Gdzie Diabeł mówi dobranoc Tom 1 Księżyc jest pierwszym umarłymTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Coś ty powiedział? – syknęła.

– Spokojnie. – Wiktor położył rękę na jej ramieniu. – Nikodem, pierwsze ostrzeżenie.

Alicja zmrużyła oczy, patrząc na rzeczonego Nikodema. Znała takich jak on. Byli zawsze. W każdej szkole. Bosko urodziwi i diablo bucowaci. Kochani i znienawidzeni jednocześnie. Ale dopóki nie skończą w pudle albo na stacji benzynowej, mogą sobie poużywać. Z czego zwykle skwapliwie korzystają.

– Czy ja coś mówię? – Nikodem podniósł ręce do góry na znak, że jest niewinny, i uśmiechnął się lekko, co sprawiło, że dziewczynom siedzącym w ławkach obok oczy zrobiły się jeszcze bardziej maślane. – Po prostu będę musiał uświadomić naszą nową koleżankę, komu zawdzięcza to, że może korzystać z dobrodziejstw tego przybytku. – Teatralnym gestem rozłożył ramiona.

– Co? – wyrwało się Alicji.

– Nikodem… – zaczął ostrożnie Wiktor.

– Nie wiedziałaś? – Nikodem udał zmartwionego. – Mój dziadek ufundował tę szkołę. I parę innych rzeczy w tym mieście. Co oznacza w praktyce, że jestem właścicielem połowy miasta. W tym też tej szkoły. Więc jak by na to nie patrzeć, witaj w moich skromnych progach.

– Zamknij się!

Alicja nie wierzyła własnym oczom. Posągowa blond para spod okna drgnęła. Nie wiedziała, które z nich się odezwało, ale z pewnością któreś z ich dwójki przemówiło, co oznaczało, że nie są głuchoniemi, jak zaczęła już podejrzewać.

– Olga, daj spokój – westchnął zrezygnowany Wiktor. – Nie warto.

Nikodem uśmiechnął się pod nosem.

– Coś ci się nie podoba?

– Ktoś, kto powiedział ci, że twoja rodzina to jedyni założyciele miasta, pewnie nie umiał doliczyć do czterech. Pozwól, że cię oświecę, mój panie: jesteś dokładnie jedną czwartą założycieli. Jeśli, oczywiście, jesteś w stanie policzyć więcej niż do jednego. – Olga wyrecytowała to tak swobodnie i od niechcenia, jakby odczytywała tekst z promptera.

– Czasami wystarczy do jednego, jeśli ten jeden jest wystarczający. Jak mawiali w starożytności: wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre równiejsze.

– To był Orwell, młotku – syknął Borys.

– Borys! – Wiktor skarcił go już nie tylko wzrokiem. – Nikodem… Ostrzeżenie numer dwa. – Nauczyciel zaczynał tracić cierpliwość.

Alicja patrzyła to na Nikodema, to na Olgę, nie mając bladego pojęcia, o co im chodzi. Klasa zdawała się wiedzieć, w czym rzecz, bo połowa przyglądała się tej dziwnej konwersacji ze znudzeniem, druga przeciwnie – ożywiła się nagle, chociaż chwilę wcześniej wszyscy zgodnie dłubali w nosach.

– Alicjo, możesz usiąść w ostatniej ławce. – Wiktor w końcu przypomniał sobie o nowej uczennicy. – Widzę, że znów jest wolna – zauważył z przekąsem, akcentując „znowu”.

Alicja poprawiła plecak na ramieniu i poszła grzecznie do ostatniej ławki, która w tym układzie i przy takiej liczbie uczniów wyglądała bardziej na drugą, gdzie ani nie przyśniesz, ani nie poczytasz. Jak oni to znoszą? Alicja wyjęła kalendarz i długopis. Nic poza tym nie zabrała.

– O, czyżby nasza nowa koleżanka nie miała książki do historii? – wyzłośliwił się Nikodem, odwracając się bokiem do Alicji, a w międzyczasie puszczając oko do swojej sąsiadki, która prawie się rozpłynęła.

– Może oddasz mi swoją, bo widzę, że żadnej nie używasz? – syknęła Alicja.

– Niewyparzona gęba. – Pokiwał z uznaniem głową. – Jesteś Korsakow. – Wymierzył w nią palec wskazujący i mrugnął. – I wiesz co? Coraz bardziej mi się podobasz.

– Nikodem, dosyć tego! – Wiktor ewidentnie stracił cierpliwość. – Do dyrektorki!!!

– Z przyjemnością. – Z elegancją godną Daniela Craiga Nikodem wstał, zgrabnie zgarnął swoje rzeczy z ławki i sięgnął po torbę. – Aha, taki drobiazg – mruknął, mijając Wiktora. – Może pan opuścić kołnierzyk? Od postawionego kołnierzyka koszulki polo prosta droga do skarpet w sandałach.

