W stronę Ochrydy

Tekst
Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na zdjęciach z mojego dzieciństwa dotykamy się z babcią rękoma w gestach wyrażających wzajemną przynależność. Podobnie jest na wcześniejszych o pokolenie zdjęciach babci z jej bratanicami i z mamą robionych w Ochrydzie na tle Jeziora: jesteście moim przedłużeniem. Ale również: nie pozwólcie mi nigdy odejść.

Dorośli zadają dzieciom podstępne pytania: kogo bardziej kochasz, mamę czy tatę? Babcię czy dziadka? Babcię czy mamę? Ja w tajemnicy kochałam się w chłopcach. Nie miałam jeszcze dziesięciu lat, gdy babcia Anastasija wyczuła to i ostrzegła mnie, żebym nigdy nie spotykała się z kimś, kto ma „chłopską stopę” albo… Nie pamiętam, co było dalej, ale to była długa lista, z której wynikało, że babcia tak naprawdę nie chce, abym spotykała się z jakimkolwiek chłopcem. W każdym razie nie bez niej, bo przecież byłam jej oczkiem w głowie. Bycie oczkiem w jej głowie sprawiało, że czułam się jak napromieniowana – z jednej strony jaśniałam, z drugiej ogarniało mnie zmęczenie. Chciałam zamknąć drzwi, ale to ona miała klucz.

Gdzieś wewnątrz niej kryła się otchłań, której nie dało się wypełnić. Wyglądało na to, że ma ona swoje źródła w Macedonii, w Jeziorze. To było tak, jakby Anastasija nie była jedną osobą, lecz gwarnym narodem dusz z porzuconej prowincji. Nosiła w sobie pierwotną krainę, w której masy lądu wciąż się poruszały, uskoki tektoniczne przesuwały się pod powierzchnią ziemi, woda wzbierała i opadała, gdzie działały zwalczające się, niemożliwe do pogodzenia siły.

Kiedy byłam dzieckiem, krewni z Jugosławii przysłali nam trójwymiarową pocztówkę przedstawiającą niebieskie jezioro i miasto na wzgórzu. Kiedy się nią poruszało, pojawiały się nowe elementy pejzażu. To było zniewalające. Mogłam na nią patrzeć w nieskończoność. Zachwycałam się błękitem jeziora, wielkiego jak morze, i otwieranymi przez nie możliwościami. Nie rozumiałam, dlaczego babcia opuściła miejsce tak magiczne. Dlaczego opuściła swoich ukochanych. Kiedy ją o to spytałam, odpowiedziała, że teraz my jesteśmy jej ukochanymi. Teraz naszą rolą, jej ukochanych, było uczynić ją szczęśliwą.

– Żyję między dwoma światami – powiedziała. – Kiedy jestem w Ochrydzie, tęsknię za Sofią. Kiedy jestem w Sofii, tęsknię za Ochrydą.

Zawsze za czymś tęskniła, tak jak moja matka, tak jak ja. Bycie kobietą oznaczało opłakiwanie nieobecności, brak, nieuchronną stratę. Mówiąc krótko – cierpienie. Szybko nabrałam pewności, że nie chcę być niczyją matką ani żoną. Chciałam podróżować do dalekich krajów i nie wracać do szkoły, chciałam prowadzić spokojne życie bez otaczającej mnie rodziny. Jednak pewne sprawy podążają za nami niezależnie od tego, dokąd się udamy.

Sny o wodzie zaczęły mnie nawiedzać niedługo po tym, jak moja rodzina osiedliła się w Oceanii, mniej więcej wtedy, gdy zaczął się rozpad Jugosławii. Byłam wówczas dojrzewającą nastolatką. W snach widzę na horyzoncie wznoszącą się ścianę wody. Chcę uciekać, ale coś mnie tam trzyma. Muszę przekazać świadectwo. Woda zalewa brzeg, potem domy, słupy elektryczne, ludzi. Pływają w niej wymarłe dawno zwierzęta. Góry są stare jak piramidy, ale one też zostają zalane. To wody Ziemi, przedwieczne, wzburzone. Pochłaniają znany świat. Serce wali mi w piersi. Płynę między ruinami, wypatrując tych, którzy przeżyli, próbuję im pomóc.

Według Junga woda jest symbolem zbiorowej nieświadomości. Katastrofa, której zapowiedzią są moje sny, wydaje się bezosobowa. Nie lubię ich jednak i wolałabym, żeby się skończyły, ale ostatnio stały się jeszcze częstsze.

