Gdzie Diabeł mówi dobranoc Tom 1 Księżyc jest pierwszym umarłym Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


zakupiono w sklepie: Sklep Testowy
identyfikator transakcji: 1638665224839525
e-mail nabywcy: test@virtualo.pl
znak wodny:



Copyright © 2019 KARINA BONOWICZ

All rights reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © WYDAWNICTWO INITIUM

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja: PIOTR CHOJNACKI

Korekta: KATARZYNA KUSOJĆ

Koncepcja okładki: PATRYK LUBAS

Wykonanie ilustracji okładkowej: DOMINIK BRONIEK

DTP: PATRYK LUBAS

Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA, BARBARA JARZĄB

WYDANIE I

ISBN 978-83-62577-97-2

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail: initium@initium.pl

facebook.com/wydawnictwo.initium


Skład wersji elektronicznej: MARCIN KAPUSTA

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Przypisy

Rozdział pierwszy

– Ta książka nie jest chyba odpowiednia dla kogoś w twoim wieku?

Okładka Carrie Stephena Kinga obniżyła się powoli.

– To samo mogę powiedzieć o pani T-shircie.

Alicja ruchem głowy pokazała na biało-różowy top współpasażerki z wielkim, ozdobionym srebrnymi cekinami napisem LOVE, biegnącym tuż pod biustem, do którego dostępu broniły napięte do granic możliwości trzy białe guziczki.

Kobieta, która bardzo dawno temu skończyła szkołę średnią, tylko chyba tego nie zauważyła, zaczęła działać jej na nerwy już dziesięć minut po wyjeździe pociągu z Warszawy. Po tych dziesięciu minutach Alicja dowiedziała się, że pani Lucyna, która woli, żeby mówić do niej Roxana (przez x!), bo nie cierpi swojego imienia z dowodu, jedzie odwiedzić chłopaka, którego poznała przez internet, a minął już miesiąc, od kiedy rozwiodła się z mężem, który oprócz tego, że był, oczywiście, draniem i miał bardzo pospolite imię Henryk, to jeszcze był spod znaku Skorpiona, co absolutnie gryzło się z tym, że ona jest spod znaku Wodnika, dlatego małżeństwo nie miało żadnych szans na przetrwanie, a tak w ogóle to lubi sushi, tylko zupełnie nie rozumie, dlaczego w restauracji trzeba jeść je pałeczkami, skoro w zestawie z Biedronki nie ma dołączonych pałeczek, a zęby najlepiej posmarować wazeliną, żeby się nie przyklejały do ust i… tak dalej, i tak dalej.

Alicja, mimo że wcisnęła słuchawki empetrójki do uszu najgłębiej, jak tylko mogła, zupełnie ignorując groźbę ogłuchnięcia (chociaż w tym momencie właściwie nie miałaby nic przeciwko), i mimo że rozkręcony na maksa Till Lindemann z Rammsteina wydzierał się wniebogłosy, wciąż słyszała jazgot współpasażerki przypominający ostrzenie tępych noży. Najpierw kierowany do niej, później do różowego, jakżeby inaczej, smartfona, który chyba też nie wytrzymał napięcia, bo rozładował się kwadrans później, co wymusiło na współpasażerce chwilowe i zupełnie niezamierzone śluby milczenia, i sięgnięcie po kolorowe czasopismo, które co prawda wertowała głośno, ale za to już bez akompaniamentu własnego słowotoku. Alicja uznała, że czas zaryzykować i wyjąć słuchawki z obolałych uszu, a z plecaka – książkę. Niestety, pani Lucyna, to znaczy Roxana, nie mogła się powstrzymać od komentarza.

A teraz siedziała z otwartymi ustami, wyglądając przy tym mało, a właściwie jeszcze mniej inteligentnie i nadymając się tak bardzo, że Alicja mimowolnie zmarszczyła czoło, gdy zastanawiała się, czy guziki broniące dostępu do biustu Lucyny, to znaczy Roxany, puszczą teraz, czy jednak trochę później. Bo na razie trzymały się całkiem nieźle. Jakim cudem? Alicja wpatrywała się w skupieniu w guzik na samej górze.

Dziwne…

Powinien już dawno puścić.

No puść…

Puść w końcu, powtarzała uparcie w myślach, marszcząc czoło coraz bardziej i nie spuszczając oczu z guzika. Puść, do jasnej cholery!

Guzik puścił.

Najpierw jeden.

Potem drugi.

I na końcu trzeci.

Alicja zamarła.

Tego się nie spodziewała.

Zagryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem. Kobieta spojrzała w dół na odsłonięty stanik. Oczywiście, był różowy. Alicja wykorzystała ten moment i szybko sięgnęła po płócienny plecak, po czym wrzuciła do niego książkę, niedojedzoną paczkę chipsów i butelkę coli i mocno ściągnęła sznurek. Jednym ruchem zdjęła walizkę z górnej półki. Plecak przerzuciła przez ramię, kurtkę owinęła wokół bioder, w uszy włożyła słuchawki i ruszyła do wyjścia. Jej współpasażerka wciąż siedziała z otwartymi ustami, więc dziewczyna zawahała się, odwróciła i wyjęła jedną słuchawkę z ucha.

– Aha, dla pani wiadomości: robią je też w pani rozmiarze. – Pokazała głową na koszmarny T-shirt, po czym szybko włożyła słuchawkę w ucho i zatrzasnęła drzwi przedziału.

Resztę podróży może spędzić na korytarzu. Nie ma problemu. Zresztą, według jej obliczeń – spojrzała jeszcze raz na zegar w komórce – powinna być na miejscu mniej więcej za dziesięć minut. Opuściła szybę i wychyliła się, żeby lepiej zobaczyć, gdzie się znajduje. Nawet nie zauważyła, że zmienił się krajobraz. Kiedy ostatni raz wyglądała przez okno, jej zaspane oczy widziały betonową Warszawę. A teraz czekały na nią ciągnące się w nieskończoność pasy zieleni przedzielane polami. Zupełnie jak na podrasowanej w Photoshopie pocztówce. Albo jak w jakimś programie przyrodniczym. Alicja czekała już tylko na to, aż z głośników popłynie głos Krystyny Czubówny. Każdy na jej miejscu byłby zachwycony podkarpackimi widokami. Ale nie Alicja. Nie ona… Skrzywiła się. Wolała beton i szkło. Wieżowce. Blokowiska. McDonalda. Korki. Zatłoczone stacje metra. A teraz… Jak to się stało, że dziewczyna, która większość swojego siedemnastoletniego życia spędziła w dużych miastach, jedzie prosto do miejsca, gdzie z pewnością diabeł mówi dobranoc? I to nie na żadną wycieczkę krajoznawczą, ale żeby spędzić tam resztę swojego nieletniego życia. Tak przynajmniej ustaliła. Jak tylko stanie się pełnoletnia, będzie mogła robić, co chce. A robienie tego, co się chce, zakłada również mieszkanie tam, gdzie się chce. Na razie jednak…

Jak przez mgłę pamiętała gabinet dyrektorki, która wywołała ją z biologii. Na podłodze leżał czerwony dywan. Miał wgniecenia od nóg krzesła i czarną okrągłą plamę, która wyglądała na wypaloną papierosem. Dziwne. Dyrektorka przecież nie paliła. Alicjo, zdarzył się wypadek… Doszło do zderzenia czołowego… Samochód odbił się od barierki… Kierowca był trzeźwy… Twoi rodzice… Karetka przyjechała natychmiast… Niestety, nie udało się… Czy jest ktoś, do kogo możemy zadzwonić? Czy ktoś może cię odebrać ze szkoły? Czy ktoś…

Przyjechała ciotka Mela. To znaczy Manuela. Nie znosiła swojego imienia, dlatego nawet we wszelkich możliwych urzędach podpisywała się jako Mela, robiąc sobie przy tej okazji mnóstwo problemów. Ciotka Mela była – według rodziców Alicji – jedyną godną zaufania osobą, która mogłaby zająć się ich córką podczas ich nieobecności. A tych było naprawdę dużo. Rodzice byli lekarzami: mama – kardiochirurgiem, tata – transplantologiem. Oboje mieli opinię znakomitych fachowców, więc ich życie, a co za tym idzie, życie Alicji, toczyło się od jednej delegacji do drugiej. W międzyczasie tata coś przeszczepił, a mama uratowała kogoś przed zawałem, po nim, a niekiedy i w trakcie. Kiedy mogli, zabierali ze sobą Alicję. Ale czasami Alicja musiała dla odmiany pochodzić trochę do szkoły, więc zatrzymywali się gdzieś na chwilę. A potem gdzieś indziej. Też na chwilę. W podbramkowej sytuacji Alicja lądowała u ciotki Meli. Oczywiście, ciotka Mela nie była żadną ciotką, tylko koleżanką rodziców. I to wyjątkowo wygodną koleżanką, bo choć była jak rodzice Alicji doktorem, to – w przeciwieństwie do nich – „jedynie” habilitowanym. I miała niewiele wspólnego ze stetoskopem. Tłumaczyła z rosyjskiego, białoruskiego, ukraińskiego czy jakiegoś innego wschodniosłowiańskiego języka, który dla większości ludzi brzmi mniej więcej tak samo jak trzy poprzednie. Jej całe życie wypełniało przekładanie jednych robaczków – jak Alicja nazywała śmieszne literki w notatkach ciotki – na inne robaczki, więc siedziała kamieniem w domu. Zawsze. Dlatego też zawsze można było tam zostawić Alicję na przechowanie. W ostateczności, rzecz jasna. Na szczęście tych ostateczności nie było wcale tak wiele. Inaczej Alicja z pewnością by umarła. Z nudów. I przejedzenia. I braku telewizji. Bo ciotka Mela tak przejmowała się rolą ciotki, że codziennie robiła Alicji stos kanapek do szkoły, jakby nikt jej nie wytłumaczył na matematyce, że dwa i dwieście to nie to samo, sprawdzała wszystkie zeszyty i nie pozwalała oglądać do późna telewizji, bo po dwudziestej drugiej jest tam na pewno sama przemoc i niegodziwość. O nieprawych łożach nie wspominając. Jakby nie wiedziała, że w internecie jest wszystkiego pod dostatkiem, i to o każdej porze. Alicja nie była jednak pewna, czy internet ciotki nie jest przypadkiem w cyrylicy…

