Pałuba

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VII

Ulice miasta były mi znane, zastanowił mnie jednak ruch, jaki na nich tej nocy panował. Wielu ludzi, można by nawet powiedzieć fale ludzkie płynęły ku jakiemuś punktowi, porywając mnie z sobą. Byli to, jak wnet zmiarkowałem, członkowie Bractwa Wielkiego Dzwonu – wszyscy mieli na głowach błazeńskie czapki z dzwoneczkami i biegnąc kłusikiem, dzwonili sobie. Poznałem kilku z nich; uścisnęli mi w milczeniu dłonie i zaprowadzili mnie na plac Trzech Gwiazd.

Jakież było moje zdumienie, gdy ujrzałem, że ten plac w nocy przedstawiał się zupełnie jak – świątynia! Domy, które za dnia wydawały się porozrzucanymi tak prozaicznie i przypadkowo, teraz tworzyły oryginalną, architektoniczną całość, gzymsy, okna i mury układały się w strzeliste ornamenty, zaś bramy, arkady i dachy jakby pochylały ku sobie u góry czoła, przedstawiając niedokończoną kopułę, spoza której przez szczeliny świeciły gwiazdy. Nie było jednak czasu zastanawiać się nad tymi szczegółami, w których przeczuwałem materiał symboliczności i aluzyjności do arcypoważnych studiów na lat kilka, gdyż właśnie rozpoczęła się jakaś ceremonia, która zajęła całą moją uwagę. Opisowi jej poświęciłem osobny ustęp w moim znanym dziele etnograficznym, do którego też odsyłam moich czytelników, a tutaj dodam tylko jeden, opuszczony tam, mniej ważny szczegół. Oto jakiś człowiek stał w środku i niby z wielkim natężeniem – bo aż do ziemi przysiadał – ciągnął za długą, gdzieś w górze zaczepioną taśmę, naśladując ruchy kogoś zawzięcie dzwoniącego, a członkowie Bractwa pokładali się od śmiechu.

Stałem wśród tłumu, obserwując, rozmyślając i notując – naraz usłyszałem wymówione głośno swoje imię, a ktoś ujął mnie lekko za rękę. Była to Hermina ubrana w fantastyczny biały kostium z emblematami przedstawiającymi dzwony. Uczułem potrzebę wynurzenia jej wszystkich swoich bólów i już miałem przemówić, lecz ona dała mi znak milczenia i zaprowadziła mnie przed trybunę, na której ujrzałem najstarszych i najszanowniejszych członków wielkiego Bractwa. Twarze ich były typowe: nosy orle, czoła wysokie, duże brody spływały im na piersi, a w oczach widniał nie tylko rozum, ale i chytrość, i szyderstwo, cnoty wyższe od rozumu. Czułem się przez nich na wylot poznanym, ale zarazem właśnie dlatego ogromna ufność upajała mnie i spuściłem oczy raczej z radości jak z obawy. I usłyszałem:

– Jesteśmy stróżami świata, a ród nasz posiany od wieków na granicy Ziemi a Opatrzności, chociaż nie Opaczności. Kołyszemy kołyskę ludzkości, spędzając jej muchy z nosa – bezinteresownie i niewidzialnie. Nie jesteśmy sternikami okrętu, lecz utykaczami szpar; bez nas poszedłby statek na dno. Wyłapujemy wszelakich przemytników i zdrajców i albo skazujemy ich na truciznę przyrządzoną z ich własnej krwi, albo pakujemy ich na miłe a pożyteczne zabawki do naszej dzwonnicy. Wyrabiamy śmiech ludzki i chichotanie, a łzy mieszamy tylko jako przyprawę, wszak ci sól zawierają. Jesteśmy niespożyci, rdza nie pokrywa naszych żelaznych kości, boimy się tylko bimbamu wielkiego dzwonu, lecz od czegóż wata w uszach naszych? Wszakże jesteśmy bractwem takiego dzwonu, którego nie było i nie ma, dlatego nazwa nasza trafnie jest dobrana. Całujmy tedy paznokcie stóp Boskich, a podstawiajmy nogę szpetnym przemytnikom!

