3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Oliwer Twist

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Oliwer Twist
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karol Dickens

Oliwer Twist

Warszawa 2015

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Rozdział czterdziesty

Rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty drugi

Rozdział czterdziesty trzeci

Rozdział czterdziesty czwarty

Rozdział czterdziesty piąty

Rozdział czterdziesty szósty

Rozdział czterdziesty siódmy

Rozdział czterdziesty ósmy

Rozdział czterdziesty dziewiąty

Rozdział pięćdziesiąty

Rozdział pięćdziesiąty pierwszy

Rozdział pięćdziesiąty drugi

Rozdział pięćdziesiąty trzeci

Rozdział pierwszy

W którym jest mowa o miejscu, gdzie przyszedł na świat Oliwer Twist, i o okolicznościach towarzyszących jego narodzeniu

W pewnym mieście, którego z wielu powodów przezorniej będzie nie wymieniać i któremu nie zamierzam nadawać żadnej zmyślonej nazwy, jest wśród innych publicznych gmachów jeden budynek, z dawien dawna spotykany we wszystkich niemal miastach, dużych czy małych, mianowicie przytułek. W przytułku tym, w dniu, którego daty przytaczać nie potrzebuję, gdyż nie może ona – przynajmniej w obecnym stadium całej sprawy – mieć dla czytelnika żadnego zgoła znaczenia, urodziła się istota śmiertelna, której imię i nazwisko znalazło się w nagłówku niniejszego rozdziału.

Odkąd lekarz gminny wprowadził je na ten świat smutku i troski, przez dłuższą jeszcze chwilę było nader wątpliwe, czy dziecko dożyje momentu, gdy potrzebne mu będzie jakiekolwiek imię i nazwisko. Gdyby nie dożyło, jest rzeczą więcej niż prawdopodobną, że niniejsza kronika nigdy by się nie ukazała, a gdyby się ukazała, obejmowałaby co najwyżej dwie strony i miałaby tę nieocenioną zaletę, że byłaby najbardziej zwięzłą i wierną biografią w literaturze wszystkich epok i krajów.

Choć bynajmniej nie jestem skłonny utrzymywać, że przyjście na świat w przytułku jest samo przez się najszczęśliwszą i najbardziej godną zazdrości okolicznością, jaka może się przytrafić istocie ludzkiej, to jednak chcę twierdzić, że w tym szczególnym wypadku była to dla Oliwera Twista najlepsza rzecz, która mogła mu się zdarzyć. Faktem jest, że było bardzo trudno nakłonić Oliwera, by podjął trud oddychania – trud istotnie ciężki, lecz będący zwyczajowo nieodzownym warunkiem naszego lekkiego skądinąd istnienia. Przez pewien czas leżał dusząc się na materacyku i ważył się pomiędzy tym światem a tamtym, przy czym równowaga była raczej zachwiana: szala przechylała się zdecydowanie na stronę tego ostatniego. Otóż gdyby w owym krótkim okresie otaczały Oliwera troskliwe babcie, niespokojne ciotki, doświadczone pielęgniarki i wielce uczeni lekarze, byliby go nieuchronnie i niewątpliwie zabili w mgnieniu oka. Ponieważ jednak nie było przy nim nikogo prócz starej nędzarki, nieco zamroczonej większą niż zazwyczaj porcją piwa, i lekarza gminnego, który z urzędu załatwiał tego rodzaju sprawy, Oliwer i natura musieli sami rozstrzygnąć kwestię pomiędzy sobą. Skończyło się tym, że po paru chwilach walki Oliwer odetchnął, kichnął i jął obwieszczać mieszkańcom przytułku, że oto na barki gminy spadł nowy ciężar. Czynił to zaś najgłośniejszym wrzaskiem, jakiego można było w granicach rozsądku oczekiwać od niemowlęcia płci męskiej, władającego ową wielce pożyteczną bronią, którą jest głos, zaledwie od trzech i jednej czwartej minuty.

Podczas gdy Oliwer dawał ów pierwszy dowód swobodnej i prawidłowej działalności pluć, poruszyła się zeszyta z gałganów kołdra, narzucona niedbale na żelazne łóżko. Znad poduszki uniosła się z trudem blada twarz młodej kobiety i słaby glos niewyraźnie wymówił te słowa:

– Pokażcie mi dziecko, a potem już umrę.

