Moja walka. Księga 5Tekst

Z serii: Moja walka #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ 6

CZĘŚĆ 7

Przypisy

Tytuł oryginału: MIN KAMP. FEMTE BOK. ROMAN

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja i adiustacja: HENRYKA SALAWA, ANNA MILEWSKA

Korekta: JACEK BŁACH, EWELINA KOROSTYŃSKA, Pracownia 12A

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

This translation has been published with the financial support of NORLA.

Tłumaczenie dofinansowane w ramach programu dotowania tłumaczeń literatury norweskiej NORLA (Norwegian Literature Abroad).

Copyright © Forlaget Oktober AS, Oslo, 2010

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05916-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Część 6

.

Tamtych czternaście lat, które przemieszkałem w Bergen od roku 1988 do 2002, już dawno minęło, nie pozostał po nich żaden ślad, z wyjątkiem epizodów zapamiętanych być może przez różnych ludzi, jakiś przebłysk w jednej głowie tu, przebłysk w drugiej głowie tam, no i oczywiście wszystko to, co z owego czasu zachowało się w mojej pamięci. Jest tego jednak zaskakująco mało. Z tysięcy dni, które spędziłem w tym niewielkim mieście na zachodzie Norwegii, wśród jego wąskich uliczek, lśniących od deszczu, pozostało jedynie kilka zdarzeń, za to mnóstwo nastrojów. Pisałem dziennik, ale go spaliłem. Robiłem jakieś zdjęcia, z których zachowało się tylko dwanaście, leżą w niewielkim stosiku na podłodze przy biurku, razem ze wszystkimi listami z tamtego czasu. Przejrzałem je, poczytałem trochę tu, trochę tam, jak zawsze mnie przygnębiły, to był taki straszny czas. Mało wiedziałem, bardzo dużo chciałem i nic mi z tego nie wychodziło. Ale w jakim nastroju jechałem do Bergen! Tamtego lata wybrałem się wraz z Larsem autostopem do Florencji, spędziliśmy tam kilka dni, potem dotarliśmy koleją do Brindisi; było tak gorąco, że kiedy człowiek wystawiał głowę przez otwarte okno pociągu, miał wrażenie, że gdzieś się pali. Noc w Brindisi, ciemne niebo, białe domy, upał niemal jak ze snu, tłumy w parkach, wszędzie młodzież na skuterach, krzyki i hałas. Wraz z mnóstwem innych, niemal bez wyjątku młodych ludzi, z plecakami, tak jak my, ustawiliśmy się w kolejce do trapu prowadzącego na wielki prom, który płynął do Pireusu. Czterdzieści dziewięć stopni na Rodos. Dzień w Atenach, najbardziej chaotycznym miejscu, w jakim w życiu byłem, obłędny skwar, potem prom na Paros i Antiparos, gdzie każdego dnia leżeliśmy na plaży i każdego wieczoru upijaliśmy się mocnym alkoholem. Pewnej nocy spotkaliśmy tam jakieś dziewczyny z Norwegii, a kiedy poszedłem do toalety, Lars powiedział im, że jest pisarzem i jesienią zaczyna naukę w Akademii Sztuki Pisania. Gdy wróciłem, toczyła się na ten temat ożywiona rozmowa. Lars tylko spojrzał na mnie z uśmiechem. Co on wyprawiał? Wiedziałem o tym, że kłamie w sprawach bez znaczenia, ale żeby tak na moich oczach? Przemilczałem to, postanowiłem jednak, że w przyszłości będę trzymał się od niego z daleka. Razem pojechaliśmy do Aten, kończyły mi się już pieniądze, Larsowi zostało jeszcze mnóstwo, ale zdecydował, że następnego dnia wraca do domu samolotem. Siedzieliśmy w ulicznej restauracji, on jadł kurczaka, broda świeciła mu się od tłuszczu, ja piłem wodę. Poproszenie go o wsparcie było ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, przyjąłbym od niego pieniądze jedynie wtedy, gdyby mnie spytał, czy chciałbym trochę pożyczyć. Usiłowałem go do tego sprowokować, ale nie spytał, więc poszedłem spać głodny. Nazajutrz pojechał na lotnisko, a ja opuściłem miasto autobusem, wysiadłem w pobliżu autostrady i zacząłem łapać stopa. Już po kilku minutach pojawił się radiowóz, policjanci nie znali ani słowa po angielsku, ale zrozumiałem, że autostop jest tutaj zabroniony, więc wróciłem autobusem do centrum i za ostatnie pieniądze kupiłem bilet na pociąg do Wiednia, bułkę paryską, dużą colę i karton papierosów.