– Wyjdź!!! – ryknął Wiktor.

Alicja aż podskoczyła, ale na reszcie klasy nie zrobiło to żadnego wrażenia. Wygląda na to, że nie takie historie działy się na lekcji historii. Wiktor otworzył podręcznik i najspokojniej w świecie zaczął mówić coś o rewolucji francuskiej, a Alicji ktoś usłużnie podsunął podręcznik, co zupełnie zignorowała. To wszystko było dziwne. Bardzo dziwne… A jak wiadomo, zasada jest jedna: dziwnie, dziwniej, a potem to już tylko Stephen King. O co tu chodzi? Najpierw ten buc, który robi za Rockefellera, później blondasy spod okna złamały śluby milczenia i przemówiły, na koniec jakaś absurdalna pyskówka na temat tego, kto założył to zadupie. To jakaś paranoja. Na dodatek siedziała w ostatniej ławce, która równie dobrze mogła być pierwszą, bo i tak była na widoku, a zachowała jeszcze jakieś resztki przyzwoitości, żeby nie czytać na wprost Wiktora, którego całkiem niechcący polubiła. I zupełnie nie mogła zrozumieć, co w nim przeszkadzało ciotce, bo chyba nie ten nieszczęsny kołnierzyk. Alicja zerknęła na zegarek. Minęło sześć minut. Świetnie.

Sympatia sympatią, ale nie da rady dłużej. Podniosła rękę.

– Tak, chciałaś coś dodać? – spytał Wiktor.

Dodać? Co? Do czego?

– Mogę wyjść na chwilę?

Borys i Olga równocześnie odwrócili się w jej stronę z tym samym wyrazem twarzy co zawsze. Co znowu? Nie ma tu kibla czy co?

– Do toalety… – zaczęła ostrożnie, na wypadek gdyby się okazało, że faktycznie go nie ma.

– Jasne – westchnął nauczyciel.

Alicja z ulgą podniosła się z krzesła. Od biedy mógł pomyśleć, że to z powodu wstrzymywanego moczu, a nie z racji najnudniejszej lekcji historii… w historii. Ruszyła do drzwi, a na plecach czuła wzrok bliźniaków. Rozejrzała się po pustym korytarzu. Gdzie jest WC? Postanowiła zaufać intuicji i udać się w najmroczniejszy zakamarek korytarza, gdzie żadnemu nauczycielowi nie będzie się chciało zaglądać. Alicja otworzyła drzwi. Tym razem przyjęła z ulgą fakt, że tylko ona wpadła na pomysł przesiedzenia części lekcji w kiblu. W większości szkół zawsze trafiała na szersze grono leserów. Ale tutaj chyba nikomu to jeszcze nie przyszło do głowy. Albo, co gorsza, w ogóle nie przyszło do głowy. Pochyliła się nad umywalką i popatrzyła w lustro. Zrobiła kilka głupich min do swojego odbicia i westchnęła znudzona. Nagle drgnęła, bo drzwi ostatniej kabiny otworzyły się z trzaskiem. Odwróciła się i zobaczyła zwisające z parapetu nogi w converse’ach. Podeszła bliżej. Pociągnęła drzwi kabiny. Na parapecie siedziała dziewczyna, która wyglądała jak blogerka reklamująca dom mody należący do rodziny Adamsów. Długa czarna spódnica, czarny koronkowy top, krótka skórzana kurtka. Oczywiście też czarna. Upiorny ciemny makijaż, który, o dziwo, idealnie pasował do jej cygańskiej urody. Czarne włosy miała upięte w niedbały kok, a pojedyncze kosmyki spadały jej na twarz. Nic dziwnego, że tu siedzi. Chyba nikt jej w tym stroju nie wpuścił do klasy. Na tym zadupiu zapewne obowiązuje raczej zestaw granatowa spódniczka i biała bluzka. Albo chociaż granatowa koszulka polo… Dziewczyna, która wychylała się przez parapet otwartego okna, cofnęła się do środka i Alicja szybko zorientowała się, w czym rzecz.

– Chcesz macha? – Dziewczyna wyciągnęła w jej stronę wypalonego do połowy papierosa.

Alicja skrzywiła się.

– Nie, dzięki.

Nie to, że brzydziła się papierosem, ale brzydziła się tym konkretnym papierosem. Nigdy nie rozumiała, jak ludzie mogą się wymieniać papierosem. Albo pomadką. Albo kanapką. A nie. To tylko kobiety.

Dziewczyna roześmiała się gardłowo.

– A więc ty jesteś Alicja…

– Jeszcze raz to usłyszę i odgryzę sobie głowę. Albo komuś – warknęła Alicja.

Czarnowłosa popatrzyła na nią uważnie i wybuchnęła śmiechem.

– Jestem Natasza. – Przełożyła papierosa do lewej ręki, a prawą podała Alicji.

