Bryganci z Maladetta

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karol May

BRYGANCI Z MALADETTA

_________

CYKL POWIEŚCIOWY: RÓD RODRIGANDA

tom drugi

przekład anonimowy

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

_____________________

Tekst wg edycji z roku 1926. Zachowano oryginalną pisownię

Copyright © 2012 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

e-mail: wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-445-9

Bryganci z Maladetta
I. NIKCZEMNY CZYN.

W drodze powrotnej spotkał Cortejo jeźdźca, po którym łatwo można było poznać, że nie przywykł do siodła, miał na sobie lekkie ubranie letnie, głowę okrywał olbrzymich rozmiarów sombrero. Na jego widok Cortejo zatrzymał konia. Znał przecież tego człowieka, lubo nie spodziewał się, że go tutaj spotka. Był to kapitan Henrico Landola we własnej osobie.

Mocno zaciśnięte usta z nieco opuszczonemi kątami, ostro zarysowany nos, przenikliwy, bystry wyraz szarych oczu, wszystko to znamionowało człowieka nieprzeciętnego.

Kapitan Landola był też istotnie marynarzem niezwykłym. Wiedzieli o tem wszyscy, którzy go znali, że mimo czysto hiszpańskiego nazwiska był rodowitym Jankesem, który nie boi się samego djabła i z każdej opresji wyjść potrafi cało. Przewędrował wszystkie morza i porty, uchodził za człowieka, który dla pieniądza nie zawaha się przed niczem. Chodziły nawet słuchy, że pan kapitan trudni się handlem murzynami, który w czasach tych był już, przynajmniej na papierze, zniesiony.

— Czy mnie oczy nie mylą? Więc to naprawdę pan, kapitanie, — zapytał Cortejo.

— We własnej osobie — odpowiedział kapitan.

— Cóż pan tu robi?

— Szukam sennora.

— Mnie? — pytał Cortejo zdumiony.

— Tak. Chyba pan wie, że wylądowałem w Veraeruz. Otrzymał pan z pewnością list od brata w tej sprawie?

— Owszem.

— A więc wszystko w porządku. Przejechałem konno przez ten przeklęty kraj zbójów i żółtej febry, aby interes osobiście ubić. W domu zastałem tylko córkę pańską, która powiedziała mi, że pana spotkam na pewno na tej drodze. Oto wszystko.

— Popełnił pan nieostrożność.

— Nieostrożność? Dlaczego to?

— Dlatego, że nikt sennora widzieć nie powinien, mimo iż jest tu pan zupełnie nieznany. Dwaj ludzie, którzy mają załatwić interes taki, jak nasz, powinni uważać pilnie, aby nikt nie widział ich razem.

— No dobrze, dobrze.

— Niech pan teraz galopuje sobie na spacer, a wieczorem, koło dziesiątej, niech się pan zjawi pieszo na tem samem miejscu, na którem się spotkaliśmy.

— Będę punktualny!

Gdy Cortejo przybył do domu, Józefa, wyczekująca ojca z niecierpliwością, zapytała:

— Czy zastałeś Indjanina, czy otrzymałeś potrzebny środek?

— Owszem. Ale piekielnie drogi!

— Opowiedz, ojcze, jak wszystko się odbyło.

Cortejo zdał córce sprawę ze swej wizyty u Basilia, poczem rzekł:

— Jakżeś mogła posyłać mi na spotkanie kapitana?

— Dlaczegóż nie miałam tego uczynić?

— Nikt nie powinien widzieć nas razem.

— Byłoby jeszcze gorzej, gdybym mu pozwoliła czekać u nas na ciebie.

— Chciał tu czekać? A to nieostrożny człowiek! Czy mówił coś o interesie?

— Ani słowa.

— A ty?

Józefa milczała chwilę zakłopotana. Wreszcie odpowiedziała:

— Chciałam naprowadzić rozmowę na ten przedmiot, ale kapitan zbywał mię tak wymijającemi odpowiedziami, że zmieniłam temat.

— Tak. Człowiek w rodzaju Landoli nie będzie mówił o takich sprawach z kobietami. Czy powiedziałaś mu, dokąd się udałem?

— Nie. Powiedziałam tylko, że będzie cię mógł spotkać na drodze do Paseo. — Ale, wracajmy do naszego środka. Czy to proszek, czy płyn?

— Proszek.

— Pokaż.

Sekretarz otworzył tutkę.

— Kiedy go użyjesz? Jeszcze dziś?

— Trzeba czekać, Alfonsa jeszcze niema.

— Obecność jego nie jest do tego konieczna!