Lekarz siedział z twarzą zwróconą do kominka, na przemian rozcierając ręce i grzejąc je przy ogniu. Gdy młoda kobieta przemówiła, podniósł się i podchodząc do wezgłowia, rzekł tonem dobrotliwszym, niż można się było po nim spodziewać:

– No, no, nie trzeba jeszcze mówić o umieraniu.

– Daj jej, Boże, zdrowie, pewno, że nie! – wtrąciła babka, spiesznie wkładając do kieszeni butelkę z zielonego szkła, której zawartości próbowała przedtem w kącie z widocznym zadowoleniem. – Daj jej, Boże, zdrowie, kochaneczce, kiedy pożyje tyle co ja, panie doktorze, i urodzi trzynaścioro dzieci, i wszystkie umrą oprócz tych dwojga, co są ze mną w przytułku, wtedy zmądrzeje i nie będzie się tak przejmować, daj jej, Boże, zdrowie, kochaneczce. Pomyśl, co to jest być matką, moje jagniątko, pomyśl tylko.

Najwidoczniej jednak owa pocieszająca wizja macierzyństwa nie osiągnęła pożądanego skutku. Chora potrząsnęła głową i wyciągnęła rękę w kierunku dziecka.

Lekarz złożył je w jej ramiona. Matka namiętnie przycisnęła zimne, zbielałe wargi do jego czółka, przesunęła dłońmi po swojej twarzy, rozejrzała się nieprzytomnie, wzdrygnęła się opadła na poduszkę – i umarła. Rozcierali jej pierś, ręce i skronie, lecz krew przestała krążyć na zawsze. Mówili słowa nadziei i pociechy. Ale nadzieja i pociecha od nazbyt dawna były jej obce.

 

– Już po wszystkim, moja pani! – rzekł w końcu lekarz.

– Tak, tak, biedactwo! – odparła babka podnosząc korek od zielonej butelki, który wypadł na poduszkę, gdy pochyliła się, by zabrać dziecko. – Biedactwo!

– Jeżeli dziecko będzie płakać, to naturalnie, babciu, proszę przysłać po mnie na górę – rzekł lekarz nakładając z wielkim namaszczeniem rękawiczki. – Bardzo być może, że będzie z nim kłopot. Jeśli tak, proszę mu dać trochę kleiku. – Włożył kapelusz i kierując się ku drzwiom zatrzymał się po drodze przy łóżku. – A ładna z niej była dziewczyna – dodał. – Skąd ona się wzięła?

– Przywieźli ją tu wczoraj wieczorem – odrzekła stara – z rozkazu kierownika opieki gminnej. Ktoś ją znalazł, jak leżała na ulicy. Szła widać z daleka, bo trzewiki podarte miała na strzępy; ale skąd szła i dokąd, tego nikt nie wie.

Lekarz pochylił się nad ciałem i podniósł lewą dłoń umarłej.

– Zawsze ta sama historia – powiedział kiwając głową – obrączki, jak widzę, nie ma. No! Dobranoc!

I pan doktor poszedł na obiad; babka zaś zaznajomiła się raz jeszcze z zawartością zielonej butelki; usiadła na niskim stołku przy kominku i zabrała się do ubierania noworodka.

Jakimże znakomitym przykładem potęgi ubioru był mały Oliwer Twist! Zawinięty w kołderkę, która stanowiła do tej pory całe jego odzienie, mógł uchodzić za dziecko szlachcica lub żebraka. Człowiekowi niewtajemniczonemu, choćby nie wiedzieć jak dumnemu, trudno by było określić jego stanowisko społeczne. Ale teraz, gdy nałożono mu stare perkalowe sukienki, pożółkłe od ciągłego używania, był już napiętnowany i opatrzony etykietą i natychmiast zajął właściwe sobie miejsce, jako dziecko na opiece gminy – sierota z przytułku – nędzne, na pół zagłodzone popychadło, które spotka się na świecie tylko z razami i szturchańcami, od wszystkich doznając wzgardy, od nikogo litości.

Oliwer krzyczał z całej siły. Gdyby mógł wiedzieć, że jest sierotą zdanym na łaskę litościwych członków rady kościelnej i zarządu dobroczynności gminnej, zapewne płakałby jeszcze głośniej.