– Alicja… A zapomniałam, to już wiesz… – mruknęła Alicja. – Wszyscy to wiedzą.

Dziewczyna popatrzyła na nią uważnie.

– Jaja sobie robisz? Wszyscy czekali na ciebie jak na papieża.

– Jacy znowu wszyscy?

– No dobra, może nie wszyscy, ale chyba wiesz, po co tu jesteś?

– Tak, żebyś wiedziała, że wiem. Po to, żeby się zanudzić na śmierć.

Natasza zaciągnęła się papierosem i pokiwała głową.

– Święta prawda. – Zaciągnęła się jeszcze raz. – Z czego zwiałaś?

– Z historii. – Alicja oparła się o ścianę kabiny. Zapach tytoniu drażnił jej nozdrza. Miała ochotę na papierosa.

– Noooo… to moje gratulacje. Wiktor jest śmiertelnie nudny, ale jak się z nim zabawisz, to będzie trochę ciekawiej. Jak tak zawsze robiłam, dopóki się nie znudziłam robieniem go w jajo.

– Co? – Alicja zmarszczyła czoło. O czym ona mówiła, do cholery?

– No wiesz… – Natasza uśmiechnęła się, lekko podnosząc brew.

– Nie, nie wiem.

– O Boże… – Oczy Nataszy zrobiły się jeszcze większe, o ile było to możliwe w przypadku kogoś, kto ma oczy jak spodki. – Jesteś dziewicą!

– Co???

– O rany… – Natasza zasłoniła ręką usta. – Nie wierzę! Jesteś…

– A ty jesteś popieprzona! – Alicja trząsnęła drzwiami kabiny i wypadła z łazienki. Nie, to się nie dzieje naprawdę. Tym razem jestem w najprawdziwszym piekle, pomyślała. Tylu idiotów naraz nie spotkała w żadnym innym szkolnym piekle. I to w ciągu pierwszej godziny.

Kiedy wróciła do klasy, bliźniaki spod okna bacznie jej się przyglądały. Jakby nie wierzyły, że naprawdę była w WC. I co teraz? Ma im pokazać zużyty papier toaletowy, żeby uwierzyły i przestały się gapić? Przez resztę lekcji liczyła kratki na spódniczce dziewczyny siedzącej przed nią. Na dźwięk dzwonka pierwsza zerwała się z miejsca. Wiktor chciał ją chyba o coś zapytać, ale udała, że tego nie widzi. Jakoś nie miała ochoty mu mówić, że właśnie przeżyła najnudniejsze pół godziny od niepamiętnych czasów (odjęła sobie kwadrans na ceremonię powitalną i wizytę w łazience). Z impetem pchnęła drzwi i od razu wpadła na kogoś, kto szedł korytarzem. Alicja usłyszała dźwięk spadających podręczników.

 

– Hej, uważaj!

– Prze… – zaczęła, ale kiedy zadarła głowę, żeby spojrzeć w twarz ofierze własnej niezdarności, natychmiast zamilkła. Stała oko w oko ze znajomą zieloną, wojskową kurtką. I bucowatym wyrazem twarzy.

– Aaaa… to ty. – Uśmiechnął się Nikodem, mrużąc oczy. – W takim razie uważaj podwójnie.

– Słucham? – syknęła Alicja. – To lepiej ty uważaj!

– Uuuu… Zaczyna się… – Nikodem zniżył głos i pochylił się w stronę Alicji. – A ja myślałem, że się dla odmiany zaprzyjaźnimy. Skoro mamy podobny gust… – Spojrzał wymownie na jej kurtkę.

– To damska kurtka – zauważyła złośliwie Alicja.

– Czyżby? Na tobie wygląda bardzo męsko.

Alicja zacisnęła zęby.

– Potraktuj to jako komplement. – Mrugnął do niej i schylił się po książki.

A niech cię jasna cholera! – pomyślała Alicja, zaciskając coraz mocniej zęby. W tym momencie pochylającemu się Nikodemowi pękła kurtka na plecach. Alicja parsknęła śmiechem. Szkoda, że to nie jeansy. Jak na zawołanie usłyszała trzask rozdzieranego materiału. W spodniach Nikodema pojawiło się rozdarcie. Dziewczyna otworzyła usta, zapominając, jak głupio się wtedy wygląda. Kilka osób roześmiało się, ale po chwili zapadła grobowa cisza. Nikodem bardzo wolno się podniósł.

Cisza była coraz bardziej dojmująca. Wszyscy zamilkli, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Alicja poczuła się nieswojo. I co teraz? Wstanie i jej przyłoży? Na oczach całej szkoły? Chyba nie jest aż tak głupi… Nikodem wyprostował się i odwrócił w stronę Alicji. Na ustach miał dziwny uśmieszek. Dziewczynę oblał zimny pot. Chłopak zdjął kurtkę i został w czarnym podkoszulku.