Wydawało mi się, że podróż potrwa kilka godzin, dlatego przeżyłem szok, kiedy zrozumiałem, że w grę wchodzą raczej dwie doby. W przedziale siedział chłopak w moim wieku, Szwed, były też dwie Angielki, parę lat starsze, jak się okazało. Dotarliśmy już w głąb Jugosławii, kiedy wreszcie uświadomili sobie, że nie mam ani pieniędzy, ani jedzenia, więc zaproponowali, że się ze mną podzielą. Krajobraz za oknem był piękny aż do bólu. Doliny i rzeki, pojedyncze gospodarstwa i wioski, ludzie ubrani w stylu kojarzącym mi się z dziewiętnastym wiekiem i najwyraźniej obrabiający ziemię tak samo, jak w tamtych czasach, używali koni i wozów na siano, kos i pługów. Część składu pociągu była radziecka, wieczorem przeszedłem się po tych wagonach, oczarowany obcymi literami, obcymi zapachami, obcym wnętrzem, obcymi twarzami. Po dotarciu do Wiednia jedna z dziewczyn, Maria, chciała, żebyśmy wymienili się adresami, była atrakcyjna i w normalnej sytuacji pomyślałbym, że może kiedyś odwiedzę ją w Norfolk, może się z nią zwiążę i tam zamieszkam, ale tamtego dnia, kiedy wędrowałem ulicami na obrzeżach Wiednia, nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia, wciąż przepełniały mnie myśli o Ingvild, którą spotkałem tylko raz, w Wielkanoc tamtej wiosny, lecz później z nią korespondowałem. W porównaniu z nią wszystko inne blakło. Udało mi się złapać stopa, sztywna trzydziestoletnia blondynka podrzuciła mnie do stacji benzynowej przy autostradzie, tam spytałem kierowców ciężarówek, czy u któregoś nie znalazłoby się dla mnie miejsce. Jeden kiwnął głową, chciał tylko najpierw coś zjeść. Mógł dobiegać pięćdziesiątki, był ciemnowłosy, smagły i chudy, miał błyszczące, wręcz gorejące oczy.

Stałem w ciepłym zmierzchu, paląc papierosa, wpatrzony w światła przy drodze, coraz wyraźniejsze, w miarę jak zapadał wieczór, i otoczony szumem samochodów, który od czasu do czasu przerywały krótkie, ale ostre trzaśnięcia drzwiczek czy rozlegające się nagle głosy ludzi idących przez parking w kierunku wielkiej stacji benzynowej lub stamtąd wracających. Wewnątrz ludzie siedzieli na ogół pojedynczo i jedli w milczeniu, widać było jedynie kilka rodzin z dziećmi, tłoczących się przy stolikach. Wypełniła mnie cicha radość, właśnie to kochałem najbardziej ze wszystkiego, to, co zwyczajne i dobrze znajome, autostradę, stację benzynową, kafeterię – ta jednak wcale nie była aż tak znajoma, bo w wielu szczegółach różniła się od tej, do której przywykłem. Kierowca wyszedł, skinął na mnie głową, więc ruszyłem za nim, wdrapałem się do ogromnego pojazdu, rzuciłem plecak na tył i rozsiadłem się wygodnie. Szofer zapuścił silnik, wszystko zawarczało i się zatrzęsło, zapaliły się światła i zaczęliśmy się toczyć, najpierw powoli, potem coraz szybciej, ale cały czas ciężko, dopóki nie znaleźliśmy się bezpiecznie na prawym pasie autostrady, dopiero wtedy pierwszy raz na mnie spojrzał. Sweden? – spytał. Norwegen, odpowiedziałem. Aha, Norwegen!

Jechałem z nim całą noc i jeszcze trochę. Przerzuciliśmy się kilkoma nazwiskami piłkarzy – w ożywienie wprawił go zwłaszcza Rune Bratseth – lecz ponieważ nie znał ani słowa po angielsku, na tym się skończyło.