— W takim razie muszę naradzić się w tej sprawie z kapitanem.

— A więc don Fernando jutro zażyje proszku?

— Być może.

— Ale w jaki sposób? Stara Marja pilnuje go jak brytan; nie dopuszcza nikogo.

— Trzeba będzie znaleźć jaką drogę.

— Jak szybko działa nasz środek?

— Działa po upływie jednej nocy na przeciąg całego tygodnia.

— A jeżeli umrze od rany?

— To już nie moja będzie wina. Zamierzam uśmiercić go pozornie; jeżeli umrze, sumienie mam czyste...

Wieczorem udał się Cortejo pieszo na spotkanie kapitana. Landola już był na miejscu.

— Nadzwyczajna punktualność! To lubię, to mi się podoba! — rzekł do sekretarza.

— Jak pan spędził czas, kapitanie?

— Jest tu dosyć spelunek, w których można miło czas spędzić, ale mniejsza o to. Niech mi pan poda ramię, przystąpmy po rzeczy!

Wziąwszy się pod rękę, szli w ciemności, szepcząc między sobą.

— Więc otrzymał pan list od brata swego Gasparina? — zapytał kapitan.

— Tak. A pan ma jego polecenia?

— Nie.

— To dziwne.

— Mam wrażenie, że się pan nieodpowiednio wyraził, — rzekł kapitan z uśmiechem. — Henrico Landola jest panem swej osoby! Nie pozwalam nigdy, by mi ktoś rozkazywał, lub dawał polecenia.

— Niech mi pan wybaczy. Nie miałem na myśli żadnego zwierzchnictwa.

— Więc zgoda! Powiem panu teraz, że brat pański prosił mnie o poparcie pana w pewnej dyskretnej sprawie.

— W jakiej?

— Może będzie chodziło o unieszkodliwienie człowieka... — odpowiedział kapitan.

— Czy ma umrzeć, czy też żyć powinien nadal?

— Brat pański chciał, aby zginął.

— A gdybym był innego zdania, aniżeli brat?

— To zależy od zapłaty — uśmiechnął się Landola. — Ileż pan daje?

— Czy 1000 durów wystarczy?

— Wystarczy. Co mam zrobić z tym poczciwcem?

— Usunąć go.

— Dokąd?

— Pańska wola.

— Dobrze! A kiedy mogę otrzymać „bagaż“?

— Jak długo zostaje pan w porcie?

— Dopóki nie skończymy sprawy. Ale mam nadzieję, że nie każe mi pan w tem przeklętem legowisku żółtej febry siedzieć zbyt długo. W przeciwnym razie byłbym zmuszony zmykać; życie mi bowiem drogie.

— Pośpieszę się. Czy wiesz sennor kogo masz zabrać?

— Nic mi do tego.

Gdyby Cortejo mógł przy tych słowach widzieć twarz kapitana, przekonałby się, że Landola kłamie, że w tym interesie dwóch braci niema na względzie nic poza zysk własny.

— Powie panu swoje nazwisko — zauważył sekretarz.

— Będę udawał, że mu nie wierzę.

— A jeżeli załoga statku usłyszy?

— Żadne oko nie zobaczy go, żadne ucho nie usłyszy.

— Czy dowiem się później, gdzie go pan umieścił?

— Może. Tego dziś jeszcze nie wiem.

— Dobrze. Przypuśćmy jednak, że człowiek ten jutro umrze.

— Kiedyżby go pochowano?

— Po dwóch dniach. Ponieważ jednak bratanek jest nieobecny...

— Zostanie pochowany bez bratanka.

— Nie. To niedobrze.

— Do djabła! W takim razie lekarz gotów go zabalsamować.

— Na to nie pozwolę. Oświadczę, że w rodzinie nikogo nie balsamowano, albo, że zmarły był zawsze przeciwnikiem balsamowania.

— Doskonale. Ale w jaki sposób przeniesiemy go do portu?

— Hm. Chyba nie w trumnie?

— Nie. Rzucałaby się w oczy.

— A w skrzyni?

— Udusi się.

— W takim razie najlepiej będzie w koszu.

— Dobrze. Ale jak przewieziemy go na przystań?

— Na mułach.

— A jak załadujemy „bagaż“ na statek?

— To już pańska sprawa, kapitanie.

— Niebardzo mi się to uśmiecha. Ale trudno, niema rady. Niech pan tylko uważa, aby kosz nie zginął po drodze!

— To właśnie ciężka sprawa. Droga na statek jest bardzo niepewna. Włóczą się po niej różni biali i czerwoni, którym nie można ufać.