Rozdział drugi

W którym jest mowa o wychowaniu, wykształceniu i wikcie Oliwera Twista

Przez następne osiem czy dziesięć miesięcy Oliwer był ofiarą systematycznego wyzysku i oszustwa. Karmiony był sztucznie. Władze przytułku we właściwym czasie doniosły władzom gminnym, w jak żałosnej sytuacji znajduje się osierocone niemowlę, głodne i opuszczone. Władze gminne z godnością poinformowały się u władz przytułku, czy nie ma w obecnej chwili w „zakładzie” żadnej niewiasty, która byłaby w stanie udzielić Oliwerowi Twistowi potrzebnej mu opieki i pożywienia. Władze przytułku odpowiedziały pokornie, że nie ma. Na to władze gminne powzięły wielkoduszne i humanitarne postanowienie, że Oliwer ma być oddany „na fermę”, czyli innymi słowy, że należy go wysłać do filii przytułku oddalonej o jakieś trzy mile, gdzie dwadzieścioro czy trzydzieścioro innych młodocianych przestępców przeciw prawu o ubogich przez cały dzień tarzało się swobodnie po podłodze, bez krępującego obciążenia nadmiarem jadła i odzienia, pod macierzyńskim nadzorem pewnej starszej niewiasty, która przyjmowała tych winowajców za wynagrodzeniem – i dla wynagrodzenia – siedmiu i pół pensa tygodniowo od główki. Ekwiwalent siedmiu i pół pensa na tydzień stanowi dla dziecka wikt nader obfity; czego się to nie dostanie za siedem i pół pensa! Wystarczy tego, by przeciążyć dziecinny żołądek i zaszkodzić mu. Starsza niewiasta była kobietą mądrą i doświadczoną; wiedziała, co dzieciom wychodzi na dobre, a nade wszystko miała nadzwyczaj dokładne wyobrażenie o tym, co wychodzi na dobre jej samej. Toteż większą część tygodniowej opłaty przywłaszczała sobie na własny użytek i skazywała wzrastające pokolenie wychowanków gminy na porcje mniejsze nawet od tych, które im pierwotnie wyznaczono. W ten sposób potrafiła znaleźć coś, co było jeszcze niżej niż samo dno nędzy, okazując się eksperymentalną filozofką niepośledniej miary.

Wszyscy znają historię innego eksperymentalnego filozofa, który wymyślił wspaniałą teorię głoszącą, że koń może żyć bez jedzenia, i który znakomicie zademonstrował jej słuszność przyzwyczaiwszy swego własnego konia do poprzestawania na jednym źdźble słomy dziennie. Byłby też niewątpliwie doprowadził do tego, by koń, nie jedząc nic zupełnie, pozostał żwawym i brykającym wesoło zwierzęciem, gdyby ów nie był zdechł na dwadzieścia cztery godziny przed tym, zanim miał otrzymać pierwszą ponętną i wystarczającą rację swej powietrznej paszy. Na nieszczęście dla eksperymentalnej filozofii niewiasty, pod której troskliwą opiekę przekazano Oliwera Twista, działaniu wymyślonego przez nią systemu towarzyszył zwykle podobny skutek, gdyż właśnie w chwili gdy jakiemuś dziecku udawało się pozostawać przy życiu na możliwie najmniejszej porcji możliwie najmniej posilnej strawy, zdarzało się jak na złość w ośmiu i pół wypadkach na dziesięć, że albo nabawiało się choroby z niedostatku i zimna, albo wpadało do ognia wskutek niedopatrzenia, albo przypadkowo coś go przygniatało. Wszystkie te wypadki kończyły się przeważnie przeniesieniem się nieszczęśliwego maleństwa na tamten świat, gdzie mogła wreszcie połączyć się z przodkami, których na tym świecie nigdy nie znało.

Niekiedy zdarzało się jakieś szczególnie ciekawe śledztwo w sprawie wychowanka gminy, który przez nieuwagę przygnieciony został ciężkim łóżkiem lub przypadkowo doznał śmiertelnych oparzeń gorącą wodą przy praniu – ten ostatni wypadek nie przytrafiał się wprawdzie często, gdyż wszelkie czynności przypominające pranie były na fermie wielką rzadkością. Wówczas przysięgłym przychodziło czasem do głowy zadawać kłopotliwe pytania albo ożywieni duchem buntu obywatele gminy kładli swe podpisy pod jakąś naganą. Tym bezczelnym poczynaniom stawiało jednak niebawem kres świadectwo lekarza oraz zeznania woźnego. Pierwszy dokonywał sekcji zwłok i nigdy nic w nich nie znajdował (co było rzeczywiście bardzo prawdopodobne), a drugi nieodmiennie zaprzysięgał wszystko, czego gmina sobie życzyła, składając tym dowód wielkiego samozaparcia. Poza tym członkowie zarządu odbywali od czasu do czasu pielgrzymki na fermę i zawsze wysyłali poprzedniego dnia woźnego, by zapowiedział ich przybycie. Toteż gdy oni nadchodzili, dzieci wyglądały zawsze czysto i schludnie, a czegoż więcej można było wymagać?