Dotarłem do Niemiec okropnie głodny, ale bez grosza przy duszy, pozostawało mi jedynie palić i licząc na łut szczęścia, iść na autostop. Zatrzymał się młody facet w czerwonym volkswagenie golfie, miał na imię Björn i jechał daleko, łatwo się z nim rozmawiało, a wieczorem, kiedy dotarliśmy do celu, zaprosił mnie do siebie do domu i poczęstował płatkami z mlekiem, zjadłem trzy porcje, pokazał mi kilka zdjęć z wakacji w Norwegii i w Szwecji, które w dzieciństwie spędził tam z bratem; powiedział, że jego ojciec ma bzika na punkcie Skandynawii, stąd to imię, Björn. Kręcąc głową, dodał, że bratu na imię Tor. Odwiózł mnie na autostradę, podarowałem mu swoją potrójną kasetę Clashów, uścisnął mi rękę, życzyliśmy sobie nawzajem powodzenia i znów ustawiłem się przy jednym z wjazdów. Po trzech godzinach zatrzymał się zarośnięty brodacz w okularach w czerwonym 2CV, jechał do Danii i mogłem się z nim zabrać aż tam. Zajął się mną, zainteresował się, kiedy powiedziałem, że piszę, więc pomyślałem sobie, że może to jakiś profesor, w kafeterii zafundował mi jedzenie, przespałem się kilka godzin, znów mi kupił jedzenie, a kiedy się z nim rozstałem, byłem w środku Danii, w odległości zaledwie kilku godzin jazdy od Hirtshals, a więc prawie w domu. Ostatni odcinek poszedł jednak gorzej, udawało mi się przejechać nie więcej niż kilkadziesiąt kilometrów na raz, o jedenastej wieczorem dotarłem zaledwie do Løkken i postanowiłem przenocować na plaży. Ruszyłem wąską drogą przez niski las, tu i ówdzie asfalt był przysypany piaskiem; wkrótce przed moimi oczami wyrosły wydmy, wspiąłem się na nie i w świetle skandynawskiej letniej nocy zobaczyłem przed sobą szare, gładkie morze. Z położonego kilkaset metrów dalej kempingu, czy też kolonii domków kempingowych, dobiegały głosy i warkot silników samochodowych.

 

Dobrze być nad morzem. Czuć słaby zapach soli i tę ostrość w powietrzu. To było moje morze, dotarłem prawie do domu.

Znalazłem zagłębienie w ziemi, rozwinąłem śpiwór, wpełzłem do niego, zaciągnąłem suwak i zamknąłem oczy. Czułem się nieprzyjemnie, w każdej chwili ktoś mógł mnie tu nakryć, ale byłem tak zmęczony po tych ostatnich dniach, że zgasłem jak zdmuchnięta świeczka.

Zbudził mnie deszcz. Przemarznięty i zesztywniały, wylazłem ze śpiwora, wciągnąłem spodnie i ruszyłem w głąb lądu. Dochodziła szósta. Niebo szare, mżawka padała bezszelestnie, ledwie wyczuwalna, było mi zimno, więc usiłowałem się rozgrzać szybkim marszem. Nie dawał mi spokoju nastrój snu, który mi się przyśnił. Pojawił się w nim brat taty, Gunnar, a raczej jego gniew, chodziło o to, że tyle piłem i tak źle się zachowywałem, zrozumiałem to dopiero teraz, kiedy szybkim krokiem szedłem przez ten sam lasek co poprzedniego wieczoru. Drzewa stały nieruchomo, szarawe pod gęstą pokrywą chmur, bliższe śmierci niż życia. Między nimi nawiało piasku, ułożył się w swoje zmienne i nieprzewidywalne, a jednak zawsze takie same wzory, w niektórych miejscach delikatne ziarenka utworzyły na szorstkim asfalcie jakby zarys rzeki.

Wyszedłem na większą drogę, pokonałem nią kilka kilometrów, na jakimś skrzyżowaniu zdjąłem plecak, postawiłem go na ziemi i zacząłem machać na samochody. Do Hirtshals było już niedaleko. Nie wiedziałem jednak, co się wydarzy, nie miałem przecież w ogóle pieniędzy, więc dostanie się na prom do Kristiansand mogło się okazać trudne. A może wzięliby mnie, a potem mi przysłali rachunek za podróż? Gdybym tylko natknął się na jakąś dobrą duszę, która by się nade mną zlitowała!

O, nie. Deszcz padał coraz większymi kroplami.

Na szczęście przynajmniej nie było zimno.

Zapaliłem papierosa, przegarnąłem dłonią włosy. Na deszczu wtarty w nie żel zaczął się lepić. Wytarłem dłoń o nogawkę spodni, nachyliłem się i wyjąłem z plecaka walkmana. Przejrzałem kilka kaset, które miałem ze sobą, wybrałem Skylarking XTC i włożyłem do odtwarzacza.

W tym śnie była też chyba amputowana noga? Tak. Upiłowana tuż pod kolanem.