– Dobrze, zrozumiałem. Raczej się nie zaprzyjaźnimy.

Alicja patrzyła na niego ogłupiała. Czy on myśli, że to przez nią pękło mu ubranie? Idiota.

– No chyba że chodziło ci o to, żeby mnie zobaczyć w bieliźnie. – Zanim Alicja zdążyła się zorientować, Nikodem zsunął najki, a potem jeansy. Teraz stał przed nią w samych bokserkach.

– Wystarczyło poprosić. – Mrugnął do niej, po czym wsadził rzeczy pod pachę i w asyście zaciekawionych spojrzeń rozchichotanych dziewczyn powoli się odwrócił i równie wolno ruszył korytarzem, jakby szedł po wybiegu.

Alicja uświadomiła sobie, że wciąż ma otwarte usta. Zamknęła je szybko, choć nadal nie docierało do niej, co właśnie zaszło.

– Wszystko OK?

Obejrzała się. Bliźniaki. Nie wyglądały na bardzo zaskoczone. Może takie akcje zdarzały się co drugi dzień i będzie musiała przywyknąć.

– Tak – mruknęła, poprawiając plecak.

– To buc – stwierdziła z przekąsem Olga.

– A nawet król wszystkich buców – dodał Borys.

– Zdążyłam zauważyć. – Alicja wypuściła długo wstrzymywane powietrze.

– Jestem Borys – przedstawił się blondas. – A to moja siostra Olga.

– Serio? Jesteście spokrewnieni? – mruknęła Alicja. Boże, czy ten dzień może być jeszcze gorszy?

– Dobre! – Borys pokiwał z uznaniem. – Nikt nas o to wcześniej nie pytał, prawda? – Odwrócił się w stronę siostry. Ta parsknęła śmiechem, ale bez entuzjazmu.

– Słuchaj… – zaczął. – Wiem, że musi ci być ciężko w nowej szkole, więc…

– Ile razy zmieniałeś szkołę? – spytała Alicja.

– No…

– No właśnie. Więc gówno wiesz na ten temat.

Borys przełknął gładko słowo na „g”.

– OK, masz rację. Nic nie wiem, ale może mógłbym jakoś pomóc…

– Nie, nie mógłbyś. Nie szukam ani oprowadzacza, ani kumpla, ani chłopaka, jak w jakimś Zmierzchu, gdzie dziewczyna pierwszego dnia musi koniecznie poznać jakiegoś kolesia, bo inaczej nie będzie o czym robić filmu. Nie do zobaczenia!

Alicja odwróciła się na pięcie. Bliźniaki obserwowały ją przez chwilę, dopóki nie zniknęła na końcu korytarza.

– Brawo, po prostu brawo – mruknęła Olga.

– Dzięki, że mnie wspierasz – westchnął Borys.

– Nie, naprawdę, braciszku, niezły z ciebie casanova. – Olga poklepała go po ramieniu. – To pewnie dlatego nie masz dziewczyny.

– Nie mam dziewczyny, bo zanim któraś się zorientuje, że jesteś moją siostrą, wszystkie myślą, że jesteśmy razem.

– No popatrz, to zupełnie jak ze mną!

– Też masz problem ze znalezieniem dziewczyny? – Borys popatrzył na siostrę z udawaną troską.

– Idiota! – syknęła Olga, a zaraz potem uderzyła go lekko z łokcia.

Borys oparł się o ścianę i skrzyżował ręce na piersi.

– To się nie uda – powiedział przez zęby.

Olga niemal odruchowo stanęła w takiej samej pozie.

– Po raz pierwszy w życiu muszę ci przyznać rację.


Po czterech godzinach najnudniejszych lekcji w życiu Alicja czuła się tak zmęczona, jakby ktoś kazał jej się ścigać z Usainem Boltem w kolejce do kasy w supermarkecie. Rysowanie bazgrołów, liczenie kratek na spódnicy dziewczyny, która bez względu na lekcję wciąż siedziała przed nią, a nawet próby spania z otwartymi oczami i osiągnięcia nirwany nie sprawiły, że czas nagle przyspieszył. Einstein nie miał racji. Czas nie był względny. Był bezwzględny. Szczególnie dla Alicji i szczególnie dzisiaj. Nawet ulubiona biologia w wydaniu kobiety w swetrosutannie i koku, w którym na pewno coś mieszkało, obrzydziła Alicji resztę dnia. W międzyczasie musiała odpierać ataki coraz to nowych oprowadzaczy, którzy koniecznie chcieli ją a) poznać, b) oprowadzić, c) wpisać to sobie potem w CV. Zdecydowanie wolała już ciekawskie spojrzenia i konspiracyjne szepty za plecami. Po czwartej lekcji wreszcie miała dwadzieścia minut na to, żeby pobyć sama ze sobą. Cała szkoła wyległa na zewnątrz, bo pogoda zachęcała wszystko, co żyje, do wyjścia na dwór i wyciągnięcia kanapek. Zwłaszcza wszystkie szkolne pary, które rozłożyły się w najbardziej widocznych miejscach bynajmniej nie po to, żeby pośniadaniować, ale żeby się pomigdalić. Bo to jest obowiązek każdej szkolnej pary: migdalić się na oczach wszystkich, na wypadek gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, czy są razem, czy nie. Może oni wszyscy są bezdomni i nie mają gdzie tego robić? Skoro szkolny plac i murawa były zajęte przez sklejonych ze sobą nastolatków, Alicja uznała, że boisko nie jest okupowane przez nikogo. Miała rację. Znalazła kawałek wolnego miejsca pod drzewem. Usiadła po turecku i odważyła się w końcu zajrzeć do torby, którą obdarowała ją rano ciotka.