Trudno oczekiwać, by ten system chowania dzieci mógł wydawać jakieś bardzo niezwykłe i bujne plony. Dziewiąta rocznica urodzenia Oliwera Twista zastała go bladym i chudym chłopczyną o nieco za małym wzroście i zdecydowanie za małym obwodzie ciała. Ale natura czy też prawa dziedziczności umieściły w piersi Oliwera niezwykle mocnego ducha. Dzięki mizernemu wiktowi zakładowemu miał on pod dostatkiem miejsca do rozwoju i może właśnie tej okoliczności przypisać należy fakt, że chłopiec w ogóle doczekał dziewiątych urodzin. W każdym razie były to jego dziewiąte urodziny. Obchodził je w piwnicy na węgiel w doborowym towarzystwie dwóch innych młodzieńców; właśnie sprawiwszy wszystkim trzem solidne lanie zamknięto ich za to, iż wręcz bezczelnie twierdzili, że są głodni, gdy nagle zacną kierowniczkę zakładu, panią Mann, zaskoczył niespodziany widok woźnego, pana Bumble, mocującego się z furtką od ogrodu.

– Boże miłosierny! To pan, panie Bumble? – rzekła pani Mann wysuwając głowę przez okno w dobrze udanej ekstazie radości. – (Zuzanno, zabierz Oliwera i tamte dwa bachory na górę i umyj ich w tej chwili!) A to dopiero, panie Bumble, jakże się cieszę, że pana widzę, jak mi Bóg miły!

Pan Bumble był człowiekiem otyłym i cholerykiem, więc zamiast w podobnym duchu odpowiedzieć na to serdeczne powitanie, potrząsnął z całej siły furtką, po czym obdarzył ją kopniakiem, godnym zaiste nogi woźnego.

– Jej, pomyśleć tylko – mówiła pani Mann wybiegając przed dom (gdyż do tego czasu chłopców zabrano już z piwnicy) – pomyśleć tylko, że mogło wylecieć mi z głowy, że furtka jest zaryglowana od wewnątrz przez wzgląd na te kochane dzieciątka! Proszę pana, niech pan wejdzie; niech pan wejdzie do środka, panie Bumble, proszę pana bardzo.

Chociaż zaproszeniu temu towarzyszył dyg, który mógł zmiękczyć serce członka rady kościelnej, nie ugłaskał on bynajmniej woźnego.

– Czy pani uważa to za godziwe i świadczące o należytym respekcie zachowanie, pani Mann – spytał pan Bumble zaciskając pięść na swej lasce – żeby trzymać pod furtką urzędników gminy, kiedy przychodzą do pani w interesie gminy, w sprawie gminnych sierot? Czy pani zdaje sobie sprawę, że pani jest, można powiedzieć, uosobieniem gminy i jej funkcjonariuszką?

– Zapewniam pana, panie Bumble, że chciałam tylko powiedzieć tym dzieciątkom, które tak pana kochają, że to pan nadchodzi – odpowiedziała z wielką pokorą pani Mann.

Pan Bumble miał bardzo wysokie wyobrażenie o swych oratorskich zdolnościach i o swej ważności. Zademonstrował już pierwsze i podkreślił drugą. Teraz więc złagodniał.

– No, no, pani Mann – odparł spokojniejszym tonem. – Może tak i jest, jak pani mówi; może tak i jest. Prowadź mnie pani do domu, bo przychodzę w interesie i mam pani coś do powiedzenia.

Pani Mann wpuściła woźnego do niewielkiej bawialni o podłodze z cegły. Wysunęła dla niego krzesło i ceremonialnie złożyła stosowany kapelusz i laskę na stole. Pan Bumble otarł z czoła pot wywołany marszem, spojrzał ze spokojną dumą na swój stosowany kapelusz i uśmiechnął się. Tak, uśmiechnął się. Woźni są tylko ludźmi i pan Bumble uśmiechnął się.