Uśmiechnąłem się, a kiedy ze słuchawek popłynęła muzyka, wrócił do mnie nastrój z czasów wydania tej płyty. To musiała być druga klasa liceum. Ale moją głowę wypełnił przede wszystkim dom w Tveit, to, jak siedziałem w wiklinowym fotelu, piłem herbatę, paliłem i słuchałem Skylarking, zakochany w Hanne. Yngve, który był tam z Kristin. Wszystkie rozmowy z mamą.

Szosą nadjechał samochód.

When Miss Moon lays down

And Sir Sun stands up

Me I’m found floating round and round

Like a bug in brandy

In this big bronze cup

To był pick-up, na karoserii widniała nazwa firmy, wypisana czerwonymi literami. Pewnie jakiś rzemieślnik w drodze do pracy, nawet na mnie nie spojrzał, kiedy przemknął obok ze świstem, a z pierwszego utworu wyrósł następny, uwielbiałem to przejście, bo wtedy i we mnie coś rosło, kilka razy machnąłem ręką w powietrzu i okręciłem się, stawiając powolne kroki.

Pojawił się kolejny samochód. Wystawiłem kciuk. I tym razem kierowcą był zaspany mężczyzna, który nie poświęcił mi ani jednego spojrzenia. Najwyraźniej znalazłem się przy drodze, na której panował spory ruch lokalny, ale czy to stanowiło przeszkodę, żeby ktoś się mógł zatrzymać? Wywieźć mnie do jakiejś większej szosy?

Dopiero po paru godzinach ktoś się zlitował. Dwudziestopięcioletni Niemiec w okrągłych okularach, z powagą wypisaną na twarzy, zjechał malutkim oplem na bok, podbiegłem do niego, rzuciłem plecak na tylne siedzenie, już wypełnione bagażami, i usiadłem obok kierowcy. Powiedział, że wraca z Norwegii i jedzie na południe, podrzuci mnie tylko do autostrady, niedaleko, ale może coś mi to da. Powiedziałem: yes, yes, very good. Okna mocno parowały, więc bez zatrzymywania samochodu nachylił się i przetarł szmatką przednią szybę. Maybe that’s my fault, powiedziałem. What? – spytał. The mist on the window, odparłem. Of course it’s you, syknął. Okej, pomyślałem, jeśli chce, żeby tak było, to niech tak będzie, i odchyliłem się na siedzeniu.

Wypuścił mnie dwadzieścia minut później koło dużej stacji benzynowej, chodziłem po niej raz w jedną, raz w drugą stronę, wypytując każdego, kogo zobaczyłem, czy nie jedzie do Hirtshals i czy nie mógłby mnie zabrać. Byłem przemoknięty i głodny, po wielu dniach spędzonych w drodze wyglądałem niechlujnie, więc długo wszyscy kręcili głowami, aż w końcu jakiś facet w samochodzie dostawczym, wypełnionym, jak zrozumiałem, chlebem i innymi wyrobami piekarniczymi, uśmiechnął się i powiedział: bardzo proszę, wskakuj, jadę do Hirtshals. Przez całą drogę myślałem o tym, czy nie poprosić go o chleb, zabrakło mi jednak odwagi. Zdołałem tylko wykrztusić z siebie, że jestem głodny, ale się na to nie złapał.

Kiedy się z nim żegnałem w Hirtshals, prom akurat odpływał. Pobiegłem z ciężkim plecakiem do kasy biletowej, zdyszany wyjaśniłem sytuację kasjerce, powiedziałem, że nie mam pieniędzy, i spytałem, czy mogę mimo wszystko dostać bilet i prosić o przesłanie rachunku. Mam paszport, mogę się wylegitymować, na pewno zapłacę. Uśmiechnęła się życzliwie, ale pokręciła głową. To niemożliwe, muszę zapłacić gotówką. Ale ja m u s z ę się przedostać na drugą stronę, powiedziałem. Przecież tam m i e s z k a m! A nie mam pieniędzy! Znów pokręciła głową. Niestety, powtórzyła i odwróciła się ode mnie.

Przysiadłem w porcie na krawężniku, z plecakiem między nogami, i patrzyłem, jak wielki prom odbija od brzegu, sunie po morzu i znika.

Co miałem robić?

Jedynym wyjściem było wyruszyć autostopem z powrotem na południe, do Szwecji, i jechać tamtędy. Ale czy na tamtej trasie też nie należało pokonać jakiejś wody?