– Mogę się przysiąść?

Alicja już miała uprzejmie odwarknąć, co myśli o takiej ewentualności, ale kiedy zobaczyła granatową koszulkę polo, odetchnęła z ulgą.

– Pod warunkiem że nie będziesz mnie pytał, jak mija mi pierwszy dzień w szkole, bo od razu mogę ci powiedzieć, że jest do dupy.

– Aż tak źle? – Wiktor usiadł obok niej na trawie, wyciągnął kanapkę i odkręcił butelkę wody mineralnej.

– Gorzej niż źle – mruknęła. – Nigdy w życiu nie byłam w takiej budzie. Masakra…

– OK. To chyba nie jest to, co chciałby usłyszeć nauczyciel…

Alicja miała tylko nadzieję, że nie zapyta jej o swoją lekcję, bo kłamanie z tak bliskiej odległości zawsze sprawiało jej problem.

– Sorry, to nic osobistego. – Uśmiechnęła się Alicja. – Po prostu wszędzie było beznadziejnie, a tutaj jest beznadziejnie i dziwnie na dodatek. Najpierw ten buc…

– Nikodem.

– No właśnie. Potem ta pyskówka między nim i blondasami…

– Olgą i Borysem.

– No właśnie. Nie wiem zupełnie, o co im chodziło, na dodatek próbowali mnie w to wszystko wmieszać. Na koniec ta upiorna dziewczyna w łazience…

– To pewnie Natasza. – Wiktor pokiwał głową. – Podczas historii mogła być tylko w łazience.

– Nie kumam tego. O co im chodziło? I dlaczego ten cały Nikodem tak się mnie uczepił?

– Bo jesteś jedną z nich.

– To zabrzmiało sekciarsko. Możesz jaśniej?

– No dobra – westchnął Wiktor. – Rozumiem, że Tatiana nie zdążyła cię wtajemniczyć.

– W co?

– Należysz do rodziny założyciela miasta.

– Tego zadupia? – Alicja podniosła brew z niedowierzania.

– Tak. Wbrew pozorom to miasteczko ma bardzo ciekawą historię. I ona wiąże się właśnie z jego założycielami.

– To znaczy? Nawijaj!

Wiktor pociągnął łyk wody i otarł usta wierzchem dłoni.

– Mówi się, że w jedenastym wieku przybyła tu czwórka przyjaciół i założyła to miasteczko w, powiedzmy, niecodziennych okolicznościach – zaczął, jakby oprowadzał wycieczkę emerytów. – Mikołaj Dobrygin – przodek Nikodema, Osip Zemrow – przodek Olgi i Borysa, Paweł Soficz – przodek Nataszy. Czwartym był Igor Korsakow. Brzmi znajomo?

– Może to tylko zbieżność nazwisk?

– Nie. Absolutnie nie. Bardzo się przyjaźnili, ale kiedy dorośli, każdy z nich chciał opuścić wieś, żeby poszukać innego miejsca dla siebie. Przypuszczalnie każdy chciał założyć własną. Według legendy rozeszli się na cztery strony świata, ale dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy spotkali się w tym samym miejscu. Przy czarcim kamieniu.

– Czarcim?

– Tak się mówi o głazach z lądolodów skandynawskich, ale też o kamieniach, które mają dość osobliwy wygląd.

– Że niby to czarcia sprawka? – roześmiała się Alicja.

– Właśnie.

– I tyle?

– Niezupełnie. – Wiktor pociągnął kolejny łyk wody. – Jest inna, bardziej, powiedziałbym, efektowna wersja tej legendy. Mówi ona, że tak naprawdę wszyscy zostali wypędzeni z rodzinnej wioski.

– Dlaczego?

– Za paranie się czarną magią. Za kontakty z diabłem. Wypędzono ich jednego dnia, każdego w inną stronę świata, żeby nie mogli się spotkać. Ale mimo że każdy poszedł w inną stronę, wszyscy i tak spotkali się w tym samym miejscu. Przy czarcim kamieniu. Tam też podobno udało im się wywołać diabła i dobić z nim targu.