– A teraz niechże się pan nie obraża za to, co powiem – zauważyła pani Mann z ujmującą słodyczą. – Jest pan po długim marszu, inaczej nie wspomniałabym o tym. Chce się pan napić kropelkę czegoś, panie Bumble?

– Ani kropli. Ani kropelki – rzekł pan Bumble machając ręką z godnością, lecz niezbyt energicznie.

– A ja myślę, że owszem – odrzekła pani Mann, która zwróciła uwagę na ton odmowy i towarzyszący jej gest. – Tylko tycią kropeleczkę, z odrobiną zimnej wody i kawałkiem cukru.

Pan Bumble zakaszlał.

– No, tylko tyciusieńką kropeleczkę – ciągnęła pani Mann przekonywająco.

– A co to jest? – spytał woźny.

– Ależ to, czego muszę trochę w domu trzymać, żeby dolewać do miksturki tym najmilszym dzieciątkom, kiedy są chore, panie Bumble – odparła pani Mann otwierając stojący w rogu kredens i wyjmując zeń butelkę i szklankę. – To gin. Nie oszukam pana, panie Bumble. To gin.

– Daje pani dzieciom miksturkę, pani Mann? – spyta! Bumble śledząc oczami interesujący proces mieszania.

– Ach, niech je Pan Bóg błogosławi, daję im, daję, choć to takie drogie – odrzekła opiekunka. – Nie mogłabym patrzeć, jak cierpią na moich oczach, wie pan o tym dobrze, proszę pana.

– Nie – rzekł pan Bumble tonem aprobaty – rzeczywiście, nie mogłaby pani. Ludzka z pani kobieta, pani Mann. – (Przy tych słowach postawiła przed nim szklankę). – Skorzystam z pierwszej okazji, żeby wspomnieć o tym zarządowi. – (Przysunął szklankę do siebie). – Ma pani serce matki, pani Mann. – (Zamieszał napój). – Z przyjemnością, z przyjemnością piję pani zdrowie, pani Mann – i wypił połowę zawartości szklanki.

– A teraz interesy – rzekł woźny wyjmując skórzany portfel. – To pół ochrzczone dziecko, Oliwer Twist, skończyło dziś dziewięć lat.

– Niech go Pan Bóg błogosławi! – wtrąciła pani Mann pocierając do czerwoności lewe oko rogiem fartucha.

– I pomimo zaofiarowanej nagrody dziesięciu funtów, następnie zwiększonej do dwudziestu funtów, pomimo największych i można powiedzieć, nadludzkich wysiłków ze strony naszej gminy – rzekł Bumble – nie zdołaliśmy się nigdy dowiedzieć, kto był jego ojcem, ani jakie było pochodzenie, nazwisko i sta... stanowisko jego matki.

Pani Mann wzniosła ręce w zadziwieniu, ale po chwili namysłu spytała:

– Więc jak to się stało, że on ma w ogóle jakieś nazwisko? Woźny wyprostował się na krześle z wielką dumą i powiedział:

– Ja je wymyśliłem.

– Pan, panie Bumble!

– Ja, pani Mann. Nazywamy nasze znajdy według alfabetu. Poprzedni był na S – nazwałem go Swubble. Ten był na T – nazwałem go Twist. Następny będzie Unwin, a jeszcze następny Vilkins. Mam naszykowane nazwiska do końca alfabetu i – kiedy dojdziemy do Z – jeszcze raz przez cały alfabet.

– Ależ to z pana cały literat! – powiedziała pani Mann. – No, no, no – rzekł woźny, najwidoczniej mile połechtany komplementem – może i tak, pani Mann, może i tak. – Wychylił resztę ginu z wodą i dodał: – Ponieważ Oliwer jest już za duży, żeby tu pozostać, więc zarząd zadecydował zabrać go z powrotem do przytułku. Przyszedłem sam, żeby go zabrać. Proszę mi go więc natychmiast sprowadzić.

 

– Zaraz to zrobię – rzekła pani Mann i wyszła w tym celu z pokoju. Po chwili Oliwer, z którego twarzy i rąk zdjęto tymczasem tyle zewnętrznej powłoki brudu, ile dało się zeskrobać przy jednym myciu, pojawił się, prowadzony za rękę przez swą życzliwą opiekunkę.