— Trzeba pomyśleć o dobrej eskorcie.

— Hm, eskorta... Ale trudno, i o tem trzeba będzie pomyśleć. A w jaki sposób dowie się pan o naszem przybyciu?

— W bardzo prosty: pchnie pan do mnie na statek posłańca.

— Zejdzie pan później sam?

— Tego nie wiem. Niech pan w każdym razie wyszuka takie miejsce daleko od miasta, przy którem łatwo można lądować. W nocy zabiorę kosz.

— To byłoby wszystko.

— A więc możemy się pożegnać, prawda?

— Tak panu śpieszno?

— Czeka mnie drobna rozrywka. Życie na morzu jest piekielnie jednostajne, skoro się więc do lądu zawinie, trzeba używać.

— Rozumiem. A więc dobrej nocy!

— Dobrej nocy. A niech się pan śpieszy z pogrzebem!

— Odbędzie się jak najprędzej.

Po tych słowach się rozstali. —

 

Ranny hrabia Fernando, leżąc w łóżku, nie miał oczywiście pojęcia, jak i przez kogo postanowiony został jego pogrzeb.

Szczęście, albo raczej djabeł sprzyjał sekretarzowi. Przechodząc obok pałacu swego pana, spotkał starą Marję, wracającą od studni ze szklanką wody.

— Jak się powodzi hrabiemu? — zapytał.

— Nie narzeka.

— Czy gorączka spadła?

— Nie; ma ciągle straszne pragnienie. Co kwadrans muszę mu przynosić ze studni szklankę wody.

— Czy lekarz był?

— Dwa razy. Powiedział, że niema powodu do obaw, chyba, że zajdą jakieś komplikacje.

— Da Bóg, hrabia wyzdrowieje wkrótce. Chociaż w kraju o tak upalnym klimacie, jak nasz, każda rana może być niebezpieczna.

— Tak, to prawda. Ale muszę już iść. Dobrej nocy!

— Dobranoc!

Stali właśnie przed mieszkaniem Marji. Staruszka weszła na chwilę, aby wziąć jakiś drobiazg, zostawiwszy szklankę wody na murze przed domem!

Cortejo miał proszek przy sobie. Skorzystał z chwili, aby wsypać truciznę do szklanki. Poczem oddalił się szybko. —

Józefa czekała na ojca. Opowiedział jej z zadowoleniem, co zaszło. Gdy skończył, córka radośnie klasnęła w dłonie.

— Wspaniale! — rzekła. — Wygraliśmy ostatecznie. Teraz wiem na pewno, że będę hrabiną. Kiedy wraca Alfonso?

— Za kilka dni. A może nawet jutro.

— Nie będę tej nocy spała z radości!

— Pójdź jednak do swojej sypialni. Jeżeli z hrabią stanie się co niezwykłego, wszystkich trzeba będzie obudzić. Wywarłoby to dziwne wrażenie, gdybyś zjawiła się zupełnie ubrana. Mysimy uważać na każdą drobnostkę.

— Masz rację. Ale zapomniałam o najważniejszem: mam wrażenie, że hrabia sporządził nowy testament.

— Do kroćset! — zaklął Cortejo.

— Tak mi się zdaje. Przed pojedynkiem ludzie uporządkowują zwykle swoje sprawy, nieprawdaż?

— Tak.

— W przeddzień pojedynku hrabia pisał coś bardzo długo, tak opowiada lokaj.

— To jeszcze nie dowód, że sporządził nowy testament.

— Mam do tego przypuszczenia i inne podstawy. Dlaczego ukrywa tak skrzętnie to, co napisał? Dlaczego nie złożył tego w biurku, gdzie przechowuje wszystkie papiery?

— A gdzie złożył?

— U starej Marji Hermoyes.

— Hm, do djabła! Jesteś tego pewna?

— Tak. Wyszła z pałacu z wielką, pięciokrotnie opieczętowaną kopertą. Gdy hrabia zawołał ją do siebie po pojedynku, przyniosła mu kopertę zpowrotem.

— Któż ci to powiedział?

— Kamerdyner.

— To ciekawe. Może istotnie masz rację. Ale w każdym razie Alfonso zostanie spadkobiercą.

— Albo nie — rzekła Józefa. — Mógł go przecież wydziedziczyć; jest tylko bratankiem. Jedynie dobra w Hiszpanji muszą bezwarunkowo przypaść Alfonsowi, jako majorat.

— Nie rozumiem, dlaczego hrabia takiem zaufaniem darzy tę Marję?

— Przywiozła mu Alfonsa, może coś przeczuwa?