Pojąłem głęboką ironię tej błazeńskiej przemowy, która swoją śmiesznością uprzedzała śmieszność i była podobna do kłębka linii spiralnych zakończonych wewnątrz figlami. A pan Acheronta Movebo kończył piskliwym i uroczystym głosem:

– Chceszli być tym, kim jesteś? Chcesz być bratem naszym? Więc zaprowadźcie go do dzwonnicy!

Zbliżyła się do mnie Hermina i przepasała mi chustką oczy. Potem w milczeniu prowadzono mnie, a częścią niesiono w rozmaitych kierunkach, nie wiem jak długo. Nie zważałem jednak na to, gdyż wciąż czułem za sobą Herminę, a to mnie upajało i napełniało błogością. W jakimś krużganku czy też na stopniach zachwiałem się i głowa moja dotknęła jej ramienia – a wtedy ona pocałowała mnie w czoło. Poznałem z tego, że naokoło nas musiało być zupełnie ciemno, lecz zachowałem się spokojnie.

Kiedy mi zdjęto przepaskę, ujrzałem przed sobą przepaść, podobną, do krateru wygasłego wulkanu. Schodziło się po platformie w lejkowate zwężenie prowadzące do jakiegoś podziemia, podziemie to zaś było podobne do wnętrza kopalni: mnóstwo tam było świateł i mnóstwo ludzi po schodkach i drabinkach. Co mnie jednak szczególniej uderzało, to nie rozmiary, lecz forma kopalni. Rdzeń jej stanowiła góra, nie wiem już jakiego kruszcu, okrągła jak kopuła, jej zaś stoki sięgały w dalekie, niedostrzegalne okiem przestrzenie. Ściany kopalni były mniej więcej równoległe do powierzchni góry, tworząc wklęsłość dla jej wypukłości w ten sposób, że gdyby np. do krateru nalano roztopionego szkła i po wystygnięciu masy skruszono formę, to wydobyto by zeń wielkie szklane naczynie, podobne do kielicha dnem przewróconego.

– To jest dzwonnica! – rzekła Hermina.

– Gdzie?

– Gdzie dzwon? Tego ja nie wiem i tego nikt nie wie.

W tej chwili błysła mi myśl genialna:

– A gdyby to był właśnie negatyw...

Hermina rozśmiała się impertynencko i rzekła:

– Kochany panie doktorze, na te i tym podobne myśli wpadało już wielu najznakomitszych inżynierów naszych. Istnieje o tym przedmiocie ogromna literatura, a jeszcze większa kołowacizna. W ostatnich czasach np. podzielono się na dwa obozy: jedni utrzymują, że negatyw jest dzwonem szczytnych ideałów, inni, że jest kielichem użycia. Ale więcej mi o tym powiedzieć nie wolno.

– Aż kiedy?

– Aż nam zaprzysiężesz tajemnicę.

– Cóż robią ci ludzie na stokach góry? – spytałem znowu po chwili.

– To robotnicy, którzy kopią za dzwonem – kosztem naszego bractwa. Z pokolenia na pokolenie utrzymuje się tradycja, że w głębi ziemi, na której mieszkamy, znajduje się olbrzymi dzwon. Przed bilionem lat słyszano jego głos rozbrzmiewający gdzieś po wnętrznościach gór i wtedy na powierzchni ziemi szalały burze, biły pioruny, latały dziwne zwierzęta, a wszystkie linie psychiczne między ludźmi przedłużyły się i przecięły. Toteż gdy nam się czasem zdaje, że słyszymy jakieś głębokie echo, rozdrażnieni wściekamy się, hulamy, mordujemy się wzajemnie i podpalamy nasze domy, a kiedy minie chwila szału, wracamy do spokojnego życia i kochamy się jak króliki. Zresztą te fałszywe alarmy dają nam dużo emocji. Więcej mi powiedzieć nie wolno.

– Dlaczego?

– Spójrz, jaki los czeka zdrajców tajemnicy!

Tu wskazała palcem na grupę ludzi w jednym zakątku kopalni, pochyloną nad jakimś ruchliwym przedmiotem. Zbliżyłem się do nich i ujrzałem człowieka przybitego do skały za język; ludzie ci naigrawali się z niego i szczypali go w pośladek, on zaś piszcząc wierzgał nogami na wszystkie strony.