– Ukłoń się panu, Oliwerze – rzekła pani Mann.

Oliwer spełnił polecenie, dzieląc ukłon pomiędzy woźnego siedzącego na krześle a leżący na stole stosowany kapelusz.

– Pójdziesz ze mną, Oliwerze? – spytał pan Bumble majestatycznym głosem.

Oliwer już miał odrzec, że z największą chęcią pójdzie stąd z kimkolwiek, gdy podnosząc wzrok ujrzał panią Mann, która stanęła za krzesłem woźnego i groziła pięścią z wyrazem wściekłości na twarzy. Natychmiast pojął, o co chodzi, gdyż pięść owa zbyt często spadała na jego ciało, by wspomnienie jej nie utkwiło głęboko w pamięci chłopca.

– A czy ona pójdzie ze mną? – zapytał biedny Oliwer.

– Nie, ona nie może – odrzekł pan Bumble. – Ale będzie czasem przychodziła cię odwiedzać.

Nie było to dla dziecka wielką pociechą. Choć mały, miał jednakże dość rozumu, by udać wielki żal na wiadomość, że ma odejść. Nie trudno było chłopcu przywołać łzy do oczu. Głód i niedawno doznane krzywdy są wielką pomocą, jeśli chce się płakać, toteż Oliwer rozpłakał się doprawdy bardzo naturalnie. Pani Mann obdarzyła go tysiącem uścisków i – czego Oliwer potrzebował znaczniej bardziej – kromką chleba z masłem, w obawie, by przybywając do przytułku nie wydał się zbytnio wygłodniały. Z kawałkiem chleba w ręku i gminną czapeczką z brunatnego sukna na głowie, Oliwer wyruszył tedy pod przewodnictwem pana Bumble z nieszczęsnego domu, w którym ani jedno dobre słowo czy spojrzenie nie rozświetliło nigdy ponurego smutku jego dziecięcych lat. A jednak gdy furtka zamknęła się za nim, wybuchnął szlochem dziecinnego żalu. Jakkolwiek niewiele warci byli mali towarzysze niedoli, których pozostawiał za sobą, przecież byli to jedyni jego przyjaciele, i po raz pierwszy w sercu dziecka zrodziło się poczucie, jak bardzo jest samotne na wielkim, szerokim świecie.

Pan Bumble szedł naprzód wielkimi krokami. Mały Oliwer trzymał się mocno jego złociście szamerowanego mankietu i dreptał obok niego, pytając co ćwierć mili, czy są już „prawie na miejscu”. Na te pytania pan Bumble odpowiadał bardzo krótko i burkliwie, gdyż chwilowy dobry humor, który mieszanina ginu z wodą wzbudza w niektórych sercach, ulotnił się i pan Bumble był już znowu woźnym.

Oliwer przebywał w murach przytułku zaledwie kwadrans i zdążył właśnie połknąć drugi kawałek chleba, gdy wrócił pan Bumble, który oddał go był pod opiekę jakiejś starej kobiety. Powiedział, że dziś zbiera się zarząd i że ów zarząd nakazuje mu natychmiast stawić się przed sobą.

Nie mając ściśle określonego pojęcia o tym, co to jest żywy zarząd Oliwer zdumiał się nieco tą wiadomością i nie bardzo wiedział, czy powinien śmiać się, czy płakać. Nie miał jednak czasu rozmyślać nad tym zagadnieniem, bowiem pan Bumble uderzył go laską po głowie, aby go rozbudzić, a drugi raz po plecach, żeby go rozruszać, po czym kazał mu iść za sobą i zaprowadził go do dużego wybielonego pokoju, w którym siedziało wokoło stołu ośmiu czy dziesięciu tłustych panów. Na prezydialnym miejscu, w fotelu nieco wyższym od pozostałych, siedział szczególnie gruby pan o okrągłej, bardzo czerwonej twarzy.

– Ukłoń się zarządowi – rzekł Bumble. Oliwer starł parę łez, które wisiały jeszcze na jego rzęsach, i nie widząc żadnej deski prócz stołu szczęśliwie ukłonił się temu ostatniemu.

– Jak się nazywasz, chłopcze? – zapytał pan w wysokim fotelu.