— Czy przypuszczasz, że mogła o tych przeczuciach mówić z hrabią?

— Trzeba ją unieszkodliwić. Gdzie twojem zdaniem hrabia schował kopertę?

— Przypuszczam, jestem prawie pewien, że w środkowej szufladzie biurka, gdzie leżą wszystkie ważne dokumenty.

— Gdy tylko środek nasz zacznie działać, będziesz musiał otworzyć tę szufladę.

— Postaram się. A teraz dobrej nocy!

Józefa udała się do swojej sypialni, nie mogła jednak zasnąć. Leżąc na łóżku, śniła z otwartemi oczami o przyszłem życiu, pełnem blasków i zaszczytów. Z tego, że je okupuje ciężką zbrodnią, nie robiła sobie żadnych skrupułów.

Cortejo spał w najlepsze, gdy zbudzono go pukaniem gwałtownem:

— To ja, służący Arnoldo. Nieszczęście stało się naszemu panu!

— Zaraz, zaraz!

Don Pablo wyskoczył z łóżka, nałożył szlafrok, zapalił światło, potem otworzył drzwi, w których stanął służący.

— Cóż się hrabiemu stało? — zapytał Cortejo.

— Nie wiem. Miałem dziś w nocy dyżur. Siedząc w korytarzu, zdrzemnąłem się nieco. Nagle usłyszałem jakiś krzyk w pokoju hrabiego. Pokój był od wewnątrz zamknięty na klucz. Na pytanie moje, co się stało, nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Usłyszałem tylko płacz i rozpaczliwe biadania Marji. Ponieważ Marja drzwi nie otwiera, przybiegłem tutaj.

— Dobrześ uczynił! Musimy natychmiast spieszyć!

Cortejo udał się ze służącym pod pokój hrabiego. Mimo pukania nikt im nie otwierał; słychać było tylko płacz Marji.

— Otwierać! — krzyknął Cortejo, uderzając w drzwi nogą.

Uderzenie to oprzytomniło Marję. Otworzyła.

— Co się stało? — zapytał sekretarz.

— Ach, nasz dobry pan umarł, nie żyje! — odparła z jękiem.

Cortejo podszedł do łóżka, popatrzył na hrabiego. Don Fernando leżał blady jak trup; policzki miał zapadnięte.

— Kiedyż to się stało? — zapytał don Pablo.

— Nie wiem.

— Musisz wiedzieć, czuwałaś przecież przy nim!

— Zapadłam w drzemkę. Kiedy się ocknęłam, już nie żył. Nie wiem, jak długo potem rozpaczałam.

— A może tyś winna jego śmierci? Nie otwierałaś na pukanie. Może ratunek był jeszcze możliwy?

— Nie, nie!

Cortejo, wchodząc do pokoju, rzucił okiem na biurko: klucz widniał w zamku środkowej szuflady.

— Obudzić całą służbę! Sprowadzić lekarza! — rozkazał służącemu.

Po tych słowach służący i stara Marja opuścili pokój. Cortejo podszedł gorączkowo do biurka, otworzył szufladę, znalazł kopertę; włożywszy kopertę do kieszeni, zamknął szufladę. Potem wyszedł.

Wszystko trwało tak krótko, że w przedpodkoju spotkał jeszcze Marję. Biorąc ją pod ramię, zapytał:

— Hrabia miał dużo zaufania do ciebie, prawda?

— O tak! — odparła, łkając głośno.

— Zostań więc przy nim, aż przybędzie komisja sądowa. Pilnuj, by nic nie zginęło z pokoju, No, idź!

Stara wróciła do pokoju pana, nie przestając żałośnie zawodzić.

Na wołanie sekretarza zbiegł się cały pałac, aby opłakiwać niespodzianą śmierć hrabiego. Po jakimś czasie nadszedł lekarz.

Przedewszystkiem wygnał z pokoju ciżbę płaczącej służby. Pozwolił tylko zostać sekretarzowi, kamerdynerowi i Marji.

Zbadawszy trupa, potrząsnął głową i rzekł:

— Tetanus, tężec. Jeszcze jest ciepły; musimy poczekać.

Cortejo bał się, aby lekarz nie wpadł na pomysł otworzenia żył hrabiego; obawy jednak okazały się płonne. Lekarz oświadczył, że pozostanie przy hrabi do rana, poczem Pablo oddalił się wraz ze służącym. Marja została z lekarzem w pokoju hrabiego. —

Zaledwie Cortejo wrócił do domu, Józefa wbiegła do pokoju z pytaniem:

— Czy masz dokument?