Usiłowałem przypomnieć sobie mapę, żeby stwierdzić, czy istnieje jakieś połączenie lądowe między Danią i Szwecją, ale doszedłem do wniosku, że chyba nic takiego nie ma, trzeba by pewnie jechać aż do Polski, dalej przez Związek Radziecki do Finlandii i dopiero stamtąd dostać się do Norwegii. A więc jeszcze ze dwa tygodnie autostopem. No, a w krajach bloku wschodniego wymagana jest chyba wiza czy coś takiego? Oczywiście mogłem też pojechać do Kopenhagi, od której dzieliło mnie zaledwie kilka godzin, licząc, że tam zdobędę pieniądze na prom do Szwecji. Nawet gdybym musiał żebrać.

Inną możliwością było poproszenie mamy o przekazanie pieniędzy do jakiegoś tutejszego banku. To nie stanowiłoby większego problemu, ale mogło potrwać kilka dni. A mnie nie stać było nawet na telefon.

Otworzyłem następną paczkę cameli i wypaliłem trzy papierosy, jednego po drugim, obserwując samochody, które cały czas podjeżdżały i ustawiały się w nowej kolejce. Wiele norweskich rodzin, które były w Legolandzie albo na plaży w Løkken. Sporo Niemców wybierających się na północ. Dużo przyczep kempingowych, dużo motocykli, a zupełnie z boku olbrzymie tiry.

Czując suchość w ustach, znów wyciągnąłem walkmana. Tym razem włączyłem kasetę z Roxy Music. Ale już po drugim utworze muzyka zabrzmiała fałszywie, a wskaźnik baterii zaczął mrugać. Spakowałem więc odtwarzacz z powrotem, wstałem, zarzuciłem plecak na ramiona i ruszyłem w głąb Hirtshals jego nielicznymi, smutnymi ulicami. Chwilami głód ściskał mi żołądek. Myślałem o tym, żeby wejść do jakiejś piekarni i spytać, czy nie mieliby na zbyciu bochenka chleba, ale z pewnością spotkałbym się z odmową. Nie mogłem znieść myśli o tak upokarzającej sytuacji, więc postanowiłem zaoszczędzić tę możliwość na chwilę, kiedy naprawdę mnie przyciśnie. Zawróciłem do portu i zatrzymałem się przy lokalu stanowiącym skrzyżowanie kawiarni z ulicznym barkiem, doszedłszy do wniosku, że mogę przynajmniej poprosić o szklankę wody.

Barman nalał mi wody z kranu, który miał za plecami. Usiadłem przy oknie. W lokalu było prawie pełno. Na zewnątrz znów zaczęło padać. Popijałem wodę i paliłem papierosa. Po jakimś czasie do środka weszło dwóch chłopaków w moim wieku, w pełnych strojach przeciwdeszczowych, rozsznurowali kaptury i rozejrzeli się po sali. Jeden z nich podszedł do mnie i spytał, czy miejsca przy moim stoliku są wolne. Of course, odparłem. Zaczęliśmy gadać, okazało się, że są z Holandii i wybierają się do Norwegii, całą trasę przebyli na rowerach. Śmiali się z niedowierzaniem, kiedy im powiedziałem, że przejechałem autostopem z Wiednia bez pieniędzy, a teraz usiłuję się dostać na prom. To dlatego pijesz wodę, skonstatował jeden, a kiedy potwierdziłem, spytał, czy nie napiłbym się kawy. That would be nice, odpowiedziałem, on wstał i kupił mi kawę.

Wyszedłem razem z nimi. Wyrazili nadzieję, że spotkamy się na pokładzie, i zniknęli ze swoimi rowerami, a ja powlokłem się tam, gdzie stały tiry, i zacząłem rozpytywać, czy któryś z kierowców by mnie nie zabrał, bo nie mam pieniędzy na prom. Oczywiście żaden się nie zgodził. Jeden po drugim uruchamiali silniki i wjeżdżali na pokład, więc w końcu wróciłem do tej kawiarni i dalej siedziałem, obserwując, jak kolejny prom odbija od brzegu i staje się coraz mniejszy, a po półgodzinie całkiem znika.

Ostatni prom odpływał wieczorem. Wiedziałem, że jeśli nie uda mi się na niego dostać, będę musiał łapać stopa na południe, do Kopenhagi. Taki był mój plan. Czekając, wyciągnąłem z plecaka swój rękopis i zacząłem go czytać. W Grecji napisałem cały rozdział; przez dwa kolejne poranki przeprawiałem się, brodząc w wodzie, na niewielką wysepkę, a stamtąd na kolejną, w tłumoczku na głowie niosłem buty, T-shirt, blok do pisania, długopis, kieszonkowe wydanie Jacka[1] po szwedzku i papierosy. Usadowiony w skalnym zagłębieniu, w zupełnej samotności, pisałem. Ogarniało mnie uczucie, że dotarłem tam, dokąd chciałem dotrzeć. Siedziałem na greckiej wyspie, na środku Morza Śródziemnego, i pisałem swoją pierwszą powieść. Jednocześnie odczuwałem niepokój, bo tam w pewnym sensie nic nie było, tylko ja, ale ową pustkę odkryłem dopiero wtedy, kiedy stała się wszystkim. Tak to odbierałem, pustka we mnie obejmowała naprawdę wszystko, i nawet kiedy siedziałem zatopiony w lekturze Jacka albo nachylony nad notatnikiem, pisałem o Gabrielu, moim głównym bohaterze, czułem przede wszystkim pustkę.