Trzy lata po śmierci Anastasii, latem trudnego roku 1989, pojechaliśmy nad Jezioro Ochrydzkie – moi rodzice, młodsza siostra, ja i dziadek ubrany na tę okazję w elegancki garnitur. Czuło się, że coś się kończy. Teraz, po latach, wiem, że to były nasze dwa kraje, chociaż w tamtym czasie wydawało się, że chodzi o naszą rodzinę. Po tym jak Anastasija i jej bratanica Tatiana odeszły, nic nie mogło już być takie jak kiedyś. Złożyliśmy trudną wizytę mężczyźnie mieszkającemu z dwoma chłopcami – mężowi Tatiany i ich synom, moim dalekim kuzynom. Zapamiętałam z niej długie chwile milczenia i jugosłowiańskie czekoladki w złotej folii topniejące w upale. Moja fascynacja tragicznym trio Tatiany była jak miłość. Miałam piętnaście lat i byłam dziewicą, ale rozumiałam już, o co chodzi w całej tej historii z seksem i śmiercią. Jezioro wypełniało się dojrzewającymi figami i nieznośną tęsknotą. Przez całe życie ciągnęło mnie do pokiereszowanych ludzi i poranionych miejsc.

Rodzina babci od niepamiętnych czasów miała sady. Mój pradziadek nazywał się Bahczewandżijew, od tureckiego słowa bahçe oznaczającego ogród. Rodzice zabrali mnie i siostrę do brzoskwiniowego sadu wciąż należącego do naszego wujka. To właśnie było Jezioro – południowa kraina obfitości, schyłku, pełna światła, ale również trudnej do nazwania niemocy. Kilka lat później Jugosławia stała się ziemią ruin. Macedonia po raz pierwszy została w pełni niepodległym państwem narodowym. Jako jedyna ze wszystkich byłych republik Jugosławii osiągnęła to bez jednego strzału oddanego na jej terytorium, chociaż wojna zaczęła się od śmierci zamordowanego przez tłum macedońskiego chłopaka, który miał tego pecha, że kierował w Splicie czołgiem Jugosłowiańskiej Armii Ludowej (Jugoslovenska narodna armija – JNA). Kiedy werbownicy JNA przybyli do Ochrydy, szukając ochotników, spotkała ich niespodzianka – przy każdych drzwiach słyszeli: „Nie tutaj”. Widząc, skąd wieje wiatr, rodziny młodych mężczyzn wysyłały ich za granicę, do krewnych w innych miastach albo chowały w piwnicach. Nowe kłopoty pojawiły się kilka lat później, gdy rok po wojnie w Kosowie przemoc zaczęła przelewać się przez granicę Macedonii, jednak jej mieszkańcy raz jeszcze powiedzieli: „Nie tutaj”.

Macedonia, kraina Jeziora, nie miała apetytu na wojnę. I udawało jej się jakimś cudem przeżyć.

Niedługo po wyprawie nad Jezioro wyemigrowaliśmy do Nowej Zelandii. Rodzice zapuścili tam korzenie. My z siostrą próbowałyśmy zrobić to samo, ale w końcu wróciłyśmy do Europy. Ja w wieku trzydziestu lat zamieszkałam w Szkocji, ona wyjechała do Szwajcarii. Z czasem życie naszej rodziny ułożyło się, a trud wielokrotnych emigracji ustał. Jednak kolejne rozpoczynanie życia na nowo w miejscach, gdzie ludzie nie potrafią przeliterować twojego nazwiska, sprawia, że spokój staje się czymś perwersyjnie ulotnym. Zawsze gdy się spotykaliśmy, coś było nie tak, coś sprawiało ból, i musieliśmy z całych sił starać się to naprawić. Każde spotkanie stawało się kryzysem, który trzeba było zażegnać.

Powtarzające się fale trudnych emocji nie zawsze są powodowane bieżącą sytuacją. Przyczyna czasem powraca. Psychologowie badający międzypokoleniowe dziedziczenie przeżyć uważają, że jest to skutek nieprzepracowanej traumy, efekt załamania czasu. Tak, czas się załamuje. Moja matka stoi wśród ruin – znowu – a ja biegnę do niej. Wysłuchuję jej gorzkich lamentów i płaczę razem z nią, jakbyśmy właśnie zostały osierocone. Zygmunt Freud określał masochistyczny przymus ponownego przeżywania bolesnych doświadczeń „diabolicznym”, ponieważ odciąga nas on od życia. I tak właśnie jest – w takich chwilach chodzi tylko o to, żeby przetrwać. Ten wyniszczający cykl powtarzał się tak długo, że w końcu przestałam odgrywać w nim swoją rolę i zaczęłam wytyczać granicę, która miała mnie chronić. Matka i ja rosłyśmy daleko od siebie, a dzieląca nas ziemia niczyja była jałowa. Raz po raz, jak w sennym koszmarze, zaglądałam jej w oczy i zamiast własnej matki widziałam maskę ze starożytnej tragedii.