– Nie trwóż się jednak o tego człowieka – rzekła Hermina – nic mu się nie stanie. Źle by z nami było, gdyby nasze posłannictwo zależało tylko od dyskrecji jednego człowieka; jest ono daleko lepiej ubezpieczone. Zaczyna pan pojmować? To zjedziemy na dół na próbę słuchu.

Siedliśmy w windę i spuszczono nas na samo dno kopalni. Położyłem się na ziemi i przytknąwszy ucho do jednego z lejków wkręconych w ziemię, łowiłem całą godzinę echa z podziemi. Nic; głucho było. Kiedym już miał wracać na świat boży, spytałem dziewczynę:

– Po cóż tedy ci robotnicy? Dlaczego kopiecie za zgubą i hańbą waszą, wy paradoksiarze?

Hermina poczęła się znowu litościwie śmiać, jakby się dziwiła mojej niepojętności, i podała mi jakiś przedmiot. Były to różowe okulary. Włożyłem je na nos – i o dziwo! w mniemanych robotnikach poznałem wszystkich członków Bractwa, z którymi dopiero co się rozstałem.

I teraz powtórzyła się znowu ta sama historia z przepaską i ta sama karuzela wśród ciemności, po czym ujrzałem się znowu niespodzianie przed trybuną pana Acheronty Movebo i jego towarzyszy, którym Hermina przedstawiła mnie następującymi słowy:

– Oto nasz brat, głuchman.

Gratulowano mi ze wszystkich stron, ściskano mi ręce, całowano, obdzwaniano mnie czapeczkami, a potem zaprzysiągłem uroczyście rotę, składającą się z trzech punktów, które są pozornymi sprzecznościami. Niestety punktów tych wyjawić nie mogę, bo to są tajemnice każdego z nas (tj. członków Bractwa) ze sobą samym, a przed wszystkimi.

Zabraliśmy się zaraz do pracy. Pan Acheronta, wszedłszy znowu na trybunę, oznajmił:

– Bracia dyskretni! Teraz wytrzeszczać oczy! Przystąpimy do głosowania Klapy Bezpieczeństwa!

Przed nim leżała na stole wielka mapa z mnóstwem kółek połączonych ze sobą odpowiednimi liniami. Każde kółko przedstawiało duszę ludzką. A pan Acheronta wrzasnął:

– Zbliż się teraz, szlachetna denuncjantko, i wyjmij szpilkę z pięknych loków swoich!

Hermina tak uczyniła, a śliczne jej włosy spłynęły aż do stóp. W palcach jej zabłysła diamentowa szpilka, którą trzymała obróconą w dół, nie dotykając nią jednak mapy, a utkwiwszy wzrok w niebo. Wnet na kilku punktach mapy kółka zaszły krwią. Serce mi się ścisnęło bolesnym przeczuciem, a jednak kiedy potem przyszło do głosowania i moje jedyne „veto” zrównoważyć mogło wszystkie inne głosy, ogarnęło mnie poczucie solidarności i obowiązku. Zemdlałem tylko z żalu, lecz na pocieszenie ożeniono mnie jeszcze tej samej nocy z Herminą.

VIII

Życie Marii Dunin gasło powoli, a nie można było poznać, skąd pochodzi siła, która ją zabija. Było to tak, jakby konała pod wpływem wyziewów zatrutych, które tylko ją dosięgały. Ale ona cieszyła się jak obłąkana i rada była z tego rozkładu ciała i duszy, który się w niej odbywał. I jakby jej nie dość było tego powolnego zanikania, godzinami wpatrywała się w słońce, aż jej wzrok zupełnie ociemniał. Ja i Hermina staliśmy się przewodnikami skazanej, wciąż zatopionej egoistycznie w swoich snach i marzeniach.