Oliwer przestraszył się na widok tylu panów; strach ten przyprawił go o drżenie, a woźny uderzył go jeszcze raz w plecy, co przyprawiło go o płacz. Dwie te przyczyny spowodowały, że odpowiedział bardzo cichym i zalęknionym głosem, na co pewien pan w białej kamizelce orzekł, że chłopiec jest głupi. Był to znakomity sposób podniesienia go na duchu i ośmielenia go.

– Chłopcze – rzekł pan w wysokim fotelu – posłuchaj mnie. Przypuszczam, że wiesz, iż jesteś sierotą?

– A co to takiego jest, proszę pana? – zapytał biedny Oliwer.

– Ten chłopak naprawdę jest głupi; tak mi się też od razu zdawało – powiedział pan w białej kamizelce.

– Cicho! – rzekł ten pan, który odezwał się pierwszy. – Wiesz, że nie masz ojca ani matki i że wychowała cię gmina, prawda?

– Tak, proszę pana – odparł Oliwer płacząc gorzko.

– Czego płaczesz? – spytał pan w białej kamizelce. I rzeczywiście bardzo to było niezwykłe. Dlaczegoż ten chłopiec mógł płakać?

– Mam nadzieję, że odmawiasz pacierz co wieczór – rzekł jeszcze inny pan ochrypłym głosem – i jak przystało na chrześcijanina, modlisz się za tych, którzy cię żywią i opiekują się tobą.

– Tak, proszę pana – wyjąkał chłopiec. Pan, który przemówił ostatni, miał nieświadomie rację. Oliwer byłby naprawdę chrześcijaninem, i to wyjątkowo dobrym chrześcijaninem, gdyby się modlił za tych, którzy go żywili i darzyli swą opieką. Ale nie modlił się, ponieważ nikt go tego nie nauczył.

– No, więc przybyłeś tu, żeby otrzymać wykształcenie i nauczyć się pożytecznego rzemiosła – rzekł rumiany pan w wysokim fotelu.

– I zaczniesz jutro o szóstej rano skubać pakuły – dodał ten ponury w białej kamizelce.

Za oba te dobrodziejstwa, zespolone w jednym prostym procesie skubania pakuł, Oliwer według wskazówki woźnego podziękował niskim ukłonem, po czym zapędzono go do dużej sypialnej sali, gdzie na twardym, nieprzytulnym łóżku póty gorzko płakał, aż usnął. Cóż za szlachetna ilustracja dobrotliwych praw angielskich! Pozwalają nędzarzowi usnąć!

Biedny Oliwer! Ani się domyślał leżąc uśpiony w błogiej nieświadomości wszystkiego, co go otaczało, że tegoż dnia zarząd powziął decyzję, która miała wywrzeć zasadniczy wpływ na dalsze jego losy. Tak jednak było. A oto ona:

Członkowie zarządu byli to bardzo mądrzy, głębocy filozofowie i kiedy skierowali swą uwagę na przytułek, odkryli natychmiast coś, czego zwykli ludzie nigdy by nie dostrzegli – oto nędzarzom było w nim dobrze! Było to zgoła miejsce publicznej rozrywki dla biedniejszych klas społecznych; gospoda, w której nic nie trzeba było płacić; śniadanie, obiad, podwieczorek i kolacja za publiczne pieniądze przez cały okrągły rok; istny raj, w którym można było nieustannie się bawić i nic nie robić. – Oho! – rzekł zarząd z bardzo mądrą miną – już my tu zrobimy porządek; raz dwa położymy kres temu wszystkiemu. – Wprowadzili więc zasadę, że wszystkim nędzarzom należy dać wybór (zmuszać bowiem nikogo nie będą, broń Boże!) pomiędzy stopniową śmiercią głodową w przytułku a szybką – poza jego murami. W tym celu zawarli umowę z zakładami wodociągowymi o nieograniczoną dostawę wody, a z kupcem zbożowym o dostarczanie od czasu do czasu niewielkiej ilości płatków owsianych i jęli wydawać trzy razy dziennie posiłki z cienkiego kleiku. Dwa razy na tydzień dodawano po jednej cebuli, a w niedzielę – pól bułki. Ustanowili też wiele innych mądrych i humanitarnych przepisów odnośnie dam, których tu przytaczać nie potrzeba. Podjęli się łaskawie rozwodzenia nędzarzy żyjących w związku małżeńskim a to przez wzgląd na wielkie koszty rozprawy sądowej w Kolegium Doktorów. Zamiast więc zmuszać mężczyznę do utrzymywania rodziny, jak to robili dotychczas, rodzinę mu zabierali i czynili zeń kawalera! Trudno przewidzieć, ilu kandydatów do opieki społecznej mogło się zacząć zgłaszać ze wszystkich klas społecznych z uwagi na te dwa ostatnie zarządzenia, gdyby warunkiem do korzystania z nich nie był przytułek. Ale członkowie zarządu mieli głowy nie od parady i przewidzieli tę okoliczność. Opieka społeczna była nierozerwalnie związana z przytułkiem i kleikiem, a to odstraszało ludzi.