 

Alicja poczuła, że pociąg zwalnia. Odetchnęła głęboko. Nerwowo poprawiła plecak na ramieniu. Więc to już? Miliard lat świetlnych od Warszawy. I od ciotki Meli. Przynajmniej tyle dobrego. Nie, no… Ciotka nie była taka zła, nawet jeśli codziennie zmuszała Alicję do zjedzenia śniadania złożonego z tylu potraw, ile powinno znaleźć się na wigilijnym stole. W sumie nic złego, gdyby nie to, że Alicja o wpół do siódmej rano była w stanie przyjąć jedynie kawę albo płatki z mlekiem, tyle że z pominięciem płatków. No a teraz… Ciotka Mela nie miała żadnych wątpliwości, że opieka nad dziewczyną przypadnie właśnie jej i będzie to czysta formalność. Alicja też tak myślała. Ale wtedy okazało się, że z dwojga rodziców, rzekomo jedynaków, jedynakiem był wyłącznie ojciec. I tak Alicja nieoczekiwanie dorobiła się kolejnej ciotki. Tym razem prawdziwej. A wraz z nią sądowego postanowienia o przyznaniu opieki nad nieletnią Alicją jedynej żyjącej krewnej – siostrze matki, która nie tylko była bardzo, bardzo żyjąca, ale i żyjąca na samym końcu świata. W miasteczku Czarcisław gdzieś na Podkarpaciu. Koniec świata. A przynajmniej koniec Polski. Dla Alicji był to jeszcze jeden koniec. Koniec jej życia. Przynajmniej na razie.

– Wysiadasz czy nie? – usłyszała za sobą czyjś zniecierpliwiony głos.

– Wysiadam, wysiadam… – mruknęła i przesunęła nogą walizkę.

Alicja wyjęła słuchawki z uszu i rozejrzała się. Dworzec kolejowy wcale nie wyglądał lepiej niż przez zaparowane okno pociągu. Stała w samym środku niczego. Po drugiej stronie stacji rosła trawa. Dużo trawy. Alicja westchnęła. Czekać tylko, aż przez tory przespacerują się kozy. Albo owce. Albo jedne i drugie. A na koniec baca z wszystkich istniejących dowcipów o bacy. Nagle jej wzrok padł na kobietę, która stała oparta o ścianę stacji z podkurczoną jedną nogą. Paliła w pośpiechu papierosa, jakby miał być ostatnim w jej życiu. To musiała być ciotka Tatiana. Nawet jeśli Alicja nie widziała jej nigdy na oczy, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Bo wyglądała zupełnie jak jej mama. I jak sama Alicja. Ciemna karnacja, lekko skośne oczy i długie, ciemne, proste włosy, związane w dokładnie taki sam niedbały węzeł na karku. Ciotka Tatiana chyba właśnie pomyślała to samo na widok Alicji, bo szybko przydeptała papierosa butem.

– Hej, ty jesteś Alicja, prawda? – zawołała lekko chrapliwym głosem. – Jestem Tatiana. Tylko nie mów do mnie Tania, bo tego nie znoszę. Możesz mówić Taja, jeśli Tatiana jest za długie.