– To by wyjaśniało tę idiotyczną nazwę… – zasępiła się Alicja. – Czarcisław. No tak. Sławili diabła. Czyli co? Sprzedali duszę? Za kasę i panienki? Jak zawsze w takich historiach…

– Niezupełnie. Diabeł miał zażądać od nich, żeby w każdym kolejnym pokoleniu oddawali mu jednego potomka.

– Czyli przehandlowali duszę kogoś, kto kompletnie nie miał z tym nic wspólnego?

– To nie tak. W każdym pokoleniu miało urodzić się jedno dziecko obdarzone jakimiś magicznymi właściwościami. I tylko od niego miało zależeć, czy zaprzeda swoją duszę diabłu, czy nie. W tym właśnie rzecz. Diabeł nie zabierał nikogo wbrew jego woli. To by było zbyt proste. Jesteś zły i kropka, bo nie masz żadnego wyjścia. A tu masz wybór. I to właśnie ten wybór jest najtrudniejszy. Ten ktoś, kto został obdarzony magiczną siłą, sam decydował, po której stronie się opowie. A pokusa była bardzo silna. Więc większość przechodziła na ciemną stronę mocy. Bo tak było wygodniej. Ale znaleźli się i tacy, którzy zdecydowali się oprzeć tej pokusie. I tacy, którzy sobie nie poradzili z tym wyborem, presja była zbyt duża i… No wiesz. Jak to w życiu.

– I co? Koniec historii?

– Nie, jest jeszcze coś. Ponoć istnieje sposób na złamanie tej klątwy.

– Jaki?

– Jeżeli czwórka potomków założycieli pochodząca z jednego pokolenia opowie się przeciwko diabłu i odprawi rytuał odwołujący, klątwa zostanie złamana. Potomkowie zostaną pozbawieni magicznych mocy, a następne pokolenia będą już wolne od tego brzemienia.

– Rytuał? Już to widzę… – mruknęła Alicja. – Orgia w imię szatana. Zawsze się znajdzie usprawiedliwienie, nie?

– Masz trochę racji – roześmiał się Wiktor. – Bo do pełnego rytuału, oprócz, oczywiście, kielicha, z którego pili założyciele, i inwokacji, potrzeba odrobinę naturalnej magii. A nie ma nic bardziej naturalnego niż miłość i pożądanie.

– Czyli jednak… – żachnęła się Alicja.

– To nie tak. – Wiktor pokręcił głową. – Nie chodzi o to, żeby, no wiesz… uprawiać seks w trakcie rytuału czy coś w tym rodzaju. Chodzi tu bardziej o wykorzystanie naturalnej energii pochodzącej z uczucia zakochania albo napięcia erotycznego między… Czy ja naprawdę muszę ci to wszystko tłumaczyć? Czuję się trochę… niezręcznie.

– Nie, nie musisz, wiem, w czym rzecz – roześmiała się Alicja. – Czekaj, ale to znaczy, że według tej historyjki nikomu jeszcze się to nie udało?

– Nie. Ale to przecież tylko legenda.

– I skąd ty to wszystko wziąłeś?

– Jak to skąd? Z biblioteki. Jako nauczyciel historii muszę wiedzieć takie rzeczy o swoim mieście. – Wiktor sięgnął po kanapkę.

 

– Boże, co za bzdury… Ale chyba w to nie wierzysz, prawda? – upewniła się.

Wiktor przełknął pierwszy kęs kanapki.

– Nie, oczywiście, że nie. Zresztą, prawie każda miejscowość ma taką historię. Ludzie muszą sobie jakoś wytłumaczyć różne, zwłaszcza te dziwne, rzeczy. Tutaj tak sobie to wytłumaczono. Nazwę, kamień, wszystko.

– Tylko mi nie mów, że ten kamień naprawdę gdzieś tu leży… – Alicja przewróciła oczami.

– Leży. Oczywiście, że leży. Zaraz za cmentarzem jest taki duży, dość dziwny kamień, który nazywany jest czarcim. Tam też zresztą odbywa się częściowo zabawa w czasie dziadów i nocy Walpurgi.

– Czego? – zdziwiła się Alicja.

– No dziady to takie trochę Halloween, a noc Walpurgi to takie letnie Halloween – powiedział z rozbawieniem Wiktor. – To święta, które w różnych częściach Europy mają swoje nazwy, ale generalnie dotyczą tego samego. To noce duchów. Głównie tych złych. Legenda mówi, że założyciele musieli wywołać diabła w któreś z tych dwóch świąt. I że odwołać go można również tylko wtedy. Pewnie też dlatego w miasteczku świętuje się i dziady, i noc Walpurgi, ale wiesz, bardziej na zasadzie żartu. To trochę już taka nasza tradycja.