Trzydzieści lat po śmierci babci, niedługo przed wyruszeniem w tę podróż, zmagałam się z kryzysem zdrowotnym objawiającym się tajemniczymi bólami i zmęczeniem, który jednak – podobnie jak sny o wodzie – wydawał się dziwnie bezosobowy. Czułam się, jakbym była podłączona do zbiornika złej energii, która z nieodgadnionych dla mnie powodów zalewała mnie falami. Doświadczałam bliskości wszechobecnej śmierci. Powoli jednak wyleczyłam się. Kiedy o tym teraz myślę, jestem pewna, że gdybym nie doświadczyła tego mokrego mroku duszy, nie starczyłoby mi odwagi i desperacji, by wyprawić się do Jeziora.

Mniej więcej w tym samym czasie mama zapadła na nieuleczalną chorobę. Jednym z jej symptomów była ostra newralgia, którą nazywała bólem – i która wkrótce stała się Bólem. Nocami rządziła życiem rodziców. Nie było nic poza nią. Tak, coś narastało jak wznosząca się mroczna fala uderzająca raz za razem o brzeg, by dać o sobie znać, jak zmieniająca postać istota z dalekiej przeszłości. Ponieważ nigdy nie została należycie odparta, z chwilą, gdy mama została zdiagnozowana, newralgia stała się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Wtedy miałam tego wszystkiego tak dosyć, że pragnęłam tylko, by to się skończyło.

Podczas mojej ostatniej wizyty u rodziców w Auckland stwierdziłam, że przebywanie w jednym domu z mamą stało się jeszcze bardziej dławiące niż kiedykolwiek wcześniej. Żadni lekarze ani cudotwórcy nie potrafili zwalczyć Bólu – był odporny, narcystyczny, zawładnął całym jej istnieniem. Miałam takie samo przytłaczające poczucie, jakie nawiedzało mnie przy babci – poczucie obecności podziemnych sił deformujących krajobraz. Myślałam wtedy o geologicznej wizji Jamesa Huttona, który w połowie XVIII wieku opisał procesy erozji i sedymentacji działające od czasów o eony wcześniejszych niż ludzka pamięć, „bez śladu początku i bez nadziei na koniec”. Przerażająca myśl.

Nie pierwszy raz miałam ochotę po prostu odejść. Wiedziałam jednak, że nie mogę. A poza tym odejście i tak by nie wystarczyło. Pod słońcem antypodów, przed którym mama chowała się za zamkniętymi okiennicami, dotarło do mnie, że jeśli nie zrozumiem, dlaczego dwie kobiety, które kochałam i które dostały od życia tak wiele (w tym troskliwych mężów), stały się tragicznymi Furiami i dlaczego byłyśmy męczennicami cierpiącymi za nie wiadomo jaką sprawę – to będę następna w kolejce. Maska czaiła się już pod moją twarzą.

 

Kiedy po przejściu bramek na lotnisku w Auckland machałam rodzicom na pożegnanie, a oni stali tam, po pięćdziesięciu latach wciąż razem – moja widmowa, wycieńczona Bólem mama i podtrzymujący ją wciąż krzepki ojciec – machałam i uśmiechałam się. Twarz mamy była zapadnięta, w oczach ojca szkliły się łzy, ale on również uśmiechał się, żeby dodać nam wszystkim otuchy. Wkrótce rozdzieli nas ocean. Machaj i uśmiechaj się. Tylko raz płakałam, przechodząc przez lotniskowe bramki.

Podróżowałam do dalekich krain. Szukałam wolności. Ale teraz jestem tu, nad Jeziorem. Szukam odpowiedzi.

Część pierwsza Wiosna

Ochryda zawieszona jest na wzgórzu i ciągnie się wzdłuż brzegu jeziora. Gdyby nie to, że jest ono położone w smutnym kraju, pół Europy tłoczyłoby się nad nim, żeby je zobaczyć. Jezioro jest nieopisanie piękne, a jego dziki urok nie ma sobie równych – wyniosłe srebrnosine góry o ośnieżonych szczytach rozpływają się w fioletoworóżowej mgle, która unosi się nad lśniącymi, krystalicznymi wodami. Jego groźny majestat działa na wyobraźnię, a w chwilach oszołomienia budzi sympatię dla nieznanych ludzi, którzy mozolnie wyciosywali kapliczki w otaczających je klifach, którzy żyli i umierali samotnie nad jego magicznymi wodami. Były chwile, kiedy nie zdziwiłabym się, słysząc dobiegający z gór krzyk białej wiły, istoty z tutejszych ballad.