Zanim Alicja zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, ciotka Tatiana, albo, jak kto woli, Taja, nie przerywając paplaniny, objęła ją ramieniem i mocno poklepała po plecach. Stanowczo za mocno. Może uznała, że tak będzie cool… Alicja jęknęła w duchu i wysunęła się z objęć ciotki.

– Nie powinnaś być… stara? – spytała bez ogródek.

– Mnie też miło cię widzieć – odcięła się Tatiana, unosząc wysoko brew.

Alicja pomyślała, że robi to dokładnie tak samo jak ona. I jej mama. No tak, w końcu są siostrami. To znaczy były…Zdecydowanie nie tak wyobrażała sobie ciotkę. Oczami wyobraźni widziała raczej starszą panią w koku, nierozstającą się z koszykiem z kulkami na mole, włóczką i burym kotem w środku. Tymczasem ciotka miała na sobie zwykłe tenisówki, jeansy i szary T-shirt. Tyle że nadgarstki oplatały jej dziwaczne rzemienie i plecione bransoletki. Alicja pomyślała, że takie rzeczy nosiło się chyba z dziesięć lat temu, ale czego można było się spodziewać po Czarcisławiu. Nawet moda musi, siłą rzeczy, docierać na koniec świata z dużym opóźnieniem. Na szyi ciotka miała jakieś wisiorki, ale nie wiadomo, jak wyglądały, bo wszystkie były włożone pod koszulkę. I… Zaraz… Czy to tatuaż? Bez wątpienia ciotka miała coś wytatuowane na ramieniu, ale Alicja nie mogła dopatrzyć się, co to takiego, bo spod rękawa wychynął tylko nic niemówiący fragment.

– Czego się spodziewałaś? – Tatiana uśmiechnęła się ironicznie. – Że będę nosić dziergany sweter i okulary na łańcuszku? Sorry, że cię rozczarowałam. Chodź, zaparkowałam z drugiej strony. – Chwyciła za rączkę walizki. – Jezu Chryste! Co ty tam masz? – jęknęła.

– Nic – burknęła Alicja. – Książki.

– Książki?! Nie słyszałaś o e-bookach?

Alicja wykrzywiła usta i przewróciła oczami. W samochodzie ciotki, o którym Alicja była w stanie powiedzieć tylko tyle, że jest czarny i zakurzony, walało się mnóstwo pustych plastikowych butelek po energizerach i czuć było papierosami. I waniliową choinką zapachową. Alicja zauważyła też coś, co ją bardzo ucieszyło. W bocznej kieszeni drzwi upchnięty był papierowy kubek po kawie i zgnieciona torebka po frytkach. Oznaczało to, że a) ciotka – w przeciwieństwie do rodziców Alicji i częściowo ciotki Meli – nie ma świra na punkcie zdrowej żywności, b) na tym zadupiu jest McDonald’s. Albo przynajmniej jakaś jego imitacja.

– Zapnij pas – mruknęła Tatiana, wsuwając papierosa między zęby. Zapięła swój, po czym sięgnęła po zapalniczkę. Zaciągnęła się mocno i mimowolnie zerknęła na przyglądającą się jej Alicję.

– O, sorry. – Natychmiast wyrzuciła papierosa przez okno, choć zrobiła to z nieukrywanym żalem.

– Spoko. – Alicja prawie się roześmiała. – Wiem, jak wygląda papieros. I powiem ci coś jeszcze – zniżyła głos. – Wiem też, jak smakuje.

– Nie chcę nic o tym wiedzieć! – Tatiana wymierzyła w siostrzenicę palec wskazujący.

– Kiepsko to zabrzmiało. Spróbuj jeszcze raz.

Tatiana parsknęła śmiechem i przekręciła klucz w stacyjce. Alicja zapięła pas i podciągnęła nogi.

– Hej! Opuść je, ale już! – wrzasnęła ciotka.

Alicja niechętnie opuściła nogi i skrzyżowała ramiona na piersi.

– Ile ty właściwie masz lat? – spytała po chwili, przyglądając się ciotce.

– Dwadzieścia sześć. Dla ciebie to chyba jestem już prawie martwa, nie?

– Co?

– Dla nastolatka każdy, kto skończył dwadzieścia lat, jest stary, nie?