 

Kiedyśmy raz z oślepłą wyszli na pagórek i podziwiali wspaniały zachód słońca, ona, zwykle milcząca, zerwała się i wyciągnąwszy przed siebie ręce zaczęła wołać, że oto teraz dla niej wschodzi czarne słońce wiecznej nocy, a na tej tarczy, roztaczającej ciemność wokoło, błyszczy biała plama geniuszu. Daremnie uspakajaliśmy ją; wreszcie z przekory czy z coraz większego osłabienia straciła także mowę. Nie wspominałem jej już więcej o mojej miłości, bo czyż nie byłem jednym z tych, którzy ją skazali? Całą siłą młodzieńczej duszy kochałem teraz Herminę, w której twarzy odnalazłem tak dawniej kochane rysy Marii, i rozpoczęła się między nami w kwitnących ogrodach odwieczna idylla dwóch kochających się serc, a obecność tej oślepłej Sybilli, otoczonej cieniami śmierci, przydawała naszemu romansowi dziwnego uroku.

Wreszcie umarła Maria Dunin. Ciało jej, które gniło już przed śmiercią, rozłożono chemicznie na pierwiastki, a równocześnie spalono ową książkę, napisaną rzekomo przez średniowiecznego mnicha. Na pamiątkę zaś jej zgonu wykuto w podziemiach dzwonnicy na metalowej ścianie jej imię i nazwisko, daty urodzenia i śmierci, tudzież złowrogi wiersz:

Diritto pe blek, fa geniosa ilia,

Usol mi cortu, pajto beni filia.

To znaczy: „Oderwana od białości, nieurodzona prawie... (tu następuje zwrot pogardliwy, niedający się przetłumaczyć na polskie)...córka niemego zła”.

W nagrodę moich przysług wysłało mnie Bractwo celem propagandy w szeroki świat. Od tego czasu upłynęło wiele wody, zapomniałem o Herminie i o Bractwie, którego szczytne zasady tak mi w duszę wrosły. Nie próbowałem nigdy odszukać siedziby tych zacnych ludzi i nie wiem, co się z nimi stało, lecz wolę myśleć o nich jako o wspomnieniu, bo czuję, że mnie to wspomnienie uszlachetnia.

Co się tyczy Marii, to los tej nieszczęśliwej długo dręczył jeszcze moje sumienie; długo nie mogłem zapomnieć jej miłości ku mnie, zniszczonej przez tajemniczy przypadek, a cała jej historia cięży na mnie jak zmora senna, która przesunęła się zbyt blisko, żeby w nią nie uwierzyć, a za niewyraźnie, żeby strachem napoić, a w duszy zostawiła tajemnicze memento, które się obojętnością pokrywa.

Dziś nie ma obawy, żeby mi się coś takiego przytrafiło. W moim umyśle zapisują się tylko te wypadki, które przystają do moich zasad, a wyrobiłem w sobie podziwienia godną zdolność odrzucania wrażeń niewygodnych. Moje niepospolite zdolności i rozległa wiedza zdobyły mi uznanie sfer kompetentnych; zostałem mianowany bibliotekarzem królewskim, co od dawna było moim ideałem. Zajmuję się archeologią, prowadzę spisy starożytnych pergaminów i wyczytuję z nich różne tajemnice, w wolnych zaś chwilach sporządzam sztuczne palimpsesty na wielką skalę i wsuwam je między rupiecie, pozwalając pająkom osnuwać je szarą i brudną przędzą.

A z owych palimpsestów ten właśnie celuje wyrafinowaniem, bo sam jestem najznakomitszym z Bractwa Wielkiego Dzwonu!

Pałuba

Studium biograficzne

I. Miejscowość

W pewnym powiecie Galicji, tam gdzie zboczywszy od głównego gościńca, jedzie się tak zwaną polską drogą przez długi na parę mil młody las, pełny leszczyny, która gałęziami muska po twarzy jadącego wózkiem podróżnego, znajduje się wieś Wilcza, własność szlacheckiej rodziny Strumieńskich. Ostatni właściciel, Piotr Strumieński, jest głównym przedmiotem niniejszego studium biograficznego. Zanim przystąpię do rzeczy, uważam za stosowne opisać najpierw pokrótce teren wypadków, mianowicie dwór w Wilczy i jego otoczenie. Czynię to raz dlatego, żeby potem do tej materii nie wracać, po wtóre, żeby czytelnik umiejscawiał sobie opisane wypadki natychmiast we właściwy sposób, a nie posługiwał się w tym względzie – jak to zwykle mimo woli bywa – miejscowościami, które gdzieś kiedyś utkwiły mu w pamięci. Dla uplastycznienia niech posłuży załączona w Uwagach mapka.