Edith Durham, The Burden of the Balkans, 1905

Macedońskie dziewczę

Leciałyśmy nad Alpami, nad Adriatykiem i jego wyspami różnej wielkości i kształtu, nad albańską wyżyną wznoszącą się szybko ponad nadmorskie równiny – jedno pasmo gór za drugim, ziemia jak sztruksowa tkanina. Rzeki rozlewały się, a potem zwężały ściśnięte przez wąwozy, drogi wiły się między graniami ginącymi w śniegu i chmurach. Słońce zachodziło nad czerniejącymi fałdami grzbietów górskich. Mityczny pejzaż. I nagle błękitny blask Jeziora.

Jezioro Ochrydzkie jest jednym z tych miejsc na Ziemi, gdzie ma się poczucie spotkania z przeznaczeniem. Odkrywamy, że od zawsze mieliśmy tu przyjechać i teraz trudno nam uwierzyć, że czekaliśmy z tym tak długo. Gdy pod nami ukazało się jezioro, w samolocie zapanowała cisza.

To nie był jeszcze sezon turystyczny. Poza żoną brytyjskiego ambasadora w Skopje i kilkorgiem cudzoziemców pasażerowie byli w większości gadatliwymi macedońskimi i albańskimi emigrantami, którzy odwiedzali rodzinne strony. W tym czasie Była Jugosłowiańska Republika Macedonii znajdowała się na krawędzi wojny domowej. Urzędujący premier wraz ze swoimi ministrami został zaatakowany i raniony w siedzibie parlamentu przez spiskowców, z których część była członkami poprzedniego rządu. Przez dwa lata kraj trwał w politycznym impasie. Wyglądało na to, że wszystko się kończy. Papież modlił się za Macedonię – a kiedy papież się modli za coś lub za kogoś, wiadomo, że jest źle.

Patrzyłam na pasażerów, na ciepłą karnację kobiet i swojsko zaokrąglone twarze mężczyzn. Czy tak właśnie zaczyna się wojna domowa? W jednej chwili gawędzimy i dzielimy się przekąskami, a w następnej rzucamy się z plastikowym nożem na osobę siedzącą obok. Sąsiednie miejsce zajmował albański inżynier wodny, który przez dwadzieścia lat mieszkał w Londynie. Podróżował z rodzicami – w Ochrydzie mieli wsiąść w taksówkę i dojechać nią do przejścia granicznego, gdzie będzie czekał samochód, który zawiezie ich do Tirany. Mój sąsiad również się martwił, ale nie samym konfliktem, tylko „bezbrzeżną”, hamującą postęp korupcją albańskich i macedońskich polityków.

– Polityka jest od tego, żeby czynić życie lepszym – powiedział. – Ale na Bałkanach sprawia, że żyje się gorzej. Taka tradycja. Gdyby nie to, bylibyśmy bogaci. Spójrz na tę wodę!

Przed wyjściem z małego lotniska tłoczyli się taksówkarze. Sami mężczyźni o śniadych twarzach i ani jednej kobiety w zasięgu wzroku. Tak jakbym przyjechała na Bliski Wschód. Zanurzyłam się w genetycznej zupie – wszyscy ci faceci wyglądali, jakby byli moimi kuzynami.

Wybrałam kierowcę o miłym uśmiechu i odjechaliśmy z lotniska. Kiedyś należało do wojska, a teraz zostało nazwane imieniem apostoła Pawła. To był pierwszy znak, że znaleźliśmy się na Via Egnatia – Paweł wędrował kiedyś tym starożytnym szlakiem. Do miasta jechaliśmy wyboistą drogą biegnącą wzdłuż Via Egnatia. Minęliśmy skalną cerkiew Świętego Erazma – pamiątkę po innym podróżniku, który przybył ze swoim przesłaniem z jordańskiej pustyni. Potem jechaliśmy wśród ciągnących się kilometrami sadów – dzikich, olśniewających. Był dopiero maj.

– Bawcza – powiedział kierowca.

Czyli ogrody. Tak, pamiętałam je. Sąsiadujące z Ochrydą nadbrzeżne równiny wyglądały jak wtedy, gdy widziałam je w latach osiemdziesiątych, i tak jak wtedy, gdy patrzył na nie w połowie XIX wieku niemiecki pisarz, który nazwał to miejsce „wielkim opuszczonym ogrodem”.

Wjechaliśmy do nowego miasta położonego u stóp wzgórza – chociaż tutaj nic nie było „nowe”. Pierwszą ciekawą rzeczą, którą zauważyłam, był wąski biały minaret małego średniowiecznego meczetu. Czułam zapach palącego się drewna. Zaczęła się wieczorna modlitwa Allahu Akbar śpiewana chrapliwym, nosowym głosem o przejmująco melancholijnym brzmieniu. Pół godziny później zza murów położonej na wzgórzu części miasta dobiegła melodia cerkiewnych dzwonów. Taksówkarz powiedział mi, że to taka ochrydzka tradycja – meczet i cerkiew odzywają się na zmianę, nigdy jednocześnie.