Alicja wzruszyła ramionami i odwróciła się do okna. Po chwili przymknęła oczy. Mdliło ją od tych sielskich widoków, które – mimo że był początek października – wciąż wyglądały tak, jakby właśnie kończyło się lato. Kiedy otworzyła oczy, od razu zerknęła na zegar w komórce. Minęło jakieś pół godziny. Tylko tyle jechały? Alicja odwróciła się do szyby. Lekko starty napis na zielonej tablicy głosił, że wjeżdżają do Czarcisławia. Dziwna nazwa… Alicja uśmiechnęła się mimowolnie. Jak komuś mogło w ogóle przyjść do głowy coś takiego? Trzeba być nieźle porąbanym, żeby wymyślić taką nazwę…

Miasteczko wyglądało dość przygnębiająco. Przynajmniej dla niej. Wszystkie budynki były takie… niskie. Miała wrażenie, że znajduje się w samym środku jakiejś inżynierskiej makiety. Albo miasteczka z klocków Lego. Domy wyglądały – i to dosłownie! – jak chatki z piernika. Niektóre miały drewniane okiennice. Nawet te najstarsze, które pamiętały chyba ubiegłe stulecia, pomalowane były na cukierkowe kolory, przez co Alicji wydawało się, że za chwilę usłyszy krzyk Jasia i Małgosi wsuwanych właśnie do pieca. Do tego wszystko było w wersji mini. Maleńkie uliczki, chodniczki, skwerki z maleńkimi, a jakże!, ławeczkami. Nie dało się tego opisać inaczej niż tylko przy pomocy zdrobnień, których Alicja szczerze nie znosiła. Przywykła do warszawskich blokowisk, wieżowców i atmosfery metropolii i nie mogła sobie wyobrazić, że ktoś mógłby tu mieszkać z własnej woli. A to co, do licha? Od kiedy kościół wygląda jak chatka Baby Jagi?

– To cerkiew – mruknęła ciotka.

No tak. Cerkiew. Czyli szanse na spotkanie Jasia i Małgosi albo Czerwonego Kapturka rosną.

Co jakiś czas pojawiali się też ludzie, których Alicja spodziewała się prędzej zobaczyć w skansenie niż na ulicy. Jak ta kobieta w kwiecistych chustkach na głowie, z naręczem jakichś badyli albo najprawdziwszym chrustem. Wyglądała tak, jakby miała sobie za moment zrobić z niego miotłę do latania. Albo ten facet niosący jak gdyby nigdy nic siekierę na ramieniu. Mógł przed chwilą rąbać drewno, ale równie dobrze obcinać palce przyłapanym na gorącym uczynku złodziejom. Alicja poczuła się nieswojo. Bardzo nieswojo. Nic dziwnego, że mama tak szybko dała stąd nogę i już nigdy nie wróciła. Ale co, do licha, robił tu ktoś taki jak ciotka Tatiana? Powinna mieszkać w Warszawie. Pracować w salonie tatuażu albo robić piercingi nastolatkom, które ukrywają je potem do osiemnastki przed rodzicami. Alicja uśmiechnęła się do siebie. Tak właśnie wyobrażała sobie poznaną przed czterdziestoma minutami ciotkę. Obie tu nie pasowały. A jednak obie są właśnie tutaj. Jedna z własnej, druga z cudzej woli.

– Wstąpimy jeszcze do sklepu, OK? – Tatiana skręciła nagle i zatrzymała się na parkingu przed niewielkim supermarketem. Albo czymś, co udawało supermarket. – Muszę… to znaczy musimy kupić kilka rzeczy. – Uśmiechnęła się.

– Jasne – mruknęła Alicja i odpięła pas. Nie mogła uwierzyć, że mają tutaj prawdziwy sklep samoobsługowy. Może nawet dostanie tu wiśniową coca-colę…

Ciotka Tatiana chwyciła koszyk i od razu poszła do działu z mrożonkami. Sądząc po liczbie pudełek zapiekanek i pizzy, gotowanie nie było jej mocną stroną. Alicja włożyła do koszyka wodę mineralną, żeby zachować pozory, że nie ma obsesji na punkcie cukru, a zaraz po niej paczkę chipsów i dwa czekoladowe batony. Colę wcisnęła na samo dno. Oczywiście, nie było wiśniowej. Rozejrzała się w poszukiwaniu ciotki. Kiedy zobaczyła ją przy nabiale, skręciła szybko za puszkami z fasolą. Jakaś starsza kobieta w chustce syknęła cicho, mijając ją, a potem przeżegnała się ukradkiem. Alicja stanęła jak wryta. Co jest? Przecież jej nie potrąciła ani nic takiego. Spojrzała w dół. O co chodzi? Coś nie tak z jej wyglądem? Przecież ma na sobie zupełnie zwyczajne trampki, jeansy i czarną koszulkę. Żadnych kolczyków w nosie, różowych włosów czy tatuaży na szyi. Odwróciła się, ale kobieta zniknęła już za półką z sokami.