W ciągu sześciu pierwszych miesięcy po przeniesieniu Oliwera system ten znajdował się w pełnym rozkwicie. Z początku okazał się nader kosztowny z uwagi na coraz większą ilość rachunków wystawianych przez przedsiębiorcę pogrzebowego oraz na konieczność zwężania wszystkim nędzarzom ubrań, które po paru tygodniach kleiku trzepotały luźno na ich wynędzniałych, pochudłych postaciach. Ale równocześnie ze szczupleniem nędzarzy szczuplała również liczba mieszkańców przytułku, toteż zarząd nie posiadał się z radości.

Izba, w której dawano jeść chłopcom, była to duża kamienna sala z kotłem w jednym końcu, z którego to kotła w godzinach posiłku kierownik zakładu, przyodziany do tego celu w fartuch, z pomocą jednej lub dwu kobiet wydzielał chochlą kleik. Znakomitej tej strawy każdy chłopiec otrzymywał jedną miseczkę, nie więcej – oprócz dni wielkich świąt publicznych, kiedy to dostawał jeszcze dwie i ćwierć uncji chleba. Naczyń myć nigdy nie było trzeba. Chłopcy wyskrobywali je łyżkami aż do połysku, a skończywszy tę operację (która nigdy zbyt długo nie trwała, ponieważ naczynia były prawie tej samej wielkości co łyżki) siedzieli wpatrzeni w kocioł tak głodnymi oczyma, jakby chcieli pożreć same cegły, którymi był obmurowany. Jednocześnie pracowicie obsysali sobie palce, chcąc zlizać każdą kropelkę kleiku, która przypadkiem mogła na nie upaść. Chłopcy mają przeważnie doskonały apetyt. Oliwer Twist i jego towarzysze przez trzy miesiące cierpieli męki powolnego zagłodzenia. W końcu stali się pod wpływem głodu tak żarłoczni i zdziczali, że jeden chłopiec, duży na swój wiek i nieprzyzwyczajony do takiego wiktu (ojciec jego prowadził kiedyś małą garkuchnię), napomknął złowieszczo towarzyszom, że jeśli nie dostanie jeszcze jednej miski kleiku per diem, nie ręczy, czy którejś nocy nie zje chłopca, który spał obok niego i – tak się akurat składało – był słabowitym, małym jeszcze dzieckiem. Wzrok jego, gdy to mówił, był dziki i zgłodniały, toteż uwierzyli mu bez zastrzeżeń. Urządzono naradę; rzucono losy, kto ma tegoż wieczoru podejść po kolacji do kierownika i poprosić o więcej. Los padł na Oliwera Twista.

Wieczór nadszedł i chłopcy zajęli miejsca. Kierownik w swym uniformie kucharza zajął miejsce przy kotle; jego pomocnice nędzarki stanęły za nim; wydzielono kleik i przed krótkim posiłkiem odmówiono długą modlitwę. Kleik zniknął; chłopcy poszeptali między sobą i zaczęli mrugać na Oliwera, a najbliżsi jego sąsiedzi zaczęli go poszturchiwać. Oliwer był jeszcze dzieckiem, ale – doprowadzony głodem do ostateczności – był tak nieszczęśliwy, że nie dbał już o nic. Wstał od stołu, podszedł z miską i łyżką w ręce do kierownika i rzekł, nieco przerażony własnym zuchwalstwem:

– Proszę pana, ja proszę więcej.

Kierownik był zdrowym, tęgim mężczyzną, lecz zrobił się bardzo blady. Przez parę sekund, osłupiały ze zdumienia, wytrzeszczał oczy na małego buntownika, potem – dla utrzymania równowagi – całym ciężarem oparł się o kocioł. Pomocnice zdrętwiały z zadziwienia, a chłopcy ze strachu.

– Co?! – wykrztusił wreszcie kierownik słabym głosem.