– Żyjemy w pokoju – dodał. – Żeby tylko politycy nas nie prześladowali.

Jechaliśmy krętą drogą do Górnej Bramy starego miasta, nad którym wznosi się twierdza cara Samuela, nazywana również kale, tureckim słowem oznaczającym twierdzę. Tutaj po dramatycznej śmierci cara Samuela na początku XI wieku rezydowali przez kolejne stulecia władcy mówiący różnymi językami i noszący różne fryzury.

Wjechaliśmy do wewnętrznego miasta i zagłębiliśmy się w strome uliczki słabo przystosowane do ruchu samochodowego. Tutaj przetrwał duch starego miasta – na wpół lewantyńskiego, z widokiem na błękit jeziora i pozamykanymi okiennicami, na wpół bałkańskiego, z wystającymi nad ulice drewnianymi piętrami domów i bujnymi ogrodami. Był to duch stoicyzmu i upartego szacunku dla samego siebie. Wewnętrzne miasto nazywano warosz, w przeciwieństwie do miasta zewnętrznego, zwanego mesokastro. Do dziś warosz patrzy na rozciągające się pod jego nosem mesokastro.

Przez długi czas oficjalnym językiem był tu grecki, ponieważ w roku 1767 Patriarchat Konstantynopolitański zdominował osmańską Macedonię, doprowadził do likwidacji Arcybiskupstwa Ochrydzkiego i panował tu do połowy XIX wieku. Jednak trwające tysiąc lat wpływy słowiańskie utrzymały się i ostatecznie zwyciężyły w milenijnej wojnie. Słowo mesokastro w rzeczywistości nie znaczy „zewnętrzne”, lecz „wewnętrzne”, co skłania do przypuszczenia, że ten, kto go pierwszy użył, albo był dyslektykiem, albo słabo znał grekę. Ale to, co dla jednego człowieka jest miastem wewnętrznym, dla innego może być zewnętrznym.

Taksówkarz przejechał między obitymi kutym żelazem i ostrymi bolcami wrotami Górnej Bramy. Dawniej brama była otwarta tylko w poniedziałki, dni targowe. W czasie dżumy zamykano ją do odwołania. Bogatsze rodziny muzułmańskie z dolnego miasta pakowały się i przeczekiwały zarazę w domach chrześcijańskich przyjaciół za murami.

W takich okresach przybysze i mieszkańcy powracający z długich podróży byli zatrzymywani przy Dolnej Bramie nad jeziorem i trafiali na kwarantannę do dwóch sąsiadujących ze sobą cerkiewek zwanych cerkwiami bolnickimi od słowa bolnica, czyli „szpital” – jednej pod wezwaniem Świętej Bogurodzicy, drugiej pod wezwaniem Świętego Mikołaja. Kiedy później patrzyłam na twarze wymalowane z pełnym realizmem na nagrobnych freskach, miałam wrażenie, że ich oczy spoglądały na mnie w sposób, który można nazwać uzdrawiającym. W uliczkach starego miasta są dziesiątki strzegących swoich sekretów cerkiewek, czasem ukrytych w ogrodach, a czasem przypominających małe domy. Cerkiew Świętej Bogurodzicy Periwlepty (Wszechwidzącej), z której można podziwiać cudowną panoramę jeziora, jest w ochrydzkiej diecezji jedyną chrześcijańską świątynią funkcjonującą nieprzerwanie przez ponad siedemset lat, również pod panowaniem tureckim. Znajdowały się w niej kwatery dla osób cierpiących na „melancholię”.

Dżumę przedstawiano jako kobiecą postać o greckim imieniu Panukla oznaczającym tę chorobę. Panukla pukała do drzwi swoimi trupimi kłykciami, a potem wchodziła do domu i zaczynała dygotać. Gdy sytuacja stawała się krytyczna, bo Panukla nie chciała odejść, mieszkańcy starego miasta organizowali procesję, która szła w dół, w stronę jeziora.

– Święty Klemensie, nasz złoty! – błagali. – Uwolnij nas od Panukli.

Kapłani nieśli umocowane na długich tyczkach ikony przedstawiające świętego Klemensa, świętego Nauma oraz Matkę Boską. Ikony były zwykle dwustronne, tak żeby któryś święty był zawsze zwrócony w stronę plagi. Na najstarszej zachowanej ikonie procesyjnej z 1045 roku znajdują się wizerunki świętego Bazylego Wielkiego z Cezarei – mężczyzny o orientalnych rysach – oraz świętego Mikołaja, patrona rybaków, postaci ważnej dla ludzi żyjących nad jeziorem. Przez wieki w procesjach uczestniczyli również muzułmanie, ponieważ średniowieczni mnisi Klemens i Naum pełnili funkcję nie tyle ikon monoteizmu, ile ochronnych talizmanów.