Od czasu do czasu wskakiwałem do wody, ciemnoniebieskiej, cudownej, ale już po paru ruchach rękami przypominało mi się, że mogą w niej być rekiny. Wiedziałem, że w Morzu Śródziemnym nie ma rekinów, ale i tak o nich myślałem, więc czym prędzej wychodziłem na ląd, ociekający wodą i wściekły na siebie, powtarzając w duchu, że to przecież idiotyzm, jak można bać się rekinów t u t a j, o co chodzi, czy ja mam siedem lat? Ale byłem samiutki pod słońcem, samiutki w obliczu morza i zupełnie pusty. Miałem wrażenie, jakbym był ostatnim człowiekiem na Ziemi. Z tego powodu zarówno pisanie, jak i czytanie traciło sens.

Ale kiedy przeczytałem rozdział o marynarskiej knajpie w portowej dzielnicy Hirtshals, tak jak ją sobie wyobrażałem, uznałem, że jest dobry. Fakt, że dostałem się do Akademii Sztuki Pisania, świadczył o tym, że mam talent, teraz chodziło jedynie o to, by go wydobyć. Planowałem napisanie powieści w nadchodzącym roku i wydanie jej następnej jesieni, trochę w zależności od tego, ile czasu zajmie przygotowanie i druk.

Miała nosić tytuł Woda na górze / Woda na dole.

Kilka godzin później, w zapadającym zmierzchu, znów wędrowałem wzdłuż rzędu tirów. Niektórzy kierowcy drzemali w fotelach i podrywali się wystraszeni, kiedy pukałem w okno, po czym albo otwierali drzwi, albo opuszczali szybę, żeby się dowiedzieć, czego od nich chcę. Nie, nie mogę się zabrać. Nie, to niemożliwe. Nie, oczywiście, że nie. A co, mieliby płacić za mój bilet?

Oświetlony prom przybił do brzegu. Dookoła uruchamiano silniki. Jeden rząd samochodów zaczął się wolno posuwać, pierwsze auta już znikały w otwartej gardzieli kadłuba. Byłem zdesperowany, ale tłumaczyłem sobie, że to się musi dobrze skończyć. Chyba jeszcze nigdy nie słyszano o młodym Norwegu, który umarł z głodu na wakacjach albo nie zdołał dotrzeć do domu, tylko został w Danii?

Przy jednym z ostatnich tirów rozmawiało trzech mężczyzn. Podszedłem do nich.

– Cześć – powiedziałem. – Czy któryś z was mógłby mnie zabrać na pokład? Widzicie, nie mam pieniędzy na bilet. A muszę wrócić do domu. Nic nie jadłem od dwóch dni.

 

– Skąd jesteś? – spytał jeden z wyraźnym arendalskim akcentem.

– Z Arendal – odparłem, też przechodząc na dialekt. – To znaczy z Tromøi.

– Naprawdę? Ja też jestem stamtąd.

– A skąd?

– Z Færvik. A ty?

– Z Tybakken. Weźmiesz mnie?

Kiwnął głową.

– Wskakuj, tylko się schowaj, kiedy będziemy wjeżdżać na pokład. To żaden problem.

I tak się stało. Podczas wjazdu na prom siedziałem skulony na podłodze, odwrócony plecami do szyby. Kierowca zaparkował, wyłączył silnik, a ja wyskoczyłem z plecakiem w ręku. Miałem mokre oczy, kiedy mu dziękowałem. Zawołał jeszcze za mną: hej, poczekaj chwilę! A kiedy się odwróciłem, wręczył mi pięćdziesiąt koron duńskich, mówiąc, że jemu są niepotrzebne, ale może mnie się przydadzą.

Poszedłem do kafeterii i zjadłem wielką porcję klopsików. Prom ruszył. Powietrze wokół mnie wypełniły podniecone rozmowy, zapadł wieczór, byliśmy w podróży. Myślałem o swoim kierowcy. Zwykle nie czułem sympatii dla takich typów, marnowali życie na siedzenie za kółkiem, nie mieli żadnego wykształcenia, byli grubi i pełni najprzeróżniejszych uprzedzeń, a ten niczym się od nich nie różnił, widziałem, no ale, do diabła, przecież mnie zabrał!

