiek dalej.

Te słowa wróciły oddech przestraszonemu Francuzowi.

– Ależ z pana prawdziwy goliat! Ja musiałbym zadać przynajmniej kilkaset takich uderzeń, aby takiego olbrzyma położyć.

Francuz, który sięgał mi zaledwie do ramienia, a miał ręce dziecka, mówił słusznie. Mógłby całymi miesiącami grzmocić po czaszce Tuarega i nie sprawiłby mu krzywdy.

– Proszę – odrzekłem – postaraj się pan o to, żeby tego Beduina związano i oddano policji. Jej władza nie sięga wprawdzie aż na pustynię, tu jednak będzie chętna na pańskie usługi.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?