– Co jest? – Ciotka Tatiana wyrosła jak spod ziemi. – Co tam masz? – Zajrzała do koszyka Alicji. – No no… nie próżnowałaś. – Podniosła głowę na Alicję, która wciąż patrzyła na półkę z sokami. – O co chodzi?

– Ta kobieta… Dlaczego zrobiła znak krzyża na mój widok?

Tatiana odwróciła się w stronę, w którą wciąż patrzyła Alicja.

– Jaka kobieta?

– Stara. W chustce.

Tatiana zawahała się, po czym odłożyła koszyk i odwróciła Alicję do siebie, kładąc jej ręce na ramionach.

– Posłuchaj. Wiem, że to dla ciebie trochę… dziwne, ale musisz się do tego przyzwyczaić.

– Przyzwyczaić? Do czego?

– Tak to właśnie tutaj wygląda. Tutaj ludzie wciąż wierzą, że czosnek odstrasza nie tylko komary, ale i upiory, a włożenie ciuchów na lewą stronę odczynia urok. Nic nie poradzisz. Jesteśmy dokładnie w punkcie przecięcia kultur. Rano idziesz do kościoła, a po powrocie wkładasz siekierę pod łóżko. Proste?

– Nie mówisz chyba poważnie… – Alicja coraz bardziej marszczyła czoło. Miała wrażenie, że się przesłyszała.

 

– Mówię śmiertelnie poważnie.

– Chcesz mi powiedzieć, że ci ludzie, którzy, jak zakładam, wiedzą, do czego służy telefon i komputer, wracają po pracy do domu, włączają telewizor i mikrofalówkę, a potem wkładają ciuchy na lewą stronę, bo ktoś na nich krzywo spojrzał?

– Nooo… Coś w tym stylu.

– Dzieci też wkładają na trzy zdrowaśki do pieca, zamiast podać antybiotyk?

– O tym akurat nic mi nie wiadomo, ale kto wie? – Tatiana mrugnęła do Alicji i sięgnęła po koszyk. – Idziemy!

Alicja nie ruszyła się z miejsca. Stała wciąż osłupiała.

– Powiedziałam idziemy!

Kiedy pakowały zakupy do reklamówek, Alicja poczuła na sobie czyjś palący wzrok. Przy rozsuwanych drzwiach sklepu stała ta sama starsza kobieta w chustce. Kiedy ich oczy się spotkały, momentalnie spuściła wzrok i zaczęła poprawiać chustkę.

– Hej, jeszcze to! – Ciotka Tatiana pomachała jej przed nosem ostatnią mrożoną pizzą.

Alicja dopchnęła ją do pozostałych mrożonek i szybko odwróciła głowę w stronę drzwi, ale kobiety już nie było. Poczuła zimny pot na karku. I nie miał on nic wspólnego z dwiema reklamówkami mrożonek, które właśnie niosła do samochodu.


– Voilà! – zawołała Tatiana. – Jesteśmy na miejscu.

Alicja wysiadła i stanęła naprzeciwko domu, który – jak się mogła jedynie domyślić – był domem jej dziadków, jej mamy, jej ciotki, a teraz miał się stać jej domem. Poczuła się tak, jakby właśnie cofnęła się w czasie o stulecia. Bała się, że po przekroczeniu progu ciotka wskoczy w strój ludowy i zacznie miotłą zamiatać werandę. Tak, tak, dom miał werandę. Nawet ławkę zawieszoną na linach przymocowanych do sufitu, z którego zwisały też – to nie żart! – jakieś zasuszone wiechcie. Na parapetach suszyły się z kolei jakieś liście. Alicja nie zdziwiłaby się, gdyby obok wietrzyła się przypadkiem kocia skórka. Albo wisiały wypatroszone króliki. Brrr… Dom miał też drewniany płot i źle przystrzyżony trawnik. I zdaje się, że ogródek położony tuż za nim, o czym świadczyła furtka, zza której wystawało jakieś zielsko wysokie na co najmniej metr. Na szczęście pod oknami nie rosły malwy, bo to byłoby dla Alicji gwoździem do trumny. Położony na obrzeżach miasteczka dom różnił się od tych, które widziała w centrum miasteczka. Centrum miasteczka? Czy to w ogóle można tak nazwać? Przynajmniej nie wyglądał jak chatka z piernika, ale jak dom, w którym kiedyś straszyło. W ramach ocieplania wizerunku ktoś pomalował go na łapu-capu na przyjazne kolory i postawił skrzynkę na listy, żeby wyglądało na to, że i tu dotarła cywilizacja.