A oznacza dwór, położony od wsi o jaki kilometr odległości. Wieś jest gdzieś w głębi na lewo od patrzącego. D oznacza drogę, naprzeciw której leży front dworu z gankiem (G). Koła przed gankiem oznaczają gazon (B), w pośrodku którego wznosi się ogromna stara lipa. Kto chciał z fantazją zajechać przed bramę (C), objeżdżał, wedle jakiegoś tam tradycyjnego zwyczaju, trzy razy ów gazon naokoło. Dwór dzieli się na dwa skrzydła połączone małym korytarzem, w którym kręcone schody prowadzą na pięterko, czyli tak zwaną facjatkę, umieszczoną na budynku w środku. Prawe skrzydło dworu, przeznaczone w większej części dla domowników, którzy stąd mają blisko do różnych zabudowań gospodarczych (Z); lewe dla państwa. Ostatni pokój, salon (S), posiada z jednej strony kształt półkolisty. Tu są drzwi oszklone, prowadzące do ogrodu (O); schodzi się z nich po kilku stopniach i ma się przed sobą gazony pełne kwiatów i klomby, skupione pod dwoma dużymi świerkami, rosnącymi symetrycznie naprzeciw skrzydeł dworu. Ogród dalej przechodzi w owocowy; tu jest altanka (a), za którą sad się kończy. W okolicy M różne drzewa stoją coraz gęściej, przybierając charakter lasu; najwyższe z nich rosną tuż przy żywopłocie, ciągnącym się równolegle z drogą. M jest to kaplica, zbudowana przez pobożne prababki w miejscu, z którego można widzieć cmentarz (E) jako symbol znikomości świata. Główna aleja, wyznaczona podwójną linią, prowadzi aż do furty (F); ważniejsze ścieżki oznaczone są liniami wykropkowanymi. Jedną z tych ścieżek, wiodącą w dół, wychodziło się na czyste pola; nie każdy jednak, kto otwierał furtkę przy N, dostrzegał w pobliżu głęboką studnię, zakrytą gałęziami czterech grabów w kwadrat przy niej rosnących – ocienione, ciche miejsce śmierci. Za ogrodem rozciągają się dalekie, równe pola, zupełnie nieurozmaicone, zaledwie bowiem kilka grusz polnych, samotnie rozstawionych, daje punkty wytyczne na gładkiej przestrzeni. O kwadrans drogi piechotą od dworu równie przechodzą w wydmy pokryte wiklinami, za nimi piaszczysty brzeg jednej z większych rzek galicyjskich (R).

Dopływ tej rzeki, Wontok (W), w górnym biegu płynie jakby po schodach małymi kaskadami, wśród lesistego jaru. Po prawej stronie Wontoku są skały, zwane Organami (OO); na lewo, na wyżynie, której stoki miejscami urwiskowo spadają ku rzece, rozciąga się świeżo założony park (P), z pałacem (p) w środku. Park ma liczne wzniesienia i zagłębienia terenu; jedno z zagłębień jest naczyniem stawu, przez który przepływa inny dopływ rzeki R w kierunku oznaczonym strzałką.

Tak wygląda dwór w Wilczy i jego otoczenie.