Chorowanie i uzdrawianie były stałymi motywami życia nad jeziorem.

Właściciele willi Ochryda, gdzie zarezerwowałam mieszkanie z wyjściem na ogród, wyglądali znajomo – tu wszyscy wyglądają znajomo. Po krótkiej rozmowie okazało się, że faktycznie jesteśmy spokrewnieni. Taka jest natura tego miasta.

Mężczyzna w sąsiednim ogrodzie obcinał gałęzie śliwy. Robił to z mściwym zapamiętaniem nieprzystającym do tego spokojnego wieczoru. W końcu zostawił niemal goły pień.

– Bo rzucało cień – wyjaśnił.

Rzucało cień.

Córka moich gospodarzy pracowała w Dubaju. Jej matka westchnęła.

– Młodzi jeżdżą wszędzie, dokąd mogą dostać wizę – powiedziała. – A my zostajemy i wynajmujemy nasze domy przyjezdnym. Turyści to nasze główne źródło dochodu.

Dawniej na obrzeżach Ochrydy kwitł przemysł, była tu nawet fabryka kultowych jugosłowiańskich samochodów Zastawa. Liczne zakłady zatrudniały dziesiątki tysięcy osób. Wszystko jednak załamało się w latach dziewięćdziesiątych, w epoce pokątnej prywatyzacji i mafijnych baronów. Jugosławia płonęła, jedni robili na wojnie spekulacyjne majątki, inni cierpieli z powodu wojennego embarga. Drenaż mózgów, który zaczął się w latach osiemdziesiątych, nasilił się na przełomie stuleci, gdy wojna w Kosowie przelała się przez granicę, i przyspieszył w ostatniej dekadzie za sprawą cynicznych, destrukcyjnych posunięć radykalnych polityków. W ciągu jednego pokolenia Ochryda straciła połowę mieszkańców. Jeden z moich kuzynów, lekarz, niedawno wyemigrował do Niemiec. Stracił pracę w szpitalu, ponieważ nie uczestniczył w obowiązkowych paradach organizowanych przez partię rządzącą. Los człowieka w tym kraju zależy od lojalności wobec partii.

Kilka razy słyszałam, jak ludzie mówią: „Jest gorzej niż za Tity”. Ogólna kondycja moralności i kultury ucierpiała przez lata bezlitosnego nepotyzmu, kleptokracji i pompatycznej, etnicznej, nacjonalistycznej propagandy. Ustępujący rząd doprowadził ten niewielki kraj do bankructwa. Zamiast wyremontować ochrydzki system wodociągów, który pilnie potrzebował dofinansowania, pobudowano pozłacane pomniki Aleksandra Wielkiego, a z centrum Skopje zrobiono wyśmiewany przez cudzoziemców monument gangsterskiego baroku, zawstydzający nawet dla Macedończyków – niektórzy z nich przestali przyjeżdżać do stolicy.

Na mojej ulicy, powyżej starożytnego teatru, otwarto właśnie czynną w sezonie restaurację Gladiator. Gdy zapada wieczór, przychodzą tu ludzie wyprowadzający psy na spacer i pijani filozofowie. Kiedy psy wysikają się już na wielkich kamiennych schodach, ich właściciele zasiadają pod kwitnącymi lipami i wciąż zielonymi figowcami i otwierają piwa.

Zamówiłam imam bayıldı i sałatkę macedońską, chociaż byłam tak przejęta tym, że tu wreszcie dotarłam, że ledwie mogłam coś przełknąć. Kelner zobaczył mojego notebooka i spytał, czy jestem pisarką.

– Ostatnio spotkanie pisarza nie jest niczym niezwykłym – powiedział poważnym tonem. – Szkoda tylko, że młodzi ludzie w tym kraju nie czytają.

On sam pisał wiersze. Zgodziliśmy się co do tego, że każdy, kto znajdzie w swoim życiu miejsce dla literatury, będzie żył lepiej (chociaż było to oczywistą nieprawdą). Oprócz mnie w restauracji siedziała tylko trójka Holendrów. To było dziwne – co roku nad Jezioro przyjeżdżało wielu Holendrów. Dowiedziałam się, że tym, co ich tu przyciągało, była napisana w latach trzydziestych kultowa nowela De Bruiloft Der Zeven Zigeuners [Wesele siedmiu Cyganów] A. den Doolaarda, pisarza i dziennikarza, który zakochał się w Macedonii i spędził tu wiele czasu.

 

– Mam nadzieję, że znajdzie pani inspirację w naszym mieście – powiedział kelner.

W jego głosie był szacunek, z jakim mówi się do osób publicznych lub starych.