– I jak? – mruknęła Tatiana przez zęby, w których trzymała klucze. – Jak się napatrzysz, to czekam na ciebie w kuchni.

W kuchni? Alicja widziała już oczami wyobraźni te wszystkie kamionkowe naczynia ze zsiadłym mlekiem i kiszonymi ogórkami, wieńce czosnku nad kuchnią, która oczywiście nie jest ani elektryczna, ani gazowa, ale na drewno, lniane serwety, drewniane sztućce i wiadro z wodą nabraną ze studni. Dziewczyna ostrożnie wspięła się po drewnianych schodach na ganek, zastanawiając się, czy ten dom jest w ogóle ubezpieczony. Pewnie nie, skoro sam się prosi o jakiś nieszczęśliwy wypadek. Na szczęście ciotka jej nie zawiodła i kuchnia wyglądała, jak należy. Żadnych glinianych garnków czy cynowych miednic. Uff, jest mikrofalówka. I ekspres do kawy. Blender. Zwykłe talerze i kubki z Ikei. Kuchnia wyglądała całkiem normalnie. Zwłaszcza sterta niepozmywanych naczyń w zlewie. I stos ulotek na podłodze obok kosza na śmieci. Alicja położyła zakupy na stole i podeszła do blatu.

– Po co ci tyle przypraw? – Alicja wzięła do ręki jeden z co najmniej dwudziestu pojemników. – Werbena? – Zerknęła na nalepkę. – Co to, u diabła? Chyba nie dodajesz tego do ciasta?

– Do ciasta nie, ale wrzucam zamiast soli do kąpieli – mruknęła Tatiana, upychając stertę pudełek do zamrażarki.

Alicja skrzywiła się i odłożyła pojemnik. No dobra. Mogło być gorzej. To przynajmniej nieszkodliwe dziwactwo.

– To co? – Tatiana wstała z kucek. – Pokażę ci twój pokój.

Byle nie był różowy. Byle nie był różowy. Byle nie był…

Nie był różowy. Był biały. Alicja nie przepadała za tym kolorem, ale przynajmniej miała gwarancję, że doprowadzi ją do szału znacznie później niż każdy inny.

– Nie mam pojęcia, co tam wieszacie na ścianach, więc na wszelki wypadek nie powiesiłam nic. I? – Tatiana zajrzała przez ramię stojącej wciąż w drzwiach pokoju siostrzenicy.

– Jest OK – powiedziała szybko Alicja. Zanim ciotka uzna, że trzeba coś zawiesić na ścianie i musi być to koniecznie poroże jelenia, przekazywana z pokolenia na pokolenie pamiątka rodzinna.

– Co to jest? – Alicja podeszła do łóżka i sięgnęła po jakiś zasuszony wiecheć wiszący na ścianie. Idealnie nad jej poduszką. To znaczy jej przyszłą poduszką.

– Aaaa… To? Werbena. I biała szałwia. Chroni przed komarami – rzuciła od niechcenia ciotka, wyrównując nieistniejące zagniecenia na kapie, która przykrywała łóżko.

– Jakimi komarami? Jest październik. Poza tym nie zamierzam spać przy otwartym oknie – zdziwiła się Alicja.

– Nie masz pojęcia, z jakimi komarami musimy się tu użerać – mruknęła Tatiana. – No dobra! – Skończyła poprawianie narzuty, która w ogóle nie wymagała poprawienia. – Rozgość się. Kolacja za dwadzieścia minut!

Alicja wtaszczyła walizkę na łóżko, po czym usiadła obok i rozejrzała się po pokoju. Był duży. Większy niż wszystkie, jakie kiedykolwiek miała. I jasny. To pewnie przez ten sterylny biały kolor. I wciąż pachniał farbą. Ciotka musiała go malować pospiesznie dosłownie kilka dni temu. Nie dało się ukryć, że za wszelką cenę starała się go unowocześnić: regał i stół były na bank z Ikei, tak samo jak lampka nocna. I granatowa pościel w a niech to! – ciasteczka! Alicja uśmiechnęła się mimo woli. Jedyne, co z pewnością pozostało nieruszone, to wielka okuta szafa, teraz otwarta na oścież, do której ciotka włożyła chyba milion plastikowych wieszaków, i kufer pod oknem. Najwyraźniej były zbyt ciężkie, żeby je ruszać. Alicja z ciekawości zajrzała do kufra. Pusty. Czego się spodziewała? Czyjejś głowy? Roześmiała się, ale ten śmiech nawet jej samej wydał się mało wiarygodny. Sięgnęła po plecak i wyjęła z niego laptopa, smartfona i książkę Stephena Kinga, która tak rozeźliła panią Lucynę. To znaczy Roxanę… Ciekawe, jak się ma jej T-shirt? Alicja uśmiechnęła się na myśl o tym, co zdarzyło się w pociągu. Dziwne…