— Tak; znalazłem go w środkowej szufladzie. Na kopercie niema żadnego napisu. Zobaczmy!

Złamał pieczęcie, wyciągnął z koperty papier i czytał. W miarę, jak zagłębiał się w testament, bladość coraz wyraźniejsza okrywała mu twarz.

— Co się stało? — spytała Józefa.

— Czytaj!

W miarę czytania bladła również Józefa. Skończywszy, rzuciła papier na podłogę ze słowami:

— A więc tak, jak przypuszczałam: wydziedziczony!

— Nie dostalibyśmy ani grosza!

— Tej Marji zapisał niebywałe bogactwa.

— A my poszlibyśmy pod sąd, który miał zbadać, czy Alfonso jest istotnie hrabią Rodriganda.

— Szczęście, że mamy ten papierek!

— Spal go!

— Nikt nie zauważył, jak wyciągnąłeś go z biurka? Marja?

— Nie; z pewnością nie!

— W takim razie można spalić papier. Brak teraz tylko Alfonsa!

— Ja go zastępuję. Władze będą musiały zwracać się ze wszystkiem do mnie, jako do sekretarza.

— A co będzie z plamami pośmiertnemi?

— Znajdzie się na to odpowiednia chwila.

— Kto się tem zajmie: ja, czy ty?

— Ja. Znam się na tem lepiej.

— Czy zwłoki hrabiego pozostaną w pokoju?

— Nie. Zamkniemy pokój, aż do chwili otwarcia testamentu.

— Kiedyż to nastąpi?

— Według tutejszego zwyczaju jeszcze dziś.

— Gdzie umieścisz trupa?

— Na wspaniałym katafalku w wielkiej sali. Przygotuję wszystko. Trzeba będzie pokój obić na czarno.

— Czeka mię nawał pracy!

— Mnie również. Muszę pomyśleć o trumnie, o całej ceremonji. No, trzeba zaczynać; już świta.

Po tych słowach ojca, Józefa wzięła testament i wraz z kopertą wrzuciła do płonącego kominka. —

Po kilku godzinach lekarz wezwał don Pabla.

— Pan jest sekretarzem hrabiego, pan prowadził wszystkie jego sprawy?

— Tak.

— W takim razie oświadczam panu, iż hrabia rzeczywiście umarł.

Cortejo przybrał zrozpaczony wyraz twarzy.

— Czy to możliwe? — zawołał.

— Z początku sam nie wierzyłem, ale teraz jestem pewien.

— Powiedział pan, panie doktorze, że to tetanus?

— Tak. Nastąpił tężec. W naszym klimacie najmniejsza nawet rana tem się skończyć może.

— To straszne! Pozwoli pan, doktorze, że przeniosę stąd trupa? Za jakie pół godziny bowiem zjawią się przedstawiciele władz, by stwierdzić kto jest spadkobiercą.

— Któż nim będzie?

— Przypuszczam, że don Alfonso.

— Czy był pan obecny przy pisaniu testamentu?

— Tak.

— W takim razie przypuszczenie to staje się pewnikiem. Proszę, niech mnie pan poleci hrabiemu Alfonsowi. Zawsze cieszyłem się zupełnem zaufaniem jego stryja.

— Postaram się uczynić wszystko, co ode mnie zależy.

— Wystawię panu dla władz akt zejścia. Chciałbym tylko zbadać jeszcze raz trupa przed samym pogrzebem.

— Proszę pana nawet o to, doktorze.

Nie zdążono jeszcze przenieść trupa, gdy zjawiły się władze. Marja musiała opuścić pokój; został w nim tylko don Pablo, jako sekretarz i pełnomocnik hrabiego. Don Fernando zdeponował swój pierwszy testament u władz. Odczytano go teraz. Jedynym spadkobiercą był don Alfonso. Ponadto testament polecał, by don Alfonso wypłacił sekretarzowi wcale pokaźną sumę i zatrzymał go na dotychczasowem stanowisku. Hrabia nie zapomniał również o służbie.

— Gdzież jest hrabia Alfonso? — zapytał jeden z przedstawicieli władzy.

— Na jednym z bardzo odległych folwarków.

— Kiedy wraca?

— Najpóźniej za kilka dni.

— Proszę zawiadomić mnie, gdy tylko przybędzie. Pragnę się z nim naradzić. — A teraz upoważniam pana, w myśl testamentu, do zajęcia się pogrzebem. Gdzie leżą papiery zmarłego?

— W bibljotece i tutaj.

— A pieniądze, kosztowności?

— W tem biurku.

— W takim razie opieczętowuję chwilowo całe mieszkanie. Pan odpowiada za nienaruszalność pieczęci.