– Jak cukierek i psikus? – mruknęła Alicja. – Boże, co za brednie…

– Czy ja wiem? Ludzie się dobrze bawią i mają coś, z czego są dumni.

– Z wywoływania diabła? Żartujesz?

– Nie, dlaczego? Takie historie czynią miasteczko wyjątkowym. Dlatego Nikodem, Olga i Borys tak często drą koty. A jak dołączy do nich Natasza, to robi się naprawdę nieznośnie. Mają coś, czym mogą się pochwalić. Co ich odróżnia od innych. Każdy chce się poczuć ważny. Wyjątkowy. To nieodłączna część bycia nastolatkiem. – Wiktor pochłonął ostatni kęs kanapki.

– Ja tak nie mam – powiedziała twardo Alicja. – Myślisz, że powinnam dołączyć do tego idiotycznego klanu, żeby poczuć się lepiej? – spytała z nutką ironii.

– Nie, wcale tak nie uważam. Po prostu trochę ich rozumiem. Każdy z nich chce się jakoś wyróżnić. Nikodemowi to potrzebne do utrzymania się na fali…

– …i robienia wrażenia na laskach – dodała niechętnie Alicja.

– Pewnie też – roześmiał się Wiktor. – Natasza potrzebuje tego, żeby jeszcze bardziej zniechęcić do siebie otoczenie, ale tak naprawdę właśnie przez to stać się bardziej zauważalną. Chyba tylko Olga i Borys traktują to na serio.

– W sensie czczą diabła i takie tam?

– Nie, bardziej chodzi mi o to, że mają poczucie, że są częścią czegoś ważnego i odpowiadają za wizerunek swojej rodziny. To porządne dzieciaki. Nie miały lekko w życiu. Zresztą, które z nich miało? Rodzice Nikodema zginęli w katastrofie lotniczej, Nataszy – podczas wyprawy w góry, a Olga i Borys nawet nie poznali swoich.

Alicja przez chwilę poczuła cień sympatii do nich wszystkich. Pomyślała, że może nie powinna być taką zołzą dla Borysa. Ale zaraz potem przypomniała sobie Nataszę i bucowaty uśmieszek Nikodema i od razu jej przeszło.

– Nikodem to dupek – mruknęła bardziej do siebie niż do Wiktora.

– To prawda, więc lepiej na niego uważaj.

– Dziwne, powiedział mi dokładnie to samo, co ty – zauważyła ironicznie Alicja.

– Może sam zdaje sobie z tego sprawę – uśmiechnął się Wiktor. – Muszę lecieć. – Podniósł się, prostując ścierpniętą nogę.

– Jasne. – Alicja machnęła ręką.

– Do zobaczenia później. – Uśmiechnął się i pomachał jej na pożegnanie.

– Wiktor?

– Tak? – Odwrócił się.

– Fajny jesteś, wiesz? Tylko faktycznie nie podnoś kołnierza tej koszulki. To lamerskie. – Mrugnęła do niego.

– OK, dzięki. Zapamiętam. – Roześmiał się. – Ty też jesteś fajna, Alicja.

– No raczej – parsknęła śmiechem. – O co wam poszło z ciotką? – dodała po chwili.

Wiktor westchnął głęboko.

– Szczerze?

– Tak, poproszę.

– Nie mam zielonego pojęcia. – Rozłożył bezradnie ręce. – Po prostu zerwała ze mną i tyle.

– Głupio zrobiła – powiedziała Alicja, rozpakowując torbę z drugim śniadaniem.

– Dzięki – uśmiechnął się Wiktor. – I wiesz co? Jeśli to jest sałatka warzywna Tatiany, to lepiej jej nie jedz, OK?

Alicja spojrzała na pudełko, które trzymała w ręku.

– OK – mruknęła i otworzyła je. W środku oczywiście była sałatka warzywna.


Alicja nie mogła wprost uwierzyć, że jest dopiero trzecia po południu. Miała wrażenie, że postarzała się o co najmniej trzy lata, odebrała dowód osobisty i zaczęła farbować siwe odrosty. Gdyby ktoś jej teraz kazał pomyśleć życzenie i zdmuchnąć za jednym zamachem wszystkie świeczki, pomyślałaby tylko o jednym: żeby wszyscy dali jej święty spokój. To chyba bardzo skromne życzenie jak na siedemnastolatkę, prawda? Przemknęła do wyjścia najszybciej i najdyskretniej, jak tylko umiała, trzymając się jednej podstawowej zasady wyniesionej z poprzednich szkół: nie patrzeć nikomu w oczy. Jak tylko spojrzy, będzie stracona.

Uff… Chyba się udało.

– Hej, poczekaj!

A jednak. Nie udało się.