II. Pierwsze załamanie unii

Rodzina Strumieńskich dzieliła się na dwa odłamy: jeden zamieszkały w Królestwie Polskim, drugi w Galicji, żyjące z sobą w stosunku nieprzyjaznym, a nawet wrogim. Za czasów powstań stan ten zaostrzył się w nienawiść. Strumieńscy z Królestwa, czyli Mariusze, garnęli się w szeregi wojowników, nie szczędząc krwi i grosza, podczas gdy Adam Strumieński, właściciel Wilczy, potępiał i szykanował te zapędy. Nie byłoby jednak w tym jeszcze nic wstrętnego, gdyż Adam Strumieński był zwolennikiem mistycznej teorii o bezwzględnej wyższości ducha nad materią i bierny kwietyzm uważał za konieczny warunek przyszłego tryumfu ducha, a z nim i powrotu wolności: gdyby przy tym jego dwulicowe, a później arcylojalne zachowanie się nie obudziło podejrzeń co do szlachetności pobudek owej teorii. Dość że kiedy Mariusz Strumieński w Królestwie wyparł się starszego brata, a majątek jego i jego najbliższych stopniał niemal do czwartej części, Adam Strumieński, dotychczas mniej zasobny, dzięki swemu skąpstwu, indemnizacji i innym szczęśliwym zbiegom okoliczności, o których różnie mówiono, dokupił parę folwarków pod Wilczą.

Do niesnasek z familią przyłączyła się jeszcze niechęć i zawiść sąsiadów, tak że Strumieński żył na swojej Wilczy prawie całkiem odosobniony wraz ze swoim synkiem Robertem, chorowitym garbuskiem, którego kalectwo uważano naturalnie za dziwną, choć słuszną karę niebios. Rówieśnikiem i towarzyszem Roberta był Piotruś Włosek, syn kowala, a potem leśniczego w lesie wilczańskim. Tego leśniczego Strumieński zastrzelił był niegdyś przypadkiem na polowaniu, a wdowę po nim wziął do siebie za gospodynię. Piotr Włosek jest właśnie osobą, do której się niniejsze studium przede wszystkim odnosi. Chłopakiem tym zajął się stary Strumieński już to dlatego, że trzeba było coś dobrego zrobić, już to, aby jego roztargniony jedynak miał kolegę, który by mu wbijał lepiej do głowy lekcje guwernerów i spełniał przy nim różne towarzyskie posługi.

Na dworze Strumieńskiego, który starzejąc się zdziwaczał, panowało zaniedbanie i niechlujstwo. Pomimo powracających od czasu do czasu podrygów wielkopańskich, obyczaje stawały się tam coraz bardziej prostymi i ludowymi, a zarówno potrawy, jak i przekleństwa były niewybredne. Stary Strumieński i jego latorośl przeżuwali resztki świetnych tradycji; więc kiedy np. młody pan Robert pchnął nogą w pierś Piotrusia zdejmującego mu trzewiki, to mógł mieć przy tym uczucie dumy, Piotruś zaś uczył się coraz częściej ukrywać swoje przekonania. Zdarzało się także, że Robert posyłał go w krzaki, gdzie Piotruś znajdował ptaszki powieszone na sznurku; takie same ptaszki widywał, gdy, zbudziwszy się rano, z rozkazu Roberta otwierał okno.

Zresztą był Piotruś dzieckiem cierpliwym, pilnym i pobożnym. Włoskowie przeznaczyli go na księdza, co w ich mniemaniu było wysoką karierą. Chodził też Piotruś do oddalonej o milę większej wsi posługiwać do mszy pewnemu księdzu, który go dawniej parę razy ocalił przed kijem ojca. Ów ksiądz, ceremoniał kościelny, cisze porannych mszy – wywierały wielkie wrażenie na małym ministrancie. Kiedy Robert zaczął mu tych wycieczek zazdrościć, wpadli na pomysł bawić się razem w księdza; zabawy te odbywały się w ogrodowej kaplicy (M), opustoszałej, lecz pełnej jeszcze świętych obrazów i niezrozumiałych ksiąg, które im były większe i cięższe, tym poważniejszą dawały zabawę. Wino do mszy ukradł Robert z ojcowskiej piwnicy – i raz obaj popili się aż do mdłości.