Cortejo skinął głową i rzekł:

— Proszę tylko o pewną sumę na koszta pogrzebu. Zdam z niej później rachunek.

— Dobrze, otrzyma ją pan.

Pokój hrabiego został opieczętowany, trupa umieszczono w wielkiej sali.

II. NIEPRAWY SPADKOBIERCA.

Wiadomość o śmierci hrabiego Fernanda szybko rozeszła się po stolicy wraz z famą o pojedynku, który śmierć spowodował. Hrabia był w mieście ogólnie lubiany, to też w przeciągu jednego dnia nagromadziły się w pałacu całe stosy biletów kondolencyjnych.

Po południu udało się Pablowi Cortejo spędzić dłuższy czas przy zmarłym; był zupełnie sam, miał więc sposobność zastosowania płynu. Plamy wystąpiły tak podobne do tych, które ukazują się na zwłokach, że lekarz, który przybył dnia następnego, na ich podstawie pozwolił na pogrzeb bez wahania.

Dzień przyniósł jeszcze jedną niespodziankę, pomyślną dla don Pabla.

Oto w domu don Pabla zjawił się niespodzianie gość zdawna wypatrywany: Alfonso.

Don Pablo powitał go serdecznie:

— Czekałem na ciebie z niecierpliwością!

— I ja tęskniłem za Meksykiem i za wami!

— Czy wiesz, że hrabia nie żyje?

— Tak — odparł Alfonso z uśmiechem.

— Śmiejesz się? Dlaczego?

— Bo jesteś wszechwiedzący. Napisałeś mi w liścle, że hrabia Fernando umrze; przyjeżdżam, zsiadam z konia, no i dowiaduję się, że naprawdę nie żyje! To rozumiem, to mi precyzyjna robota.

— Nie pytasz nawet, kto jest dziedzicem?

— Poco? Przecież ja nim jestem.

 

— Oho!

Usłyszawszy ten okrzyk, Alfonso zbladł.

— Więc nie? Mówże!

— No, no, nie denerwuj się — uspokoił don Pablo. — Jesteś dziedzicem, ale niewiele brakowało, a zostałby nim zamiast ciebie stary hrabia Manuel, pan na zamku Rodriganda w Hiszpanji, którego jesteś podstawionym synem.

— Do krócset! Jakże to się stało?

— Dowiesz się wkrótce o wszystkiem. Ale; jakże ty wyglądasz?

Alfonso spojrzał na swe postrzępione ubranie i rzekł:

— Przyjeżdżam przecież z dzikiego kraju. Pójdę do swoich pokojów, aby się przebrać.

W uchylonem skrzydle drzwi stanęła Józefa. Na widok Alfonsa zbladła naprzód jak kreda, później oblała się rumieńcem. Wyciągając ramiona, zawołała:

— Alfonso, Alfonso! Pójdź w moje objęcia, ukochany kuzynie!

Alfonso stał nieruchomo. Podbiegła więc do niego i przyciskając się doń swem chudem ciałem, zaczęła całować go w usta gorąco i namiętnie. Alfonsa bronił się, lecz napróżno. Wpadł więc w pasję i zawołał:

— Zostaw mnie w spokoju! Wypraszam sobie te poufałości. Jak śmiesz nazywać mnie głośno kuzynem. Mógłby nas kto usłyszeć i nieszczęście gotowe!

— Taka jestem szczęśliwa, że cię mam znowu!

— To jeszcze nie powód, aby mi jedynym zębem odgryzać wargi!

Słowa te poskutkowały. Sowie oczy Józefy zabłysły gniewem; odsunęła się szybko.

— Za tę obrazę będziesz mnie jeszcze błagał o przebaczenie!

— Z pewnością nie dzisiaj — odparł Alfonso szyderczo.

— Ale jutro!

— Niedoczekanie.

— Zobaczysz! Nie pozwolę obrażać się bezkarnie!

— Nie lubię frazesów. Gdzie są klucze od mego mieszkania, Cortejo?

Don Pablo obserwował dokładnie całą scenę. Wskazał z niezadowoleniem na czarną deskę, na której wisiał pęk kluczy.

— Oto są — rzekł ponuro.

Alfonso, spojrzawszy nań ze zdziwieniem, zapytał:

— Co ci się stało?

— Nic.

— Mógłby się jednak pan sekretarz pofatygować i podać klucze swemu panu.

Cortejo nasrożył się jeszcze bardziej i rzekł:

— A bratanek mógłby oszczędzić stryjowi tej fatygi.