I faktycznie, poczułam się nagle stara. Siedziałam przy stole nakrytym białym obrusem ze szklanką czerwonego macedońskiego wina i z moimi wspomnieniami – tak jakbym podróżowała w czasie. Spojrzałam na etykietę wina. Nazywało się „Tęsknota za południem”, tak jak tytuł tamtego wiersza. Ciche powitanie.

W Ochrydzie czuje się ciężar czasu, nawet w taki spokojny wieczór jak ten, gdy słychać tylko nawoływanie cykad i szuranie pantofli starych kobiet. Przed sobą, w dole, miałam amfiteatr przypominający o tym, że zaledwie dwa tysiące lat temu walczyli tu gladiatorzy. Zbudowano go z myślą o użytku teatralnym, ale Rzymianie zrobili z niego arenę dla gladiatorów. Dziś odbywają się tu letnie koncerty pod gołym niebem. Amfiteatr został odsłonięty zaledwie kilkadziesiąt lat temu. W dzieciństwie wdrapywałam się na częściowo rozkopane wzgórze, na którym stały jeszcze domy przeznaczone do rozbiórki.

Ale cóż to za cywilizowane miejsce, gdzie kelnerzy cenią literaturę, taksówkarze pragną pokoju, a wina nazywane są tytułami wierszy! Otaczał mnie doskonały spokój, tak jakby jezioro absorbowało nie tylko hałas, lecz również czas. Był to spokój głębokiego lasu, miejsca nietkniętego przez ludzi. A przecież ludzie żyją tu od ośmiu tysięcy lat. Najstarszymi znanymi ludami zamieszkującymi brzegi jeziora były dwa plemiona, Dasareci i iliryjscy Encheleowie. W głębokiej starożytności istniało tu pięć miast, ale do dziś, pogrzebane pod późniejszymi warstwami, przetrwało tylko jedno – Lychnidos. Upamiętnia je lapidarna inskrypcja z III wieku przed naszą erą LYCHNEIDION HE POLIS, co znaczy w grece „miejsce światła”. Było na tyle wpływowe, by stać się własnym polis.

W micie o jego powstaniu pobrzmiewa symboliczny wymiar, który nie zniknął. Fenicjanin Kadmos, władca Teb i brat uprowadzonej Europy, założył Lychnidos, gdy ratując się przed kłopotami, uciekł z Teb i dotarł do ziem Ilirów i Macedończyków. Miasto rozkwitło, choć mniej więcej od VI wieku rozkwit ten bywał gwałtownie przerywany – długimi epidemiami, takimi jak dżuma Justyniana, która zabiła niemal połowę ludności Cesarstwa Rzymskiego, i najazdami Gotów, Hunów, Awarów oraz Słowian. Ci ostatni osiedlili się tutaj i nazwali je Vo-Hrid, czyli „na górze”. Zdarzały się też silne trzęsienia ziemi powodowane przez ten sam dymiący siarkowodorem uskok tektoniczny niedaleko wsi Koseł, który wywołał tysiące słabych wstrząsów w ciągu pierwszych tygodni po moim przyjeździe.

Zły los prześladował jednak Kadmosa i jego samotracką żonę Harmonię – stracili wszystkie swoje dzieci. Żeby wyzwolić ich z ludzkiego cierpienia, bogowie sprawili, że oboje pokryli się łuską i przemienili w węże. Tak się składa, że w obu jeziorach żyje mnóstwo węży wodnych. Widywałam je, jak wiją się na płyciznach – przechodził mnie wtedy dreszcz.

Białe domy i średniowieczne cerkwie były jak jasne krople spływające wąskimi ulicami w stronę jeziora. Tysiące okien świeciły blaskiem zachodzącego słońca. Jest coś archetypowego w górującym nad jeziorem starym mieście, coś, co widziało się wcześniej setki razy, ale równocześnie jest to niepowtarzalnie ochrydzkie. To, czego tu szukałam, było równie proste, jak ulotne – ciągłość istnienia wynikająca z ciągłości miejsca. Moja babka znała tu każdą uliczkę, każdą ukrytą kaplicę. Chciałam odzyskać choćby częściowo tę zażyłość.

Dlatego pierwszego wieczora wszystko wydawało mi się zbyt bogate i nasycone ukrytymi znaczeniami, by objąć to świadomością. Zapadał zmrok. Jezioro stało się twarde jak obsydian i wyglądało jak posadzka wielkiego grobowca. Wcale nie przypominało tamtego błękitnego jeziora z trójwymiarowej widokówki, która mrugała do mnie w mieszkaniu dziadków. Wcale nie było zachęcające. Przez chwilę byłam onieśmielona ogromem czekającej mnie podróży.