Kiedy następnego dnia rano samochody i motocykle, warcząc i podskakując, zjechały z promu i wyruszyły na drogi wokół Kristiansand, zostawiły za sobą miasto pogrążone w ciszy. Usiadłem na schodach dworca autobusowego. Słońce świeciło, niebo było wysokie, w powietrzu już czuło się ciepło. Zaoszczędziłem trochę z tych pieniędzy, które dostałem od kierowcy, aby mieć za co zadzwonić do taty i uprzedzić, że się zjawię. Tata nie cierpiał niezapowiedzianych wizyt. Kupili z Unni dom kilkadziesiąt kilometrów od miasta, który na zimę komuś wynajmowali, sami zaś zamierzali spędzić w nim całe lato, aż do powrotu na północ Norwegii, gdzie pracowali. Planowałem zostać u nich kilka dni, a potem pożyczyć pieniądze na bilet do Bergen, może na pociąg, bo to najtańsze rozwiązanie.

Ale na razie było jeszcze za wcześnie na telefon.

Wyjąłem dziennik podróży, który prowadziłem przez ostatni miesiąc, i zapisałem wszystko, co się wydarzyło po drodze z Austrii. Na sen, który mi się przyśnił w Løkken, poświęciłem kilka stron, wciąż pozostawałem pod wielkim wrażeniem, jakie na mnie wywarł, utkwił mi w ciele niczym zakaz albo granica, uznałem go za ważne wydarzenie.

Wokół mnie autobusy pojawiały się z coraz większą częstotliwością. Wkrótce już co minutę podjeżdżały i wypuszczały pasażerów. Ci ludzie jechali do pracy, widziałem to po ich oczach, mieli puste spojrzenia najemnych pracowników.

Wstałem i ruszyłem do miasta. Główna ulica, Markensgate, była prawie pusta, tylko od czasu do czasu to z jednej, to z drugiej strony pojawiał się jakiś przechodzień. Kilka mew szarpało śmieci przy pojemniku, z którego odpadło dno. Dotarłem do biblioteki, przygnał mnie tu nawyk, bo ogarnęło mnie uczucie podobne do paniki, która mnie nawiedzała, gdy chodziłem tędy w czasach licealnych, lęk, że nie mam dokąd pójść i że wszyscy to widzą. Problem ten rozwiązywałem, przychodząc właśnie tutaj, w miejsce, w którym można było być samemu i nikogo to nie dziwiło.

Przede mną rozciągał się plac z szarym murowanym kościołem o jaskrawozielonym dachu. Wszystko było niepozorne i smutne. Po zwiedzeniu Europy wyraźnie widziałem, jak małym miastem jest Kristiansand.

Pod ścianą po drugiej stronie ulicy spał bezdomny. Zarośnięty, z długą brodą i takimiż włosami, w podartym ubraniu, wyglądał jak dzikus.

Usiadłem na ławce i zapaliłem papierosa. A jeśli to jemu żyło się najlepiej? Robił dokładnie to, co chciał. Jeśli chciał się gdzieś włamać, to się włamywał. Jeśli chciał się upić do nieprzytomności, to się upijał. Jeśli chciał dokuczać przechodniom, to im dokuczał. Jeśli był głodny, kradł jedzenie. Owszem, ludzie traktowali go jak śmiecia lub jakby w ogóle nie istniał. Ale dopóki nie przejmował się innymi, to i tak nie miało żadnego znaczenia.

Właśnie tak musieli żyć pierwsi ludzie, zanim zaczęli się łączyć w gromady i uprawiać ziemię, kiedy po prostu wędrowali, jedli to, co znaleźli, spali tam, gdzie im wypadło, a każdy dzień był pierwszy albo ostatni. Ten człowiek tutaj nie miał żadnego domu, do którego musiał wracać, który go do siebie przywiązywał, nie miał żadnej pracy, o którą musiał dbać, żadnych wyznaczonych godzin, na które musiał zdążyć; kiedy mu się zachciało spać, po prostu się kładł, tam gdzie stał. Miasto było jego lasem. Cały czas spędzał pod gołym niebem. Twarz miał ogorzałą, pomarszczoną, włosy i ubranie brudne.

Wiedziałem, że nawet gdybym chciał, nigdy nie potrafiłbym się znaleźć w miejscu, w którym on przebywał. Nie mógłbym zwariować, nie potrafiłbym być bezdomnym, to mi się po prostu nie mieściło w głowie.