Alfonso roześmiał się i odparł:

— Nie grajmy komedji. Nie chcę być ani jej aktorem, ani widzem!

— Dotychczas grałeś tylko małą rolę; być może, będziesz musiał wogóle ustąpić ze sceny. Weź klucze, przebierz się! Później przyślesz po mnie swego lokaja.

Słowa te wypowiedział Cortejo tak stanowczo, tak ostro, że lekkomyślny i tchórzliwy Alfonso usłuchał natychmiast i wyszedł, nie powiedziawszy ani słowa.

Cortejo zwrócił się teraz do córki:

— Popełniliśmy wielkie głupstwo, paląc testament. Tam w kominku leży jeszcze popiół!

Odpowiedziała ponuro:

— Tak. Ale dlaczego uważasz, że popełniliśmy głupstwo?

— Mielibyśmy Alfonsa w ręku, gdyby testament jeszcze istniał.

— A bez testamentu? Czy wszystko stracone?

Józefa udała się do swego pokoju. Tu otworzyła skrytkę w szafie i wyciągnęła jakiś papier. Był to wczorajszy testament.

— Roztropnie postąpiłam — rzekła do siebie — rzucając do pieca kawałek gazety zamiast testamentu. Mam go teraz w ręku i potrafię zużytkować. —

Przebrawszy się, Alfonso zadzwonił na służącego i kazał mu zawołać sekretarza.

Cortejo zjawił się natychmiast i, usiadłszy obok Alfonsa, nawiązał rozmowę:

— Jak ci się powodziło? Wygląd twój zdradza, że miałeś dużo przygód.

— Źle mi się wiodło. Opowiem ci później o wszystkiem. Ale naprzód musisz mi, stryju, powiedzieć, co tutaj zaszło. To przecież najważniejsze.

— Otrzymałeś mój list?

— Tak.

— I spotkałeś obydwu gońców?

— Jakich gońców?

— Więc ich nie spotkałeś?

— Nie.

— Z polecenia don Fernanda posłałem po ciebie dwóch ludzi.

— Aż dwóch? Powód musiał być ważny. Czy stało się to na skutek choroby hrabiego?

— Nie; z powodu pojedynku. Embarez zagroził hrabiemu, że ogłosi wypadek w Dzienniku Urzędowym, jeżelibyś nie stanął do spotkania w przeciągu trzech dni.

— Do kroćset! Wyobrażam sobie minę starego.

— Widziałem ją; niezbyt była obiecująca. Po wysłaniu gońców do ciebie udał się do hrabiego Embareza, by...

— By go prosić o przedłużenie terminu?

— Nie. Don Fernando był przecież człowiekiem honoru i nie chciał kalać swego nazwiska. Poszedł do hrabiego, aby się bić za ciebie.

— W takim razie cała sprawa jest załatwiona?

— Najzupełniej.

— Świetny pomysł miał stary hrabia, znakomity, zwłaszcza, że śmierć nastąpiła zapewne skutkiem pojedynku, co?

— Takie jest ogólne mniemanie.

— Więc umarł z innego powodu? Zaciekawiasz mnie. A więc?

Cortejo wyciągnął z kieszeni list swego brata, który pokazywał przedtem Józefie, i dał bratankowi.

— Czytaj.

Przeczytawszy list, Alfonso zapytał:

— A więc ten list jest powodem śmierci don Fernanda?

— O tyle, o ile. Don Fernando żyje bowiem.

— Żyje? Czyś ty oszalał?

— Mam wrażenie, że jestem przytomniejszy od ciebie.

— Ależ to nonsens pozwolić mu żyć!

— Postaramy się, aby nam nie przeszkadzał. Umarł śmiercią pozorną.

— Pozorną! To musi być okropne. Jakżeś to wymyślił, mój stryju?

— Dałem mu jadu, który powoduje letarg. Po tygodniu na nowo obudzi się do życia.

— A co go czeka później?

— Znajdzie się na statku naszego poczciwego Landoli.

— Jakżeż go tam przetransportujesz?

— W koszu.

— Trudna sprawa. Droga do portu tak ożywiona.

— Cóż począć? Trzeba będzie pomyśleć o straży. Lecz nie mogę wtajemniczać jej, kogo pilnuje. Skąd straż wziąć, oto kłopot.

— Mogę ci pomóc.

— Ty? — ze zdumieniem zapytał Cortejo. — Masz ludzi pewnych, odważnych i nieciekawych?

— Mam takich ludzi. To eskorta, którą przywiozłem z hacjendy.

— Vaquerowie? Nie nadają się.

— To nie vaquerowie, to Indjanie.

— Chrześcijanie, czy poganie?