Alicja odwróciła się z westchnieniem. W jej stronę biegła właśnie przodowniczka pracy. W idealnym przedziałku. Zdaje się, że nic nie było w stanie go naruszyć…

– Już wychodzisz? – Uniosła w górę idealne brwi, które wyglądały jak odrysowane linijką.

Już???

– Szkoda. Ja mam jeszcze jedną lekcję. Ale gdybyś zaczekała…

Zaczekała???

– …mogłabym ci pokazać…

– Nie, dzięki. Widziałam już dość – mruknęła Alicja. Nawet nie pofatygowała się, żeby przystanąć.

– Nie zdążyłam się przedstawić…

Alicja przyspieszyła kroku.

– Jestem Eliza! Gdybyś czegoś potrzebowała, znajdziesz mnie bez problemu. Jest tylko jedna Eliza w szkole!

No tak. To na pewno, pomyślała Alicja i odetchnęła z ulgą, kiedy wyszła za próg szkoły. Tylko kilka kroków dzieliło ją od bramy. A za bramą nie będzie już żadnej Elizy ani żadnego „To ty jesteś Alicja”. Za bramą będzie… jeszcze gorzej. Alicja nie miała pojęcia, co teraz. Pójdzie do domu, zje obiad, pozmywa naczynia, poogląda Jaka to melodia, a potem pozostanie się już tylko zastrzelić.

– Hej!

Świetnie. Po prostu świetnie. Alicja odwróciła się bardzo niechętnie. Wydawało jej się, że odstraszyła wszystkich potencjalnych przyjaciół, których spotkała dzisiaj na swojej drodze. A właściwie na szkolnym korytarzu. Niestety… W jej stronę biegł zdyszany Borys.

– Po… pomyślałem, że… – zaczął łapać oddech – …że może cię odprowadzę. To znaczy my… my cię odprowadzimy. To znaczy podwieziemy.

Alicja przechyliła głowę i zobaczyła opartą o szkolną bramę Olgę, która ze znudzeniem przyglądała się swoim paznokciom.

– Podwieziecie? To miasto można przejść w tę i z powrotem w piętnaście minut i jeszcze w międzyczasie zrobić sobie tatuaż na tyłku. – Alicja uniosła brew w nadziei, że to go skutecznie zniechęci do składania podobnych propozycji przynajmniej do przyszłego stulecia.

Borys jednak nie wyglądał na zniechęconego.

– Zdziwiłabyś się, ilu ludzi tutaj ginie. – Pokiwał z przekonaniem głową. – To znaczy się gubi – poprawił szybko.

– Grozisz mi? – Alicja zmarszczyła brwi.

– Co? Nie! Po prostu… – zawahał się na chwilę. – Żartujesz, prawda? – spytał, mrużąc lekko oczy.

– Na razie – mruknęła Alicja i odwróciła się na pięcie.

Borys patrzył w ślad za odchodzącą Alicją z bardzo głupią miną.

Olga podeszła do oszołomionego brata i poklepała go po ramieniu.

– Brawo po raz kolejny, braciszku. Może lepiej zacznij się rozglądać za chłopakami…


Alicja nie wierzyła własnym oczom. Zgubiła się. Zgubić się w miasteczku tak małym, że zmieściłoby się w pudełku po butach, to naprawdę wyczyn godny nagrody burmistrza. Jeśli ta dziura ma jakiegokolwiek burmistrza… Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy. Zgubiła się. Wydawało jej się, że droga do domu jest banalnie prosta, ale kiedy po upływie pół godziny nie dotarła do niczego, co wyglądałoby jak upiorny dom ciotki Tatiany, uznała, że coś jest nie tak. Na ulicach nie było żywej duszy, więc zapytanie kogokolwiek o drogę nie wchodziło w rachubę. Alicja byłaby wdzięczna za Kozaka zaporoskiego, Helenę Kurcewiczównę albo choćby Jagnę na taczkach pełnych gnoju, ale nic z tego. Miała dość honoru, żeby nie dzwonić do ciotki i przyznawać się do tego, że ona, która nigdy, przenigdy nie zgubiła się w Warszawie, zgubiła się na takim zadupiu, ale nie tyle, by nie uruchomić nawigacji w komórce. Niestety, nawigacja odmówiła posłuszeństwa. A więc wszystko jasne. To zdecydowanie jest koniec. Koniec świata. Alicja zaklęła głośno i podniosła głowę znad smartfona. W tym momencie zderzyła się z kimś, kto właśnie wyszedł zza rogu. Kobieta w chustce. Ta sama, którą Alicja widziała w supermarkecie. Kiedy tylko zobaczyła dziewczynę, zakryła rąbkiem chusty twarz i pospiesznie się oddaliła. Alicja rzuciła się za nią w pogoń. Miała w nosie, czy kobieta zacznie się żegnać na jej widok, czy poszczuje ją główką czosnku. Musiała ją spytać o drogę.