Naturalnym było, że z wiekiem podrzędne stanowisko Włoska zmieniło swój przykry charakter, a między oboma chłopcami powstał węzeł niemal braterski. Razem przebyli czar pierwszych wątpliwości religijnych i pierwsze doświadczenia zmysłowe. Równocześnie wpajał im ojciec nienawiść do reszty rodziny Strumieńskich tudzież własne przekonania patriotyczno-filozoficzne, a chociaż go obaj krytykowali i wyśmiewali, przecież zasady te i nastroje z nimi związane żłobiły dość głębokie bruzdy w ich młodocianych umysłach. Największą wrażliwość w tym względzie okazywał czy też raczej zaznaczał Piotr, który być może z chaty swych rodziców wyniósł pewną dozę uległości i zdolność przystosowywania się do sytuacji. Był on też – w sekrecie przed Robertem – faworytem starego Strumieńskiego, który lubił nań zrzędzić i targać go za uszy, bo chłopak był bardzo ładny. Powstała przy tym jeszcze następująca komplikacja:

Wśród domowników w Wilczy urobiła się plotka, że Piotr jest bękartem Strumieńskiego. Stary jej nie zaprzeczał, owszem, przez stosowne milczenie potwierdzał ją i utrwalał. Wszak i tak w duchu niewiele liczył na Roberta jako na kontynuatora rodu, a podejrzenia o spłodzenie tak dorodnego syna, jak Piotr, pochlebiały mu i dawały niejakie pocieszenie za Roberta, który się nie udał. Plotka dostała się i do szkół, do których uczęszczali obaj chłopcy, a w formie złośliwych żartów i przezwisk obiła się o uszy Piotra. Reagował na nią z początku szablonowo, stając w obronie honoru matki do bójki z kolegami, ale gdy już był starszym, gromadziło się w nim z powodu takich aluzji pewne przyjemne poczucie odrębności swego losu oraz zalet i korzyści związanych z bękarctwem. I literatura zapewniała go, że ludzie tacy cieszą się szczególną sympatią; więc nieraz patrząc z ukosa na niekształtnego Roberta, mówił sobie w duchu słowa Edmunda z Króla Lira:

My to w zuchwałym złodziejstwie natury

Więcej bierzemy treści, ognia, siły

Niż prawowite tłumy niedołęgów,

Spłodzonych w łożu gnuśnym, zimnym, nudnym,

Przez rozespanych małżonków nad ranem.

Ta cicha ambicja bękarcka Piotra była Robertowi nieco nie na rękę, bo chociaż kochał Piotrusia jak brata, jednak nie chciał w nim mieć brata, będąc zazdrosnym o swój posterunek jedynego reprezentanta tego odłamu Strumieńskich. Zazdrość wzmagało w nim jeszcze niezadowolenie z własnej powierzchowności. Starał się tedy delikatnie pocieszyć swego towarzysza, że jest on zupełnie legalnie urodzonym synem Włosków, i przytaczał mu na to różne niezbite dowody, Piotr zaś przyjmował to za dobrą monetę, aby się nie wydawało, że się pcha do rodziny. Obok Roberta, któremu pieniądze dawały możność różnych dozwolonych i niedozwolonych czynności, skazany on był na rolę niby to ciekawego widza lub co najwięcej pomocnika i doradcy w opałach; z rolą tą zżył się, chociaż sprawiała mu przykrość. I tak np., kiedy Robert kochał się lub umizgał, on nie śmiał ubiegać się o względy tej samej osoby, nawet gdy wiedział, że mimo braku pieniędzy miałby lepsze szanse. Był jak głodny błazen, który bawi ucztujących biesiadników, lecz niezaspokojony swój apetyt pokrywał miną dumnej obojętności. Ale na tej odmianie dumy Robert się nie poznawał i widział w niej tylko dziedziczną służbistość Piotra, bo chciał go uważać za „zdrową plebejuszowską naturę”, siebie samego zaś miał za „naturę arystokratyczną”, delikatną, trochę chorą, ale przede wszystkim souverain, ale subtelną i zdolną nie tylko do wyczuwania, lecz i wytwarzania wrażeń estetycznych. Wstąpił do szkoły sztuk pięknych, Piotr zaś, żyjąc razem z Robertem wśród podobnych wpływów i sposobności, miał od dawna tę samą pokusę rzucenia się w zawód artystyczny, stłumił ją w sobie, już choćby dlatego, żeby nie być posądzonym o naśladownictwo, i oświadczał, że idzie na księdza. Rzeczywiście mimo braku wiary uśmiechał mu się połączony z tym zawodem spokój i sposobność do życia kontemplacyjnego. Nie chcąc dalej zaciągać długów wdzięczności u swoich dotychczasowych dobrodziejów, zniknął im z oczu i zaczął lekcjami zarabiać na życie. Podniecony przez Roberta do kontrastowania się z nim, wywołał w sobie nie całkiem szczery napad uczuć demokratycznych i obok praw wziął się niby do kowalstwa, aby, jak sobie mówił, mieć w ręku na każdy wypadek jakiś uczciwy zawód, i to zawód, któremu oddawał się także i jego śp. ojciec, nim został leśniczym w Wilczy. Tę demonstrację z kowalstwem zrobił Piotr w czasie wakacji, gdy będąc u swej ciotki na leśniczówce wilczańskiej ze wzruszeniem oglądał warsztat osierocony przez ojca. Być może, że nie bez przyczynienia się Piotra, doniosło się coś o tym i do starego Strumieńskiego.