Na drugim brzegu migotały światła górskich wiosek. Gdzieś wysoko, w ciemności, widać było gigantyczny neon w kształcie krzyża, który unosił się nad wodą jak zjawa. Mniejsze krzyże jarzyły się na dachach starych cerkwi. Te świetlne efekty były czymś nowym, terytorialną reakcją na budowane w okolicy meczety. Nie miało to wielkiego praktycznego sensu, ponieważ ani chrześcijaństwo, ani islam nie zyskiwały tu nowych wyznawców, domyślałam się jednak, że miało znaczenie w kontekście kulturowych wojen i prania pieniędzy. Tutaj, jak wszędzie na Bałkanach i na całym świecie, nowe kościoły i nowe meczety były elementami odradzającego się etnicznego nacjonalizmu, gotowego tworzyć nowe ruiny, nowych średniowiecznych władców, nowe zabytki i nowe odwieczne nienawiści.

Spod czereśniowego drzewa w swoim ogrodzie mogłam patrzeć na molo i rozświetloną nadbrzeżną promenadę. Wydawała się mała, ale w moich wspomnieniach z dzieciństwa była majestatyczna.

Przy molo stał górujący nad portem wysoki totemiczny słup, na którym powiewała wielka macedońska flaga z żółtym słońcem na czerwonym tle. Słońce o szesnastu promieniach używane początkowo przez nową republikę zostało potem przystrzyżone i promieni zostało osiem, ale było już za późno. W czasie swojej krótkiej, bo rozpoczętej w 1995 roku kariery słońce stało się powodem konfliktu z Grecją. Ustępujący nacjonalistyczny rząd posadził maszty z flagami we wszystkich miastach (z wyjątkiem tych, gdzie mieszkała mniejszość albańska). Flagi, podobnie jak neonowe krzyże, służyły do znaczenia terytorium w małym, słabym kraju, którego tożsamość dopiero się kształtowała – przynajmniej według jego sąsiadów. Ale sąsiedzi mieli poważne zaburzenia pola widzenia.

Bułgarzy wciąż nie uznają macedońskiego za język odrębny od ich własnego. Tamtejsi nacjonaliści nazywają go protekcjonalnie dialektem zachodniobułgarskim. Faktycznie, oficjalny język macedoński został sformalizowany dopiero w 1945 roku, był to w pewnym sensie początek macedońskiej literatury – najmłodszej zatem w Europie – chociaż jej autorzy od wielu pokoleń pisali w różnych regionalnych dialektach. Tak czy inaczej, jest dziś językiem literackim, a także narodowym. Bułgarski negacjonizm wynika z historycznej traumy związanej z wielokrotnymi zabiegami chirurgicznymi dokonywanymi bez znieczulenia na granicach Bułgarii (oraz na jej ludności) i odzywającej się na podobnej zasadzie jak fantomowe bóle amputowanych kończyn. Chociaż na mapie ciało na zawsze zmieniło swą postać, czucie pozostało. A mimo to Bułgaria była pierwszym państwem, które – w czasie gdy Jugosławia rozpadała się, wydając na świat małe państwa narodowe, a ów świat musiał się do nich dopiero przyzwyczajać – uznało nową, niepodległą Republikę Macedonii.

Grecy natomiast sprzeciwiali się samemu istnieniu kraju o takiej nazwie. Dlatego problem flagi uwidocznił się najsilniej w „sporze o nazwę”, w który z małą republiką weszła Grecja. Współcześni greccy nacjonaliści uważają, że heraldyczne słońce dynastii Argeadów jest wyłączną własnością Grecji, ponieważ królewska siedziba Filipa Macedońskiego znajdowała się w Werginie, czyli w dzisiejszej Grecji, co znaczy, że „oryginalna Macedonia” jest na zawsze wyłącznie helleńska. Czyli grecka.

W tym przypadku, podobnie jak w wielu starannie skonstruowanych narodowych narracjach, kopie się głęboko, żeby dotrzeć do cennych świadectw własnego historycznego pierwszeństwa, uważając jednak, by zatrzymać się, zanim głębsze warstwy skomplikują argumentację. Przed pojawieniem się Filipa, Aleksandra i jego imperium Grecy patrzyli z góry na swoich północnych sąsiadów, Makednoi, widząc w nich pijanych barbarzyńców. Na początku V wieku przed naszą erą macedońska dynastia Argeadów została uznana za grecką podczas igrzysk olimpijskich, ale wciąż pozostawała gdzieś na dalekich północnych kresach greckiego świata. Macedończycy mówili zapomnianym dziś językiem niezrozumiałym dla ówczesnych Greków, a ich system polityczny przypominał bardziej ustroje ich najbliższych sąsiadów – Ilirów na zachodzie i Traków na wschodzie – niż położonych na południu greckich miast-państw.