Otworzyła walizkę i wyjęła rzeczy. Nie było tego dużo. Nie licząc książek, rzecz jasna. Stos koszulek, kilka bluz z kapturem, buty na zmianę. Zerknęła w stronę otwartej szafy i niezliczonej liczby wieszaków. Ciotka chyba spodziewała się blogerki modowej. Chyba nigdy nie miała wielu rzeczy. Zbyt często się przeprowadzali, żeby mogła gdzieś coś zachomikować. Za to nabyła wyjątkowej wprawy w szybkim i sprawnym pakowaniu. Zupełnie jej to nie przeszkadzało. Zresztą, nie przywiązywała się za bardzo do przedmiotów. Ani do ludzi. W końcu wszystkich i tak trzeba będzie pożegnać. Wcześniej czy później. Spojrzała na rozbebeszoną walizkę. Teraz może śmiało powiedzieć, że jej całe życie zmieściło się w jednej torbie. Oczywiście, masa rzeczy została u ciotki Meli, ale Alicja nie zamierzała się tym przejmować. Nie były jej potrzebne. Poza tym ciotka chyba się ucieszyła, że coś zostało. Jakby miała nadzieję, że Alicja wróci…

Dziewczyna otrząsnęła się z odrętwienia. Właśnie przypomniało jej się, że nie siusiała od… O Boże! Od Warszawy! Wstała i intuicyjnie zaczęła szukać łazienki. Po drodze minęła pokój, który musiał być pokojem ciotki. Nawet jeśli poznały się godzinę temu, Alicja mogłaby dać sobie rękę, a może nawet i nogę uciąć, że ten bajzel musi należeć do Tatiany. Wyglądał zupełnie jak pokój nastolatki, czyli tak, jak pokój Alicji nigdy nie wyglądał. Zawalony był ciuchami, kosmetykami i kolorowymi czasopismami. Na ścianie wisiało kilka korkowych tablic z rozmaitymi wycinkami. A nad łóżkiem wielki poster Marilyn Monroe w antyramie. Alicja westchnęła i uśmiechnęła się pobłażliwie. A to co? Uchyliła drzwi i zobaczyła coś, co wprawiło ją w osłupienie.

– Nie słyszałaś o e-bookach? – przedrzeźniła ciotkę.

To musiała być biblioteka. Ale jaka! Od podłogi po sufit – wszędzie książki. Alicja pociągnęła nosem. Stare, zakurzone i zdaje się, oprawione w skórę albo w coś równie drażniącego nozdrza. No no… Chyba będę tu często zaglądać, pomyślała. Oparła się jednak pokusie wejścia do środka i zobaczenia, co tam ciotka czytuje w długie zimowe wieczory. Była na to zbyt zmęczona. Poza tym ciotka na pewno nie da jej żyć, jeśli nie zje kolacji. Oby tylko nie była to jakaś regionalna potrawa z kozy.

– Długo jeszcze? – usłyszała z dołu. – Pospiesz się, bo wystygnie!

Zaczyna się… W łazience Alicja przeżyła kolejny szok. Kosmetyki ciotki zajmowały każdy kawałek wolnej przestrzeni. Zupełnie jakby się rozmnażały na bieżąco… Alicja spojrzała w lustro. O Boże… Wyglądam, jakbym jechała nie w pociągu, ale pod pociągiem. Dlaczego miała jakieś niejasne przeczucie, że ten dzień nie skończy się tak szybko?

– Idziesz czy nie?!

Chryste…

– Mam nadzieję, że się upiekła w środku. Bo jak nie, to będziemy musiały ubić kota sąsiadów – mruknęła Tatiana, wyjmując coś z piekarnika. Coś, co według Alicji mogło być zapiekanką, ale równie dobrze podgrzanym kawałkiem perskiego dywanu.

– Żartowałam z tym kotem. – Tatiana mrugnęła do Alicji i wyłożyła po parującym kawałku na szare talerze z Ikei.

– No coś ty… – mruknęła Alicja, rozgrzebując swoją porcję widelcem. – Co to jest?

– Pasterska zapiekanka z kozim serem.

Aha…

Alicja wzięła do ust pierwszy kęs. O rany… Stawiałaby jednak na perski dywan…

Inne książki tego autora:
I tu jest bies pogrzebany
27,90 21,76
Rozwiń