Dalej przy placu zatrzymał się stary busik; z jednej strony wyskoczył tęgi, lekko ubrany mężczyzna, z drugiej wysiadła tęga, lekko ubrana kobieta. Otworzyli tylne drzwi i zaczęli wyładowywać skrzynki z kwiatami. Rzuciłem papierosa na suchy asfalt, wziąłem plecak i wróciłem na dworzec autobusowy, skąd zadzwoniłem do taty. Rozzłościł się, był nieprzyjemny, oświadczył, że moja wizyta w ogóle mu nie pasuje, mają przecież maleńkie dziecko i nie mogą przyjmować gości pojawiających się bez uprzedzenia. Powinienem był zadzwonić wcześniej, wtedy byłoby inaczej. Niedługo mieli ich odwiedzić babcia i kolega z pracy. Powiedziałem, że rozumiem, przeprosiłem, że nie zadzwoniłem wcześniej, i się rozłączyłem.

Dłuższą chwilę stałem ze słuchawką w ręku i zastanawiałem się, aż w końcu wybrałem numer Hilde. Powiedziała, że mogę się u niej zatrzymać i że zaraz po mnie przyjedzie.

Pół godziny później już siedziałem obok niej w starym golfie, wyjeżdżaliśmy z miasta, okna mieliśmy otwarte, a słońce świeciło nam w oczy. Hilde się śmiała, mówiła, że śmierdzę i muszę się wykąpać, kiedy dojedziemy na miejsce, potem usiądziemy w ogrodzie za domem, ponieważ tam jest cień, a ona zrobi mi śniadanie, bo widzi, że i to mi się przyda.

Zostałem u Hilde trzy dni, dostatecznie długo, żeby mama wpłaciła mi trochę pieniędzy na konto, a potem pojechałem do Bergen. Pociąg odchodził po południu, słońce zalewało światłem zalesiony krajobraz regionu Indre Agder, który przyjmował je na różne sposoby: woda w jeziorach i rzekach połyskiwała, gęste drzewa iglaste lśniły, leśne poszycie się czerwieniło, liście na drzewach liściastych migotały, wprawiane w ruch tchnieniem wiatru. Wśród tej gry światła i kolorów powoli wyrastały cienie, coraz większe i gęściejsze. Długo stałem przy oknie w ostatnim wagonie, wpatrując się w szczegóły pejzażu, które stale znikały, jakby usuwane na rzecz nowych, cały czas pojawiających się niczym rzeka pniaków i korzeni, skałek i wykrotów, strumieni i płotów, wyrastających nagle wzgórz; na ich uprawianych zboczach dawało się dostrzec domy i traktory. Przez całą drogę nie zmieniały się jedynie tory kolejowe, po których jechaliśmy, i te dwa lśniące punkty na nich, odbicie słońca. Niezwykłe zjawisko. Przypominało dwie świetlne piłeczki, które wydawały się nieruchome – chociaż pociąg jechał z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę, te świetlne piłki znajdowały się cały czas w takiej samej odległości.

Wielokrotnie podczas dalszej podróży wracałem w tamto miejsce, żeby jeszcze raz spojrzeć na te kulki ze światła. Poprawiały mi humor, patrząc na nie, czułem się niemal szczęśliwy, jakby niosły w sobie nadzieję.

Poza tym siedziałem na swoim miejscu, paliłem, piłem kawę, czytałem jakieś gazety, ale nie sięgnąłem po żadną książkę, bo uważałem, że cudzy tekst może wywrzeć wpływ na moją prozę, że stracę to, dzięki czemu przyjęto mnie do Akademii Sztuki Pisania. Po pewnym czasie wyciągnąłem listy od Ingvild. Woziłem je ze sobą całe lato, zaczynały się przecierać na zagięciach i umiałem je prawie na pamięć, ale za każdym razem, gdy je czytałem, wyczuwałem bijące od nich światło, coś dobrego, przesyconego radością. To była cała ona, zarówno to, co zapamiętałem po naszym jedynym spotkaniu, jak i to, co się ujawniało podczas pisania, lecz wiązała się z tym również nieznana przyszłość, która mnie czekała. Ingvild różniła się od innych ludzi, była dla mnie kimś innym, a najbardziej mnie zdumiewało, że również ja stawałem się inną osobą, kiedy o niej myślałem. Bardziej wtedy lubiłem siebie. Jak gdyby myśl o niej coś we mnie zacierała, dając mi dzięki temu nowy początek albo przenosząc mnie w inne miejsce.