 

Tymczasem Robert zaczął się oddawać życiu artystycznemu, hulatyką i humorem nadrabiał kalectwo, wyrzucając pieniądze na opłacanie sympatii swych bliźnich. Dowiedział się o tym stary Strumieński, a ubodło go zwłaszcza to, że wśród towarzyszy wesołości Roberta byli i młodzi potomkowie znienawidzonych Mariuszów z Królestwa. Zawezwał tedy Piotra do siebie, zganił go lekko za niewdzięczność i brak miłości do przybranej rodziny, potem zaś polecił mu czuwać nad Robertem i wpływać na niego moralnie, żeby zaniechał malarstwa i hulaszczego życia. Robert miał się chwycić kariery politycznej, a Piotr pójść na agronomię i być w jego dobrach rządcą. Podczas tej ważnej konferencji rozczulił się stary Strumieński, zachowywał się wobec Piotra tak tajemniczo, jakby naprawdę był jego ojcem, a w końcu pocałował go w głowę, czego dotąd nigdy nie czynił. W tej pięknej komedii odegrał Piotr z właściwym przejęciem się rolę naturalnego syna, który wszystko wreszcie rozumie, lecz umie dyskretnie uszanować tajemnicę. Co stary Strumieński robił ze ślepej opozycji do swych krewnych, to Piotr naśladował z instynktownego wyrachowania. Taki był pierwszy widoczniejszy punkt fałszywy w historii mojego bohatera, jego pierwsze sfałszowanie, a raczej umyślne zaniedbanie prawdy.

Włosek, objąwszy kuratelę nad Robertem, zrazu sam omal nie utonął w wirze niedostępnych dlań dotychczas przyjemności. Ale właśnie wtedy zaszły niespodzianki paczące tok tego życia, jakie sobie Robert uplanował. Oto jeden z tamtych Strumieńskich, syn Mariusza, zdobył sobie kobietę, w której nadaremnie kochał się Robert. Wśród wesołej kompanii zaczęli się niektórzy demaskować, z dawnych politycznych „zbrodni” Strumieńskiego ukuto broń, za pomocą której chciano unicestwić Roberta pod względem towarzyskim. Miało już nawet przyjść do pojedynku między Robertem a innym Strumieńskim, w tym czasie jednak z powodu nadzwyczajnej irytacji i podniecenia pojawiły się u Roberta skutki dotychczasowej rozwiązłości. Zapadł na suchoty i pielęgnowany przez Piotra wyjechał w jego towarzystwie do Włoch, gdzie niebawem umarł.

Pomieszało to szyki starszej generacji Mariuszów, która już nawiązywała ze starym Strumieńskim stosunki dyplomatyczne, a po Robercie spodziewała się różnych korzystnych ustępstw. Skostniały mózg starca, niedostępny dla zmian, i tak zwykł był wszystko na świecie pojmować pod znakiem nienawiści do Mariuszów, więc i teraz śmierć syna bez ogródek przypisał ukartowanemu przez nich spiskowi. Żeby zaś nie mieli z tego uciechy, iż jego ród wyginął, podczas gdy ich drzewo dalej rozrastać się będzie, adoptował Piotra Włoska i ustanowił go swoim spadkobiercą.