— Poganie. Należą do szczepu Komanczów.

— Do szczepu Komanczów? — zapytał przerażony Cortejo. — Chyba żartujesz?

— Skądże znowu. Mówię najszczerszą prawdę.

— To podobno straszni ludzie, rabusie, mordercy, złodzieje. Coprawda, nigdy w życiu nie widziałem żadnego Komancza.

— I ja ich nie znałem. Są stokroć straszniejsi od naszych dzikich Indjan. Mimo to żyją ze mną w przyjaźni i będą ci wiernie służyć.

— To twoi przyjaciele? Odprowadzili cię aż tu, do Meksyku?

— Tak. Ukryli się w górach przedmiejskich. Przeżyłem z nimi całą epopeję. Muszę ci ją opowiedzieć.

Alfonso zaczął od przeżyć w hacjendzie. Opowiedział historję porwania Emmy i Karji, jaskini ze skarbem królewskim, walk swych, oraz dzieje sadzawki krokodyli, nad którą wisiał. Opowiedział wreszcie o swem cudownem wybawieniu.

Cortejo słuchał z otwartemi ustami, jakby skamieniały. Wkońcu zawołał:

— To nie do wiary! Więc widziałeś na własne oczy te olbrzymie skarby. I niema ich, zginęły?

— Tak. Dokąd je zabrano, o tem wie tylko ten przeklęty Bawole Czoło i może jeszcze kilku ubogich Miksteków.

— Trzeba szukać, choćby lata całe! — zawołał Cortejo w febrycznej gorączce.

— Uczynię to teraz, wszak jestem właścicielem hacjendy. Udam się tam ze szwadronem zbrojnych i rozpocznę poszukiwania.

— Dostaniesz szwadron; hrabiemu Rodriganda nie odmówią.

— Zemszczę się na tej hołocie!

— Więc sądzisz, że mogę użyć twoich Komanczów?

— Pomówię z nimi dziś wieczorem przy wypłacie; obiecałem ich bowiem nagrodzić, jeżeli wrócę cało.

— Pojadę z tobą.

— Postaraj się, aby otrzymali, co przyrzekłem. Wypiszę ci wszystko na kartce. Ale, jakże stoi sprawa dziedzictwa?

— Jesteś generalnym spadkobiercą.

— Czy testament został już otwarty?

— Tak. Przedstawiciel władzy prosił, abym go zawiadomił o twem przybyciu.

— Więc zawiadom go czem prędzej.

— O mały włos nie straciłeś dziedzictwa. Hrabia sporządził drugi testament.

— Do djabła! Jakże się to stało?

Cortejo zdał sprawę. Gdy skończył, Alfonso rzekł:

— Trzeba wyrzucić tę starą Marję.

— Co za nierozwaga! Stara mogłaby rozpowiedzieć wszystko. Trzeba ją unieszkodliwić, albo za pomocą podarunków, albo też inną drogą.

— Ani mi się śni obdarowywać tę babę!

— A więc trzeba ją będzie unieszkodliwić inną drogą. Ale, przedewszystkiem musisz spełnić swój święty obowiązek.

— Cóż to za obowiązek?

— I ty się pytasz, człowieku, jaki masz do spełnienia obowiązek? Jesteś przecież bratankiem zmarłego. Cóż powie na to służba, gdy zobaczy, że nic cię śmierć stryja nie obchodzi?

— Uważasz, że powinienem trochę popłakać nad trupem?

— Oczywiście.

— Może mam się jeszcze modlić i wdziać żałobę?

— Naturalnie.

— Dobrze, biorę na siebie ten ciężki obowiązek. Ale chciałbym ci przedtem coś powiedzieć odnośnie do Józefy.

— Mów, słucham.

— Co znaczą te dzisiejsze przesadne czułości?

— Przesadne? Nie uważam. Czy nie powinna się była ucieszyć z powrotu kuzyna?

— To nie była radość siostrzana! Mam wrażenie, że twoja córka kocha się we mnie.

— I ja mam to samo wrażenie — odparł chłodno don Pablo.

— I nie wzbraniasz jej tego?

— Żadne zakazy tu nie pomogą, serce nie sługa.

— Widzisz chyba, że miłość ta jest bardzo nie na miejscu?

— Nie, tego nie widzę.

— Nie? Więc uważasz, że może być stadło z Józefy i ze mnie?

— Nie uważam tego za niemożliwe.

— Ale ja! Nie jest przecież szlachcianką.

— Ty także nie jesteś szlachcicem.

— Przeciwnie! Od dziś jestem hrabią de Rodriganda.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?